WoleProstoHeader

7 maj 2017

MAT VS. BŁYSK - PROVOKE W SZMINKOWYM POJEDYNKU

Odkąd zostałam blondynką (tak, znowu! ale tym razem już chyba na dłużej :)) ponownie zmieniło się moje podejście do makijażu. Wcześniejsza, ciemna oprawa twarzy pozwoliła mi stworzyć stały, wypracowany schemat, który modyfikowałam w zasadzie jedynie w przypadku imprez okolicznościowych. Teraz, z racji tego, że za sprawą średniej jasności blondu zyskałam sporo na szeroko pojętej delikatności (choć do omdlewającej rusałki w warkoczu wciąż mi daleko), na nowo uczę się podkreślać urodę makijażem. I podczas tych makijażowych wypraw w nieznane, nastąpił dla mnie nieoczekiwany przełom - polubiłam delikatny makijaż oczu, taki co to tylko leciutko połyskuje, niemal niewidocznie zaznacza swoją obecność. A, że natura nie znosi próżni, przerzuciłam się na dokładniejszy makijaż ust. 

Ostatnio moja kolekcja pomadkowa powiększyła się o zatrważającą ilość szminek (nie skłamię jeśli napiszę, że zaczynają powoli wychodzić z toaletkowej szuflady - chyba pora na małe przemeblowanie), więc moja nowo odkryta mania ma szansę szeroko rozwinąć skrzydła. Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować pierwszą partię - szminki z makijażowej serii marki Dr Ireny Eris - Provoke. Posiadam cztery odcienie, w dwóch różnych wykończeniach, wszystkie cztery bardzo lubię, choć różnią się one między sobą dość znacznie. Zdradzę, że znalazłam tu jedną z ładniejszych matowych czerwieni, odcień różu, który fantastycznie wystawia usta na pierwszy plan, nie dając przy tym przerysowanego efektu, a także dwa bardzo bezpieczne, subtelnie połyskujące kolory, które na pewno będą latem stanowić świetne uzupełnienie opalenizny. 


 

Zacznę może od kwestii technicznych - pomadki zapakowane są w lustrzane, dość ciężkie opakowanie. Zamykają się na magnes, więc ryzyko samoczynnego otwarcia w torebce jest znikome. Wizualnie całość "gra i buczy", moje oczy sroki są ukontentowane, prezencja jest schludna i elegancka. Na opakowaniu znajdziemy logo marki, na spodzie informację o wykończeniu i kolorze. Zgodność nalepki z rzeczywistym kolorem jest moim zdaniem średnia, w kierunku nawet kiepskiej - gdybym miała kierować się odcieniem na nalepce, to pewnie szczerze bym się zdziwiła przy wykręceniu szminki z opakowania. 

A same kolory? Przyznam, że o ile maty zauroczyły mnie od pierwszego wejrzenia, tak pozostałe dwie szminki o wykończeniu Bright napawały obawą. Widziałam w nich drobinki, wyobrażałam sobie efekt a'la lata dziewięćdziesiąte (brązowa perła, sic!), ale do odważnych świat należy i dostały szansę. Bardzo dobrze się złożyło bo odcienie zupełnie inaczej wypadają na ustach, stają transparentne, a ten błysk drobin jakimś cudem daje efekt tafli ładnie odbijającej światło. Odcień Rouge Illusion to w opakowaniu delikatnie brązowy odcień, na ustach z kolei wypada ciepło, ale ani trochę brązowo. To taka subtelna brzoskwinka, choć trzeba wziąć pod uwagę, że zarówno ten odcień, jak i Caprise of Rose są mocno transparentne i na ustach tworzą jedynie mgiełkę koloru (coś jak nawilżające masełka z Revlona, które swojego czasu bardzo lubiłam). Caprise of Rose to dla mnie odcień herbacianej róży - bardzo go lubię! Błyszczy się nieco mniej niż Rouge Illusion, ale nadal daje efekt nawilżonych, delikatnie podkolorowanych ust. W obu przypadkach to uczucie nawilżenia nie jest złudne - szminki nosi się bardzo komfortowo, nie przesuszają ust. Ich maślana formuła pozwala na szybką i bezproblemową aplikację - to zdecydowanie pomadki, którymi spokojnie możemy operować nawet bez lusterka. Jest oczywiście druga strona medalu, z racji swojej konsystencji nie przetrwają jedzenia, a z piciem radzą sobie wybiórczo. 



A maty? Maty mnie zauroczyły od razu i nic się od tego pierwszego wrażenia nie zmieniło. Świetna, kremowa formuła, bardzo dobra pigmentacja, nasycone odcienie - jest moc! Flamenco Red to kolor, który świetnie gra z minimalistycznym nawet makijażem oka (ja uwielbiam połączenie z rozmytą brązową kreską). To prawdziwa, mocna i zdecydowana, czysta czerwień. Wymaga aplikacji pędzelkiem (przynajmniej przy samym konturze), ale efekt końcowy jest warty tego drobnego zachodu. Klasyka w najczystszym wydaniu :). Serene Nude to z kolei odcień magiczny. Niby dość mocny i wyrazisty, jest widoczny na ustach, ale daje przy tym tak nienachalny efekt, że gdy tylko mam ochotę zaznaczyć usta "czymś konkretniejszym", ale tak, żeby moja twarz nie krzyczała z kilometra, że mam na sobie makijaż, to wybieram właśnie tę szminkę. To dla mnie kolor takich delikatnie rozbielonych malin, bardzo soczysty, ale właśnie z tą odrobiną przygaszenia. W przypadku tego koloru również zalecałabym aplikację pędzelkiem, choć zdarzało mi się aplikować ją na usta bezpośrednio i również efekt był zadowalający. 
W odróżnieniu od szminek z błyszczącym wykończeniem, te matowe są zdecydowanie bardziej trwałe, choć po obfitym (czy tłustym) posiłku mogą wymagać delikatnych poprawek. Ważne jest dla mnie, że mimo swojego matowego wykończenia nie przesuszają ust, a ich aplikacja jest całkiem przyjemna - łatwo suną po ustach, nie zbierają się w załamaniach, nie odbijają na zębach. Ogólnie - nie ma się do czego przyczepić. 

 

Poniżej zestawienie całej czwórki w postaci swatchy (tutaj jest dobrze widoczna ta rozbieżność między kolorem na nalepce, a odcieniem rzeczywistym - w zasadzie tylko nr 608 wypada zaskakująco podobnie):


Słowem podsumowania - jeśli szukacie nasyconych, matowych pomadek, które będą bardzo komfortowe w noszeniu to zdecydowanie warto zainteresować się serią Real Matt. Z kolei, gdy wolicie delikatny, połyskujący makijaż ust, masełkowe, mocno nawilżające formuły, to seria Bright jest stworzona dla Was. 

Szminki kupicie m.in. w Rossmannie, czy w sklepie online (klik!). Koszt - około 65 złotych. 

Gdybyście miały wskazać formułę dla Was - postawiłybyście na błysk czy na mat? Dajcie znać!

Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...