21 gru 2014

Ostatnio ulubione | kilka kolorowych hitów


Ostatnio udało mi się tak skompletować poranny zestaw do makijażu, że pomalowanie się zajmuje mi coraz mniej czasu, a efekt powoduje, że nie wyglądam jakbym wstała lewą nogą zbudzona przez nie znający litości budzik. Kilka z kosmetyków to stosunkowo nowe nabytki, jeszcze inne odnalazłam po długim czasie w swojej nie mającej dna szufladzie z mazidłami. Łączy je jedno - wszystkie bez wyjątku zasługują na miano ulubieńca :).


Podkład z Rimmela kupiłam w ciemno podczas promocji 1+1 w Rossmannie. Nie mogłam się zdecydować na nic konkretnego, miałam wrażenie, że wszystko było dla mnie za ciemne, a przypomniało mi się kiedyś jak znajoma mówiła, że kupiła właśnie najjaśniejszą wersję Match Perfection i był tak jasny, że aż za jasny. Sięgnęłam więc po odcień 010 z lekkim niepokojem związanym z różowymi nutami, ale stwierdziłam, że martwić się będę potem. Dawno, ale to dawno, żaden podkład nie wyglądał na mojej skórze tak świetnie jak ten. Jest ekstremalnie jasny i zaskakująco mało żółty jak na moje dotychczasowe wymagania, ale to co robi z moją skórą zasługuje na oklaski. Jest kremowy, pięknie stapia się z cerą, wspaniale wyrównuje koloryt i kompletnie gubi te swoje różowe tony. Uwielbiam jego wykończenie - lekko mokre, dające efekt takiej zdrowej skóry. Podejrzewam, że osoby z suchą cerą będą nim zachwycone równie mocno jak ja. 


Z bazy Provoke od Dr Eris wycisnęłam wczoraj ostatnie krople i już wiem, że będę za tą bazą tęsknić. Mimo, że sama linia Provoke w większej części mnie zachwyciła, jednak ta baza należy do tej lepszej części. Świetnie podbija pigmentację cieni, sprawia, że nie migrują one po powiece w ciągu dnia, nie rolują się. Jakościowo jest to naprawdę dobry kosmetyk. Ma wygodny aplikator, przyjemną konsystencję. Łatwo ją rozprowadzić na powiekach. Nie jest to jednak produkt bez wad - możecie zobaczyć na zdjęciu, że napisy z opakowania się w dużej mierze starły, a kosmetyku nie było aż tak dużo, biorąc pod uwagę, że baza kosztuje około 45 złotych. Będę miło wspominać i liczę, że coś z niej jeszcze wykręcę, ale najprawdopodobniej drugi raz nie kupię.


Brązowy matowy liner z Lovely również kupiłam na promo 1+1, wzięłam go do kompletu z jego szarą wersją. Oba stosuję od tamtej pory niemal codziennie. Świetnie wyglądają na oku, zarówno solo, jak i jako dodatek do jakiegoś mocniejszego makijażu. Jedna i druga wersja dobrze wygląda przy mojej oprawie oczu - czasem czerń wydaje mi się jednak za mocna, zwłaszcza w wersji na dzień. Brąz upodobałam sobie szczególnie, po prostu uwielbiam to jak się prezentuje na moich oczach. Pędzel jest świetny, kreska robi się praktycznie sama, a konsystencja linera umożliwia namalowanie kreski jednym pociągnięciem i nie wymaga poprawek. Któregoś dnia skończył mi się mój liner z Vipery, którym podkreślam brwi i z ciekawości sięgnęłam właśnie po ten z Lovely. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że na brwiach nawet odrobinę lepiej niż Vipera. Zastyga na bardzo naturalny, nierudy odcień brązu i jest bardzo trwały. Nie wiem czy skuszę się na kolejne opakowanie Vipery, skoro zupełnie przypadkiem znalazłam bardzo przyjemny substytut. 


O cieniu/folii z MUR w odcieniu Rose Gold pisałam już kilkukrotnie. Dalej podtrzymuję wszystko to co już powiedziałam - jest to najpiękniejszy złoty cień jaki znam. Moc jego błysku można łatwo stopniować. Ja na dzień tylko delikatnie wklepuję go palcem w powiekę, natomiast na wieczorne wyjście pozwalam mu zabłyszczeć w pełnej krasie. Jest bardzo efektowny w obu w wersjach, już kilkukrotnie zdarzyło mi się, że ktoś pytał co mam na oczach. Jego trwałość jest dla mnie ogromną zagadką, ponieważ biorąc pod uwagę dość śliską i bardzo specyficzną konsystencję, nie spodziewałabym się, że będzie się tak rewelacyjnie trzymać. Kuszą mnie inne kolory, choć żałuję, że jest ich tak mało do wyboru.


Korektor z serii Affinitone ostatnio jakoś dopiero przekonał mnie do siebie. Wcześniej częściej sięgałam po kamuflaż z Catrice, jednak polubiłam delikatniejszy efekt, jaki daje właśnie korektor z Maybelline. Jest niezwykle lekki, bardzo dobrze współpracuje z podkładem Rimmela, o którym pisałam wyżej. Ten duet sprawia, że skóra wygląda naprawdę świeżo i promiennie. Na plus na pewno zaliczyć mogę świetny, neutralny i bardzo jasny odcień, lekką konsystencję, sporą wydajność. Nie wchodzi w zmarszczki, nie ściera się. Generalnie, nie ma się do czego przyczepić.


O kredkach Colour Rush z Rimmela pisałam już ostatnio, więc może nie będę się powtarzać. Przypomnę tylko, że są to bezapelacyjnie najlepsze kredki do ust wśród tych, które miałam okazję stosować. Ostatnio na zmianę używam wersji Give me a cuddle i The redder, the better. Czerwień będzie najpewniej moim wyborem na święta, oczywiście w towarzystwie folii Rose Gold na oczach.


Róż z powyższego zdjęcia to powrót po naprawdę długiej przerwie. Pochodzi on z limitowanej zeszłorocznej edycji zimowej Lovely. Wtedy częściej sięgałam po różową wersję, natomiast teraz to Snow Touch dużo bardziej mi się podoba i naprawdę lubię nakładać go na policzki. Jego kolor sprawia, że starczy lekko musnąć nim policzki i mamy efekt co najmniej jakbyśmy użyły bronzera, różu i rozświetlacza. Wygląda na policzkach świetnie, daje bardzo naturalny, choć połyskujący efekt. Mimo, że opakowanie jest po prostu paskudne, to zawartość uwielbiam i nie wiem co zrobię jak mi się ten wypiekaniec skończy. Na całe szczęście, kosmetyku o tego typu formule dość trudno wykończyć, dlatego na razie zwyczajnie się nim cieszę i liczę, że Lovely znów zaskoczy na zimę jakąś fajną kolekcją. 

Z ulubieńców kosmetycznych ostatnich tygodni to w zasadzie tyle. Pielęgnację próbuję jakoś usystematyzować, choć mam ostatnio duży problem z regularnością. Szukam obecnie jakiejś fajnej maseczki do twarzy, a nawet dwóch - interesuje mnie coś oczyszczającego i mocno nawilżającego. Możecie coś polecić?
Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 gru 2014

Lakierowo - czerwone błyskotki

Bardzo dawno nie pokazywałam żadnych paznokciowych postów, ale na długo przeszła mi moja lakierowa mania i prawdę mówiąc - paznokci nie malowałam praktycznie wcale. Ostatnio jednak nastał mój ulubiony pazurkowy czas w roku - zima, święta, karnawał. Czyli czerwienie, błyskotki, brokaty, srebro, złoto i mnóstwo blasku. Odnalazłam więc w sobie na nowo dawną pasję i znowu maluję, piłuję, wymyślam sobie rozmaite połączenia kolorystyczne i wzorki. Odgrzebałam wszystkie czerwone lakiery (nie sądziłam, że mam ich tak dużo...), wyciągnęłam z szuflady słynne złotko i srebro z Lovely. 

Zaczęłam od niesamowicie "świątecznej" czerwieni z Wibo (seria Express Growth nr 164). Mocny, nasycony, klasyczny czerwony kolor naładowany masą czerwono-złotych drobinek. Przypominał mi nieco na pierwszy rzut oka Ruby pumps z China Glaze, ale jednak Ruby nie ma w sobie złotych drobinek, które za to w Wibo są wyraźnie widoczne. Lakier ma lekko żelową konsystencję, przez co niestety nie jest mocno kryjący. Ja z tego powodu zawsze nakładam go jedną warstwą na jakiś zwykły czerwony lakier (w zależności od tego czy użyję jasnej czerwieni czy bordo Wibo pokazuje za każdym razem jakieś inne oblicze). Trwałość bez zarzutu, choć to jak wiemy, kwestia osobista. Ze zmywaniem nie ma większych problemów, nawet biorąc pod uwagę drobinki. Podsumowując - mój typ na święta!:)



Pozdrawiam,
Panna Joanna

Pachnąca sobota #11 z Yankee Candle - Vanilla Cupcake

Jeden z ostatnich zapachowym postów z tej serii nadchodzi :). Znowu z malutkim poślizgiem, ale same rozumiecie - przedświąteczna gorączka i te sprawy. Dzisiaj będzie post pachnący ciastem, biszkoptem, czyli czymś, co mam nadzieję już za kilka dni będzie się roznosiło po mieszkaniu w swoim naturalnym wydaniu. 


"Łakocie kupione w specjalizującej się w taśmowej produkcji ciach cukierni nie mogą się z nimi równać! Bo najlepiej smakują i najbardziej widowiskowo pachną domowe babeczki – maślane, biszkoptowe, polane słodkim lukrem przełamanym sokiem świeżo wyciśniętym ze słonecznej, rześkiej cytryny. Taki deser to raj dla podniebienia i uczta dla nosa! To także zaproszenie do odbycia aromaterapeutycznej sesji w towarzystwie Vanilla Cupcake – woskowej tarteletki, która w chwilę po podgrzaniu zaczyna pachnieć jak ciepła, przed chwilą wyjęta z pieca, waniliowa babeczka oblana cytrynowym lukrem." 

Yankee Candle znowu mnie zaskoczyło, bo wosk Vanilla Cupcakepachnie jak najprawdziwsze ciasto robione przez moją babcię. Biszkopt z wyraźną cytrynową nutą, lekkim kremem. Jest to aromat niezwykle naturalny - mam okazję wąchać podobnie pachnące ciasto raz na jakiś czas i po odpaleniu tego wosku zdarzało się, że któryś z domowników pytał czy tata przywiózł ciasto od babci. Zapach jest z gatunku tych bardzo słodkich i dość mocnych, ale nie jest mdlący czy duszący. Przyjemnie roznosi się po całym domu, ale też stosunkowo szybko wietrzeje. Idealny aromat na chłodne dni!

Tradycyjnie przypominam, że do końca grudnia w sklepie goodies.pl możecie wykorzystać 10% rabat na hasło JOANNAPANNA na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle. Kod jest wielorazowego użytku.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 gru 2014

Bronzer zagadka | South beach od Lily Lolo

Kiedyś miałam wyraźny podział - bronzer na lato, róż na zimę. Ostatnio jednak przestałam się ograniczać i oba te kosmetyki stosuję zamiennie, razem, jak tylko mi się w danej chwili ubzdura. Niedawno odkopałam z szuflady bronzer, którego już jakiś czas nie używałam i na nowo próbuję się z nim polubić. Mam już go dość długo, początkowo namiętnie po niego sięgałam, jednak drugie podejście nie było już takie kolorowe. O czym mowa?


Z Lily Lolo miałam przejścia różne. Polubiłam się z różami, za to za nic nie mogłam się przekonać do podkładów. Do bronzera South Beach przymierzałam się przez jakiś czas, a jak trafiła mi się okazja to odkupiłam go od koleżanki. Początkowo był zachwyt, później emocje nieco opadły, ale w zasadzie nie miałam się do czego przyczepić. Stopniowo wypierały go inne kosmetyki, które chciałam wypróbować, a do powrotu nakłoniło mnie to, że ostatnio kilka osób pytało mnie czy jestem chora, że jestem taka blada. Stwierdziłam, że delikatnie muśnięcie kolorem nie zaszkodzi, jeśli społeczeństwo ma być spokojne o mój stan zdrowia :). 

Po czasie okazało się, że na nowo kompletnie nie mogę tego kosmetyku rozgryźć. Już na samym początku rzuca się w oczy kolor - rdzawo-ceglasty, dość mocny. Na skórze już jest nieco lepiej, choć bronzera tego absolutnie nie można określić chłodnym czy nawet neutralnym. Na plus zalicza się to, że jest stosunkowo jasny, w związku z czym przy delikatnej aplikacji krzywdy nie robi. Ja się w zasadzie lubię z ciepłymi odcieniami, nie przeszkadzają mi w bronzerach nawet lekko pomarańczowe nuty, jednak ten kolor jest na tyle specyficzny, że przy braku odpowiedniej oprawy jednak wygląda źle. W moim przypadku kluczem do sukcesu okazał się trochę mocniejszy makijaż oczu, ale bez dodatku złota, miedzi czy ciepłych błyszczących brązów (a są to jedne z częściej używanych przeze mnie kolorów). Jakikolwiek dodatek któregoś ze wspomnianych odcieni powodował, że połączenie go z bronzerem dawało efekt "kleopatry", co przy moim odcieniu skóry wygląda po prostu źle. Podobnie sprawa wygląda z rozświetlaczem - przy chłodnym odcieniu bronzer jest ładnie rozświetlony, natomiast jakikolwiek złotawy powoduje, że ponownie trafiamy do Egiptu. Sam bronzer na policzkach wygląda naprawdę dobrze, ja najbardziej lubię używać go przy prostym makijażu z czarną kreską czy lekkim, neutralnym dymkiem i koralowymi ustami. Takie połączenie wygląda na mnie świeżo. Wszelkie miksy z złotem zostawiam na lato, kiedy moja skóra nabiera jakiekolwiek koloru :). 


Jeśli chodzi o właściwości samego kosmetyku - te są świetne. Bronzer jest niezwykle aksamitny, nie robi plam, ma bardzo naturalne wykończenie. Trwałości nie mogę nic zarzucić. Nie ściera się, trwa spokojnie na policzkach niemal do samego demakijażu. Dobrze współpracuje zarówno z pokładami mineralnymi, jak i klasycznymi, płynnymi. Jest bardzo wydajny, wątpię czy kiedykolwiek uda mi się go zużyć do końca. Minusem jest cena - bronzer kosztuje około 60 złotych. 

Poniżej możecie zobaczyć jak wygląda na dłoni:


Po prawej stronie nieroztarty, po lewej lekko roztarty. Kolor jest naprawdę nietypowy - ja ilekroć na niego patrzę nie mogę się zdecydować czy widzę zwyczajną pomarańczę, czy może jednak nie widzę pomarańczy w ogóle. Polecam wypróbować na sobie :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 gru 2014

Pachnąca niedziela #10 z Yankee Candle - Red Velvet

Nie będę oszukiwać - zapomniałam na śmierć o piątkowym pachnącym poście. Od piątku mam praktycznie non stop maraton - po wyjściu z pracy w piątek, biegiem (no dobra...autem Osobistego) rzuciłam się do domu, bo niedługo potem wychodziliśmy na firmową kolację, w sobotę rzuciłam się w wir przedświątecznych porządków, dzisiejszy dzień w dużej mierze spędziliśmy w Ikei i u znajomych, także tak naprawdę dopiero teraz miałam czas, żeby usiąść i pomyśleć. Woskowy post przerzucam więc na niedzielę i po raz kolejny obiecuję sobie poprawę w organizacji czasu.

Dzisiejszy zapach będzie dobrze się wpasowywał w klimat nadchodzących świąt, a to za sprawą mocnego, "ciastowego" aromatu. Red Velvet jest przy tym dość subtelny i nieco bardziej elegancki od pozostałych ciasteczkowych wosków z mojej kolekcji.

"Wysublimowany, hollywoodzki przysmak – spektakularny tort doskonale sprawdzający się w roli ozdoby wykwintnych przyjęć. Na deser określany mianem Red Velvet składa się intensywnie czerwony, maślany i utarty z dodatkiem laski wanilii biszkopt przełożony sporą ilością pysznej, kremowej bitej śmietany. Idealna prostota, doskonała jedwabistość i wyjątkowy szyk. A do tego – kuszący zmysły zapach, który łączy w sobie aromat kuchennych przypraw, garść cukru i sporą ilość sycącego lukru, czyli składników w oparciu o które skomponowana została szata zapachowa równie wykwintnego, także mocno czerwonego wosku inspirowanego słynnym deserem."

Opis w zasadzie dość dobrze określa charakter tego zapachu. Jest słodko. Ale jednocześnie nie jest to taki typowy "kuchenny" zapach. Kojarzy mi się rzeczywiście bardziej z eleganckim przejęciem, śmietankowym tortem, przysłowiową małą czarną. Nie jest mdlący, ani zbyt mocny, dzięki czemu bardzo przyjemnie otula pomieszczenie. Dla mnie to zapach zdecydowanie jesienno-zimowy, nie wyobrażam sobie jego palenia latem. Świetny dla kogoś kto woli bardziej subtelne zapachy, aniżeli dosadne jedzeniowe nuty. Jest jednym z moich ulubionych wosków.


Tradycyjnie przypominam, że do końca grudnia w sklepie goodies.pl możecie wykorzystać 10% rabat na hasło JOANNAPANNA na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle. Kod jest wielorazowego użytku.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...