WoleProstoHeader

23 sty 2017

WISH-LISTA I MANIA NIE-KUPOWANIA

Wishlisty czy zakupowe zachcianki, które pojawiają się na Waszych blogach, to jedne z tych postów, w które najczęściej klikam, i które niemal zawsze oglądam z dużym zainteresowaniem. Często stanowią dla mnie sporą dawkę inspiracji, a najczęściej wywołują delikatną zakupową chcicę, którą staram się opanować tłumacząc sobie, że przecież "tak naprawdę wcale tego nie potrzebuję". Ale, że głosów w głowie jest więcej niż ten jeden głos rozsądku, nie raz skusiłam się na zakup średnio-kontrolowany, wywołany zbiorowym zachwytem nad danym produktem. Czy zawsze kończyło się to dla mnie dobrze? Absolutnie nie! W utrzymaniu porządku czy to w szafie czy w toaletce, pomagają mi ostatnio tworzone skrupulatnie kalendarzowe zapiski - jeśli jakiś kosmetyk czy ciuch wpadnie mi w oko, wpisuję go na listę i robię dokładny, internetowy czy sklepowy, "namacalny" research. Jeśli po upływie odpowiednio długiego czasu, produkt ciągle wydaje mi się potrzebny, ląduje na mojej chciej-liście, którą staram się powoli, krok po kroku realizować. Na starość porobiło mi się tak, że porządek wokół mnie to też porządek w głowie, więc staram się ograniczać ilość tego co wokół mnie. Przestrzeń na półkach, w szufladach pozwala mi zapanować nad tym co mam, łatwiej i przyjemniej mi się zużywa kosmetyki, rano nie spędzam przed szafą kilkunastu minut, tylko wyciągam z niej to co lubię, bo zwyczajnie od razu to widzę. Może banalne, ale dla osoby, która jeszcze do niedawna miała po kilkadziesiąt szminek, lakierów, t-shirtów, itd. to milowy krok w przód. Minimalistką bym się nie nazwała, bo do tego mi daleko i wcale nie taki jest mój cel, ale odkryłam, że ład i porządek, który wokół mnie panuje, odpowiada mi dużo bardziej niż ogromny wybór, który finalnie i tak jedynie mnie przytłaczał. A wracając do tego słowa wstępu, które rozwinęło się w głębsze przemyślenia, czyli do tytułowej wishlisty, bazując na tym, co miałam rozpisane w ostatnim czasie, stworzyłam takie małe graficzne podsumowanie tego, co planuję kupić w najbliższych miesiącach - są to głównie elementy, z którymi chciałabym przywitać wiosnę. Jak zobaczycie na poniższym zestawieniu, mój zakupowy plan jest bardzo...pastelowy. O ile rok temu, pewnie większość tego zestawienia bazowałaby na odcieniach bezpiecznej czerni i szarości, tak ostatnio bardzo przekonałam się do jasnych, delikatnych barw, których do tej pory unikałam jak ognia. Z racji tych zupełnie niepotrzebnych uprzedzeń, mam w garderobie spore braki! Kosmetycznie tym razem zupełnie bez szaleństw, w miniony weekend uzupełniłam to, co się pokończyło, ale o kosmetycznych nowościach na mojej półce będziecie mogły przeczytać więcej za kilka dni. 

Na wstępie zaznaczę, że lista jest troszeczkę oszukana, ponieważ część listy zdążyłam zrealizować przed napisaniem tego posta. Ale, że elementy miały ścisły związek z tą zakupową listą, to nie chciałam ich pomijać. 

Idąc od góry: tiulowe spódnice podobały mi się już dwa, trzy lata temu, jednak wtedy z racji swoich nieco większych gabarytów, nie widziałam dla nich miejsca w swojej szafie. Teraz jednak jest mi nieco lżej, więc postanowiłam zaryzykować. Piękną, bardzo delikatną tiulówkę znalazłam w Mohito i choć początkowo skłaniałam się ku wersji szarej, w końcu ze sklepu wyszłam ze spódnicą w odcieniu bardzo jasnego, pudrowego, lekko przybrudzonego różu. Materiał ma w sobie dość sporo brokatu, ale wbrew pozorom wygląda on bardzo subtelnie. Planuję ją nosić do miękkich swetrów i prostych topów. 
Poniżej możecie zobaczyć prostą, jasną shopperkę (ta akurat jest z H&M). Potrzebuję czegoś dość pojemnego do pracy i ta wersja wpadła mi w oko ze względu na kolor - ni to szarość, ni to beż. 
Zdecydowanie będę potrzebować też jasnych butów! Mam jedne jasne baletki, ale ze względu na dość ozdobny kwiatek, pasują one jedynie do prostych ubrań. W zeszłym roku zaprzyjaźniłam się mocno z marką Zaxy, więc prawdopodobnie zdecyduję się na model widoczny na powyższym zestawieniu - zamsz w połączeniu z beżowym różem idealnie pasuje do mojej koncepcji.
Od dłuższego czasu podobają mi się też satynowe topy na cienkich ramiączkach wykończone przy dekolcie koronką. Mimo, że czasem dają dość "bieliźniany" efekt, dobrze zestawione potrafią wyglądać bardzo zwiewnie, delikatnie i kobieco. Top ze zdjęcia jest z H&M i występuje też w kolorze czarnym (szafę na pewno chciałabym zaopatrzyć właśnie w dwie wersje kolorystyczne). 
Ostatnio oszalałam na punkcie piżam. Na okres zimowy udało mi się upolować fajne, miękkie i ciepłe sztuki, ale moja "wiosenna" piżamowa garderoba świeci pustkami (no dobra, przyznaję się do powyciąganej koszulki z napisem "Let me sleep"). Jestem dużą fanką kombinezonów i właśnie w taki model (a najlepiej dwa) będę celować już bliżej wiosny. Znowu mamy na tapecie róż, ale ten kombinezon z H&M bardzo wpadł mi w oko. 

Przechodząc do kosmetycznych zapotrzebowań - ostatnio nie najlepiej sypiam, więc borykam się z problemem napuchniętych oczu. Sińce też niestety nie są mi obce, więc zdecydowanie pora zabrać się pielęgnacyjnie za ten obszar i zainwestować w dobry krem. Zainteresował mnie ten z Origins i to na niego najprawdopodobniej się zdecyduję. 
Podkład Catrice już zdążył urosnąć do miana legendy, ale ja ciągle zastaję w swoim Hebe pustą półkę. Widziałam już masę filmików z testami tego podkładu, a, że podkłady Catrice mi bardzo służą, to chętnie wypróbuję coś lżejszego niż eksploatowany aktualnie Revlon, który powoli dobija dna. W końcu zamówiłam podkład przez internet i dorzuciłam do kompletu gąbeczki Blend it!, które również opanowały ostatnio blogosferę (a mój beauty blender dogorywa).
Paleta Blanc Fusion marki Zoeva to zestawienie kolorystyczne jakby stworzone dla mnie. W ciągu ostatnich tygodni sporo paletek puściłam w świat, bo miałam sporo takich, z których używałam zaledwie dwóch-trzech cieni, a postanowiłam poszukać takiej wersji, która całościowo będzie zbliżona do moich wymagań. Ta wydaje się idealna!

I to w zasadzie tyle! Nie ma tego dużo, zwłaszcza, że są to zakupy planowane spokojnie na jakieś 3-5 miesięcy do przodu :). A jak Wasze plany zakupowe? Idziecie na żywioł czy planujecie powoli i z rozsądkiem? Dajcie znać!

Pozdrawiam,
Joanna
19 gru 2016

DOMOWE SPA W ODCIENIU ZŁOTA, CZYLI PRZYGOTOWANIA DO ŚWIĄT Z MARKĄ L'BIOTICA

Jak tam Wasze przygotowania do świąt? Pierniki się pieką, pierogi lepią, wyprane firanki wiszą na wypucowanych oknach? U mnie przygotowania do świąt upływają głównie pod znakiem wzmożonych porządków - uwielbiam zimowo-świąteczny wystrój, a jeszcze bardziej lubię, gdy wszystkie te piękne ozdoby za tło mają idealnie wysprzątane mieszkanie. Żeby dopełnić klimatu, z kuchni dolatuje aromat świeżo upieczonych pierników, a ja zasiadając z kawą na kanapie, odpalam świąteczną playlistę albo ulubiony świąteczny film i w końcu mam chwilę na relaks. Podczas ostatniej domowej sesji spa, wykorzystałam bardzo pasujący do tej panującej dookoła aury, złoty zestaw od L'biotica.


Moje małe spa zaczęłam od umycia włosów i nałożenia na nie dość dużej ilości odżywki - moje włosy są ostatnio dość mocno wymagające, przesuszają się, puszą, więc nie żałowałam im sporej dawki nawilżenia. Z odżywkami Biovax mam same dobre doświadczenia, więc i po Odżywczym oleo-kremie też spodziewałam się samych dobrych wrażeń. Z racji tego, że nałożyłam grubą warstwę, całość po kilkunastu minutach spłukałam. W wilgotne włosy wmasowałam jeszcze odrobinę kremu, rozczesałam włosy (poszło wyjątkowo łatwo i gładko!) i pozwoliłam włosom wyschnąć. Z działania maski byłam bardzo zadowolona, włosy były miękkie, dociążone, widocznie wygładzone. Duży plus za formułę, której nie trzeba spłukiwać - dla mnie to bardzo wygodne, zwłaszcza, że na siedzenie z odżywką na włosach rzadko mam czas (i cierpliwość :)). 


Nie zapomniałam też o twarzy - zrobiłam sobie peeling, a następnie zadbałam o okolice oczy. Nałożyłam pod nie rozświetlające płatki pod oczy, których byłam bardzo ciekawa. Borykam się ostatnio z podpuchniętymi oczami, niestety ale jakość mojego snu pozostawia wiele do życzenia, więc zdarzają się też ciemne obwódki. Płatki miały więc całkiem spore pole do popisu, ale prawdę mówiąc - szału nie było. Przede wszystkim mam wrażenie, że moja skóra pod oczami jest na nie nieco zbyt delikatna, więc płatki zwyczajnie nieco mi przeszkadzały. Po użyciu skóra była może odrobinę rozjaśniona, ale większych efektów nie odnotowałam. Następnym razem spróbuję pod oczy wklepać odrobinę treściwego kremu lub olejku i na taką bazę nałożę płatki. A może Wy macie na nie jakiś fajny patent?


O wiele lepiej sprawdziła się u mnie maska Active Gold. Wygląda może nieco przerażająco (daje efekt takiej upiornej Kleopatry :)), ale w działaniu jest naprawdę przyjemna. Formą przypomina nieco bardzo przeze mnie lubiane maseczki w płachcie, przy czym w przypadku L'biotici maska jest podzielona na dwie części (góra i dół - dla mnie to bardzo wygodne rozwiązanie, bo jednoczęściowe płachty są na moją twarz przeważnie sporo za duże i ciężko mi je dopasować) i ma hydrożelową formułę. Maska jest mocno nasączona, przyjemnie chłodzi, skóra po użyciu jest bardzo zrelaksowana, rozjaśniona, nawilżona. Dla mnie bomba!


Na koniec, żeby jeszcze dodatkowo dopieścić skórę,przed pójściem spać nałożyłam na twarz i szyję Maseczkę naprawczą Złote nici. Maska ma przyjemną konsystencję, dość szybko wchłonęła mi się w skórę, na tyle, że nie czułam tłustej czy lepkiej warstwy, która powodowałaby dyskomfort. Rano skóra była miękka, nawilżona, w moim odczuciu również sporo gładsza. Bardzo ostatnio polubiłam maski nakładane na noc, do tej ze złotej serii L'biotici również będę często wracać.


A jak wyglądają Wasze urodowe przygotowania do świąt czy nadchodzącego sylwestra?:) Ja ciągle szukam jeszcze pomysłu na makijaż i manicure, ale pewnie jak co roku postawię na klasykę - czerwone paznokcie, czerwone usta i delikatny makijaż oka. Taki makijaż świetnie wygląda na idealnie wypielęgnowanej cerze, więc w piątkowy wieczór na pewno zafunduję sobie jeszcze jeden seans domowego spa. 

Pozdrawiam,
Joanna
13 gru 2016

GLAM SHADOWS - PIERWSZE WRAŻENIE I SWATCHE

O cieniach Glam krąży ostatnio mnóstwo pozytywnych opinii - gdzie nie wejdę atakują mnie swatche, piękne makijaże wykonane przy ich użyciu. Nie planowałam ich kupować, po mocno mieszanych uczuciach związanych z pędzlami tej marki stwierdziłam, że póki co się wstrzymam. Dość długo udało mi się w moim postawieniu wytrwać, ale zdjęcia u Candy Killer spowodowały, że ciekawość wzięła górę. Na próbę chciałam wybrać pięć cieni, jednak im bardziej zagłębiałam się w asortyment, tym ciężej było mi się zdecydować. Koniec końców, do koszyka wrzuciłam sześć sztuk. Pierwsze wrażenie zrobiły na mnie naprawdę dobre, nie spodziewałam się, że będą tak dobre! Poniżej możecie pooglądać zdjęcia i swatche, a ja trochę opowiem Wam o kolorach, które wybrałam i o tym, co o nich myślę po pierwszych testach.


Kosmiczna pieczarka - to był odcień, który jako pierwszy wylądował na mojej liście do sprawdzenia. To chłodny brąz, wręcz z fioletowymi nutami, określiłabym go jako taupe. Jest bardzo mocno napigmentowany, jakby lekko "foliowy", mokry. Wygląda na powiece po prostu cudownie. Świetnie wygląda nałożony na całą górną i dolną powiekę, roztarty jakimś matowym odcieniem. Do tego wytuszowane rzęsy i mamy dzienną wersję smoky, albo czarna kreska, Pieczarka wklepana na mokro na środek powieki i tworzy się nam wieczorowy makijaż. Dzisiaj nosiłam go w towarzystwie błyszczącej, bardzo ciemnej szarości, dołożyłam do tego usta w naturalnym odcieniu i całość prezentowała się wyraziście, ale na tyle nieagresywnie, że spokojnie pomaszerowałam w takim wydaniu do pracy. Miałam kiedyś bardzo podobny cień i go uwielbiałam - wtedy była to jakaś paletka z limitki Essence, niestety jak na złość nie pamiętam nazwy (bodajże trzy wypukłe cienie, chłodny brąz, żółte złoto i turkus?).


Rabarbar to cień, o którym jest chyba najgłośniej i nie bez powodu. Kolor jest cudowny! Ciężki do opisania tak naprawdę, bo niby jest tu trochę miedzi, trochę borda, całość błyszczy się niby na złoto, ale nie tak do końca. Bardzo oryginalny odcień, świetnie podkreślający niebieską tęczówkę. Jest na tyle ciemny, że dobrze wygląda na powiece solo, ale żeby trochę złagodzić jego efekt, ja łączyć go będę z jasnym, karmelowym, matowym brązem. Pigmentacja również jest na piątkę z plusem. Ten cień już jest nieco bardziej suchy w porównaniu do wspomnianej wyżej Pieczarki, ale nadal jego formuła jest bajecznie przyjemna w obsłudze. 


Wata cukrowa to cień, który kupiłam bardziej z myślą o cieplejszych miesiącach, ale i tak nie przeszkodziło mi w wypróbowaniu go na oku już teraz. To brzoskwiniowa baza, mieniąca się na różowo. Cień jest delikatny, duochromowy, bardziej do nałożenia na jakiś inny cień. Ja nałożyłam go na cień w kremie z Bell w odcieniu beżowo-różowym, a dokładniej wklepałam w środek powieki, dodałam do tego odrobinę jasnego złota w wewnętrzny kącik i uzyskałam lekki, bardzo świeży makijaż. Odcień ma słabszą pigmentację, ale jak na stopień jego jasności i tak jest na gołej skórze dość dobrze widoczny. Na pewno jest to nietypowy kolor, lekko cukierkowy, ale jego słodycz łatwo się stopniuje i tonuje. 


Różowy szampan jest małym, wrednym gagatkiem - za nic na zdjęciach nie szło uchwycić jego urody. A cień naprawdę jest urodziwy. Jasny, beżowy, z różową nutą i opalizujący na złoto. W zależności od światła widać w nim raz więcej różu, a raz więcej złota. To dla mnie kwintesencja idealnego cienia do codziennego makijażu, nakładamy na całą powiekę, tuszujemy rzęsy i możemy wychodzić z domu. Na bazie jest bardziej błyszczący, solo ten blask nieco traci na mocy. Łączyłam go z Rabarbarem, Praliną, z czarną kreską, z przydymioną brązową kreską i za każdym razem stanowił świetną bazę. Bardzo niepozorny odcień, może na sklepowej półce nie przyciągnąłby wzroku w pierwszej kolejności, ale jest naprawdę warty uwagi. Subtelny, bezproblemowy, bardzo klasyczny odcień.


Jako miłośniczka błyszczących brązów wpadających w złoto, nie mogłam sobie odmówić Praliny. Pralina w formule jest podobna do Kosmicznej Pieczarki, jest mokra, ma przegenialną pigmentację i szalenie błyszczy. Ja takie odcienie uwielbiam, więc do tego konkretnego cienia aż mi się oczy zaświeciły :). Podobnie jak Pieczarka świetnie wygląda nałożona na całą powiekę i roztarta, ja lubię do takich kolorów dodać trochę czekoladowego brązu. Cień ma taką konsystencję, że lepiej wklepać go w powiekę syntetycznym pędzlem i dopiero potem rozetrzeć dużym puchaczem - unikniemy dzięki temu lekkiego osypywania. 


Kolorowy dym to jedyny z całej szóstki cień, który jeszcze próbuję oswoić. Jest...dla mnie odrobinę nijaki. Taki ot, jasny beżyk, z lekką niebieską poświatą. Będę jeszcze kombinować z matową, ciemną szarością, może w takim połączeniu odkryję jego lepszą stronę. W konsystencji, formule i właściwościach bardzo przypomina Watę cukrową i Różowy szampan - też jest bardziej suchy, niejednoznaczny, ale widoczny. Jeszcze go nie rozgryzłam, ale na pewno będę dalej próbować. 

Poniżej jeszcze zbiorcze zestawienie kolorów na skórze - bez bazy, na sucho, dosłownie przejechane raz palcem. Od lewej: Różowy szampan, Kosmiczna Pieczarka, Wata cukrowa, Kolorowy dym, Rabarbar i Pralina. 



O ile z pędzlami Glam Brush wspomnień nie mam dobrych, tak Glam Shadows mnie zaczarowały. Mam ochotę na więcej! Są naprawdę przyjemne w obsłudze, na bazie trzymają się bez zarzutu, są aksamitne, dobrze czepiają się pędzla, równie łatwo przenoszą się na powiekę i nie giną na niej w formie jednobarwnej plamy. Jest moc :).

Pozdrawiam,
Joanna
3 gru 2016

ŚWIĄTECZNE DEKORACJE - SYPIALNIA, SALON I KUCHNIA W NOWEJ ODSŁONIE

Jakiś czas temu pisałam Wam, że lubię jesień i cieszyłam się z tego, że mogłam powyciągać z szaf ciepłe swetry, opatulić się kocem i odpalić pachnącą świecę. Czas jednak biegnie szalonym pędem i tak, zaledwie po chwili (takie mam wrażenie!), za oknem prószy śnieg, termometry wskazują zero stopni, na kalendarzu wybił grudzień, a dla mnie zaczyna się najpiękniejszy czas w roku - okres okołoświątecznych przygotowań, zapach pierników rozchodzący się po domu, kawa pita w nowym, zimowym kubku i cudownie otulający aromat choinki unoszący się w powietrzu. 


Jest to dla mnie czas tym przyjemniejszy, że uwielbiam...świąteczno-zimowy wystrój. Mnóstwo dekoracyjnych poduch, miękki koc w gwiazdki, śnieżynki wiszące na gałęzi, zielone stroiki, dużo czerwieni i renifer pilnujący kominka. W tym roku miałam bardzo konkretne wizje, kształtowały mi się one w głowie już od dobrych kilku tygodni. Spokojnie zbierałam niezbędne elementy, robiłam zamówienia on-line i zmuszałam biednego męża, żeby targał za mną torby pełne świątecznych ozdób. 

Plan był prosty - dużo zieleni, czerwieni, norweskich akcentów, mnóstwo światełek. Miało być maksymalnie przytulnie! Sypialnia miała zachęcać do tego, żeby zakopać się z książką pod kocem i nie chcieć z niej wychodzić, kuchnia do tego, by tworzyć w niej dużo pysznego, świątecznego jedzenia, a salon by maksymalnie się zrelaksować z pięknym widokiem na przystrojone okno. 

Wczoraj skorzystałam z tego, że miałam wolne, zrobiłam większe porządki i rozstawiłam wszystko to, co planowo miało pojawić się w mieszkaniu. Dzisiaj zasiadam z kawą w kubku z reniferem i mogę Wam pokazać, jak udało mi się w tym roku udekorować mieszkanie - ostrzegam, że będzie dużo zdjęć!

Sypialnia -  dwustronna czerwono-biała pościel w śnieżynki/renifery (F&F Home) była "bazą" do reszty dekoracji. Mamy tu więc poduchy w pasujące wzory (Pepco), miękką kremową narzutę, na ramie łóżka zamontowałam zieloną gałązkę z delikatnymi czerwonymi bombkami i oplotłam ją białymi cotton ballsami. Do tego cyprysiki w jutowych workach, drewniany świecznik (Leroy Merlin). Mały akcent trafił też na naszą zdjęciową wystawkę - małe drewniane zawieszki z reniferami (Pepco). Na oknie zawiesiłam świetlną kurtynę - wieczorem robi niesamowity klimat.




Salon - w salonie główną ozdobą będzie żywa choinka, która pojawi się najprawdopodobniej w przyszły weekend oraz świąteczny obrus, który wyciągnę przed samymi świętami. Pozostałe akcenty miały być uzupełnieniem i tłem. Na poduszki powędrowały nowe poszewki (Pepco), koło kominka stanął renifer (Kik), w rogu stanęła pufa (F&F Home), na której leżą i zachęcają do opatulenia się koce. Na oknach wiszą zasłony z delikatnym czerwonym motywem (Ikea) oraz trzy zielone wieńce (Ikea) oplecione światełkami (Jysk).



Kuchnia - to podobno serce całego domu. Nasze serce jest w takim razie niewielkie, ale nie przeszkodziło mi to w przemyceniu kilku akcentów i do tego pomieszczenia. Na górze okna wisi folia (Jysk), niżej gałązka z biało-czerwonymi zawieszkami (Rossmann). Na parapecie stanęły puszki (Ikea), w których miękną już pierniki, obok stoją kubki w renifery (Home&You). Ręcznik i ścierkę również wymieniłam na takie w pasującej kolorystyce, w ładny, norweski wzór (Home&You). 



Przyznam nieskromnie, że jestem zadowolona z efektu. Całość robi jeszcze fajniejsze wrażenie jak już nastanie zmrok - lampki cudownie rozświetlają pomieszczenia, jest przytulnie i tak...ciepło :). Nie mogę doczekać się aż solidnie napada śnieg i zmieni się krajobraz za oknem, choinki też już wypatruję na horyzoncie. Żeby dobrze wpasować się w ten panujący klimat, znalazłam też dwa elementy garderoby, które idealnie mi w tym pomogą - ciepła bluza (C&A) przekonała mnie prostym wzorem i ulubionym granatem, kapcie natomiast (Pepco) to 100% słodyczy samej w sobie!


Pozdrawiam,
Joanna
28 lis 2016

ROSY MILK VS. MARSALA, CZYLI O DWÓCH WSPANIAŁYCH RÓŻACH

Mimo, że już od długiego czasu mam silnie przeczucie, że kosmetycznie jestem zaopatrzona na długie miesiące, a moja toaletka jest wyposażona w spory przekrój różnego rodzaju kosmetyków, czasem zdarza się, że pewnego dnia siadam uzbrojona w pędzel i nagle okazuje się, że ulubiony róż dobił dna, inny nijak nie pasuje mi do aktualnej aury, a paleta róży, której używam do makijaży okolicznościowych nie jest specjalnie poręczna na co dzień. Nie pozostaje wtedy nic innego, jak wpaść do drogerii i sprawić sobie trochę radości, zwłaszcza jeśli kosmetyk, który wędruje do koszyka jest niedrogi, ma piękny odcień, cudownie wygląda na policzkach i jest go...dwie sztuki. 



W myśl moich ostatnich planów, aby kupować kosmetyki z głową i nie przesadzać z ich ilością, do szaf z kolorówką kierowałam się po jeden odcień różu. Miał być różowy, ale dość ciepły, wystarczająco napigmentowany, tak aby z powodzeniem na okres zimowy mógł zastąpić mi bronzer. Nie nastawiałam się konkretnie na to czy szukam matu czy czegoś błyszczącego, nie miałam też specjalnych planów w kwestii marki. Akurat w Naturze trafiłam na promocję w szafie Kobo i mój wzrok oprócz kartek -40% przyciągnęły róże, na które nigdy wcześniej z jakiegoś powodu nie zwróciłam uwagi. Wymazałam testerami pół ręki (jak nie lepiej!), nijak nie mogłam się zdecydować, więc koniec końców moje minimalistyczne zamiary poszłyyyy w las, a ja z dwoma sztukami powędrowałam do kasy. Odcienie na pierwszy rzut oka wydawały mi się dość podobne - ciepłe, dość ciemne róże, w obu przypadkach z delikatną domieszką brązu, jednak za tym, żeby zabrać ze sobą obie sztuki do domu przemówił argument, że mają zupełnie różne wykończenia. Poniżej zdjęcia obu pięknotek - matowa Marsala i błyszczący Rosy Brown.






Rosy Brown może początkowo przerażać, bo w opakowaniu wygląda na bardzo błyszczący, jednak ten błysk w dużej mierze znika po nałożeniu na twarz. Owszem, róż ma wykończenie błyszczące, na warstwie koloru widoczna jest złota poświata, ale nie jest to ani brokat, ani efekt bombki, a dość stonowane bling bling. Ja lubię efekt "mokrego" policzka i wg mnie ten róż robi właśnie takie wrażenie. Przy mojej aktualnej bladości spokojnie mogę zastąpić nim i bronzer i rozświetlacz, więc dla mnie jest to kosmetyk 3 w 1. Jestem na ogromne tak! Pigmentacja jest bardzo dobra, a sam róż lekko pyli, ale wyjątkowo łatwo nabiera się na pędzel (co w przypadku kosmetyków wypiekanych nie jest częste) i nie traci koloru przy przenoszeniu na twarz. Ja cały makijaż zawsze na koniec delikatnie "wklepuję" puchatym pędzlem minimalną ilością pudru i w takim wydaniu róż trzyma się naprawdę bez zarzutu. Nie mogę napisać, że trzyma się od rana do wieczora, bo jednak przy pocieraniu twarzy, czy opieraniu się buzią o dłonie zawsze coś tam się zetrze, ale i tak jest nieźle. Jestem zachwycona i odkąd go kupiłam noszę go praktycznie co dziennie, co nieco zepchnęło na boczny tor drugi odcień, który wcale nie jest gorszy. 

Bo matowa Marsala jest niesamowicie uniwersalna. To taki odcień, który będzie pasować chyba każdemu. Brudny róż, ciepły, matowy, o fantastycznym pigmencie. Mimo swojej prasowanej formy, ma delikatnie kremową konsystencję, wystarczy dosłownie musnąć go po wierzchu miękkim pędzlem i równie delikatnie powtórzyć ten ruch na policzkach, aby uzyskać efekt naturalnego rumieńca. Z racji matowego wykończenia, żeby twarz nie wyglądała zbyt "sucho", ja zawsze dokładam do niego odrobinę rozświetlacza. Trwałość jest podobna jak w przypadku poprzednika - przyzwoita. 

Opakowania są proste, zamykane na zatrzask, bez szału, ale róże są nieduże, poręczne, plastik wydaje się solidny. Podoba mi się, że nie zajmują w kosmetyczce wiele miejsca. W regularnej cenie kosztują coś około 15 złotych, ja jak wspomniałam na początku, dorwałam je z 40% obniżką, więc wyszły mnie jeszcze sporo taniej. Moim zdaniem są warte nawet tej pełnej ceny i żałuję bardzo, że tyle czasu żyłam w nieświadomości, że te niepozorne opakowania skrywają tak przyjemne produkty. Muszę koniecznie przyjrzeć się pozostałym kolorom!


Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...