WoleProstoHeader

6 mar 2017

BLEND IT! - DOBRA ALTERNATYWA DLA BEAUTY BLENDERA?

Nie wiem czy kiedyś o tym wspominałam, ale faktem jest, że mała niepozorna gąbeczka do makijażu dawno już zrewolucjonizowała mój makijaż. Począwszy od oryginalnego Beauty blendera, przez moje ręce przewinęło się sporo gąbek, które internet często opisywał jako "niemal tak samo dobre". I choć np. gąbkę Real Techniques polubiłam, to jednak nawet ona (o reszcie nie wspominając!) nie dorównała pierwowzorowi, a ja pokornie wracałam do beauty blendera. Na Blend it! miałam się nie skusić, ale zachęciła mnie dobra promocja na komplet dwóch gąbeczek (dużej i małej) i, choć to może powód błahy, ładny, marmurkowy wzór. Wiedziona doświadczeniem, cudów się nie spodziewałam, ale stwierdziłam, że "w razie w" zrobię z nich awaryjne gąbki. 



Zaczynając od najważniejszego - te gąbki są rewelacyjne. Gdybym miała wskazać gąbki, którymi ewentualnie mogłabym zastąpić Beauty blendera, to zdecydowanie Blend it! znalazłoby się na szczycie tej listy. Jednakże, gąbki identyczne nie są, różnią się nieco strukturą i choć z pewnością nie mogę powiedzieć, że Blend it! jest lepsze, to jest po prostu równie dobre. Ale nie jest Beauty blenderem :). 

Największą różnicę widać w samym materiale - Blend it! jest gładsze, mniej porowate, bardziej "ciciaste" (z braku mądrzejszego określenia). Na zdjęciach Beauty blender wygląda jakby był bardziej szorstki - oczywiście materiał nadal jest mięciutki i bardzo przyjemny dla skóry, ale to Blend it! jest na sucho pozornie milszy dla skóry. Wielkościowo są praktycznie identyczne (mowa oczywiście o większym modelu), zarówno na sucho i jak już po namoczeniu. W wersji mokrej, obie gąbki są mięciutkie, sprężyste, ale tutaj większego plusa za sprężystość i dostosowanie się do wszelkich krzywizn skóry dałam po stronie Beauty blendera. Mam wrażenie, że Beauty blenderem pracuje się odrobinę szybciej, łatwiej odbija się od skóry, choć Blend it! dużo gorsze nie jest. Jeśli jesteście przyzwyczajone do Beauty blendera, to przy Blend it! będziecie musiały po prostu nieco się przestawić. 

Dalej już różnic próżno szukać. Obie gąbki rewelacyjnie rozprowadzają podkład czy korektor na skórze - równomiernie, dając naturalne wykończenie i niwelując efekt maski przy cięższych kosmetykach. Trudno przy pomocy palców czy pędzla osiągnąć podobny efekt, ja zdecydowanie jestem fanką tego, jak wygląda skóra po użyciu do aplikacji podkładu gąbeczek. Mniejsza gąbka świetnie sprawdza się w okolicy pod oczami czy w skrzydełkach nosa. Jest naprawdę niewielka, ponadto bardziej szpiczasta od dużej wersji, dzięki czemu dobrze dopasowuje się kształtem we wspomnianych obszarach. Wszystkie trzy gąbki piją umiarkowaną ilość podkładu. Wiadomo, że przy aplikacji podkładu palcami, te straty produktu są mniejsze, niemniej nie zauważyłam, żeby gąbki pochłaniały takie ilości podkładów, żeby można mówić o marnotrawstwie. 

Dodatkowym plus Blend it! jest to, że świetnie się dopierają. Bałam się nieco tych jasnych odcieni (pamiętając jak po kilkunastu tygodniach użytkowania wyglądał różowy Beauty blender), ale olejek z Isany radzi sobie świetnie i gąbki po kilku tygodniach używania nie noszą w zasadzie żadnych śladów użycia. Z Beauty blenderem teraz też nieco lepiej jest w tej kwestii, ponieważ zdecydowałam się tym razem na wersję czarną. 

Na korzyść Blend it! przemawia cena - za Beauty blendera zapłacimy około 85 złotych, a za zestaw Blend it! około 38 złotych. Ja pewnie z Beauty blendera nie zrezygnuję, natomiast Blend it! sprawdziło się na tyle dobrze, że sięgam po nie równie chętnie i jestem zdania, że mogą być świetną alternatywą.

Poniżej jeszcze kilka zdjęć - wersja marmurkowa to oczywiście Blend it!, a cała czarna gąbeczka to Beauty blender w wersji Pro. 




Pozdrawiam,
Joanna
25 lut 2017

CATRICE HD LIQUID COVERAGE - HIT?

Pamiętacie jeszcze ten dreszcz ekscytacji, jak wieki temu, "w internetach" ktoś rzucał hasło, że pojawiła się nowa limitka Essence i ktoś, gdzieś, dopiero co wczoraj widział pełen stand? Człowiek leciał wtedy do Natury (Hebe jeszcze wtedy nie było!), przedzierał się, żeby sprawdzić czy to aby na pewno prawda i jeśli szczęście dopisało, wracał do domu z upatrzonym już trzy miesiące wcześniej na którymś niemieckim blogu różu. Limitek Essence nie śledzę już bardzo długo, co jakiś czas wpadnie mi w oko jakiś kosmetyk z edycji limitowanych Catrice, ale za to udało mi się przypomnieć na czym ten "pęd po kosmetyk" polegał, jakie uczucie ekscytacji ogarnia, jak w końcu uda się ustrzelić na sklepowej półce produkt, którym zachwyca się pół internetu, ale nijak nie idzie go kupić. Jeśli śledzicie mojego instagrama, to pewnie domyślacie się już, o jaki kosmetyk chodzi!


Podkład HD Liquid Coverage od Catrice szturmem podbił blogi, youtube, a zaraz po jego premierze pojawił się wysyp ochów i achów na jego temat. Z racji tego, że kamuflaż z tej serii uwielbiam i jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych korektorów, było dla mnie jasne, że ten podkład musi do mnie trafić. Obejrzałam kilka testów na youtubie, zachwycił mnie efekt, jaki dawał ten kosmetyk, więc wyruszyłam na jego poszukiwania spodziewając się, że podkład Catrice i u mnie wywoła fluidową rewolucję. I na tym mój entuzjazm się skończył - w Hebe się nie udało, w Naturze został tylko najciemniejszy odcień, w drogeriach internetowych kolor 010 praktycznie cały czas był niedostępny. I tak w kółko, przez kilka tygodni. Bacznie obserwowałam wszystkie znane mi drogerie on-line, co jakiś czas zerkałam również stacjonarnie i nic! Jakiś czas temu, przewijając facebooka, wyskoczyło mi powiadomienie, że podkład pojawił się w sprzedaży on-line na kosmetykomanii. Info było sprzed kilku minut, więc rzuciłam się do komputera, odpaliłam stronę drogerii i...nie zdążyłam. Irytacja urosła we mnie do tego stopnia, że zrezygnowana powędrowałam na allegro i kupiłam podkład z dwukrotną przebitką. Czy było warto?




Zdecydowanie tak! Podkład w 100% zasługuje na te wszystkie peany pochwalne, które krążą na jego cześć. Zdeklasował u mnie nawet Colorstaya od Revlona, który już od kilku lat był moim podkładowym numerem jeden. 

Wybrałam oczywiście odcień nr 010, czyli najjaśniejszy z dostępnej gamy kolorystycznej. Na chwilę obecną jest dla mnie idealny - wystarczająco jasny, beżowy, z delikatną domieszką żółci. Jest bardzo podobny do Colorstaya nr 150 czy Infinite Matt 010 z Catrice. Pojawiają się gdzieniegdzie opinie, że podkład utlenia się i na skórze staje się ciemniejszy, jednak ja tego nie zauważyłam. 
Rano na oczyszczoną skórę nakładam olejek z L'Oreala, Cetaphil i krem z filtrem i dopiero po wchłonięciu tego całego arsenału nakładam podkład. Jest bardzo lejący, w porównaniu do gęstego, kremowego Revlona, ma wręcz wodnistą konsystencję. Najwygodniej nakłada się go gąbką, lub po prostu palcami, pędzel radzi sobie z nim średnio. Mimo tej lejącej formuły ma bardzo dobre krycie - jedna cienka warstwa pięknie wyrównuje i ujednolica koloryt skóry, kryje drobne przebarwienia czy niedoskonałości. W przypadku skrzydełek nosa czy brody (w tych obszarach mam z reguły więcej do przykrycia), wystarczy wklepać jeszcze jedną warstwę podkładu i mogę spokojnie zrezygnować z korektora. Podkład jest niesamowicie lekki, na skórze jest praktycznie niewidoczny. Trzeba z nim dość szybko pracować, bo zastyga na twarzy, ale przy odrobinie wprawy jego aplikacja staje się naprawdę banalna. 
Podkład jest matujący i rzeczywiście efekt końcowy można by określić jako mat, natomiast nie jest to mat suchy, "tępy", tylko bardziej satynowy. Ja czasem rezygnuję z przypudrowania go i efekt gładkiej, delikatnie matowej skóry również i bez tego elementu świetnie się utrzymuje. Trwałość to kolejny atut podkładu Catrice - trzyma się cały dzień, stanowi fantastyczną bazę pod inne kosmetyki kolorowe - bronzer czy róż nie tylko łatwo się na niego aplikują, ale i bardzo dobrze trzymają się na nim. Nie spotkałam się jeszcze z podkładem, który po 9-10 godzinach wygląda na twarzy dokładnie tak samo, jak zaraz po aplikacji. Ideał!
Opakowanie również zaliczyłabym jako duży plus tego produktu. Matowe szkło, prosty design, pipeta (całkiem wygodna w użytkowaniu - póki co) sprawiają, że produkt wygląda bardzo porządnie, schludnie i nawet może odrobinę bardziej elegancko niż wskazywałaby na to cena. A ta również zaskakuje! Za podkład w drogeriach stacjonarnych czy internetowych zapłacimy około 30 złotych, co w porównaniu do jego jakości jest ceną naprawdę bardzo niewygórowaną. Ja zapłaciłam za niego prawie 60 złotych na allegro, ale już w tym tygodniu trafiłam na niego na kosmetykomanii i przezornie kupiłam opakowanie na zapas w normalnej cenie.

Poniżej możecie zobaczyć jak wypada kolor 010 w porównaniu do Colorstaya (150 Buff) i Infinite Matt (010):



Podsumowując - dla mnie bomba! Zachwyty nie są przesadzone, jedyne na co można narzekać to dostępność. Za to dobry stopień krycia przy niesamowicie naturalnym wykończeniu i efekt "drugiej skóry" wynagradzają trudy poszukiwań :). 

Pozdrawiam,
Joanna
14 lut 2017

PUDROWA REWOLUCJA - BRIGHTENER MATT POWDER

Uwielbiam zupełnym przypadkiem wynajdywać prawdziwe kosmetyczne perełki. Jeśli jeszcze do tego wszystkiego są łatwo dostępne, kosztują niewiele, a na twarzy robią efektowne cuda. Tak było z pudrem lubianej przeze mnie marki Kobo - Brightener Matt Powder trafił do mnie gdzieś pod koniec zeszłego roku i odkąd go mam, codziennie towarzyszy mi w makijażu. 



Traf chciał, że w zasadzie w jednym momencie skończyły mi się wszystkie prasowane pudry. O ile za pudrami sypkimi również przepadam, tak rano zdecydowanie wygodniej jest mi sięgnąć po formę prasowaną. Przy okazji wyprawy po przysłowiowe mydło i dezodorant, zahaczyłam o Naturę i w oko wpadł mi puder o nietypowym odcieniu - bardzo jasna, mocno rozbielona żółć skutecznie przyciągnęła mój wzrok i wrzuciłam kosmetyk do koszyka. Już przy pierwszej aplikacji poczułam, że będzie z tego dłuższa znajomość i nie pomyliłam się. Co prawda nie używam i nigdy nie używałam tego pudru wedle jego przeznaczenia - producent opisuje go bowiem jako matowy puder rozjaśniający do konturowania. Ja natomiast używam go jako pudru do wykończenia makijażu, czyli mówiąc dosłowniej, przypudrowuję nim całą twarz pokrytą już podkładem i korektorem. Sprawdza się w tej roli naprawdę znakomicie! Odcień, czyli "banana cream", to naprawdę trafiona nazwa, ponieważ puder rzeczywiście jest jasnożółty. Kolor jest na tyle jasny, że każda bladolica poczuje się usatysfakcjonowana, natomiast żółty pigment w jakiś magiczny sposób niweluje zaczerwienienia. Ten drugi czynnik jest dla mnie o tyle istotny, że w zasadzie głównie ze względu na miejscowe zaczerwienienia na skórze korzystam z mocniej kryjących podkładów. Puder Kobo pozwala mi zredukować potrzebne krycie podkładu do niezbędnego minimum, a on odwala całą robotę. Magia! 

Przetestowałam go również na zbyt chłodnych czy zbyt różowych podkładach i tutaj również się nie zawiodłam - odcień mojej cery często sprawia, że wiele z wielu podkładów wybijają różowe tony, czego szczerze nie znoszę, a tym pudrem jestem w stanie ten efekt całkiem mocno skorygować. 

Bardzo podoba mi się jak ten produkt prezentuje się na obszarze pod oczami - skóra jest rozjaśniona, ale w połączeniu z korektorem wygląda bardzo naturalnie. Na pewno nie osiągniemy nim efektu a'la Kardashianka przy piątej z dziesięciu warstw tapety.

Wykończenie jest, jak sama nazwa wskazuje, matowe. Nie jest to jednak mat płaski, "suchy", a raczej przyjemna satyna. Skóra wygląda na bardzo wygładzoną, puder nie zbiera się w porach czy zmarszczkach, efekt naprawdę jest niesamowicie naturalny. Pigmentacja jest umiarkowana (choć trudno, żeby pigment tutaj był bardzo mocny - bladożółta twarz nie prezentowałaby się do końca normalnie), na tyle konkretna, że puder potrafi zrobić te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej i jednocześnie na tyle delikatna, że jest praktycznie niewidoczny na twarzy. 

Jedyne czego mogłabym się przyczepić to średnia wydajność. Produkt jest na tyle miałki, że nabiera się go na pędzel całkiem sporo i dość szybko znika z opakowania. Ja w chwili obecnej używam już drugiego opakowania, ale z racji ceny (około 19 złotych) jestem w stanie mu ten drobny defekt wybaczyć. 

Dostępność - wszędzie tam gdzie dostać można kosmetyki Kobo, czyli stacjonarnie w drogeriach Natura, która wprowadziła również sprzedaż on-line. 





Podsumowując - jest ze mną od niedawna, ale w kwestii codziennego makijażu zrobił mi w kosmetyczce prawdziwą rewolucję. Uwielbiam i szczerze polecam!:)

Pozdrawiam,
Joanna
29 sty 2017

GLAMBOX W PEŁNEJ KRASIE

O cieniach Glamshadows pisałam Wam już niedawno - wtedy na spróbowanie zamówiłam sześć kolorów. Wybrałam wtedy głównie odcienie błyszczące, duochromowe. Po bardzo udanych testach stwierdziłam, że pora sprawdzić czy maty zachwycą mnie równie mocno. Zależało mi też na zamówieniu Glamboxa, w którym będę mogła przechowywać cienie - nie cierpię jak pojedyncze sztuki walają mi się po toaletce. Zaczekałam aż w sklepie Glam pojawi się wszystko to, co sobie upatrzyłam i w końcu udało mi się złożyć zamówienie. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać jak finalnie prezentuje się mój Glambox.




Z samego Glamboxa jestem bardzo zadowolona. Obawiałam się, że przez to, że jest biały, będzie się mocno brudził, ale okazało się, że materiał z którego jest wykonany jest na tyle łaskawy, że wystarczy opakowanie przetrzeć mokrą chusteczką i wygląda jak nowe. Glambox jest lekki, poręczny i mieści w sobie 12 cieni. 
Swatche cieni robiłam pionowymi rzędami, więc tak też będzie wygodnie mi je zaprezentować względem powyższego zdjęcia. 
Rząd I (od góry): Chiński jedwab, Kolorowy dym, Różowy szampan
Rząd II (od góry): Białe złoto, Wata cukrowa, Rabarbar
Rząd III (od góry): Palona kawa, Pralina, Kosmiczna pieczarka
Rząd I od góry: Zimna czekolada, Słodkie kakao, Szare bordo


Różowy szampan to jasny, cielisty cień błyszczący, wpadający w zależności od światła w złoto lub róż.
Kolorowy dym to również jasny, połyskujący beż, dla odmiany z chłodnym podbiciem; czasem wpada w lekko szaro-niebieskie tony.
Chiński jedwab - przepiękny, jasny, rozbielony wrzosowy odcień, z wyraźnym złotym połyskiem. 
Pigmentacja i formuła tych trzech cieni jest bardzo zbliżona - są dobrze napigmentowane, ale solo wyglądają delikatnie na powiece. Przy ciemniejszej, mocniejszej bazie dają nieoczywisty, duochromowy efekt.  


Rabarbar to połączenie borda z pomarańczą i złotym połyskiem. Jeden z moich faworytów wśród cieni Glamshadows. 
Wata cukrowa - jasny, brzoskwiniowy odcień z wyraźnym, różowym połyskiem.
Białe złoto to cień petarda! Przy tak jasnym kolorze, pigmentacja jest po prostu niemożliwie wysoka. Jest to bardzo jasne, rozbielone złoto, pięknie wygląda w wewnętrznym kąciku oka. 
Podobnie jak wyżej - te trzy cienie są do siebie bardzo zbliżone jakościowo, połyskujące, z tzw. "drugim dnem". Solo potrafią zrobić na oku prawdziwą furorę, ja wolę stosować je jako akcent, żeby nie przedobrzyć.


Kosmiczna pieczarka to prawdziwy kosmos. Mocno błyszczący odcień taupe, który pięknie wygląda roztarty na całej powiece. 
Pralina to odcień złotawego brązu, bardzo błyszczący i podobnie jak cień wyżej zrobi nam piękne, dzienne smoky.
Palona kawa to pierwszy mat w mojej kolekcji. Czysty, ciemny brąz, o bardzo adekwatnej nazwie. Ja używam go do przydymionej kreski, do zewnętrznego kącika czy na dolną powiekę. Pigmentacja jak na cień matowy bardzo dobra, choć formuła zdecydowanie różni się od reszty cieni. Nie osypuje się, nie blednie na powiece. 


Szare bordo to typowy odcień taupe. Świetnie wygląda w załamaniu powieki, jako cień transferowy. Pigmentacja średnia (tzn. dobra, ale gorsza niż w przypadku cieni błyszczących czy ciemniejszych), ale dużo zyskuje na bazie. 
Słodkie kakao - jasny odcień, wpadający w brzoskwiniowe tony. Również dobrze wygląda w załamaniu powieki, ja często nakładam go na całą powiekę i przydymiam Paloną kawą. 
Zimna czekolada - dość podobny do cienia wyżej, o nieco lepszej pigmentacji i zdecydowanie mniej "pomarańczowy". Bardzo dobrze podbija niebieską tęczówkę, ja uwielbiam podkreślać nim całą górną powiekę.
Powyższe maty mogą wydawać się nieco trudne w obsłudze - na swatchu wyglądają delikatnie, ale są to stosunkowo jasne odcienie. Baza (ja używam Art Deco) bardzo dobrze podbija ich moc, na powiece nie mieszają się ze sobą, a ich formuła pozwala na dokładnie cienia i wzmacnianie intensywności. 

Z perspektywy czasu mogę śmiało napisać, że Glambox i jego zawartość były dobrą inwestycją. Po cienie sięgam codziennie, wykonuję nimi zarówno prosty, dzienny makijaż, jak i te mocniejsze, wieczorowe. Ich ogromną zaletą jest trwałość - w ciągu dnia nie rolują się, nie osypują, nie blakną. Sama paleta jest wygodna w użytkowaniu, zajmuje w toaletce niewiele miejsca, brakuje mi w niej jedynie lusterka, dzięki czemu byłaby idealna również na wyjazdy. 



Pozdrawiam,
Joanna
28 sty 2017

MAKIJAŻOWO - DZIENNY MAKIJAŻ W 15 MINUT

Poranki wyglądają u mnie niemal identycznie przez pięć dni w tygodniu. Wstaję o godzinie 7, robię śniadanie do pracy sobie i mężowi, a następnie nadal ledwie przytomna siadam przy toaletce i próbuję kilkoma szybkimi ruchami pędzla ożywić swoją twarz do stanu, który nie spowoduje pytań typu "jesteś chora?" zaraz po przejściu przez próg biura. Zawsze podczas mojej porannej rutyny sięgam po sprawdzony zestaw kosmetyków, który pozwala mi na wykonanie makijażu delikatnego, tuszującego niedoskonałości skóry i podkreślającego tego co trzeba. Podczas ostatniego niedzielnego poranka postanowiłam uwiecznić efekt takiego typowego dziennego makijażu do zrobienia dosłownie w 15 minut. Przy okazji opowiem Wam trochę o moich ulubionych i sprawdzonych kosmetykach.


Jak widać na powyższym zdjęciu, poruszam się ostatnio głównie po barwach bardzo naturalnych, wpadających w brązy czy brzoskwinie. Z kolorów zdecydowanie już "wyrosłam" i jeśli już po jakiś sięgam, to jest to przeważnie śliwka czy ciemniejsza zieleń wpadająca w szmaragdowy. 
Po długiej przerwie wróciłam do podkładu Catrice All Matt Plus. Używałam go jeszcze w starej formule i ciekawa byłam czy nowa będzie mi równie dobrze pasować. Szczerze mówiąc większej różnicy nie zauważyłam - podkład spisuje się równie świetnie jak kiedyś. Jest lekki, wyrównuje koloryt skóry, przykrywa zaczerwienienia czy drobne niedoskonałości. Ma satynowe wykończenie, w dobre dni mojej skóry mogę sobie odpuścić przypudrowywanie go. Odcień jest wystarczająco jasny, wpadające w żółte tony - lubię to!
Upodobałam też sobie w ostatnim czasie puder brązujący z My Secret - Face'n'body Bronzing Powder. Ma cudowny chłodny odcień, jest dość jasny, na tyle, że możemy stopniować efekt bez obawy  o plamy (a rano to naprawdę ważne). Łatwo czepia się pędzla, równie łatwo rozciera się go na skórze. Wykończenie ma specyficzne - jest lekko połyskujący, więc efekt konturowania nie jest płaski, w niektórym świetle sprawia wrażenie "mokrej skóry". 
Nie wyobrażam sobie też świeżego makijażu bez delikatnego muśnięcia policzków różem. Mam ostatnio dwóch ulubieńców, oba firmy Kobo. Tutaj akurat użyłam matowego odcienia Marsala. Więcej możecie przeczytać w tym poście - KLIK!
Wyraziste brwi to dla mnie ważny punkt makijażu - bez odpowiednio podkreślonych czuję się goła. Upodobałam sobie zestaw z Lovely - znajduje się w nim ciemnobrązowy matowy, chłodny cień, niemal czarny wosk i precyzyjny dwustronny pędzelek (jest też rozświetlacz pod brew, kredka i pęseta, ale akurat z tych elementów nie korzystam). Cień jest bardzo dobrze napigmentowany, podobnie jak wosk, a pędzelek pozwala bardzo szybko i dokładnie wypełnić braki w brwiach. Zdecydowanie zestaw godny zainteresowania. 
Jeśli chodzi o cienie - pod koniec ubiegłego roku skompletowałam sobie paletę 12 cieni Glamshadows. To marka stworzona przez znaną Wam pewnie youtuberkę Hanię (KLIK). Cienie zamawiałam na dwie tury, o pierwszej połowie już pisałam na blogu (KLIK), o drugiej części będziecie mogły poczytać za kilka dni. Cienie są cudowne! Zarówno maty, jak i połyskujące kolory. Mają świetną pigmentację, dobrze się rozcierają, nie blakną w ciągu dnia, a na bazie trzymają się do samego demakijażu. Jestem nimi szczerze zachwycona i sięgam po nie codziennie z dużą przyjemnością.
Przez kilka lat używałam jedynie tuszu So Couture z L'Oreala. Ostatnio coś mnie ugryzło i po wykończenie kolejnej maskary, zamiast sięgnąć po mojego sprawdzonego ulubieńca, skusił mnie tusz Lash Sensational z Maybelline. I nie żałuję, bo finalnie okazał się od So Couture lepszy! Kompletnie się tego nie spodziewałam, ale na moich rzęsach robi prawdziwe czary - włoski są rozdzielone, podkręcone i maksymalnie wydłużone. Na plus zaliczę również to, że maskara jest bardzo czarna i wyjątkowo trwała - nie osypuje się, nie rozmazuje, nie straszne jej pot czy łzy. Obecnie kupiłam drugie opakowanie i póki co L'Oreal idzie w odstawkę.
W przypadku ust stawiam w makijażu dziennym na odcienie, które uwidocznią usta na twarzy, ale nie będą grały pierwszych skrzypiec. Zdecydowanie polubiłam kolory w stylu "my lips but better", a do takich zaliczyć mogę matową pomadkę w płynie Million Dollar Lips z Wibo o numerze 01. W Rossmannach bardzo długo była wykupiona i ciężko mi było na nią trafić, ale w końcu się udało i szybko przekonałam się skąd taki szał na ten odcień. Jest bardzo naturalny (na żywo chłodniejszy niż na zdjęciach, światło zrobiło psikusa), równomiernie się zjada, zastyga na satynowy mat. Bardzo twarzowy kolor!



I to by było tyle z porannego malowania - podkład nakładam beauty blenderem, jeśli tego wymaga to lekko go przypudrowuję, bronzer i róż to w zasadzie cztery ruchem pędzlem. Cienie z Glamshopu bardzo dobrze przyczepiają się powieki i jeszcze lepiej rozcierają, więc makijaż oczu (nawet ten troszkę mocniejszy) można zrobić nimi dosłownie w 5 minut. Tak naprawdę najbardziej czasochłonnym elementem mojego makijażu są brwi - wynika to z tego, że mam spore ubytki do wypełnienia. 


A Wy ile czasu przeznaczacie na poranne malowanie? Macie jakiś sprawdzony zestaw czy idziecie w improwizację? Dajcie znać!:)

Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...