17 kwi 2014

O takim jednym co się pięknie mieni | rozświetlacz MUA

Ekspresem dzisiaj będzie, ekspresem. Postawiłam przed sobą trudne wyzwanie, jakim jest przeniesienie wyników z badań w laboratorium z zeszytu do excela, żeby nie musieć na to patrzeć przez święta, także zarzucę Wam tu tylko recenzją świetnego rozświetlacza i chyba odłączę sobie interet, żeby nie kusiło. 

Kosmetyki MUA znam dość dobrze - sama posiadam dwie palety cieni, kilka pojedynczych cieni, kilka linerów, bazę pod cienie, a swojego czasu miałam okazję zmacać praktycznie cały asortyment, ponieważ podczas promocji -50% moja koleżanka wykupiła chyba połowę magazynu ;). Niedawno na blogu Edyty (klik) przeczytałam recenzję rozświetlacza MUA i od tamtej pory ciężko na niego zachorowałam. No i mam! Moje chorowanie uważam za w pełni usprawiedliwione, bo rozświetlacz Undress your skin to naprawdę cud, miód i orzeszki.

Zacznę od tego, że rozświetlacz wizualnie bardzo cieszy oko. Mimo, że opakowanie jest plastikowe i z serii tych "takie se", to wnętrze zachwyca. Tłoczenia są zwyczajnie ładne i sprawiają, że kosmetyk bardziej rzuca się w oczy. Odcień jest mocno nietypowy - niby to bardzo jasny beż, ale zostawia jednocześnie delikatną różową poświatę. Jest zdecydowanie chłodny i na pewno lepiej się w nim będą czuć osoby o chłodnym typie urody. Wykończenie to to, co podoba mi się najbardziej - pięknie błyszcząca tafla, chłodna, subtelnie połyskująca różem. Nie znajdziemy tu wielkich drobin, nawet tych mniejszych ciężko się dopatrzeć. Na twarzy wygląda dość błyszcząco lub delikatnie - w zależności od tego ile go zaaplikujemy na skórę. Ja wolę wersję minimalistyczną, lekko rozświetlone kości policzkowe to jest to co lubię. 


Sam kosmetyk jest dość miękki, ale jednocześnie niepylący. Łatwo nabrać go na pędzel i nie zrobić wokół siebie błyszczącej chmury. Z racji tego, że jest to produkt dość jasny i dość błyszczący, lepiej nakładać go na twarz oszczędnie, bo efekt mimo wszystko daje dość konkretny. Ja używam pędzla z miękkiego włosia i jedynie delikatnie omiatam szczyty kości policzkowych. Efekt można spokojnie stopniować, gdy uznamy, że tafla jest zbyt lekka. Trwałości nie mogę nic zarzucić - na skórze trzyma się spokojnie kilka godzin (różnie w zależności od tego jaki mam podkład). Współpracuje i z minerałami i z podkładami płynnymi. Czasem nabieram go małym pędzelkiem i wklepuję w wewnętrzny kącik oka, pod brew czy na łuk kupidyna i tu również sprawdza się świetnie. Nie spowodował u mnie żadnej niepożądanej reakcji skórnej. Wydajność zapewne mnie nie zawiedzie - mimo, że intensywnie miziam po powierzchni pędzlem, nie widzę zbytniego ubytku w tłoczeniach. Puder ma gramaturę 7,5 g i kosztuje około 16 złotych (do kupienia np. na cocolicie). 


Podsumowując - strzał w dziesiątkę, MUA po raz kolejny udowadnia, że mimo niskich cen, kosmetyki mają naprawdę niezłe. Do moich top trzy na pewno należą paletki, baza pod cienie (moja ulubiona!) i powyższy rozświetlacz, który szturmem wbił się w ranking. 

Znacie kosmetyki marki MUA? Może możecie coś polecić?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 kwi 2014

O szminkowej kompozycji prawie idealnej

Na baletnicę się nie nadaję kompletnie, pomijając już rozmiary odwłoka, który bardziej by się nadawał do brazylijskiej samby aniżeli do do pląsów w obcisłych białych rajstopach, gracji w ruchach u mnie tyle co nic. Jednak kiedy Sleek wypuścił serię paletek do ust to właśnie Ballet najbardziej zwróciła moją uwagę. Traf chciał, że chwilę po premierze trafiła do mnie Havana. Piękna, mocna, zdecydowana. Na jakiś czas o Ballet udało mi się zapomnieć, ale nie przestałam chcieć. Chciejstwo zostało zaspokojone, a ja dzisiaj mogę Wam napisać, czy paletka warta jest zainteresowania.


Kolorystyką na pewno zachwycone będę wielbicielki delikatnych odcieni. W Ballet znajdziemy cztery szminki, różniące się między sobą nie tylko kolorami, ale i właściwościami. Ja co prawda lepiej czuję się w mocno podkreślonych ustach, z racji tego, że kontury moich warg są bardzo nieregularne i rozmyte, a ciemna szminka świetnie maskuje tego typu niedoskonałości. Mimo to, z paletki Ballet jestem bardzo zadowolona, choć nie jest to zestawienie bez wad. Najsłabszym ogniwem jest odcień Tutu - jasny, beżowy z brzoskwiniowymi nutami, o mało szminkowej konsystencji. Najbardziej miękki, masełkowaty ze wszystkich odcieni, przez co ciężki do równomiernego rozprowadzenia. Pędzelkiem jest to praktycznie niemożliwe, dużo prościej jest wklepać szminkę w usta, a pędzlem poprawić sam kontur. Może i odcień jest warty takiego zachodu, ale na pewno nie dla mnie. Nie ta karnacja, nie te usta ;). Przy mojej cerze ten kolor wygląda po prostu źle, ale nie płaczę, bo i właściwości tej szminki są nieszczególne. Kolejny odcień to kolor stworzony dla mnie! Plie to kolor praktycznie dokładnie w odcieniu moich ust, jedynie odrobinę ciemniejszy. Świetnie się w nim czuję i bardzo często po niego sięgam, zarówno do mocniejszych jak i delikatnych makijaży oka. Dawno nie spotkałam się z kolorem tak naturalnym i tak dobrze wyglądającym na moich ustach. Właściwości też są o niebo lepsze - to taka typowa szminkowa konsystencja. Kremową, dobrze napigmentowaną szminkę łatwo nałożyć na usta pędzelkiem, wygodnie jest podkreślić kontur warg. Trwałość również na plus - wytrzymuje kilka godzin (oczywiście o ile nie jemy), nie rozmazuje się i zjada się bardzo równomiernie. Kolejny odcień kolorystycznie mi się podoba - to taki mocno brzoskwiniowy nudziak. Ciemniejszy niż Tutu i dokładnie odwrotny jeśli chodzi o właściwości. Swan Lake jest najbardziej suchy z całej czwórki, przez co dość ciężko nabiera się go na pędzelek, ale z pędzelka na usta już nie ma tragedii. Czasem mogą się pojawiać prześwity, ale wtedy dobrze wklepać szminkę pędzelkiem zamiast nakładać ją ruchem posuwistym. Trwałość dobra, szminka się na ustach trzyma dość długo, przy czym z racji swojej suchej konsystencji może nieco przesuszyć usta. Pirouette to jeden z ładniejszy odcieni różowego w mojej kosmetyczce. Dość jasny i raczej chłodny, ale nie "dodowaty" w najmniejszym stopniu. Konsystencja i właściwości niemal identyczne jak w przypadku Plie - szminka jest kremowa, mocno napigmentowana, równo pokrywa usta, nie rozmazuje się. Trwałości również nie można się przyczepić. Uwielbiam nosić ten odcień na co dzień, do bardzo skromnego makijażu oka, świetnie się też prezentuje w towarzystwie mocniejszej kreski. Uwielbiam! 
Poniżej możecie zobaczyć jak poszczególne odcienie prezentują się na ustach:


Na zdjęciu bardzo dobrze widać różnice w konsystencji poszczególnych odcieni. Wszystkie są bezdrobinkowe, kremowe, jednak Tutu jako jedyny zostawia błyszczące wykończenie, z kolei Swan Lake jest z całej czwórki najbardziej suchym, matowym egzemplarzem. Gdybym mogła wybrać ulubiony odcień z tych wszystkich, nie mogłabym się zdecydować. Zarówno Plie jak i Pirouette to szminki, które bardzo mocno polubiłam, noszę je ostatnio praktycznie na zmianę. Chętnie wyrzuciłabym Tutu i zastąpiła go ciepłym odcieniem różu. Do Swan Lake mam stosunek obojętny, nie mogę powiedzieć, że go nie lubię, ale nie porwał mnie tak jak wspomniane Plie i Pirouette. 
Dzisiaj, z racji porażającego lenia, który mnie dopadł znienacka, ograniczyłam makijaż oka do beżowego cienia i tuszu do rzęs, a usta pomalowałam szminką Pirouette. A, że miałam po powrocie do domu trochę czasu, chwyciłam za aparat (w końcu do mnie wrócił!) i się nieco pobawiłam :). 


Podsumowując - paletkę polubiłam bardzo, gdyby nie słaby odcień Tutu byłaby naprawdę idealna. To świetna kompozycja, bardzo naturalne kolory, dla kogoś kto lubi delikatny efekt ta paletka będzie perfekcyjna. Ja jestem na tak, paletkę eksploatuję intensywnie i pewnie prędko nie przestanę. Znalazłam w końcu cukierkowy jasny róż, który nie wygląda na mnie barbiowato, więc za to paletka ma kolejnego plusa. Cena początkowo wydawała mi się nieco wysoka (około 36 złotych), jednak biorąc pod uwagę, że w paletce mamy aż cztery odcienie (z czego tylko jeden średnio znośny) to cena już tak nie przeraża. Swoją paletkę dostałam od cocolity (link do paletki). 

Ps. Zauważyłam, że w poście porażająco często używałam słowa "szminka". Z góry przepraszam, dopiero teraz mi się przypomniało o ładnym synonimie "pomadka" :P.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 kwi 2014

Gumowy cudak - o przydatnym cosiu

Nie jestem kosmetyczną gadżeciarą, niespecjalnie ciągnie mnie do szczoteczek do mycia twarzy, stojaków do suszenia pędzli czy samomyjących rękawic. Czasem jednak trafia do mnie, mniej lub bardziej przypadkowo, coś, co choć z pozoru nie pożądane przeze mnie, staje się niesamowicie przydatnym "cosiem". Miałam tak z beauty blenderem, bez którego teraz nie wyobrażam sobie nakładania ciężkich, treściwych podkładów. Dawno już nie trafiłam na gadżet, który jakoś specjalnie by mnie zachwycił, poraził swoją funkcjonalnością i ułatwił moje kosmetyczne rytuały. Zmieniło się to jakiś czas temu. Na tego gumowego cudaka trafiłam kilka miesięcy temu, gdy razem z Eweską organizowałam mikołajkowe spotkanie. Na spotkaniu Ewes miała dla nas kilka prezentów od znajomej prowadzącej sklep internetowy. Czego w tych paczkach nie było! Rzęsy, kępki, pęsety i cała masa innych różności. W tym kawałek gumy z wypustkami i "chwytakiem", nad którym musiałam chwilę pomyśleć, żeby w ogóle dojść do tego, do czego toto służy. 

Od tamtej pory jesteśmy nierozłączni, a ja dorobiłam się drugiej sztuki. Dalej co prawda nie wiem ani jak się to nazywa ani jaki właściwie był cel wyjściowy, ale okazało się, że jest to bardzo pomocne gumowe coś. Jedna sztuka służy mi do mycia twarzy przy użyciu żelu. Dzięki delikatnym wypustkom uzyskujemy lekkie działanie peelingująco - masujące, skóra jest dokładniej oczyszczona. To dobre rozwiązanie dla osób, które mają wrażliwą skórę i przepadają za peelingami z ostrymi, ścierającymi drobinkami. Ponadto świetnie sprawdza się przy zmywaniu maseczek, które zastygają na skórze. Zawsze się męczyłam ze spłukiwaniem glinek, a przy pomocy tego cosia bardzo łatwo można pozbyć się maseczki z twarzy. Drugi egzemplarz to świetny czyścik do pędzli. Pędzle moczę, nakładam na nie odrobinę mydła i pocieram o powierzchnię czyścika. Takie rozwiązanie idealnie się sprawdza przy pędzlach upapranych podkładem. 

Same czyściki (no proszę - i udało mi się znaleźć jakieś określenie :P) są wygodne w użyciu, łatwo je chwycić w dłoń i zaczepić palcami. Odkąd trafiły na moją łazienkową półkę (na początku grudnia) nic się z nimi nie dzieje. Nie pękają, wypustki masujące nie odpadają. Czyszczenie ich jest również banalnie proste - ja je po prostu co jakiś czas wyparzam. 

Podsumowując - niby takie nic, a okazało się bardzo funkcjonalne i przydatne. Nie pamiętam ceny tego cosia, ale były to jakieś groszowe sprawy. Gdzie szukać? Allegro, ebay, wszelkie sklepy internetowe oferujące azjatyckie dziwności. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 kwi 2014

Makijażowo - Del Mar volume 1

To, że za paletkami Sleeka przepadam, wiedzą chyba wszyscy, którzy czytają mojego bloga. Paletek mam sporo, moja kolekcja ciągle się rozrasta, ale z reguły przygarniam tylko te sztuki, które od razu krzyczą do mnie "kup mnie, jestem taaaaka piękna!". Tym sposobem pominęłam np. popularną nie tak dawno paletę Garden of Eden. Choć ładna i przyjemna, mnie nie zachwyciła na tyle mocno, żeby poświęcić jej miejsce we wciąż kurczącej się szufladzie. Myślałam, że podobnie będzie z paletką Del Mar - na zdjęciach promocyjnych nie tylko nie zawołała do mnie, ale i nawet, zaryzykuję określenie, wydała mi się zwyczajnie brzydka. Pierwsze zdjęcia znalezione na blogach nie powalały, makijaże zresztą podobnie, podejrzewałam cienie o mocno średnią pigmentację i kredowość. Wydawało mi się, że paletka jakościowo będzie podobna do sleekowej Brights, a paletki tej nie cierpię i pluję sobie w brodę za każdym razem jak wpadnę na idiotyczny pomysł, żeby jej użyć. Jednak im dalej od premiery, tym częściej o niej myślałam. Dawno nie zaopatrywałam się w żadną nową paletę, a koniec końców - opinie o tej paletce były tak skrajne, jak to tylko możliwe. Od kompletnych pojazdów po jej jakości, po zachwyty. Jako, że jestem istotą bardzo ciekawską, Del Mar ciągle tkwiła mi w głowie. Z pomocą przyszła mi niezawodna cocolita i dzisiaj mogę już Wam napisać, do której grupy ja się zaliczam - do wielbicielek czy może do zagorzałych przeciwników. Z góry uprzedzam, że będzie to post długi, bo będzie to i recenzja paletki i sporo zdjęć, swatche, makijaż (na dodatek krok po kroku), więc proponuję udać się po herbatkę i rozsiąść się wygodnie.


Próbowałam, naprawdę próbowałam uchwycić na zdjęciach to co widzę, gdy patrzę na tę paletę. Jednak dawno nie spotkałam się z kosmetykiem tak ciężkim do uwiecznienia na zdjęciach. Cienie, kolory - na zdjęciach wyglądają po prostu tak sobie, nijako, podczas gdy na żywo paletka jest prześliczna. Pastelowa, kolorowa, bardzo wiosenna. Kolorystyka jest świetnie skomponowana - cienie nadadzą się zarówno do lekkiego, "mgiełkowego" kolorowego makijażu, jak i do mocnego, żywego czy nawet do zwykłego, neutralnego dzienniaka. No i w końcu w palecie zabrakło czerni! Najbardziej obawiałam się pigmentacji cieni - Sleek nie słynie zbytnio z dobrze napigmentowanych jasnych matów. Na szczęście okazało się, że cienie nie są kredowo suche jak w palecie Brights, są miękkie, nie sypią się, podczas swatchowania na dłoni nie robiły prześwitów. Oczywiście są tu cienie lepsze i gorsze. Najprościej będzie mi je opisać po kolei.


Lounge Lovers - niby taki banalny cień, ale tak ładny, że gdy nosiłam go na powiekach solo lub w towarzystwie czarnej kreski i wyglądał bardzo efektownie. Odcień beżowo - złotawy, połyskujący. Sam cień miękki, dobrze napigmentowany, bardzo przyjemny w blendowaniu. 
Poolside - matowy niebieski, średnio napigmentowany. Na swatchu wygląda tak se, jednak na oku zachowuje się dużo lepiej. Przy blendowaniu lubi blaknąć, więc dla lepszego nasycenia lepiej nakładać go ruchem wklepującym. 
Sunset Strip - dość energetyczny odcień pomarańczy. Myślałam, że to cień matowy, jednak zdecydowanie wypada jak satyna, czy to na ręce czy na oku. Dość dobrze napigmentowany, miękki, dobrze się go blenduje.
Ambience - jeden z gorszych cieni w tej palecie. Matowy, ciemny fiolet z domieszką szarości. Pigmentacja średnia, bez bazy ani rusz, a podczas rozcierania lubi znikać.
Chilled Out - prawie, że biel, ale jednak nie do końca. Również ni to satyna, ni to mat. Jak na tak jasny cień pigmentację ma dobrą. Fajny do rozjaśniania wewnętrznego kącika oka czy pod brew. 
Blue Marine - czyli po prostu przyjemny morski odcień, dość ciemny, bardzo dobrze napigmentowany. Jest dość miękki, więc dobrze jest strzepać pędzel z nadmiaru cienia, w przeciwnym przypadku może się osypać. Podobny odcień jest bodajże w palecie Darks. Lubię go używam nad linię górnych rzęs czy do przyciemnienia zewnętrznego kącika w bardziej neutralnym makijażu.
Opening Party - kolejny piękny cień (czego niestety kompletnie nie widać na zdjęciu). Fiolet, mocno połyskujący, wpadający w niebieski, bardzo "wróżkowy" odcień. Pigmentacja wydaje się średnia, jednak na oku cień jest mocno widoczny, mimo, że dość jasny. Świetnie wygląda połączony z Feel Euphoric - efekt jest nieco cukierkowy, ale naprawdę ładny.
On the Rock - kolejna satyna, tym razem koralowa. Mocno pigmentacja, przyjemna konsystencja i rozcieranie. Jeszcze nie znalazłam na niego pomysłu, ale spróbuję go połączyć kiedyś z szarością, żeby go nieco stonować. 
Talamanca - matowy (choć znów - to nie ten sam rodzaj matów co we wspomnianej Brights) odcień jasnego brązu. Pigmentacja średnia, ale cień dość prosty w obsłudze - syntetycznym pędzelkiem można uzyskać większe nasycenie koloru. Lubię go łączyć z Lounge Lovers i bielą - dzięki temu uzyskuję idealny, lekki makijaż na dzień.
Feel Euphoric - jasny odcień ciepłego różu, lekko połyskujący. Pigmentacja dobra, rozcieranie podobne jak w Lounge Lovers - cień się praktycznie sam blenduje. Bardzo polubiłam ten cień, przeprosiłam się z różem na moich powiekach.
Balearic Beat - limonkowy odcień zieleni. Bardzo dobrze napigmentowany, bardzo nasycony. Na swatchach wpada w żółć, w rzeczywistości jest odrobinę bardziej zielony. Nie robi prześwitów podczas rozcierania. Super wygląda na dolnej powiece, połączony z niebieskim i morskim. 
Paradise - kolejna perełka, czyli jeden z ładniejszych odcieni fioletu jakie posiadam. Matowy, dość ciężki w obsłudze (ale warto się trochę postarać) lawendowy odcień. Mocno nasycony, świetnie wygląda na powiekach. Lubi blaknąć podczas rozcierania, więc również sprawdzi się tutaj wklepywanie i pędzel z włosia syntetycznego.

Skorzystałam dzisiaj z tego, że nie musiałam doglądać w laboratorium moich kłaczków i przygotowałam makijaż krok po kroku z użyciem tej paletki. Do makijażu starałam się wykorzystać jak najwięcej cieni z palety, które dokładnie może zobaczyć poniżej:


Makijaż wyszedł bardzo kolorowy, jednak jeśli nie lubicie aż takich szaleństw na powiekach, możecie go bardzo łatwo zmodyfikować. Wystarczy, że zamienicie kolorową górną/dolną powiekę na któryś z neutralnych odcieni (Lounge Lovers, Chilled Out, Talamanca - razem czy osobno), zostawiając kolor na dolnej/górnej i makijaż od razu zrobi się "lżejszy". Ja akurat lubię poszaleć i łączyć ze sobą miks wielu kolorów, więc w stepie zobaczycie wersję "wypasioną" ;).


1. Na powieki nakładam bazę (u mnie MUA).
2. Cieniem Chilled Out rozjaśniam obszar pod brwiami.


3. Cieniem Feel Euphoric podkreślam górną, ruchomą powiekę, nie wychodząc zbytnio nad załamanie.
4. Zewnętrzną część górnej powieki pokrywam cieniem Paradise łącząc go delikatnie z różem.


5. Górną granicę cieni rozcieram puchatym pędzelkiem (tutaj mój ulubiony Ecotools) przy użyciu cienia Opening Party.
6. Zewnętrzny kącik przyciemniam cieniem Ambience (cieniując go w odwróconą literę V).


7. Zewnętrzną część dolnej powieki podkreślam morskim cieniem Blue Marine. 
8. Wewnętrzną część pokrywam cieniem Balearic Beat, a na granicę zieleni i morskiego nakładam odrobinę niebieskiego cienia Poolside. 


9. Cienie na dolnej powiece delikatnie rozcieram błyszczącym Lounge Lovers. 
10. Rzęsy podkręcam zalotką (u mnie Essence). 


11. Na rzęsy nakładam jedną warstwę tuszu (u mnie maskara Lovely). Rzęsy podkreślam delikatnie, tak aby jedynie je przyciemnić, nie chcę "zasłonić" wachlarzem ciemnych rzęs kolorowej powieki.
12. I gotowe!

Zdjęcia makijażu przy całej twarzy również mam, aczkolwiek proszę o wyrozumiałość, bo chwilowo pracuję na aparacie Osobistego, z którym to nie mogę się dogadać (z aparatem, nie Osobistym).


Nie jest to na pewno ostatni makijaż z użyciem tej paletki, który pojawi się na blogu, jednak chciałabym ją w tym poście - gigancie nieco podsumować. 
A więc (ach Joanno, nie zaczyna się zdania od "a więc" - jak mawiała moja nauczycielka w podstawówce) - paletka przypadła mi do gustu mocno. Maluję się nią już tydzień i praktycznie co dziennie udało mi się nią wyczarować coś fajnego. Podejrzewam, że jeszcze nie jeden i nie dwa makijaże przed nami ;). Nie dajcie zwieść się zdjęciom - te bardzo krzywdzą paletkę i odbierają jej dużo uroku, który można dostrzec na żywo. Nie sądzę, że paletka zrzuci z piedestału moje sleekowe top 3, jednak cieszę się, że ją mam i tej wiosny na pewno będzie królować na moich powiekach. 
Paletkę możecie kupić w sklepie cocolita (konkretnie TUTAJ), płacąc za nią 37,49 zł.

Czy jest na sali ktoś, kto dobrnął do końca posta?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 kwi 2014

Wybielający duet Lirene - żegnajcie przebarwienia

Gdy dostałam jakiś czas temu pakę pełną kosmetyków Lirene, moją uwagę od razu przyciągnęły dwa produkty, oba z nowej serii Wybielanie. Jestem dużą zwolenniczką wszelkich kosmetyków, których właściwości mają ujednolić odcień skóry, zredukować przebarwienia czy rozjaśnić cerę. Nie zmagam się co prawda z jakimś ogromnym problemem w tej kwestii, jednak moja skóra jest bardzo jasna i wszelkie, nawet drobne przebarwienia są na niej widoczne. Dodatkowo mam sporą tendencję do powstawania plamek od nawet najmniejszego kontaktu ze słońcem, więc chętnie sięgam po kosmetyki, które z tymi problemami mają walczyć. Lirene proponuje nam dwa produkty stworzone w tym celu - tonik 3w1 oraz drugi, również wielofunkcyjny kosmetyk łączący w sobie właściwości żelu myjącego, peelingu i maski.


Po kilku tygodniach stosowania zauważam już pewne zmiany na skórze, choć nie jest to efekt porównywalny np. do działania kwasów. Przede wszystkim zauważyłam zmianę na brodzie, gdzie miałam kilka plam "popryszczowych". Ponadto ogólnie odnotowałam rozświetlenie cery - może nie jest to wybielenie, ale skóra wygląda lepiej, ma równiejszy odcień, przebarwienia będące pozostałością po wypryskach stały się zdecydowanie mniej widoczne. Duet nie ruszył w żadnym stopniu moich piegów, ale nawet na to nie liczyłam - skoro kwasy sobie poradziły, to trudno, żeby dużo łagodniejszy kosmetyk je zniwelował. Poza tym lubię piegi, więc nie jest mi jakoś szczególnie żal ;). Oba kosmetyki mają przyjemne zapachy, takie dość orzeźwiające, dlatego bardzo przyjemnie stosowało mi się je rano. Żel/peeling/maskę stosowałam po prostu do mycia twarzy, nie mam pojęcia jak rozgraniczyć jego działania jako peelingu i żelu, dla mnie sposób użycia jest dokładnie taki sam. Czasem, gdy miałam więcej czasu zostawiałam kosmetyk na dłuższą chwilę na twarzy (maska), po czym masując skórę spłukiwałam (znów - peeling/żel). 


Żel ma świetną konsystencję - jest wystarczająco kremowy, ale jednocześnie zawiera dobrze ścierające, drobne drobinki. Bardzo podoba mi się to, co ten kosmetyk zrobił z moimi porami - mam wrażenie, że są naprawdę porządnie oczyszczone, nieco zwężone. Efekt jest na tyle mocny, że ja widzę go gołym okiem. Odkąd stosuję ten żel rzadziej sięgam po korund, który w dalszym ciągu jest dla mnie peelingiem numer jeden, jednak na chwilę obecną spokojnie mogę zmniejszyć częstotliwość jego stosowania. Po użyciu żelu skóra jest oczyszczona, nie jest podrażniona czy zaczerwieniona, jest sporo gładsza. Łatwo można go spłukać letnią wodą, znam peelingi, które trzeba spłukiwać długie minuty, tutaj sprawa jest dużo prostsza. Na opakowaniu znajduje się informacja, że żelu należy używać regularnie 2 - 3 razy w tygodniu, jednak ja sięgam po niego z reguły codziennie, góra co dwa dni i nie odnotowałam żadnego negatywnego wpływu na moją skórę. Żel nie przesuszył, nie podrażnił. Myślę, że dla osób, które lubią myć skórę kosmetykami ścierającymi będzie to dobry żel nawet na co dzień, w przypadku osób, które nie lubią bardzo mocnych peelingów - ten spokojnie nada się do stosowania raz czy dwa w tygodniu. Jego wydajność jest świetna - niewielka ilość starcza na twarz i szyję, pojemność jest całkiem spora (75 ml), obecnie zużyłam może połowę, więc liczę, że żel wystarczy mi na kolejne kilka tygodni. 


Z tonikiem sprawa wygląda podobnie - jestem z niego zadowolona. Ciężko mi ocenić działanie tych kosmetyków z osobna, ponieważ stosuję je w duecie. O ile po użyciu żelu dość łatwo było zauważyć efekt, jak choćby wygładzenie i oczyszczenie, tak przy toniku zaczynają się schody. Skład ma dość ciekawy, bo na drugim miejscu znajdziemy kwas migdałowy, nieco dalej pantenol, więc pod tym względem można uznać, że obietnica wyrównania kolorytu, oczyszczenia itd. to nie pic na wodę. Dla mnie jest to dobre uzupełnienie żelu/peelingu. Tonik "uspokaja" skórę, nie zostawia lepkiej warstwy, nie szczypie w oczy. Jego działanie jest bardzo odświeżające. O ile stosowanie kwasów przy np. katarze i podrażnionej skórze wokół nosa to była katorga, tak tonik jest w działaniu bardzo delikatny. Po przemyciu nim twarzy przez kilka sekund czuć delikatnie mrowienie na skórze. Mnie to uczucie nie przeszkadzało, wręcz wydawało się całkiem przyjemne, ale jest to oczywiście kwestia indywidualna, wiem, że są osoby, które za tym nie przepadają. Pojemność to 200 ml, tutaj na wydajność też nie mogę narzekać. 

Oba kosmetyki mają przyjemne wizualnie opakowania - prosty design, kolory (jak na blogu ;)), trafiają w moją estetykę. Tubka z żelem ma precyzyjny otwór, przez który łatwo dozować produkt, a zamknięcie butelki toniku jest dość solidne i nie stwarza ryzyka zalania kosmetyczki podczas przenoszenia go. Za tonik musimy zapłacić około 18 zł, za żel około 17 zł. 

Podsumowując - bardzo udany duet, przy mojej skórze sprawdził się na piątkę z plusem. Na pewno będę kontynuować stosowanie tego zestawu, choć planuję zmniejszyć częstość sięgania po żel na rzecz czegoś jeszcze delikatniejszego. 



Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...