WoleProstoHeader

19.09.2016

PĘDZLOWA REWOLUCJA CZYLI JAK NAŁOŻYĆ PODKŁAD...SZCZOTKĄ

Bardzo długo moim podstawowym narzędziem do nakładania podkładu były...palce. Później nastąpił bum na pędzle i ja również na długo wsiąknęłam w poszukiwania idealnego pędzla do aplikacji podkładu, jednak ciągle nie mogłam trafić na ten jedyny, który nie narobi smug, nie wypije połowy podkładu i zapewni dobry poziom krycia. Trochę lepiej dogadywałam się z beauty blenderem (i nadal bardzo chętnie po niego sięgam), ale gdzieś z tyłu głowy ciągle wisiała mi ta myśl, że może kiedyś znajdę pędzel, który sprosta moim oczekiwaniom. No i nieoczekiwanie znalazłam!

Jakiś czas temu na rynku pojawiły się pędzle o dość niecodziennym kształcie - gęste, duże szczotki. Wydawały mi się wyjątkowo nieporęczne, sporo osób skarżyło się, że pędzlo-szczotki zamawiane z aliexpress się rozpadają, te które pojawiły się na naszym rodzimym rynku też podobno nie były lepsze pod tym względem. Na długi czas o nich zapomniałam, aż któregoś dnia natknęłam się na nie w Hebe. Na moje nieszczęście większość z nich była wykupiona, ostały się jedynie najmniejszy i największy rozmiar. Najmniejszy nijak nie wyglądał mi na nic praktycznego, więc z czystej ciekawości sięgnęłam po wersję największą, stwierdziwszy, że nie mam nic do stracenia, a może akurat? 




Zanim użyłam go po raz pierwszy byłam przekonana, że nic z tego nie będzie - jest to zdecydowanie najbardziej gęsty, zbity i "konkretny" pędzel, jaki mam w swojej kolekcji. Jakby było tego mało, jest też spory i wydawał mi się dość nieporęczny przy pierwszym kontakcie. Nie sądziłam, że w jakikolwiek sposób będę w stanie rozetrzeć tym pędzlem podkład po skórze, ale bardzo przyjemnie się zdziwiłam. Zalety?

Szybkość aplikacji!
Może brzmi głupio, ale uwierzcie mi na słowo, że nie miałam nigdy pędzla, którego tempo byłoby takie oszałamiające. Nakładam podkład punktowo na twarz (czyli mówiąc bardziej po ludzku - robię nim cztery ciapki, na policzkach, czole i brodzie) i pędzlem rozcieram go lekkimi, kulistymi ruchami od środka twarzy na jej boki. Dosłownie trzy-cztery ruchy i podkład jest idealnie rozprowadzony. Dziesięć sekund. Magia.

Efekt aplikacji
Z pędzlami miałam przeważnie ten problem, że nieważne jak bardzo bym się tym pędzlem namachała, zawsze znalazłam w którymś miejscu jakąś smugę i musiałam poprawić roztarcie gąbką czy palcami. W przypadku tej szczotki nic takiego nie ma miejsca. Ze względu na dużą gęstość pędzla, da się nim naprawdę bezproblemowo rozprowadzić podkład nawet najcięższego kalibru - smug czy prześwitów nie będzie.

Precyzja
Czyli coś, czego po tak dużym pędzlu bym się absolutnie nie spodziewała. No bo jak taką ogromniastą szczotą manewrować przy nosie, pod oczami czy na innych górach i dolinach, których jednak trochę na twarzy mamy? Ale! Pędzel jest na tyle "plastyczny", że bez problemu rozetrzemy podkład na skrzydełkach nosa czy na brodzie. 

Włosie
Znacie to uczucie, kiedy myjecie pędzel do podkładu, mijają długie minuty pod bieżącą wodą, a pędzel nadal jest brudny? Z pędzlami często jest ten problem, że podczas aplikacji wypijają morze podkładu. Ani to ekonomiczne, ani nikomu specjalnie niepotrzebne do szczęścia. W przypadku tej szczotki efekt ten jest zdecydowanie zminimalizowany. Mam wrażenie, że włosie jest tak gęste, że zwyczajnie nie "przepuszcza" podkładu w głąb pędzla. Same włoski są też bardzo gładkie, przez co dokładnie wmasowują podkład w skórę, ale same go nie pochłaniają. 

Co z poręcznością, o którą się nieco obawiałam? Nie jest źle. Początkowo trzeba się przestawić na inny typ rączki, inny nacisk na skórę, ale jak opanujemy te dwa czynniki, to później już jest tylko dobrze. Dawno żaden pędzel tak mnie nie urzekł swoimi właściwościami - nie mogę się doczekać aż uda mi się w końcu dorwać w Hebe jego mniejsze wersje (w moim Hebe są notorycznie wykupione)!




Pozdrawiam,
Panna Joanna
14.09.2016

KROK DO IDEALNYCH BRWI CZYLI ŻELOWY CIEŃ DO BRWI MARKI FREEDOM

Nie skłamię, jeśli powiem, że przerobiłam już całe mnóstwo kosmetyków do brwi. Zaczynałam od kredek, potem były cienie, woski, raz się nawet trafił eyeliner, który odcieniem świetnie pasował do moich brwi i był całkowicie matowy. Ostatnio w drogerii, w której jest wszystko (prawdziwy skarb! mój portfel drży jak tam wchodzę), natknęłam się na pomady do brwi niewiele mi mówiącej marki Freedom. Moja paleta do brwi ze Sleeka powoli dobijała dna, więc po wymazaniu się całą paletą testerów znalazłam odcień, który powędrował ze mną do domu. 





Szybki research po powrocie do domu, pozwolił mi ustalić, że Freedom to marka twórców Make Up Revolution. MUR bardzo lubię, więc po pomadzie do brwi spodziewałam się w zasadzie tylko i wyłącznie dobrych rzeczy. Nie zawiodłam się! Jest to chyba jeden z lepszych kosmetyków do brwi, jakiego dane mi było używać. Ciężko mi znaleźć choćby jeden minus (życzyłabym sobie jedynie, żeby marka była szerzej dostępna w stacjonarnych drogeriach), natomiast plusów doliczyłam się całkiem sporo!

Po pierwsze - odcień

Ostatnio przyciemniłam włosy, więc celowałam w "coś ciemniejszego", jednocześnie zależało mi na tym, żeby odcień nie był ani zbyt rudy, ani zbyt czerwony, ani zbyt szary (fazę brwi w kolorze betonu mam już na szczęście za sobą). Słowem, pomada miała być brązowa, możliwie neutralnie i wystarczająco ciemna. Wybór kolorów jest naprawdę spory, ja w drogerii doliczyłam się bodajże dziesięciu odcieni - od blondu, przez przeróżne brązy, aż po smolistą czerń. Koniec końców zdecydowałam się na Dark Brown, który w słoiczku wydawał mi się dość rudy, ale po starciu wierzchniej warstwy, jego kolor jest dokładnie taki jakiego szukałam. Dobrze dopasował się do ciepłego, czekoladowego odcienia brązu, który aktualnie mam na głowie. Cień ma mocną pigmentację, na tyle, że spokojnie wyrysujemy nim "włoski" przy pomocy skośnego pędzelka, ale jednocześnie można stopniować moc i przy lżejszym nacisku pędzla uzyskamy subtelniejszy efekt.

Po drugie - konsystencja

Pomada ma konsystencję podobną do linerów w żelu - jest dość zbita, delikatnie masełkowata. Łatwo nabiera się ją na pędzelek i równie łatwo aplikuje na brwi. Bardzo podoba mi się fakt, że cień nie jest śliski, przez co dobrze zlewa się z włoskami, nie daje błyszczącego "mokrego" efektu i wygląda bardzo naturalnie. 

Po trzecie - trwałość

Cień, dzięki swojej żelowo-matowej konsystencji dość szybko zastyga i trwa na brwiach dokładnie do samego demakijażu w nieruszonej formie. Nie straszny mu pot, nie ma żadnego znaczenia czy nałożymy go na gołą czy przypudrowaną skórę - jego trwałości nie mogę zarzucić absolutnie nic. Na ogromny plus zaliczę też fakt, że kolor cienia nie zmienia się wraz z upływem czasu (cienie ze Sleeka miały taką dziwną tendencję, że w ciągu dnia utleniały się i wychodziły z nich lekko czerwone nuty).

Po czwarte - cena

Za cień zapłaciłam coś około 25 złotych. Słoiczek jest spory (cień ma 2,5 g), sama pomada jest bardzo wydajna dzięki wysokiej pigmentacji, więc stosunek ceny do pojemności/wydajności jest jeszcze przyjemniejszy. Opakowanie jest solidne, szklane, porządnie wykonane, wizualnie niczym nie ustępuje niejednokrotnie droższym kosmetykom.


Słowem - mój aktualny numer jeden. Szybkość, łatwość aplikacji, fantastyczna trwałość i świetne dopasowanie kolorystyczne - czegóż chcieć więcej?

Pozdrawiam,
Joanna

10.09.2016

JESIEŃ DA SIĘ LUBIĆ

Jestem stworzeniem niekoniecznie ciepłolubnym. Uwielbiam za to ubrać się w ciepłe skarpetki, zawinąć w miękki koc, odpalić w tle świeczki dające delikatny blask i napić się gorącej herbaty. Nade wszystko nie cierpię upałów, potu lejącego się po plecach, klejących się do ciała ubrań i dusznych nocy, kiedy nie mogę przykryć się kołdrą. Zawsze z utęsknieniem wypatruję więc jesieni, porannych mgieł unoszących się nad trawą, chłodnych wieczorów, zapachu palonych liści. Odkąd sięgam pamięcią jesień miała dla mnie wręcz charakterystyczny zapach. W ostatnich dniach powoli, powoli czuć już było tę jesienną atmosferę, a we mnie wstąpił jesienny duch - w sklepach mimowolnie kierowałam się do półek ze swetrami, sklepy obuwnicze przyciągały mój wzrok botkami, a do kominka powędrowały pierwsze otulające ciepłym aromatem woski. Dzisiaj przerobiłam jakieś tony cukinii, papryki i pomidorów na aromatyczne leczo, upiekłam też mnóstwo dyni na puree. Poduchy dostały nowe, puchate poszewki, na komodzie zamieszkał świeży wrzos, a ja uzupełniłam garderobę o pierwsze jesienne swetry. Jutro dyniowe puree zamienię w syrop do kawy (domowe pumpkin spice latte jest po prostu jedynie i bezbłędnie obłędne!) i pijąc ową kawę na balkonie będę napawać się widokiem kolorowych drzew za oknem. Mimo, że dzisiaj szalały dzikie, jak na ten czas w roku temperatury, u nas nastrój już jest!



Nie czujecie się przekonane, aby nieco przychylniejszym okiem spojrzeć na tę - niejednokrotnie kapryśną - porę roku? Ja sama, mimo, że zawsze na jesień czekam i początkowo wydaje mi się, że nie mogę się jej doczekać, niejednokrotnie zmagałam się z jesiennym przesileniem, zmęczeniem i irytacją na wieczną ciemność (uczucie, gdy człowiek wychodzi z i do pracy w szarości za oknem nie może być fajne). Brakowało mi energii, chęci na jakąkolwiek aktywność fizyczną czy psychiczną. Ze wszystkim można walczyć na bieżąco, ale, że lepiej zapobiegać niż leczyć, ja sobie zwyczajnie zaplanowałam, że moja jesień będzie piękna. 

Tym razem odgoniłam myśli o jesiennej chandrze krótką listą zakupów, które zamierzam realizować powoli przez jesienne miesiące. Dawno już tworzenie wish-listy nie sprawiło mi tyle frajdy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że tym razem nie będzie żadnej chandry - będą za to ciepły sweter, miękki szal i słodka, dyniowa kawa, a co!


Koniecznie muszę zaopatrzyć się w lekki płaszcz. Brakuje mi takiej przejściowej narzutki, popularnie zwanej w moim otoczeniu "okryjbidą" :). Mam co prawda nieco sfatygowany trencz, ale no właśnie - sfatygowany i w takim fasonie, w którym chyba nigdy specjalnie dobrze się nie czułam. Teraz chcę postawić na luźną narzutkę z kieszeniami, najlepiej czarną lub granatową. Dwa przyjemne fasony znalazłam w H&M i waham się, który z nich bardziej mi się podoba. Granatowy ma piękny odcień, ale za to czarny można zapiąć (swoją drogą, cóż za idiotyczna moda ostatnio nastała, żeby wszystkie płaszcze i kurtki nie miały zapięć?!). Dylemat do rozstrzygnięcia w przymierzalni.
Wymyśliłam też sobie, że w końcu odejdę od czarnych i ciemnych dodatków. Niedawno kupiłam jasnobrązową torebkę, do mojej szafy trafiły też dwa jasne swetry (zdjęcie drugie od góry, Takko), więc do koloru brakuje mi jeszcze jasnego szalika. Również w H&M znalazłam fajną sztukę, bardzo ładny szalik widziałam również na dziale F&F w Tesco. 
Mimo, że obiecałam sobie, że nie kupię już żadnego swetra w typie takim jak na zdjęciu, z każdej strony atakują mnie ostatnio piękne, długie i grube kardigany. W szafie mam kardiganów sporo, ale wszystkie są cienkie i nie za długie, a mnie zamarzył się teraz bardzo długi, bardzo ciepły i bardzo beżowy. 
Znosiłam też już swoje jesienne botki. Była to już kolejna para butów, która przetrwała ledwie sezon, więc tym razem postanowiłam sobie, że zainwestuję w coś porządniejszego, na trochę "mocniejszej" podeszwie. W CCC znalazłam kilka par, które wpadły mi w oko, te dwa modele na powyższym zdjęciu chyba najmocniej zapadły mi w pamięć.
W kwestii zapachów chyba w końcu pora coś zmienić - z Yankee Candle jestem praktycznie na bieżąco, ale dawno już żaden wosk nie wbił mnie w siedzenie swoim niecodziennym aromatem. Spodobała mi się za to nowa kolekcja Kringle Candle, niektóre zapachy prezentują się naprawdę obiecująco. Na mojej liście są trzy pewniaki, które muszę w końcu zamówić, ale w kolekcji jesiennej KC znajdziecie dużo więcej ciekawych pozycji.
Jak już przy woskach jesteśmy, muszę dokupić drugi kominek. Obecnie mam jeden (z Yankee Candle - służy mi już kilka lat i nie mogę narzekać na jego jakość, więc pewnie zdecyduję się na tę samą markę) i używam go w salonie. Ostatnio jednak przenoszę go też do sypialni i zostawiam zapalonego tealighta na czas zasypiania, ale denerwuje mnie bieganie po mieszkaniu z nagrzanym kominkiem. Upatrzyłam sobie prosty, biały kominek w ciekawym kształcie i ten pewnie w końcu do nas trafi. 

Pewnie jakbym jeszcze trochę pogrzebała w internecie, lista mogłaby się wydłużyć, ale aby zachować umiar, na razie wstrzymam się z dalszymi poszukiwaniami :). Was zostawiam z moimi jesiennymi przemyśleniami i mam nadzieję, że i Wy nastrajacie się na nadchodzącą porę roku tylko i wyłącznie pozytywnie!

Pozdrawiam,
Joanna

03.09.2016

Cztery gadżety do mycia twarzy

W ostatnim poście (Koreański rytuał pielęgnacyjny w dziesięciu krokach wg Charlotte Cho w praktyce), wspomniałam o tym, że z racji zmian związanych z potrzebami mojej cery, zmieniłam sporo w swoim podejściu do pielęgnacji skóry. Jedną z najważniejszych zmian było zrezygnowanie z typowych, mechanicznych peelingów (moja niegdyś ulubiona pasta oczyszczająca z Ziaji obecnie leży i się kurzy) na rzecz tych delikatniejszych, enzymatycznych. Mocne zdzieraki zostały zastąpione kilkoma gadżetami, których używam w duecie z olejkiem czy żelem do mycia. Takich pomocników mam całkiem sporą kolekcję i to właśnie im chciałabym poświęcić tego posta - zapraszam!


W moim obecnym zestawie znajdują się cztery gadżety - szczoteczka z włosia, silikonowa szczoteczka soniczna (obie z Biedronki), silikonowa szczoteczka z Rossmanna i gąbeczka Konjac. Najdłużej jest ze mną szczoteczka z włosia, którą już dość dawno kupiłam w Biedronce i od tamtej pory dość regularnie jej używam. W miarę zmiany moich potrzeb, poczułam, że przydałoby się coś jeszcze i tak trafiły do mnie kolejne gadżety - niby wszystkie o podobnym przeznaczeniu, ale jednak każde inne.


Jak obecnie wygląda moje oczyszczanie twarzy? Rano, do olejku i żelu najczęściej używam gąbki Konjac. To dość specyficzny twór - jest twarda, szorstka, ale w kontakcie z wodą staje się niesamowicie miękka, elastyczna i wprost przyjemna dla skóry. Gąbka konjac powstaje z drzewa o takiej samej nazwie, ma bardzo ciekawe właściwości - podobno zawiera w sobie naturalny środek myjący (ja jednak wolę ją w zestawie z żelem), pozwala przywrócić naturalne pH skóry, pozbyć się wszelkich zanieczyszczeń ze skóry, ma właściwości nawilżające i "dotleniające" naszą skórę. Czy w to wszystko wierzyć? Nie wiem. Wiem za to, że gąbka jest na tyle delikatna, że nie podrażnia skóry, jednocześnie po jej użyciu cera jest naprawdę miła dla oka, gładsza, bardziej miękka. Używam jej też do zmywania maseczek, wspomnianych już peelingów enzymatycznych. Łatwo ją doczyścić, jest naprawdę nieskomplikowana w użytkowaniu. Niby taki mały "dupsik", ale naprawdę uprzyjemnia pielęgnację. 

Wieczorem w zależności od nastroju sięgam albo po szczoteczkę z włosiem, albo po soniczną szczoteczkę silikonową. Tę drugą mam od niedawna, ale naprawdę świetnie się sprawdza. Szczoteczka z włosia jest trochę bardziej inwazyjna - mam wrażenie, że mocniej oczyszcza, potrafi spienić żel i czasem zwyczajnie czuję, że danego dnia aż tak mocne oczyszczenie nie jest mi potrzebne - wtedy sięgam po którąś z silikonowych wersji. Wersja soniczna jest sporo delikatniejsza, ale robi ze skórą jakieś czary, bo cera jest bardziej sprężysta, gładsza, pory jakby mniej widoczne. Jej używanie jest niesamowicie relaksujące, te drgania w połączeniu np. z olejkiem do mycia dają efekt odprężającego skórę masażu. Zdarza mi się też po nią sięgać podczas aplikacji serum - mam wrażenie, że kosmetyk wtedy konkretniej działa, a masaż szczoteczką daje mu dodatkowego kopa. 
Najbardziej niepozorna z całej czwórki jest mała, różowa szczoteczka z Rossmanna. Kupiłam ją za jakieś śmieszne pieniądze, po tym jak zobaczyłam ją u Kosmetycznej Hedonistki. Zaciekawiła mnie wtedy na tyle, że stwierdziłam, że przy następnej okazji wrzucę ją do koszyka. Jest bardzo elastyczna, wypustki są miękkie, z tych trzech zaprezentowanych szczoteczek (gąbki co oczywiste, nie liczę) jest chyba najdelikatniejsza. Sprawdza się u mnie jako pomocnik w porannej pielęgnacji, świetnie pobudza krążenie i dobrze przygotowuje skórę do przyjęcia kosmetyków. Jest też najwygodniejsza w użyciu - nie trzeba jej moczyć (jak Konjaca), nie musimy wymieniać końcówek jak w szczoteczce z włosia, najłatwiej ją wyczyścić (ja ją po prostu wypłukuję pod bieżącą wodą, co jakiś czas spryskuję ją też alkoholem izopropylowym). Do tego zdaje się też najdelikatniejsza z przedstawionej trójki. Mała, ale daje radę! 


Podsumowując - gąbka Konjac świetna do zmywania maseczek, do delikatnego mycia żelem, różowa szczoteczka z Rossmanna przy porannej pielęgnacji również jest niezastąpiona. Soniczne szczoteczki (z włosia i silikonowa) zostawiam sobie na wieczór, przy czym szczoteczka z włosia jest zdecydowanie mocniejsza i staram się ograniczyć jej używanie do ~dwóch razy w tygodniu. Silikonowa szczoteczka soniczna jest za to wielozadaniowa, świetnie oczyszcza, przyjemnie masuje i sprawdza się do aplikacji kosmetyków, gdy chcemy trochę podkręcić ich działanie. Wszystkie cztery gadżety świetnie się nawzajem uzupełniają i chyba tylko z szczoteczki z włosia mogłabym zrezygnować, bez reszty ciężko mi sobie wyobrazić obecną pielęgnację. Jeśli chciałybyście podrasować codziennie oczyszczanie, to na początek zdecydowanie poleciłabym zainwestować w gąbkę Konjac i silikonową szczoteczką z Rossmanna. Zakup tych dwóch gadżetów powinien Was kosztować około 20 złotych, a na pewno nie pożałujecie!

Pozdrawiam,
Joanna

29.08.2016

Koreański rytuał pielęgnacyjny w dziesięciu krokach wg Charlotte Cho w praktyce

O "Sekretach urody Koreanek" wydawnictwa ZNAK było głośno już jakiś czas temu, ja jednak do książki autorstwa Charlotte Cho podchodziłam z dużą rezerwą. Poradniki są tym typem literatury, którego unikam jak ognia. Miałam kilka podejść, ale zawsze kończyło się to dużym stopniem poirytowania i pukaniem się w czoło w rytm powtarzanych słów "Ludzie naprawdę to czytają?". Nie jestem w stanie powiedzieć, który element poradników tak bardzo działa mi na nerwy - czy to lekko psychologiczny wydźwięk, który zawsze gdzieś tam wyczuwam w tle, czy fakt, że zwyczajnie nie lubię jak ktoś mówi mi co mam robić, ale no nie przebrnęłam przez żaden. Nigdy. "Sekrety" to pierwsza pozycja, którą nie tylko przeczytałam w całości. Ja tę książkę wchłonęłam w jeden wieczór. Spontanicznie wrzuciłam ją w Empiku do koszyka, jak szukałam jakiejś lekkiej lektury na podróż poślubną i prawdę mówiąc, nie byłam przekonana czy w ogóle po nią sięgnę. Udało mi się przemóc i nie żałuję. 

Nie jest to pozycja, która zmieniła moje życie czy wprowadziła wielkie zmiany w moim podejściu do pielęgnacji. Nie było dla mnie nowiną, że makijaż trzeba zmywać, że filtry przeciwsłoneczne to konieczność, że dobrze jest cerę regularnie złuszczać czy nawilżać. Nie było też tak, że nagle poczułam ochotę na wymianę całej swojej pielęgnacyjnej kosmetyczki. Mało tego - mimo, że rzeczywiście postanowiłam wypróbować "koreański rytuał pielęgnacyjny w 10 krokach" na własnej skórze, nie od razu mogłam się cieszyć oszałamiającymi efektami w postaci świetlistej, jednolitej cery. Lektura natomiast pomogła mi usystematyzować wiedzę, nieco ją pogłębić i...zwyczajnie mnie wciągnęła! Czytając ją, nie czułam się jak nad poradnikiem. To trochę taka opowieść o kosmetycznej (i tylko) przygodzie z Koreą, napisana lekko, przyjemnie i w przystępny sposób. Dziełem wysokich lotów bym tej książki nie określiła, ale sięgając po nią, miałam nadzieję właśnie na coś lekkiego, niekoniecznie musiało to być tomiszcze rodem spod pióra Sienkiewicza. Momentami miałam wrażenie, że kilka informacji pojawiło się kilkukrotnie, a jedynie ubrane były w trochę inne słowa, ale to w zasadzie malutki mankament. Całkiem miło natomiast czytało się wszelkie turystyczno-lokalne ciekawostki, bardzo spodobał mi się rozdział o k-spa (szczerze żałuję, że i u nas podobnych brak!). Najwięcej uwagi skupiłam na rozdziale, w którym krok po kroku opisany był koreański rytuał pielęgnacyjny, który wg autorki ma, olaboga, aż dziesięć kroków. Ale, że moja cera przechodziła armagedon i apokalipsę (skutki odstawienia hormonów objawiły się diametralną zmianą typu cery; nagle okazuje się że mam cerę mocno mieszaną, skłonności do wyprysków, moja skóra jest wrażliwa, itd., itd.), stwierdziłam, że może gorzej nie będzie i zaryzykowałam. Przez ostatnie tygodnie musiałam się nauczyć dużej systematyczności - na tym, w moim odczuciu, w większej mierze polega koreański sekret. Czy się opłaciło? Moim zdaniem tak! Okazało się, że cały ten upiększająco-pielęgnacyjny proces nie jest wcale taki czasochłonny jak myślałam, że będzie, a jego efekty naprawdę zaczyna być widać gołym okiem. Najbardziej podoba mi się chyba idea zgoła inna od tego, co przyświeca "amerykańsko-instagramowej" modzie. Cały sekret tkwi w naturalności i nieprzerysowaniu. Tutaj sedno tkwi w tym, by nie zakrywać cery z problemami, ale by się tych niedoskonałości próbować pozbyć. Idealnie wypielęgnowana, świetlista cera ma być dobrze przygotowanym "płótnem" pod naturalny, delikatny i podkreślający urodę makijaż. 


Po skończonej lekturze, jeszcze raz wróciłam do wspomnianego rozdziału i posiłkując się ściągawką w postaci prostej grafiki i wiedzą wyniesioną z przeczytanej książki, przystąpiłam do działania. Okazało się, że nie musiałam zrobić kosmetycznych zakupów za miliony monet. Właściwie jedyne rzeczy, w które musiałam zainwestować to olejek myjący do twarzy (moja Bielenda niestety dobiła dna) i kilka sztuk maseczek w płachcie (Charlotte jest ich wielką fanką, a ja do tej pory raczej takową nie byłam). Reszta kosmetyków ułożona w pewien schemat stanowiła mój pielęgnacyjny rytuał, którego pozytywne efekty zaczęłam widzieć właśnie teraz. 


Koreański rytuał opiera się na 10 krokach, które ja delikatnie zmodyfikowałam pod swoje potrzeby. Największą zmianą było odstawienie mocno zdzierających peelingów, których wcześniej używałam bardzo często, na rzecz delikatniejszych peelingów enzymatycznych i przestawienie się na równie delikatne szczoteczki używane w towarzystwie olejków i żeli do mycia twarzy. Przybyło mi ostatnio sporo gadżetów do oczyszczania twarzy, więc na ich temat możecie spodziewać się kolejnego posta! 

Zebrałam swoje 10 kroków i chciałabym się z Wami podzielić moim zestawieniem. Zaczynamy od samego początku:

1. Krok pierwszy - demakijaż i olejek myjący


To była pierwsza zmiana. Wcześniej wieczorem używałam płynu micelarnego/dwufazówki, potem sięgałam po żel/peeling i na tym w zasadzie się kończyło. Rano z reguły opłukiwałam twarz żelem czy samym płynem micelarnym. Tutaj sprawa się trochę mocniej pokomplikowała - teraz najpierw zmywam makijaż micelem (Garnier), następnie na zwilżone dłonie nakładam olejek (u mnie olejek pomarańczowy z Biochemii Urody) i masuję twarz. Na tym etapie podczas wieczornego "mycia" dokładam silikonową szczoteczkę. Dołożenie do swojej pielęgnacji mycia olejkiem bardzo pozytywnie wpłynęło na moją skórę - chyba nigdy nie była tak dobrze oczyszczona, mimo odstawienia mocnych zdzieraków.

2. Krok drugi - kosmetyk na bazie wody.


Nad nim w zasadzie nie musiałam się specjalnie nagłowić - żelu do mycia twarzy używałam już wcześniej i przy tym samym żelu pozostałam (Under Twenty). Żel zmywa resztki olejku i dobrze uzupełnia ten etap pielęgnacji. Najczęściej pomagam sobie gąbeczką Konjac. Rano i wieczorem ten krok wygląda u mnie tak samo. 

3. Krok trzeci - peeling.



Duża zmiana w moim podejściu do pielęgnacji. Przede wszystkim krok ten muszę podzielić na dwa etapy - zamieniłam peelingi na enzymatyczne, a do mycia twarzy żelem/olejem dołożyłam szczoteczki (silikonowe, soniczne, gąbkę Konjac). Takie połączenie sprawdza się u mnie najlepiej, bo: skóra stała się w ostatnim czasie dużo wrażliwsza i peelingi enzymatyczne są dla niej mniej "agresywne", a szczoteczki i gąbka sprawnie i równie delikatnie ten proces złuszczania wspomagają. Moje ulubione peelingi enzymatyczne to ten z Pharmaceris z serii Puri-Sensipil oraz peeling Eko z Biochemii Urody (z bromelainą i papainą). Każdego z nich używam raz w tygodniu, na zmianę (czyli robię peeling dwa razy na tydzień). 

4. Krok czwarty - tonizowanie. 


To też coś, co wcześniej najczęściej pomijałam. W moim odczuciu, skoro od micela zaczynałam, to ponowne przetarcie twarzy wacikiem po całym demakijażu i myciu twarzy było już zbędne. Ale pokornie wyciągnęłam na wierz tonik (L'Oreal) i używam dwa razy dziennie, podczas porannej i wieczornej pielęgnacji. Wg Charlotte rolą toniku jest nie tylko usunięcie pozostałych na skórze zanieczyszczeń, ale również jej odświeżenie i przywrócenie jej właściwego odczynu (podczas mycia twarzy owe pH sobie podnosimy za pomocą środków myjących). 

5. Krok piąty - esencja.


Przyznam, że tu ciągle ze sobą walczę. Kuszą mnie bardzo azjatyckie esencje, niemniej póki co wygrał rozsądek i wykańczam swoje serum z witaminą C (Biochemia Urody). Być może, gdy już je zdenkuję, zdecyduję się na prawdziwą esencję (na dzień dzisiejszy obstawiam Esencję do twarzy z sfermentowanych drożdży Skin Power Original First Essence). Generalnie schemat zaprezentowany przez Charlotte opiera się na nakładaniu kosmetyków pielęgnacyjnych na twarz w kolejności od "najrzadszego" do tego najbardziej treściwego, tak aby umożliwić tym lżejszym kosmetykom przyjęcie przez cerę zanim zaaplikujemy na nią konkret. I tak idziemy krokami - esencja/serum bądź ampułka/kremy. Ja z racji tego, że serum z witaminą C jest naprawdę bardzo rzadkie, przeznaczyłam je dosłownie na spód swojej pielęgnacji i nie narzekam - w takiej kombinacji sprawdza mi się naprawdę dobrze. Serum używam dwa razy dziennie.

6. Krok szósty - serum i ampułki.



Czyli etap, który po raz kolejny dzielę na rano/wieczór. Do wieczornej pielęgnacji stosuję popularne "rybki" (u mnie ostatnio Balea i Rival de Loop), natomiast rano zdecydowanie potrzebuję czegoś lżejszego (serum Alverde). I tu po raz kolejny odzywa się logika takiej pielęgnacji - serum z witaminą C wchłania się naprawdę błyskawicznie, więc nałożenie kolejnego kosmetyku nie powoduje uczucia "betonu" na twarzy.

7. Krok siódmy - maseczka w płachcie. 


Moje odkrycie roku! Nie byłam przekonana do tego typu masek, używałam ich ostatnio sto lat temu i wspominam je miło, ale bez szaleństwa. Natomiast teraz maski w płachcie to mój standardowy zakup podczas wizyty w drogerii. W Hebe skusiłam się na zestaw tygodniowy (siedem różnych masek na siedem dni tygodnia) i dzięki temu odkryłam dwie ulubione, do których na pewno wrócę. Spory wybór mam też w pobliskiej drogerii - tam ostatnio kupiłam maski z Holika holika (maska - 15 złotych, mina mojego męża, gdy zobaczył mnie w masce a'la foka - bezcenna). Maski tego typu fenomenalnie nawilżają skórę, taki półgodzinny seans z kawałkiem szmatki na twarzy potrafi mnie zrelaksować jak nic innego. Uwielbiam to uczucie "po", kiedy ściągam płachtę i wmasowuję w skórę resztę esencji, którą nasączony był materiał. Zażywam takiego pielęgnacyjnego relaksu dwa razy w tygodniu - zawsze w ten dzień, kiedy robię sobie peeling.

8. Krok ósmy - krem pod oczy.


To akurat punkt o wysokiej oczywistości. Ja właśnie wykończyłam mój krem z GoCranberry i przerzuciłam się na krem pod oczy marki Vianek. Póki co jestem zadowolona z jego działania - jest lekki, szybko się wchłania, sprawdza się pod makijaż. Używam oczywiście rano i wieczorem.

9. Krok dziewiąty - nawilżanie + maseczka na noc raz w tygodniu.



Z kremami ostatnio trochę eksperymentowałam. Mój ulubiony krem dobił dna (Lioel, krem ze śluzem ślimaka), a ja chciałam spróbować czegoś innego. Padło na duet od Vianek - dobrany do kompletu do kremu pod oczy. W sumie dość spontaniczny zakup, bo kremy rzuciły mi się w oczy w niepozornej, ale świetnie zaopatrzonej drogerii i postanowiłam zaryzykować. Póki co nie żałuję. Oba mają przyjemne składy, nie podrażniły mojej skóry, nie zostawiają na niej lepkiej/tłustej/jakkolwiek inaczej drażniącej warstwy. No i robią to co powinny - skóra jest odprężona, nawilżona i wyraźnie bardziej miękka. Ale o nich więcej za jakiś czas.
Maseczka na noc raz w tygodniu to dla mnie na razie zagadka do rozwiązania - póki co używałam maseczek z Babuszki Agafii, ale nie czułam większej różnicy po pozostawieniu ich na skórze na całą noc. Być może bardziej długofalowo dadzą się zauważyć jakieś konkretniejsze efekty, jeśli nie, rozejrzę się za jakąś maską dedykowaną do takiego użytkowania.

10. Krok dziesiąty - SPF.


To krok, do którego autorce książki chyba najtrudniej było przywyknąć. Ja na szczęście tego problemu nie miałam - nawyk sumiennego używania filtrów utrwalił mi się już dawno i jestem naprawdę dumna ze swojej systematyczności w tej kwestii. Miałam kilka upadków (sic!), ale zawsze szybko wracałam na właściwy tor. Obecnie mam dwa kremy - SPF 30, którego używam rano przed wyjściem do biura i SPF 50, który nakładam na twarz kiedy czeka mnie dłuższe przebywanie na "wolnym powietrzu". Oba mogę polecić - nie zostawiają na twarzy białego filmu, nie są tłuste i ciężkie, nie zapychają. 

Właśnie tak wygląda obecnie mój pielęgnacyjny rytuał. Być może ogrom tych punktów wydaje się przytłaczający, ale słowo honoru, że taki typowy zestaw czynności rano i wieczorem zajmuje mi nie więcej niż 10 minut. Oczywiście wyjątkiem są dni, kiedy się peelinguję i maseczkuję, ale akurat to rozpatruję tylko i wyłącznie w kategoriach relaksu. 

Słowem podsumowania - koreańskie 10 kroków to proces nieskomplikowany, ale wymagający systematyczności i trochę dyscypliny. Efekty naprawdę są widoczne i choć długo żyłam sobie jako szczęśliwa posiadaczka skóry, której wiele do szczęścia nie potrzeba, teraz muszę nieco więcej energii poświęcić pielęgnacji. Motywujące jest to, że to działa! Was zachęcam do spróbowania, jeśli nie całego rytuału, to choć dwóch jego mocnych punktów - dwuetapowego oczyszczania olejem/żelem na bazie wody oraz masek w płachcie. 

Pozdrawiam,
Joanna




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...