WoleProstoHeader

29.08.2016

Koreański rytuał pielęgnacyjny w dziesięciu krokach wg Charlotte Cho w praktyce

O "Sekretach urody Koreanek" było głośno już jakiś czas temu, ja jednak do książki autorstwa Charlotte Cho podchodziłam z dużą rezerwą. Poradniki są tym typem literatury, którego unikam jak ognia. Miałam kilka podejść, ale zawsze kończyło się to dużym stopniem poirytowania i pukaniem się w czoło w rytm powtarzanych słów "Ludzie naprawdę to czytają?". Nie jestem w stanie powiedzieć, który element poradników tak bardzo działa mi na nerwy - czy to lekko psychologiczny wydźwięk, który zawsze gdzieś tam wyczuwam w tle, czy fakt, że zwyczajnie nie lubię jak ktoś mówi mi co mam robić, ale no nie przebrnęłam przez żaden. Nigdy. "Sekrety" to pierwsza pozycja, którą nie tylko przeczytałam w całości. Ja tę książkę wchłonęłam w jeden wieczór. Spontanicznie wrzuciłam ją w Empiku do koszyka, jak szukałam jakiejś lekkiej lektury na podróż poślubną i prawdę mówiąc, nie byłam przekonana czy w ogóle po nią sięgnę. Udało mi się przemóc i nie żałuję. 

Nie jest to pozycja, która zmieniła moje życie czy wprowadziła wielkie zmiany w moim podejściu do pielęgnacji. Nie było dla mnie nowiną, że makijaż trzeba zmywać, że filtry przeciwsłoneczne to konieczność, że dobrze jest cerę regularnie złuszczać czy nawilżać. Nie było też tak, że nagle poczułam ochotę na wymianę całej swojej pielęgnacyjnej kosmetyczki. Mało tego - mimo, że rzeczywiście postanowiłam wypróbować "koreański rytuał pielęgnacyjny w 10 krokach" na własnej skórze, nie od razu mogłam się cieszyć oszałamiającymi efektami w postaci świetlistej, jednolitej cery. Lektura natomiast pomogła mi usystematyzować wiedzę, nieco ją pogłębić i...zwyczajnie mnie wciągnęła! Czytając ją, nie czułam się jak nad poradnikiem. To trochę taka opowieść o kosmetycznej (i tylko) przygodzie z Koreą, napisana lekko, przyjemnie i w przystępny sposób. Dziełem wysokich lotów bym tej książki nie określiła, ale sięgając po nią, miałam nadzieję właśnie na coś lekkiego, niekoniecznie musiało to być tomiszcze rodem spod pióra Sienkiewicza. Momentami miałam wrażenie, że kilka informacji pojawiło się kilkukrotnie, a jedynie ubrane były w trochę inne słowa, ale to w zasadzie malutki mankament. Całkiem miło natomiast czytało się wszelkie turystyczno-lokalne ciekawostki, bardzo spodobał mi się rozdział o k-spa (szczerze żałuję, że i u nas podobnych brak!). Najwięcej uwagi skupiłam na rozdziale, w którym krok po kroku opisany był koreański rytuał pielęgnacyjny, który wg autorki ma, olaboga, aż dziesięć kroków. Ale, że moja cera przechodziła armagedon i apokalipsę (skutki odstawienia hormonów objawiły się diametralną zmianą typu cery; nagle okazuje się że mam cerę mocno mieszaną, skłonności do wyprysków, moja skóra jest wrażliwa, itd., itd.), stwierdziłam, że może gorzej nie będzie i zaryzykowałam. Przez ostatnie tygodnie musiałam się nauczyć dużej systematyczności - na tym, w moim odczuciu, w większej mierze polega koreański sekret. Czy się opłaciło? Moim zdaniem tak! Okazało się, że cały ten upiększająco-pielęgnacyjny proces nie jest wcale taki czasochłonny jak myślałam, że będzie, a jego efekty naprawdę zaczyna być widać gołym okiem. Najbardziej podoba mi się chyba idea zgoła inna od tego, co przyświeca "amerykańsko-instagramowej" modzie. Cały sekret tkwi w naturalności i nieprzerysowaniu. Tutaj sedno tkwi w tym, by nie zakrywać cery z problemami, ale by się tych niedoskonałości próbować pozbyć. Idealnie wypielęgnowana, świetlista cera ma być dobrze przygotowanym "płótnem" pod naturalny, delikatny i podkreślający urodę makijaż. 


Po skończonej lekturze, jeszcze raz wróciłam do wspomnianego rozdziału i posiłkując się ściągawką w postaci prostej grafiki i wiedzą wyniesioną z przeczytanej książki, przystąpiłam do działania. Okazało się, że nie musiałam zrobić kosmetycznych zakupów za miliony monet. Właściwie jedyne rzeczy, w które musiałam zainwestować to olejek myjący do twarzy (moja Bielenda niestety dobiła dna) i kilka sztuk maseczek w płachcie (Charlotte jest ich wielką fanką, a ja do tej pory raczej takową nie byłam). Reszta kosmetyków ułożona w pewien schemat stanowiła mój pielęgnacyjny rytuał, którego pozytywne efekty zaczęłam widzieć właśnie teraz. 


Koreański rytuał opiera się na 10 krokach, które ja delikatnie zmodyfikowałam pod swoje potrzeby. Największą zmianą było odstawienie mocno zdzierających peelingów, których wcześniej używałam bardzo często, na rzecz delikatniejszych peelingów enzymatycznych i przestawienie się na równie delikatne szczoteczki używane w towarzystwie olejków i żeli do mycia twarzy. Przybyło mi ostatnio sporo gadżetów do oczyszczania twarzy, więc na ich temat możecie spodziewać się kolejnego posta! 

Zebrałam swoje 10 kroków i chciałabym się z Wami podzielić moim zestawieniem. Zaczynamy od samego początku:

1. Krok pierwszy - demakijaż i olejek myjący


To była pierwsza zmiana. Wcześniej wieczorem używałam płynu micelarnego/dwufazówki, potem sięgałam po żel/peeling i na tym w zasadzie się kończyło. Rano z reguły opłukiwałam twarz żelem czy samym płynem micelarnym. Tutaj sprawa się trochę mocniej pokomplikowała - teraz najpierw zmywam makijaż micelem (Garnier), następnie na zwilżone dłonie nakładam olejek (u mnie olejek pomarańczowy z Biochemii Urody) i masuję twarz. Na tym etapie podczas wieczornego "mycia" dokładam silikonową szczoteczkę. Dołożenie do swojej pielęgnacji mycia olejkiem bardzo pozytywnie wpłynęło na moją skórę - chyba nigdy nie była tak dobrze oczyszczona, mimo odstawienia mocnych zdzieraków.

2. Krok drugi - kosmetyk na bazie wody.


Nad nim w zasadzie nie musiałam się specjalnie nagłowić - żelu do mycia twarzy używałam już wcześniej i przy tym samym żelu pozostałam (Under Twenty). Żel zmywa resztki olejku i dobrze uzupełnia ten etap pielęgnacji. Najczęściej pomagam sobie gąbeczką Konjac. Rano i wieczorem ten krok wygląda u mnie tak samo. 

3. Krok trzeci - peeling.



Duża zmiana w moim podejściu do pielęgnacji. Przede wszystkim krok ten muszę podzielić na dwa etapy - zamieniłam peelingi na enzymatyczne, a do mycia twarzy żelem/olejem dołożyłam szczoteczki (silikonowe, soniczne, gąbkę Konjac). Takie połączenie sprawdza się u mnie najlepiej, bo: skóra stała się w ostatnim czasie dużo wrażliwsza i peelingi enzymatyczne są dla niej mniej "agresywne", a szczoteczki i gąbka sprawnie i równie delikatnie ten proces złuszczania wspomagają. Moje ulubione peelingi enzymatyczne to ten z Pharmaceris z serii Puri-Sensipil oraz peeling Eko z Biochemii Urody (z bromelainą i papainą). Każdego z nich używam raz w tygodniu, na zmianę (czyli robię peeling dwa razy na tydzień). 

4. Krok czwarty - tonizowanie. 


To też coś, co wcześniej najczęściej pomijałam. W moim odczuciu, skoro od micela zaczynałam, to ponowne przetarcie twarzy wacikiem po całym demakijażu i myciu twarzy było już zbędne. Ale pokornie wyciągnęłam na wierz tonik (L'Oreal) i używam dwa razy dziennie, podczas porannej i wieczornej pielęgnacji. Wg Charlotte rolą toniku jest nie tylko usunięcie pozostałych na skórze zanieczyszczeń, ale również jej odświeżenie i przywrócenie jej właściwego odczynu (podczas mycia twarzy owe pH sobie podnosimy za pomocą środków myjących). 

5. Krok piąty - esencja.


Przyznam, że tu ciągle ze sobą walczę. Kuszą mnie bardzo azjatyckie esencje, niemniej póki co wygrał rozsądek i wykańczam swoje serum z witaminą C (Biochemia Urody). Być może, gdy już je zdenkuję, zdecyduję się na prawdziwą esencję (na dzień dzisiejszy obstawiam Esencję do twarzy z sfermentowanych drożdży Skin Power Original First Essence). Generalnie schemat zaprezentowany przez Charlotte opiera się na nakładaniu kosmetyków pielęgnacyjnych na twarz w kolejności od "najrzadszego" do tego najbardziej treściwego, tak aby umożliwić tym lżejszym kosmetykom przyjęcie przez cerę zanim zaaplikujemy na nią konkret. I tak idziemy krokami - esencja/serum bądź ampułka/kremy. Ja z racji tego, że serum z witaminą C jest naprawdę bardzo rzadkie, przeznaczyłam je dosłownie na spód swojej pielęgnacji i nie narzekam - w takiej kombinacji sprawdza mi się naprawdę dobrze. Serum używam dwa razy dziennie.

6. Krok szósty - serum i ampułki.



Czyli etap, który po raz kolejny dzielę na rano/wieczór. Do wieczornej pielęgnacji stosuję popularne "rybki" (u mnie ostatnio Balea i Rival de Loop), natomiast rano zdecydowanie potrzebuję czegoś lżejszego (serum Alverde). I tu po raz kolejny odzywa się logika takiej pielęgnacji - serum z witaminą C wchłania się naprawdę błyskawicznie, więc nałożenie kolejnego kosmetyku nie powoduje uczucia "betonu" na twarzy.

7. Krok siódmy - maseczka w płachcie. 


Moje odkrycie roku! Nie byłam przekonana do tego typu masek, używałam ich ostatnio sto lat temu i wspominam je miło, ale bez szaleństwa. Natomiast teraz maski w płachcie to mój standardowy zakup podczas wizyty w drogerii. W Hebe skusiłam się na zestaw tygodniowy (siedem różnych masek na siedem dni tygodnia) i dzięki temu odkryłam dwie ulubione, do których na pewno wrócę. Spory wybór mam też w pobliskiej drogerii - tam ostatnio kupiłam maski z Holika holika (maska - 15 złotych, mina mojego męża, gdy zobaczył mnie w masce a'la foka - bezcenna). Maski tego typu fenomenalnie nawilżają skórę, taki półgodzinny seans z kawałkiem szmatki na twarzy potrafi mnie zrelaksować jak nic innego. Uwielbiam to uczucie "po", kiedy ściągam płachtę i wmasowuję w skórę resztę esencji, którą nasączony był materiał. Zażywam takiego pielęgnacyjnego relaksu dwa razy w tygodniu - zawsze w ten dzień, kiedy robię sobie peeling.

8. Krok ósmy - krem pod oczy.


To akurat punkt o wysokiej oczywistości. Ja właśnie wykończyłam mój krem z GoCranberry i przerzuciłam się na krem pod oczy marki Vianek. Póki co jestem zadowolona z jego działania - jest lekki, szybko się wchłania, sprawdza się pod makijaż. Używam oczywiście rano i wieczorem.

9. Krok dziewiąty - nawilżanie + maseczka na noc raz w tygodniu.



Z kremami ostatnio trochę eksperymentowałam. Mój ulubiony krem dobił dna (Lioel, krem ze śluzem ślimaka), a ja chciałam spróbować czegoś innego. Padło na duet od Vianek - dobrany do kompletu do kremu pod oczy. W sumie dość spontaniczny zakup, bo kremy rzuciły mi się w oczy w niepozornej, ale świetnie zaopatrzonej drogerii i postanowiłam zaryzykować. Póki co nie żałuję. Oba mają przyjemne składy, nie podrażniły mojej skóry, nie zostawiają na niej lepkiej/tłustej/jakkolwiek inaczej drażniącej warstwy. No i robią to co powinny - skóra jest odprężona, nawilżona i wyraźnie bardziej miękka. Ale o nich więcej za jakiś czas.
Maseczka na noc raz w tygodniu to dla mnie na razie zagadka do rozwiązania - póki co używałam maseczek z Babuszki Agafii, ale nie czułam większej różnicy po pozostawieniu ich na skórze na całą noc. Być może bardziej długofalowo dadzą się zauważyć jakieś konkretniejsze efekty, jeśli nie, rozejrzę się za jakąś maską dedykowaną do takiego użytkowania.

10. Krok dziesiąty - SPF.


To krok, do którego autorce książki chyba najtrudniej było przywyknąć. Ja na szczęście tego problemu nie miałam - nawyk sumiennego używania filtrów utrwalił mi się już dawno i jestem naprawdę dumna ze swojej systematyczności w tej kwestii. Miałam kilka upadków (sic!), ale zawsze szybko wracałam na właściwy tor. Obecnie mam dwa kremy - SPF 30, którego używam rano przed wyjściem do biura i SPF 50, który nakładam na twarz kiedy czeka mnie dłuższe przebywanie na "wolnym powietrzu". Oba mogę polecić - nie zostawiają na twarzy białego filmu, nie są tłuste i ciężkie, nie zapychają. 

Właśnie tak wygląda obecnie mój pielęgnacyjny rytuał. Być może ogrom tych punktów wydaje się przytłaczający, ale słowo honoru, że taki typowy zestaw czynności rano i wieczorem zajmuje mi nie więcej niż 10 minut. Oczywiście wyjątkiem są dni, kiedy się peelinguję i maseczkuję, ale akurat to rozpatruję tylko i wyłącznie w kategoriach relaksu. 

Słowem podsumowania - koreańskie 10 kroków to proces nieskomplikowany, ale wymagający systematyczności i trochę dyscypliny. Efekty naprawdę są widoczne i choć długo żyłam sobie jako szczęśliwa posiadaczka skóry, której wiele do szczęścia nie potrzeba, teraz muszę nieco więcej energii poświęcić pielęgnacji. Motywujące jest to, że to działa! Was zachęcam do spróbowania, jeśli nie całego rytuału, to choć dwóch jego mocnych punktów - dwuetapowego oczyszczania olejem/żelem na bazie wody oraz masek w płachcie. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna




09.06.2016

Duet pielęgnacyjny od Nacomi | Idealne rozwiązanie dla suchej skóry

Od dawna jestem wielbicielką oleju kokosowego - używam go w kuchni, a i w pielęgnacji niejednokrotnie sprawdzał się o wiele lepiej niż niejeden specjalistyczny kosmetyk. Dość długo natomiast opierałam się innemu naturalnemu składnikowi - masło shea ciągle było dla mnie obszarem nieodkrytym. Ostatnio miałam okazję ten kosmetyk poznać, a w towarzystwie kokosowego kremu stworzył on niesamowicie przyjemny duet. Duet wyszedł spod skrzydeł marki Nacomi - poniżej krótka prezentacja.





Ostatnio moja skóra przechodzi istny armagedon - ręce i nogi suche jak wiór, twarz z kolei zaczyna się wyjątkowo szybko świecić pod makijażem, mimo, że cera nadal sprawia wrażenie wyraźnie odwodnionej. Dodatkowo po przestawieniu się na depilator, na nogach zmagam się z problemem wrastających włosków. Kosmetyków Nacomi używałam z reguły jednocześnie - kokosowym kremem smarowałam ręce, nogi, dekolt, z kolei masło shea świetnie uzupełniało tę pielęgnację jeśli chodzi o łokcie, przód łydek czy stopy. Zdarzało mi się i jeden i drugi produkt nakładać też na dłonie czy twarz.

Krem z olejem kokosowym to mój absolutny hit! Jest bardzo aksamitny, świetnie się rozprowadza na skórze, szybko się wchłania i praktycznie od razu daje uczucie głębokiego nawilżenia. Zostawia skórę miękką, odżywioną, zdecydowanie gładsza. Jestem dużą fanką kosmetyków, których działanie jest odczuwalne w tak ekspresowym tempie. Kremu najczęściej używam po prysznicu, bardzo przyjemnie koi skórę, uspokaja podrażnioną skórę. Konsystencja to strzał w dziesiątkę - krem ma formułę bardzo kremowego, jedwabistego musu. Dzięki temu jest wystarczająco treściwy dla mojej suchej skóry, a jednocześnie nie zostawia po sobie tłustej, ciężkiej warstwy. Początkowo myślałam, że będzie to kosmetyk, który lepiej sprawdzi się w okresie jesienno-zimowym, jednak sięgnęłam po niego teraz z czystej babskiej ciekawości i ciężko było z powrotem odłożyć go na półkę. Przepięknie pachnie kokosem, ale jest to zapach bardzo świeży, soczysty, a nie słodko-mdlący. Dość długo utrzymuje się na skórze, ja smarując się nim wieczorem, rano jeszcze ciągle czuję go na sobie. Dużym plusem jest też to, że efekt jaki daje krem nie jest krótkotrwały. Jego działanie jest odczuwalne jeszcze długo po aplikacji. Wydajność również na plus - mimo niewielkiej pojemności (plastikowy słoik mieści w sobie 100 ml) i częstego stosowania nie kończy się szybko. Cena to wręcz wisienka na torcie - za krem zapłacimy około 20 złotych!



Z masłem shea miałam trochę trudniejszy start. Początkowo nie umiałam sobie poradzić ze zbitą, matową, dość "tępą" konsystencją. Teraz nauczyłam się nim obsługiwać - nabieram odrobinę, rozgrzewam między dłońmi i dopiero lekko "stopione" nakładam na skórę. Jego działanie jest trochę mniej oczywiste, bo masło nie daje takiego szybkiego efektu nawilżenia, ale mimo, że działa wolniej, to działa też moim zdaniem nieco mocniej. Udało mi się z jego pomocą zniwelować problem szorstkich łokci, bardzo fajnie sprawdza się też nałożony na noc na stopy - rano skóra jest miękka i bardzo gładka. Masło shea najlepiej nakładać w niewielkiej ilości, zauważyłam, że nawet jeśli nałożę go więcej, moja skóra tego nadmiaru nie "wypije". Jestem też zadowolona z tego, jak łatwo poradził sobie z problem podrażnionej skóry po depilacji i podczas nieprzyjemnego procesu odrastania włosków. Mam niestety głupią tendencję, że jak coś mi przeszkadza, to zaczynam to drapać. Tak też się dzieje, kiedy czuję, że włoski zaczynają mi wrastać, a efekt jest tego taki, że moje łydki wyglądają jak po przejściu tornada. Masło shea świetnie ten problem rozwiązuje, a jego regularne stosowanie zdecydowanie uspokaja skórę. Cenowo również jest świetnie - za 100 ml zapłacimy około 15 złotych. Dla mnie bomba!



Podsumowując - krem kokosowy na pewno na stałe zagości w mojej pielęgnacji, wprost uzależniłam się od zapachu i efektu jaki daje. Czyste masło shea również, ze względu na właściwości, fantastycznie poradziło sobie z moją suchą skórą. Czyli generalnie - polecam!
Produkty Nacomi kupicie w drogerii Hebe!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
02.06.2016

Zakamuflowane porównanie | Catrice w roli głównej

Korektor to jeden z niewielu kosmetyków, bez którego nie wyobrażam sobie makijażu. Spokojnie odpuszczę sobie podkład, cienie czy bronzer, jednak o wiele bardziej komfortowo czuję się, gdy delikatnie rozjaśnię ciemne obwódki wokół oczu czy wiecznie zaczerwienione skrzydełka nosa. Korektor był nawet moim pierwszym kosmetykiem kolorowym!

Korektorów przetestowałam całkiem dużo - tych w sztyfcie, kremowych, z aplikatorem i bez, o mniejszym kryciu i konkretnie kamuflujących. Od wielu miesięcy (jeśli nie dłużej), moim zdecydowanym faworytem i korektorem, do którego regularnie wracam jest kamuflaż z Catrice w odcieniu 01 Ivory. Kremowy, kryjący, o jasnym odcieniu świetnie stapiającym się z moją skórą. Zużywałam jedno opakowanie i dokupywałam kolejne. Mimo dwóch wad i tak gościł na mojej skórze raz za razem. W końcu Catrice wypuściło wersję płynną i to był duży przełom w mojej korektorowej przygodzie. Myślałam, że będą to dwa bliźniacze produkty, różniące się jedynie sposobem aplikacji, jednak okazało się, że w zasadzie poza dobrym kryciem nie mają ze sobą wiele wspólnego i...stanowią świetny duet.




Przede wszystkim, choć oba jasne, mają inne odcienie. Różnicę możemy zauważyć już w nazewnictwie - płynny korektor oznaczono jako Porcelain, a kremowy jako Ivory. Płynna wersja jest mniej żółta, ma w sobie delikatną domieszkę różu. Choć na poniższym swatchu wydaje się, że wersja kremowa jest jaśniejsza, moim zdaniem na żywo to właśnie płynny kamuflaż jest minimalnie bardziej jasny. Wpływ ma to fakt, że korektor kremowy nieco się utlenia i ciemnieje, z kolei z wersją płynną nie ma tego problemu. Obawiałam się, że wersja płynna będzie miała mniejsze krycie, jednak okazuje się, że oba kryją równie dobrze. 

Główną wadą wersji kremowej jest to, że jest na tyle treściwy i dość suchy, że czasami bywa zwyczajnie zbyt ciężki do stosowania pod oczy. Przy braku mocno nawilżającego kremu pod oczy, przy dłuższym stosowaniu jego niekoniecznie fajny wpływ na delikatną skórę pod oczami był widoczny i odczuwalny. Drugim problemem jest też sam sposób aplikacji - kremowy kamuflaż najlepiej wygląda jeśli nałożymy go punktowo wklepując kosmetyk i dodamy drugą cieniutką warstwę, którą rozetrzemy dookoła. O ile na pojedynczych niedoskonałościach taka metoda się sprawdza, tak przy cieniach pod oczami sprawa ma się już nieco gorzej. Kremowy korektor jest też nieco bardziej "klejący" - dobrze go dość mocno oprószyć pudrem, czego staram się unikać w strefie wokół oczu. I tu do akcji wkracza korektor płynny od Catrice - dużo bardziej higieniczny sposób aplikacji, jaśniejszy odcień dobrze niwelujący efekt zasinienia i zdecydowanie delikatniejsza formuła. Krycie jest porównywalne, dodatkowo mam wrażenie, że wersja płynna lekko rozświetla okolice oczu. 

Minusem wersji płynnej jest nieco mniejsza trwałość - korektor nie czepia się skóry tak jak dobrze jak kamuflaż kremowy, nie jest też taki lepki jak jego kolega w kremie, co przekłada się na szybsze ścieranie. Natomiast mniejsza trwałość nie oznacza trwałości złej - korektor, choć gorzej, nadal trzyma się przyzwoicie. Wykończenie płynnego kamuflażu określiłabym jako pudrowe - świetnie stapia się ze skórą, choć niespecjalnie sprawdza się na punktowych niedoskonałościach. O ile krycie wersji kremowej możemy stopniować, tak tutaj mam wrażenie tego brakuje. 

Ciężko określić mi, który z nich obecnie wygrałby w moim korektorowym rankingu. Chętnie używam obu wersji, każdej do innych zadań bojowych. Jeszcze jakiś czas temu postawiłabym na wersję płynną, ponieważ moją jedyną zmorą były cienie pod oczami, natomiast ostatnio cera płata mi różne figle i potrzebuję też kosmetyku, którym zatuszuję wypryski czy zaczerwienienia. Te dwie wersje tak na prawdę stanowią świetny duet i moim zdaniem warto mieć obie w swojej kosmetyczce. Zwłaszcza, że cenowo jest więcej niż przyzwoicie - kosztują w granicach 15 złotych. 



Podsumowując - jeśli szukacie dobrego korektora pod oczy, to zdecydowanie powinnyście rozważyć kamuflaż płynny. Jeśli chcecie zakryć punktowe niedoskonałości - sięgnijcie po wersję kremową. A tak naprawdę - zainwestujcie w oba, ten duet na pewno Was nie zawiedzie :). Polecam!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29.05.2016

Makijażowo | Velvet Matte od Golden Rose i pierwsza próba makijażu ślubnego

Szmat czasu mnie tu nie było, jednak potrzebowałam przerwy - oddechu i czasu, żeby móc się skupić na nie robieniu niczego. Choć czy było to takie "nic", to można by dyskutować, bo ślubne przygotowania nabrały tempa, kosmetyczne zbiory się dość mocno przeorganizowały (coś musiało wylecieć z szuflady, żeby mogło do niej wpaść coś nowego!:)), a mój organizm przeżywa jakąś traumę i buntuje się niczym czternastolatka, także ostatnio ani włosy, ani twarz, ani nawet paznokcie nie nadawały się specjalnie do pokazywania.

Maj upłynął mi pod znakiem ogromu pracy, ale i odpoczynku - długie weekendy zdecydowanie powinny zdarzać się częściej. W końcu znalazłam czas, aby wybrać się na małe kosmetyczne łowy. Cel był prosty, miałam wrócić do domu z idealną pomadką na ślub. Na szczęście udało mi się załatwić sprawę w tempie ekspresowym, podjęcie decyzji zajęło mi może minutę. Chciałam czegoś w odcieniu brudnego różu, delikatnego, ale mimo to widocznego na ustach, najlepiej w wersji matowej i nie ścierającej się. Wybór padł na pomadkę Velvet Matte z Golden Rose w odcieniu 02. Choć o pomadkach z tej serii słyszałam i czytałam już mnóstwo razy, wstyd się przyznać, ale do tej pory nie posiadałam żadnej sztuki w swojej kolekcji. Jak się okazuje, był to poważny błąd, bo pomadka nie tylko pięknie się prezentuje, ale i świetnie "się nosi". Na ustach jest praktycznie niewyczuwalna, nie ściera się przy jedzeniu czy piciu. Odcień 02 to również strzał w dziesiątkę, zdecydowanie zaliczyłabym go do mojego szminkowego top 3. Nawet Osobisty pochwalił wybór i stwierdził, że na ślub się nada :). Nie pozostało mi więc nic innego, jak wypróbować pomadkę w oprawie pełnego makijażu, czego efekty możecie zobaczyć poniżej. Czy tak będzie wyglądać finalny makijaż - tego jeszcze nie wiem. Coś mi nie do końca gra, nie wiem, czy jednak nie zrezygnuję z tej delikatnej fioletowej mgiełki na oku na rzecz czegoś wpadającego w brzoskwinię i brąz, prawdopodobnie dodam też odrobinę błysku. Natomiast jednego mogę być pewna - pomadka Velvet Matte zdecydowanie powędruje na moich ustach w drodze do ołtarza!:) 



Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała Was o sugestie. Które z pomadek Velvet Matte to Wasz must-have? Mam dużą chęć rozszerzyć swoją kolekcję o kolejne sztuki. Przydałaby mi się jakaś malinowa czerwień, może coś lekko koralowego :). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24.04.2016

O dwóch takich ze śluzem ślimaka | Lioele!

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o kosmetykach z wyciągiem ze śluzu ślimaka, nieszczególnie pobudziło to moje kosmetyczne żądze. Dałam sobie na tzw. "wstrzymanie" i na dość długo zapomniałam o temacie. Gdzieś w międzyczasie zaczęłam szukać podkładu z wysokim filtrem ponieważ przymierzałam się do kuracji kwasami i zależało mi na kosmetyku 2 w 1. Z marką Lioele miałam dobre doświadczenia, swojego czasu stosowałam krem bb Beyond Solution i miło go wspominałam, więc postanowiłam wypróbować kolejną propozycję marki - Super Gold Snail BB. A skoro nabrałam odwagi do rzeczonego ślimaka, do duetu dobrałam Lioele Intensive Time Reversing Snail Cream. Do testów przystąpiłam pozytywnie nastawiona i nie zawiodłam się - duet sprawdził się u mnie znakomicie, a w połączeniu ze wspomnianą kuracją kwasem glikolowym, doprowadził moją skórę do stanu naprawdę fantastycznego. 




O Super Gold Snail BB czytałam kiedyś u Aliny (klik!) i już wtedy zaświtało mi w głowie, że mógłby byś to kosmetyk, który się u mnie sprawdzi. 
"Lioele Super Gold BB to krem, który głęboko rewitalizuje i odżywia skórę. Poprawia jej jędrność i elastyczność.
Obecność 10% ekstraktu ze śluzu ślimaka wzmaga procesy naprawcze skóry, przyspieszając gojenie się ran i eliminując drobne zmarszczki.
Posiada wysoki filtr przeciwsłoneczny SPF50PA++, który chroni skórę przed niekorzystnym promieniowaniem UVA oraz UVB. 
Kompleks składników Moist24 oraz roślinne ekstrakty naturalne zapewniają odpowiednie nawilżenie szarej, zmęczonej cerze. 
Dzięki wysokiej pigmentacji dobrze kryje wszelkie niedoskonałości nadając ładny, zdrowy wygląd. Unikalna formuła maskuje pory i zapewniając naturalny i promienny wygląd skórze.
Pojemność: 50ml"

Przede wszystkim jest to moim zdaniem kosmetyk wprost stworzony dla skóry suchej. Jest gęsty, treściwy, mocno kremowy. Jest to jeden z niewielu podkładów, które z powodzeniem mogłabym nałożyć na twarz solo, nie nakładając wcześniej na nią kremu nawilżającego. Sam w sobie jest już na tyle nawilżający, że nie sprawiał dyskomfortu mojej podrażnionej skórze. Mimo dość mocnego krycia, na skórze podkład wygląda naprawdę naturalnie, nie robi efektu maski. Świetnie wyrównuje koloryt, daje lekko satynowe, takie delikatnie błyszczące, zdrowe wykończenie. Na tyle mi się podoba efekt, że przeważnie tego naturalnego błysku już nie przypudrowuję. Ogromny plus za filtr SPF50PA++. Dzięki temu jest to kosmetyk kompletny, wygodny. Trwałość również jest zadowalająca, podkład nie ściera się w ciągu dnia, dobrze współpracuje z innymi kosmetykami (róże, bronzery, itp. trzymają się na nim wzorowo). Ciężko znaleźć mi jedną rzecz, do której mogłabym się przyczepić. Opakowanie jest eleganckie, higieniczne. Odcień wyjątkowo neutralny, choć na dłoni wygląda ciemnawo, na twarzy cudownie stapia się ze skórą. Dobrze wygląda nałożony i pędzlem i palcami, nałożony beauty blenderem wygląda wręcz obłędnie. Wydajność ciężko ocenić, ponieważ z racji takiego, a nie innego opakowania zwyczajnie nie widać ile kosmetyku się w nim jeszcze znajduje, natomiast wystarczy naprawdę odrobina, aby pokryć całą twarz. 
Moja skóra miała taki okres, że rzeczywiście wyglądała dosyć "szaro" - po kilkunastu tygodniach używania duetu od Lioele i kwasu glikolowego efekt ten został w znacznym stopniu zneutralizowany. Jestem na tak! Poniżej swatche na dłoni, efekt przed/po na twarzy oraz skład długi jak książka telefoniczna :).




Świetnym uzupełnieniem mojej pielęgnacji okazał się krem z ekstraktem ze śluzu ślimaka. 
"Lioele Intensive Time Reversing Snail Cream krem z ekstraktem ze śluzu ślimaka dla skóry dojrzałej, pozbawionej elastyczności. Stymuluje syntezę kolagenu, odżywia skórę wzmacniając jej metabolizm.
Krem zawiera 67% ekstraktu ze śluzu ślimaka dzięki czemu regeneruję skórę i poprawia jej strukturę.
Hamuje procesy starzenia się skóry, zmniejszając istniejące zmarszczki. Posiada silne działanie liftingujące.
Zabezpiecza przed niekorzystnym wpływem środowiska zewnętrznego, stresem i wolnymi rodnikami tworząc na skórze barierę ochronną. 
Krem sprawia, że skóra odzyskuje elastyczność, delikatność i komfort oraz zachowuje młody wygląd." 
Krem ma bardzo delikatną formułę - jest dość rzadki, jakby lekko żelowy. Wchłania się bardzo szybko, pozostawiając skórę gładką, miękką. Nie zostawia po sobie warstwy ani tłustej, ani klejącej. Świetnie sprawdzał się w wieczornej pielęgnacji, w połączeniu z troszkę treściwszym kremem pod oczy sprawiał, że mojej skórze nic więcej nie było potrzebne do szczęścia. Bardzo fajnie koi podrażnioną skórę, mam wrażenie, że przyspieszał "gojenie" pojawiających się co jakiś czas ranek koło nosa (jak ktoś ma wieczny katar, to wie o czym mówię :)). Zdarzało mi się go również używać pod makijaż i tu również nie mam zastrzeżeń. Przy długotrwałym stosowaniu zauważyłam poprawę stanu skóry - poprawiła się jędrność, zmarszczki mimiczne się spłyciły, poziom nawilżenia się zdecydowanie poprawił. Wydajność nie jest zła, choć obawiam się, że dobiję dna szybciej niż bym chciała. Opakowanie, choć jest to sprawa drugorzędna, jest naprawdę przyjemne dla oka - eleganckie, solidne. Zapach, co też niby nie jest najważniejsze, ale też mnie urzekł! Jest wyczuwalny, ale delikatny, taki kremowy, kojarzy mi się tak "nawilżająco" :).



Podsumowując - ja polecam i w duecie i osobno. Nie taki śluz ślimaka straszny, jak myślałam! Oba produkty możecie kupić na stronie myasia.pl - podkład kosztuje 99,95 zł, a krem 129,95 zł. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...