WoleProstoHeader

03.12.2016

ŚWIĄTECZNE DEKORACJE - SYPIALNIA, SALON I KUCHNIA W NOWEJ ODSŁONIE

Jakiś czas temu pisałam Wam, że lubię jesień i cieszyłam się z tego, że mogłam powyciągać z szaf ciepłe swetry, opatulić się kocem i odpalić pachnącą świecę. Czas jednak biegnie szalonym pędem i tak, zaledwie po chwili (takie mam wrażenie!), za oknem prószy śnieg, termometry wskazują zero stopni, na kalendarzu wybił grudzień, a dla mnie zaczyna się najpiękniejszy czas w roku - okres okołoświątecznych przygotowań, zapach pierników rozchodzący się po domu, kawa pita w nowym, zimowym kubku i cudownie otulający aromat choinki unoszący się w powietrzu. 


Jest to dla mnie czas tym przyjemniejszy, że uwielbiam...świąteczno-zimowy wystrój. Mnóstwo dekoracyjnych poduch, miękki koc w gwiazdki, śnieżynki wiszące na gałęzi, zielone stroiki, dużo czerwieni i renifer pilnujący kominka. W tym roku miałam bardzo konkretne wizje, kształtowały mi się one w głowie już od dobrych kilku tygodni. Spokojnie zbierałam niezbędne elementy, robiłam zamówienia on-line i zmuszałam biednego męża, żeby targał za mną torby pełne świątecznych ozdób. 

Plan był prosty - dużo zieleni, czerwieni, norweskich akcentów, mnóstwo światełek. Miało być maksymalnie przytulnie! Sypialnia miała zachęcać do tego, żeby zakopać się z książką pod kocem i nie chcieć z niej wychodzić, kuchnia do tego, by tworzyć w niej dużo pysznego, świątecznego jedzenia, a salon by maksymalnie się zrelaksować z pięknym widokiem na przystrojone okno. 

Wczoraj skorzystałam z tego, że miałam wolne, zrobiłam większe porządki i rozstawiłam wszystko to, co planowo miało pojawić się w mieszkaniu. Dzisiaj zasiadam z kawą w kubku z reniferem i mogę Wam pokazać, jak udało mi się w tym roku udekorować mieszkanie - ostrzegam, że będzie dużo zdjęć!

Sypialnia -  dwustronna czerwono-biała pościel w śnieżynki/renifery (F&F Home) była "bazą" do reszty dekoracji. Mamy tu więc poduchy w pasujące wzory (Pepco), miękką kremową narzutę, na ramie łóżka zamontowałam zieloną gałązkę z delikatnymi czerwonymi bombkami i oplotłam ją białymi cotton ballsami. Do tego cyprysiki w jutowych workach, drewniany świecznik (Leroy Merlin). Mały akcent trafił też na naszą zdjęciową wystawkę - małe drewniane zawieszki z reniferami (Pepco). Na oknie zawiesiłam świetlną kurtynę - wieczorem robi niesamowity klimat.




Salon - w salonie główną ozdobą będzie żywa choinka, która pojawi się najprawdopodobniej w przyszły weekend oraz świąteczny obrus, który wyciągnę przed samymi świętami. Pozostałe akcenty miały być uzupełnieniem i tłem. Na poduszki powędrowały nowe poszewki (Pepco), koło kominka stanął renifer (Kik), w rogu stanęła pufa (F&F Home), na której leżą i zachęcają do opatulenia się koce. Na oknach wiszą zasłony z delikatnym czerwonym motywem (Ikea) oraz trzy zielone wieńce (Ikea) oplecione światełkami (Jysk).



Kuchnia - to podobno serce całego domu. Nasze serce jest w takim razie niewielkie, ale nie przeszkodziło mi to w przemyceniu kilku akcentów i do tego pomieszczenia. Na górze okna wisi folia (Jysk), niżej gałązka z biało-czerwonymi zawieszkami (Rossmann). Na parapecie stanęły puszki (Ikea), w których miękną już pierniki, obok stoją kubki w renifery (Home&You). Ręcznik i ścierkę również wymieniłam na takie w pasującej kolorystyce, w ładny, norweski wzór (Home&You). 



Przyznam nieskromnie, że jestem zadowolona z efektu. Całość robi jeszcze fajniejsze wrażenie jak już nastanie zmrok - lampki cudownie rozświetlają pomieszczenia, jest przytulnie i tak...ciepło :). Nie mogę doczekać się aż solidnie napada śnieg i zmieni się krajobraz za oknem, choinki też już wypatruję na horyzoncie. Żeby dobrze wpasować się w ten panujący klimat, znalazłam też dwa elementy garderoby, które idealnie mi w tym pomogą - ciepła bluza (C&A) przekonała mnie prostym wzorem i ulubionym granatem, kapcie natomiast (Pepco) to 100% słodyczy samej w sobie!


Pozdrawiam,
Joanna
28.11.2016

ROSY MILK VS. MARSALA, CZYLI O DWÓCH WSPANIAŁYCH RÓŻACH

Mimo, że już od długiego czasu mam silnie przeczucie, że kosmetycznie jestem zaopatrzona na długie miesiące, a moja toaletka jest wyposażona w spory przekrój różnego rodzaju kosmetyków, czasem zdarza się, że pewnego dnia siadam uzbrojona w pędzel i nagle okazuje się, że ulubiony róż dobił dna, inny nijak nie pasuje mi do aktualnej aury, a paleta róży, której używam do makijaży okolicznościowych nie jest specjalnie poręczna na co dzień. Nie pozostaje wtedy nic innego, jak wpaść do drogerii i sprawić sobie trochę radości, zwłaszcza jeśli kosmetyk, który wędruje do koszyka jest niedrogi, ma piękny odcień, cudownie wygląda na policzkach i jest go...dwie sztuki. 



W myśl moich ostatnich planów, aby kupować kosmetyki z głową i nie przesadzać z ich ilością, do szaf z kolorówką kierowałam się po jeden odcień różu. Miał być różowy, ale dość ciepły, wystarczająco napigmentowany, tak aby z powodzeniem na okres zimowy mógł zastąpić mi bronzer. Nie nastawiałam się konkretnie na to czy szukam matu czy czegoś błyszczącego, nie miałam też specjalnych planów w kwestii marki. Akurat w Naturze trafiłam na promocję w szafie Kobo i mój wzrok oprócz kartek -40% przyciągnęły róże, na które nigdy wcześniej z jakiegoś powodu nie zwróciłam uwagi. Wymazałam testerami pół ręki (jak nie lepiej!), nijak nie mogłam się zdecydować, więc koniec końców moje minimalistyczne zamiary poszłyyyy w las, a ja z dwoma sztukami powędrowałam do kasy. Odcienie na pierwszy rzut oka wydawały mi się dość podobne - ciepłe, dość ciemne róże, w obu przypadkach z delikatną domieszką brązu, jednak za tym, żeby zabrać ze sobą obie sztuki do domu przemówił argument, że mają zupełnie różne wykończenia. Poniżej zdjęcia obu pięknotek - matowa Marsala i błyszczący Rosy Brown.






Rosy Brown może początkowo przerażać, bo w opakowaniu wygląda na bardzo błyszczący, jednak ten błysk w dużej mierze znika po nałożeniu na twarz. Owszem, róż ma wykończenie błyszczące, na warstwie koloru widoczna jest złota poświata, ale nie jest to ani brokat, ani efekt bombki, a dość stonowane bling bling. Ja lubię efekt "mokrego" policzka i wg mnie ten róż robi właśnie takie wrażenie. Przy mojej aktualnej bladości spokojnie mogę zastąpić nim i bronzer i rozświetlacz, więc dla mnie jest to kosmetyk 3 w 1. Jestem na ogromne tak! Pigmentacja jest bardzo dobra, a sam róż lekko pyli, ale wyjątkowo łatwo nabiera się na pędzel (co w przypadku kosmetyków wypiekanych nie jest częste) i nie traci koloru przy przenoszeniu na twarz. Ja cały makijaż zawsze na koniec delikatnie "wklepuję" puchatym pędzlem minimalną ilością pudru i w takim wydaniu róż trzyma się naprawdę bez zarzutu. Nie mogę napisać, że trzyma się od rana do wieczora, bo jednak przy pocieraniu twarzy, czy opieraniu się buzią o dłonie zawsze coś tam się zetrze, ale i tak jest nieźle. Jestem zachwycona i odkąd go kupiłam noszę go praktycznie co dziennie, co nieco zepchnęło na boczny tor drugi odcień, który wcale nie jest gorszy. 

Bo matowa Marsala jest niesamowicie uniwersalna. To taki odcień, który będzie pasować chyba każdemu. Brudny róż, ciepły, matowy, o fantastycznym pigmencie. Mimo swojej prasowanej formy, ma delikatnie kremową konsystencję, wystarczy dosłownie musnąć go po wierzchu miękkim pędzlem i równie delikatnie powtórzyć ten ruch na policzkach, aby uzyskać efekt naturalnego rumieńca. Z racji matowego wykończenia, żeby twarz nie wyglądała zbyt "sucho", ja zawsze dokładam do niego odrobinę rozświetlacza. Trwałość jest podobna jak w przypadku poprzednika - przyzwoita. 

Opakowania są proste, zamykane na zatrzask, bez szału, ale róże są nieduże, poręczne, plastik wydaje się solidny. Podoba mi się, że nie zajmują w kosmetyczce wiele miejsca. W regularnej cenie kosztują coś około 15 złotych, ja jak wspomniałam na początku, dorwałam je z 40% obniżką, więc wyszły mnie jeszcze sporo taniej. Moim zdaniem są warte nawet tej pełnej ceny i żałuję bardzo, że tyle czasu żyłam w nieświadomości, że te niepozorne opakowania skrywają tak przyjemne produkty. Muszę koniecznie przyjrzeć się pozostałym kolorom!


Pozdrawiam,
Joanna
13.11.2016

CIENIE NA 5 - ICONIC PRO 2

Z paletami Makeup Revolution miałam same dobre przeżycia - do tej pory trafiłam na jedną, która kompletnie mi nie pasowała ani kolorystycznie ani jakościowo (trafiła do mojej mamy, która z kolei polubiła ją bardzo). Uwielbiam za to czekoladowe palety, które królują w kategorii najczęściej używanych przeze mnie cieni do powiek. Naczytałam się sporo pochwał na temat serii Iconic Pro, więc byłam bardzo ciekawa czy rzeczywiście są tak dobre jak "twierdzi internet" i czy jakością zbliżą się do moich ulubionych czekolad. Ucieszyła mnie niezmiernie wiadomość, że Makeup Revolution będzie teraz dostępne w drogeriach Hebe - słaba, stacjonarna dostępność kosmetyków tej marki to był w zasadzie jej główny minus. 




Na zdjęciach wyżej możecie zobaczyć paletę Iconic Pro 2 - to ją właśnie wzięłam ostatnio na tapetę. Dobór odcieni mnie nastroił bardzo pozytywnie - cały górny rząd to maty (od beżu, przez piękne karmelowe kolory, śliwkę, granat, szarość aż po czerń), dolny to cienie błyszczące, tym razem o bardziej stonowanej kolorystyce - królują wśród nich beże, brązy, trafił się też odcień srebra i piękna oliwka. Miałam nieodparte wrażenie, że ta paleta coś mi przypomina i doszłam do wniosku, że górny rząd kojarzy mi się z paletą Darks od Sleeka, natomiast dzisiaj natknęłam się w sieci na bardzo fajne porównanie Iconic Pro 2 do palety Lorac Pro 2 (KLIK). Jeśli zerkniecie na zestawienie, które podlinkowałam, zobaczycie, że paleta MUR stanowi praktycznie idealny dupe wspomnianego Loraca. 

Kolorystyka w mój gust trafiła mocno, bez problemu stworzymy przy pomocy tej palety delikatny dzienny makijaż, równie łatwo wyczarujemy mocniejszą, wieczorową odsłonę. Lewa strona tej palety tworzy świetną bazę wyjściową pod makijaż, znajdziemy tu cień, który idealnie nada się do wyrównania kolorytu powieki, cienie transferowe, które sprawdzą się do modelowania załamania powieki czy rozcierania ciemniejszych cieni. Prawa strona z kolei posłuży nam do nadania makijażowi "pazura". Ja polubiłam łączenie tych cieni "na krzyż" - jeśli używam matowej bazy to najczęściej nadaję sobie akcentu np. oliwkowym odcieniem czy czekoladowym błyszczącym brązem. Z kolei jeśli całą powiekę pokryłam błyszczącym beżem to tonuję błysk matową śliwką czy matową szarością. 

Paleta jest tak skonstruowana, że stwarza naprawdę wiele możliwości. Mnie przy pierwszym kontakcie nie wydała się specjalnie powalająca, na pierwszy rzut oka określiłabym ją wręcz jako bezbarwną czy bez wyrazu, natomiast szybko przekonałam się, że to złudne wrażenie. Zestawienie matów z błyszczącymi cieniami przy dość szeroko zakrojonej kolorystyce to strzał w dziesiątkę - jest to jedna z niewielu palet, przy których śmiało mogłabym powiedzieć, że nie brakuje mi żadnego odcienia (znacie to pewnie - świetna paleta, ale! przydałby się cielisty beż albo ciemny brąz, albo matowa czerń, itd.). 




Swatche wykonane są na sucho, bez użycia żadnej bazy. Pigmentacja jest naprawdę przyzwoita, a na bazie cienie dodatkowo zyskują. Nie zauważyłam problemów z osypywaniem się czy rolowaniem cieni, natomiast zawsze używam ich na bazie (u mnie niezmiennie Art Deco), dzięki czemu nie narzekam na trwałość, blaknięcie w ciągu dnia czy problemy z "przyczepnością" cieni. Pracuje się z nimi bardzo przyjemnie, kolory nie giną na powiece, nie zlewają się w jedną niewyraźną plamę. 

Opakowanie to w zasadzie jedyna rzecz, której mogę się przyczepić. Jest co prawda solidnie wykonane, zamykane na zatrzask, z porządnym lusterkiem, ale ta matowa czerń tak okrutnie się palcuje, że moje serce krwawi za każdym razem jak znajduję na niej odbitego świeżego palucha :). 

Podsumowując - fajna, mądrze skomponowana paleta. MUR po raz kolejny zaskoczyło pozytywnie, a ja tym razem przymierzam się do palety New-trals vs Neutrals - kolorystyka mnie zauroczyła!

Pozdrawiam,
Joanna
07.11.2016

STROBING - JESIENNA ELEGANCJA W ROZŚWIETLONYM WYDANIU

Z rozświetloną skórą kojarzyło mi się zwykle lato, podobnie zresztą jak cera muśnięta bronzerem. Na okres jesienno-zimowy najczęściej rezygnuję z bronzerów czy rozświetlaczy i wybieram delikatnie rozświetlające róże. Zwłaszcza ostatnio, ze względu na większe problemy z cerą, staram się unikać nakładania na co dzień dużej ilości kosmetyków, jednak na większe wyjścia zawsze podstawą jest dla mnie ujednolica cera z odrobiną blasku. 

Na potrzeby konkursu organizowanego przez Lirene, przygotowałam krótki tutorial, jak można osiągnąć efekt promiennej, subtelnie wykonturowanej cery przy użyciu nowości, które pojawiły się w asortymencie marki. Z racji panującej aktualnie pory roku, zdecydowałam się na wariant bardzo jesienny, tak żeby pokazać, że strobing to trend, który sprawdzi się nie tylko latem, przy opalonej cerze, ale równie świetnie wygląda przy bladej cerze i ciemnych ustach. Poniżej znajdziecie szczegółowy "krok po kroku" i kilka słów na temat pierwszego wrażenia, jakie zrobiły na mnie nowości firmy Lirene



Do użycia makijażu użyłam: 

matującej bazy pod makijaż No pores
podkładu Perfect Tone 
korektora Be perfect
pudru City Matt
bronzera i rozświetlacza z serii Shiny touch


Krok pierwszy - baza matująca No pores
Kiedyś chętniej sięgałam po bazy rozświetlające, ale moja cera ma ostatnio większe tendencje do błyszczenia, więc zdecydowałam się wypróbować dla mnie odmiany bazę w wersji matującej. Baza No pores ma bardzo lekką, jakby żelowo-kremową konsystencję, całkiem przyjemnie się wchłania i wygładza skórę. Przy mojej mieszanej skórze sprawdziła się nieźle, natomiast ciężko mi określić czy równie dobry efekt dałaby na skórze typowo tłustej. Dla mnie dużym plusem jest, że nie zostawia lepkiego czy "silikonowego" filmu, na skórze jest praktycznie niewyczuwalna. 


Krok drugi - podkład Perfect Tone
Dla siebie wybrałam odcień nr 110 Light - ten wydał mi się wystarczająco jasny i żółty jednocześnie. Z racji tego, że mam na twarzy sporo zaczerwienień, staram się zawsze celować w odcień podkładu, który je możliwie dobrze zneutralizuje. Sam podkład mógłby być co prawda jeszcze odrobinę jaśniejszy, ale póki co, całkiem nieźle stapia się z kolorem mojej cery. Jak możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej, ma przyzwoity stopień krycia, właściwie już przy cienkiej warstwie wklepanej gąbką dobrze zatuszował, to co chciałam ukryć - koloryt cery został wyrównany, mniejsze niedoskonałości zostały przykryte. Pozostało mi w zasadzie jedynie dodatkowo użyć korektora w okolicach skrzydełek nosa i pod oczami. Jeśli chodzi o pozostałe właściwości podkładu - nie zbiera się w załamaniach skóry, natomiast odrobinę podkreśla suche skórki, więc polecam nakładać go oszczędnie. Jest dość gęsty, więc najwygodniej aplikować go gąbką. Jak dla mnie - niezły, choć ideałem też nie jest. 


Krok trzeci - kryjący korektor punktowy Be perfect
Podkładem udało się osiągnąć dobry stopień krycia, więc korektor zastosowałam jedynie pod oczami oraz w skrzydełkach nosa, tak żeby dodatkowo rozjaśnić te okolice. Korektor ma ładny, waniliowy odcień i jest jaśniejszy od podkładu, więc sprawdził się w tej roli całkiem dobrze. Krycie ma średnie w kierunku mocnego, jest dość rzadki i szybko zastyga, więc trzeba wklepywać go w skórę w miarę szybko. 


Krok czwarty - puder matujący City Matt
Puder zamknięty jest w praktycznym opakowaniu - z lusterkiem, z niedużymi otworami, przez które sypka formuła wydostaje się w pożądanej ilości. Matuje wyjątkowo dobrze - jak dla mnie nawet odrobinę zbyt mocno, więc użyłam go jedynie do utrwalenia korektora pod oczami. Chcąc osiągnąć efekt rozświetlonej, ale nie błyszczącej, tylko bardziej "wilgotnej" wersji, zdecydowanie nie ma co przesadzać z ilością pudru. 


Krok piąty - bronzer/róż i rozświetlacz Shiny Touch
Gwiazdą tego makijażu miała być rozświetlona, zdrowo wyglądająca cera. Z tego względu wyjątkowo mocno skupiłam się na tym konkretnym etapie. Bronzera użyłam w naprawdę symbolicznej ilości, tak żeby jedynie "nakreślić" kontur kości policzkowych, na których niedobór bardzo cierpię :). Bronzer nałożyłam miękkim pędzlem i mocno roztarłam. Różem jedynie musnęłam policzki. Nie żałowałam sobie za to rozświetlacza - nałożyłam go na środek czoła, czubek nosa, skronie, podkreśliłam nim również łuk kupidyna nad ustami. Rozświetlacz Shiny touch zdecydowanie określiłabym gwiazdą tego zestawu! Ma fantastyczny odcień, daje efekt prawdziwej tafli, nie ma w sobie drobinek i niesamowicie odbija światło. Dawno już żaden rozświetlacz nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia. Na zdjęciach wydaje się, że daje dość mocny efekt, jednak spokojnie możemy stopniować jego moc - ja na potrzeby zdjęć postawiłam na konkretny błysk. Na zdjęciu niżej możecie zobaczyć jak prezentuje się makijaż twarzy w pełnej krasie - rozświetlacz zdecydowanie zrobił tu dobrą robotę!


Żeby dopełnić całości, oczy pozostawiłam bardzo delikatnie podkreślone - użyłam jedynie jasnego, lekko wrzosowego cienia w kremie o matowym wykończeniu i śliwkowej kredki. Rzęsy jedynie przeciągnęłam maskarą. W makijażu ust również postawiłam na mat, zdecydowałam się na modny teraz brązowy odcień. Matowym makijażem oczu i ust chciałam stworzyć przeciwwagę dla mocno rozświetlonej cery.



Dajcie znać jak podoba się Wam efekt! 

Pozdrawiam,
Joanna
03.11.2016

BIOCHEMIA URODY - TRZY RAZY TAK!

Długo przymierzałam się do kosmetyków wykonywanych samodzielnie z półproduktów, jednak jakoś ciągle było mi do nich nie po drodze. Pewnie po prostu zwyciężało lenistwo, a ja w dalszym ciągu sięgałam po tzw. gotowce z drogeryjnych półek. Lektura książki "Sekrety urody Koreanek" trochę zmieniła moje podejście i postanowiłam, że w końcu się przemogę. Zamówienie złożyłam na Biochemii Urody - o tym, co wybrałam i dlaczego, przeczytacie w dalszej części posta.


Skupiłam się na trzech elementach - złuszczaniu, oczyszczaniu i pielęgnacyjnej bazie pod kremy. Po dokładnym zapoznaniu się z asortymentem i przekopaniu internetu w poszukiwaniu recenzji, zdecydowałam się na następujące produkty:

Serum antyoksydacyjne flavo+C15EF
Enzymatyczny peeling z bromelainą i papainą
Olejek myjący w wersji pomarańczowej


Serum z witaminą C już wcześniej pojawiało się w mojej pielęgnacji, jednak to właśnie z tym z BU polubiłam się najbardziej. Całość mikstury trzymam w ciemnej buteleczce w lodówce, a porcję mniej więcej tygodniową przelewam sobie do mniejszego opakowania z pipetą. Serum jest bardzo lekkie, wchłania się błyskawicznie i stanowi świetną "bazę" pod kremy i bardziej treściwa sera. Ma charakterystyczny, jakby metaliczny zapach i ten aromat może być uciążliwy podczas aplikacji, natomiast dość szybko znika i nie drażni nosa. Skóra zaraz po zastosowaniu jest delikatnie lepka, ale mnie to specjalnie nie przeszkadza, bo i tak zaraz potem nakładam na skórę krem. Działanie jest za to fantastyczne! Na moją "szarawą" cerę z przebarwieniami i naczynkami podziałało wzorowo - zaczerwienienia się zmniejszyły, cera nabrała zdrowszego, jasnego i równego kolorytu, skóra jest bardziej napięta, poprawiła się jej elastyczność. Używam go regularnie już ponad trzy miesiące (wieczorem i/lub rano) i po takim czasie naprawdę widocznie poprawiła się forma mojej skóry. Dla mnie to prawdziwa, witaminowa bomba! Serum opiera się na hydrolacie z czarnej porzeczki, w składzie znajdziemy też kwas hialuronowy, witaminę E, kwas ferulowy oraz oczywiście lewoskrętną witaminę C. Ja swoje serum wzbogaciłam dodatkowo kompleksem silikonowo-malinowym. 


Olejek myjący to za kosmetyk, który po prostu musiałam kupić. W książce Charlotte Cho, pielęgnacja opiera się na dwuetapowym oczyszczaniu skóry (olej myjący+żel na bazie wody). Zdecydowałam się więc na bardzo popularny pomarańczowy olejek myjący i nie żałuję. Kosmetyk tworzy gęstą, kremową i otulającą skórę emulsję (bo pianą się tej formuły określić nie da). Ja z reguły zmywam makijaż oczu i "wierzchnią" warstwę makijażu twarzy płynem micelarnym, następnie zwilżam dłonie, aplikuję na nie dosłownie kilka kropel tego olejku i dokładnie masuję twarz. Nie spieszę się przy tym, staram się zawsze jak najdokładniej wykonać ten etap oczyszczania. Olejek ze zmywaniem makijażu i usuwaniem zanieczyszczeń radzi sobie wzorowo. Pozbędziemy się przy jego pomocy resztek tuszu do rzęs, zmyjemy nim nawet najcięższy podkład. Bazą jest olej słonecznikowy tłoczony na zimno, całość wzbogacona jest w witaminę E i ekstrakt z rozmarynu. Dzięki dodawanemu emulgatorowi, po zmieszaniu oleju z wodą tworzy się bardzo przyjemna, kremowa emulsja, po zmyciu której nie odczujemy na skórze tłustej, oblepiającej warstwy. Jestem szczerze zachwycona tym, że tak prosty kosmetyk potrafi tyle zdziałać. Świeży aromat pomarańczy dodatkowo uprzyjemnia rytuał mycia buzi. Używam go i rano i wieczorem i coraz ciężej wyobrazić mi sobie pielęgnację bez tego produktu. 


Peelingu w zasadzie nie potrzebowałam - planowałam całkowicie porzucić peelingi mechaniczne i przerzucić się na te enzymatyczne, a takowe gdzieś tam w kosmetycznej szufladzie na pewno by się znalazły. Jednak o peelingu z bromelainą i papainą naczytałam się już na tyle dużo, że postanowiłam skorzystać z tego, że robię zamówienie i w końcu wypróbować go na własnej skórze. Bazą peelingu są mączka owsiana i ryżowa oraz dwa enzymy - z miąższu ananasa i z miąższu papai. Enzymy mają za zadanie rozpuścić martwy naskórek. Peeling po zmieszaniu ma formę proszku, którego porcję przed samym użyciem należy zmieszać z wodą, tak aby uzyskać konsystencję papki. Ja taką mieszankę nakładam na oczyszczoną skórę, zostawiam na kilka minut (do wyschnięcia) i zmywam ciepłą wodą. Skóra zaraz po użyciu jest naprawdę gładka, wszelkie suche skórki są dość mocno zniwelowane. Formuła kosmetyku jest na tyle delikatna, że w żaden sposób nie podrażnia skóry, jest wyjątkowo łagodny, ale przy tym nie traci nic na swojej skuteczności. Peelingu używam raz w tygodniu i taka częstotliwość na chwilę obecną w zupełności mi wystarcza. Minusem jest średnio przyjemny zapach, mój nos on wyjątkowo drażni, ale dla efektu warto się przemóc. 


Podsumowując - przełamałam się do własnoręcznie "kręconych" kosmetyków i nie żałuję! Skutecznością nie ustępują tym drogeryjnym, za to dostajemy produkty o prostych, nieprzekombinowanych składach, na dodatek w całkiem przystępnych cenach. Trzy razy tak!

Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...