WoleProstoHeader

14 lut 2017

PUDROWA REWOLUCJA - BRIGHTENER MATT POWDER

Uwielbiam zupełnym przypadkiem wynajdywać prawdziwe kosmetyczne perełki. Jeśli jeszcze do tego wszystkiego są łatwo dostępne, kosztują niewiele, a na twarzy robią efektowne cuda. Tak było z pudrem lubianej przeze mnie marki Kobo - Brightener Matt Powder trafił do mnie gdzieś pod koniec zeszłego roku i odkąd go mam, codziennie towarzyszy mi w makijażu. 



Traf chciał, że w zasadzie w jednym momencie skończyły mi się wszystkie prasowane pudry. O ile za pudrami sypkimi również przepadam, tak rano zdecydowanie wygodniej jest mi sięgnąć po formę prasowaną. Przy okazji wyprawy po przysłowiowe mydło i dezodorant, zahaczyłam o Naturę i w oko wpadł mi puder o nietypowym odcieniu - bardzo jasna, mocno rozbielona żółć skutecznie przyciągnęła mój wzrok i wrzuciłam kosmetyk do koszyka. Już przy pierwszej aplikacji poczułam, że będzie z tego dłuższa znajomość i nie pomyliłam się. Co prawda nie używam i nigdy nie używałam tego pudru wedle jego przeznaczenia - producent opisuje go bowiem jako matowy puder rozjaśniający do konturowania. Ja natomiast używam go jako pudru do wykończenia makijażu, czyli mówiąc dosłowniej, przypudrowuję nim całą twarz pokrytą już podkładem i korektorem. Sprawdza się w tej roli naprawdę znakomicie! Odcień, czyli "banana cream", to naprawdę trafiona nazwa, ponieważ puder rzeczywiście jest jasnożółty. Kolor jest na tyle jasny, że każda bladolica poczuje się usatysfakcjonowana, natomiast żółty pigment w jakiś magiczny sposób niweluje zaczerwienienia. Ten drugi czynnik jest dla mnie o tyle istotny, że w zasadzie głównie ze względu na miejscowe zaczerwienienia na skórze korzystam z mocniej kryjących podkładów. Puder Kobo pozwala mi zredukować potrzebne krycie podkładu do niezbędnego minimum, a on odwala całą robotę. Magia! 

Przetestowałam go również na zbyt chłodnych czy zbyt różowych podkładach i tutaj również się nie zawiodłam - odcień mojej cery często sprawia, że wiele z wielu podkładów wybijają różowe tony, czego szczerze nie znoszę, a tym pudrem jestem w stanie ten efekt całkiem mocno skorygować. 

Bardzo podoba mi się jak ten produkt prezentuje się na obszarze pod oczami - skóra jest rozjaśniona, ale w połączeniu z korektorem wygląda bardzo naturalnie. Na pewno nie osiągniemy nim efektu a'la Kardashianka przy piątej z dziesięciu warstw tapety.

Wykończenie jest, jak sama nazwa wskazuje, matowe. Nie jest to jednak mat płaski, "suchy", a raczej przyjemna satyna. Skóra wygląda na bardzo wygładzoną, puder nie zbiera się w porach czy zmarszczkach, efekt naprawdę jest niesamowicie naturalny. Pigmentacja jest umiarkowana (choć trudno, żeby pigment tutaj był bardzo mocny - bladożółta twarz nie prezentowałaby się do końca normalnie), na tyle konkretna, że puder potrafi zrobić te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej i jednocześnie na tyle delikatna, że jest praktycznie niewidoczny na twarzy. 

Jedyne czego mogłabym się przyczepić to średnia wydajność. Produkt jest na tyle miałki, że nabiera się go na pędzel całkiem sporo i dość szybko znika z opakowania. Ja w chwili obecnej używam już drugiego opakowania, ale z racji ceny (około 19 złotych) jestem w stanie mu ten drobny defekt wybaczyć. 

Dostępność - wszędzie tam gdzie dostać można kosmetyki Kobo, czyli stacjonarnie w drogeriach Natura, która wprowadziła również sprzedaż on-line. 





Podsumowując - jest ze mną od niedawna, ale w kwestii codziennego makijażu zrobił mi w kosmetyczce prawdziwą rewolucję. Uwielbiam i szczerze polecam!:)

Pozdrawiam,
Joanna
29 sty 2017

GLAMBOX W PEŁNEJ KRASIE

O cieniach Glamshadows pisałam Wam już niedawno - wtedy na spróbowanie zamówiłam sześć kolorów. Wybrałam wtedy głównie odcienie błyszczące, duochromowe. Po bardzo udanych testach stwierdziłam, że pora sprawdzić czy maty zachwycą mnie równie mocno. Zależało mi też na zamówieniu Glamboxa, w którym będę mogła przechowywać cienie - nie cierpię jak pojedyncze sztuki walają mi się po toaletce. Zaczekałam aż w sklepie Glam pojawi się wszystko to, co sobie upatrzyłam i w końcu udało mi się złożyć zamówienie. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać jak finalnie prezentuje się mój Glambox.




Z samego Glamboxa jestem bardzo zadowolona. Obawiałam się, że przez to, że jest biały, będzie się mocno brudził, ale okazało się, że materiał z którego jest wykonany jest na tyle łaskawy, że wystarczy opakowanie przetrzeć mokrą chusteczką i wygląda jak nowe. Glambox jest lekki, poręczny i mieści w sobie 12 cieni. 
Swatche cieni robiłam pionowymi rzędami, więc tak też będzie wygodnie mi je zaprezentować względem powyższego zdjęcia. 
Rząd I (od góry): Chiński jedwab, Kolorowy dym, Różowy szampan
Rząd II (od góry): Białe złoto, Wata cukrowa, Rabarbar
Rząd III (od góry): Palona kawa, Pralina, Kosmiczna pieczarka
Rząd I od góry: Zimna czekolada, Słodkie kakao, Szare bordo


Różowy szampan to jasny, cielisty cień błyszczący, wpadający w zależności od światła w złoto lub róż.
Kolorowy dym to również jasny, połyskujący beż, dla odmiany z chłodnym podbiciem; czasem wpada w lekko szaro-niebieskie tony.
Chiński jedwab - przepiękny, jasny, rozbielony wrzosowy odcień, z wyraźnym złotym połyskiem. 
Pigmentacja i formuła tych trzech cieni jest bardzo zbliżona - są dobrze napigmentowane, ale solo wyglądają delikatnie na powiece. Przy ciemniejszej, mocniejszej bazie dają nieoczywisty, duochromowy efekt.  


Rabarbar to połączenie borda z pomarańczą i złotym połyskiem. Jeden z moich faworytów wśród cieni Glamshadows. 
Wata cukrowa - jasny, brzoskwiniowy odcień z wyraźnym, różowym połyskiem.
Białe złoto to cień petarda! Przy tak jasnym kolorze, pigmentacja jest po prostu niemożliwie wysoka. Jest to bardzo jasne, rozbielone złoto, pięknie wygląda w wewnętrznym kąciku oka. 
Podobnie jak wyżej - te trzy cienie są do siebie bardzo zbliżone jakościowo, połyskujące, z tzw. "drugim dnem". Solo potrafią zrobić na oku prawdziwą furorę, ja wolę stosować je jako akcent, żeby nie przedobrzyć.


Kosmiczna pieczarka to prawdziwy kosmos. Mocno błyszczący odcień taupe, który pięknie wygląda roztarty na całej powiece. 
Pralina to odcień złotawego brązu, bardzo błyszczący i podobnie jak cień wyżej zrobi nam piękne, dzienne smoky.
Palona kawa to pierwszy mat w mojej kolekcji. Czysty, ciemny brąz, o bardzo adekwatnej nazwie. Ja używam go do przydymionej kreski, do zewnętrznego kącika czy na dolną powiekę. Pigmentacja jak na cień matowy bardzo dobra, choć formuła zdecydowanie różni się od reszty cieni. Nie osypuje się, nie blednie na powiece. 


Szare bordo to typowy odcień taupe. Świetnie wygląda w załamaniu powieki, jako cień transferowy. Pigmentacja średnia (tzn. dobra, ale gorsza niż w przypadku cieni błyszczących czy ciemniejszych), ale dużo zyskuje na bazie. 
Słodkie kakao - jasny odcień, wpadający w brzoskwiniowe tony. Również dobrze wygląda w załamaniu powieki, ja często nakładam go na całą powiekę i przydymiam Paloną kawą. 
Zimna czekolada - dość podobny do cienia wyżej, o nieco lepszej pigmentacji i zdecydowanie mniej "pomarańczowy". Bardzo dobrze podbija niebieską tęczówkę, ja uwielbiam podkreślać nim całą górną powiekę.
Powyższe maty mogą wydawać się nieco trudne w obsłudze - na swatchu wyglądają delikatnie, ale są to stosunkowo jasne odcienie. Baza (ja używam Art Deco) bardzo dobrze podbija ich moc, na powiece nie mieszają się ze sobą, a ich formuła pozwala na dokładnie cienia i wzmacnianie intensywności. 

Z perspektywy czasu mogę śmiało napisać, że Glambox i jego zawartość były dobrą inwestycją. Po cienie sięgam codziennie, wykonuję nimi zarówno prosty, dzienny makijaż, jak i te mocniejsze, wieczorowe. Ich ogromną zaletą jest trwałość - w ciągu dnia nie rolują się, nie osypują, nie blakną. Sama paleta jest wygodna w użytkowaniu, zajmuje w toaletce niewiele miejsca, brakuje mi w niej jedynie lusterka, dzięki czemu byłaby idealna również na wyjazdy. 



Pozdrawiam,
Joanna
28 sty 2017

MAKIJAŻOWO - DZIENNY MAKIJAŻ W 15 MINUT

Poranki wyglądają u mnie niemal identycznie przez pięć dni w tygodniu. Wstaję o godzinie 7, robię śniadanie do pracy sobie i mężowi, a następnie nadal ledwie przytomna siadam przy toaletce i próbuję kilkoma szybkimi ruchami pędzla ożywić swoją twarz do stanu, który nie spowoduje pytań typu "jesteś chora?" zaraz po przejściu przez próg biura. Zawsze podczas mojej porannej rutyny sięgam po sprawdzony zestaw kosmetyków, który pozwala mi na wykonanie makijażu delikatnego, tuszującego niedoskonałości skóry i podkreślającego tego co trzeba. Podczas ostatniego niedzielnego poranka postanowiłam uwiecznić efekt takiego typowego dziennego makijażu do zrobienia dosłownie w 15 minut. Przy okazji opowiem Wam trochę o moich ulubionych i sprawdzonych kosmetykach.


Jak widać na powyższym zdjęciu, poruszam się ostatnio głównie po barwach bardzo naturalnych, wpadających w brązy czy brzoskwinie. Z kolorów zdecydowanie już "wyrosłam" i jeśli już po jakiś sięgam, to jest to przeważnie śliwka czy ciemniejsza zieleń wpadająca w szmaragdowy. 
Po długiej przerwie wróciłam do podkładu Catrice All Matt Plus. Używałam go jeszcze w starej formule i ciekawa byłam czy nowa będzie mi równie dobrze pasować. Szczerze mówiąc większej różnicy nie zauważyłam - podkład spisuje się równie świetnie jak kiedyś. Jest lekki, wyrównuje koloryt skóry, przykrywa zaczerwienienia czy drobne niedoskonałości. Ma satynowe wykończenie, w dobre dni mojej skóry mogę sobie odpuścić przypudrowywanie go. Odcień jest wystarczająco jasny, wpadające w żółte tony - lubię to!
Upodobałam też sobie w ostatnim czasie puder brązujący z My Secret - Face'n'body Bronzing Powder. Ma cudowny chłodny odcień, jest dość jasny, na tyle, że możemy stopniować efekt bez obawy  o plamy (a rano to naprawdę ważne). Łatwo czepia się pędzla, równie łatwo rozciera się go na skórze. Wykończenie ma specyficzne - jest lekko połyskujący, więc efekt konturowania nie jest płaski, w niektórym świetle sprawia wrażenie "mokrej skóry". 
Nie wyobrażam sobie też świeżego makijażu bez delikatnego muśnięcia policzków różem. Mam ostatnio dwóch ulubieńców, oba firmy Kobo. Tutaj akurat użyłam matowego odcienia Marsala. Więcej możecie przeczytać w tym poście - KLIK!
Wyraziste brwi to dla mnie ważny punkt makijażu - bez odpowiednio podkreślonych czuję się goła. Upodobałam sobie zestaw z Lovely - znajduje się w nim ciemnobrązowy matowy, chłodny cień, niemal czarny wosk i precyzyjny dwustronny pędzelek (jest też rozświetlacz pod brew, kredka i pęseta, ale akurat z tych elementów nie korzystam). Cień jest bardzo dobrze napigmentowany, podobnie jak wosk, a pędzelek pozwala bardzo szybko i dokładnie wypełnić braki w brwiach. Zdecydowanie zestaw godny zainteresowania. 
Jeśli chodzi o cienie - pod koniec ubiegłego roku skompletowałam sobie paletę 12 cieni Glamshadows. To marka stworzona przez znaną Wam pewnie youtuberkę Hanię (KLIK). Cienie zamawiałam na dwie tury, o pierwszej połowie już pisałam na blogu (KLIK), o drugiej części będziecie mogły poczytać za kilka dni. Cienie są cudowne! Zarówno maty, jak i połyskujące kolory. Mają świetną pigmentację, dobrze się rozcierają, nie blakną w ciągu dnia, a na bazie trzymają się do samego demakijażu. Jestem nimi szczerze zachwycona i sięgam po nie codziennie z dużą przyjemnością.
Przez kilka lat używałam jedynie tuszu So Couture z L'Oreala. Ostatnio coś mnie ugryzło i po wykończenie kolejnej maskary, zamiast sięgnąć po mojego sprawdzonego ulubieńca, skusił mnie tusz Lash Sensational z Maybelline. I nie żałuję, bo finalnie okazał się od So Couture lepszy! Kompletnie się tego nie spodziewałam, ale na moich rzęsach robi prawdziwe czary - włoski są rozdzielone, podkręcone i maksymalnie wydłużone. Na plus zaliczę również to, że maskara jest bardzo czarna i wyjątkowo trwała - nie osypuje się, nie rozmazuje, nie straszne jej pot czy łzy. Obecnie kupiłam drugie opakowanie i póki co L'Oreal idzie w odstawkę.
W przypadku ust stawiam w makijażu dziennym na odcienie, które uwidocznią usta na twarzy, ale nie będą grały pierwszych skrzypiec. Zdecydowanie polubiłam kolory w stylu "my lips but better", a do takich zaliczyć mogę matową pomadkę w płynie Million Dollar Lips z Wibo o numerze 01. W Rossmannach bardzo długo była wykupiona i ciężko mi było na nią trafić, ale w końcu się udało i szybko przekonałam się skąd taki szał na ten odcień. Jest bardzo naturalny (na żywo chłodniejszy niż na zdjęciach, światło zrobiło psikusa), równomiernie się zjada, zastyga na satynowy mat. Bardzo twarzowy kolor!



I to by było tyle z porannego malowania - podkład nakładam beauty blenderem, jeśli tego wymaga to lekko go przypudrowuję, bronzer i róż to w zasadzie cztery ruchem pędzlem. Cienie z Glamshopu bardzo dobrze przyczepiają się powieki i jeszcze lepiej rozcierają, więc makijaż oczu (nawet ten troszkę mocniejszy) można zrobić nimi dosłownie w 5 minut. Tak naprawdę najbardziej czasochłonnym elementem mojego makijażu są brwi - wynika to z tego, że mam spore ubytki do wypełnienia. 


A Wy ile czasu przeznaczacie na poranne malowanie? Macie jakiś sprawdzony zestaw czy idziecie w improwizację? Dajcie znać!:)

Pozdrawiam,
Joanna
25 sty 2017

LAKIEROWO - MARDI GRAS

Znacie to uczucie, kiedy po długim męczącym dniu siadacie wygodnie na kanapie z kubkiem gorącej herbaty, bierzecie do ręki książkę i bach! Wasz wzrok pada na paskudny odprysk na lakierze, a czujne oko dostrzega też starte końcówki? Jeśli tak jak ja jesteście nerwusami, to wizja spokojnego wieczoru jako człowiek burrito odpływa w dal, a Wy z niechęcią odkopujecie się z koca i reszta dnia upływa Wam na zmywaniu, malowaniu i czekaniu na to, aż lakier wyschnie, po to żeby rano odkryć, że i tak macie na paznokciach idealnie odbitą fakturę kołdry. Z tych wszystkich względów tak bardzo polubiłam lakiery hybrydowe - ich odkrycie oszczędziło mi sporo nerwów! Mam system malowania paznokci w czwartkowy wieczór, a z racji tego, że paznokcie dość szybko mi rosną, a ja nie lubię widocznych odrostów, to zabieg ten powtarzam co tydzień. Najczęściej używam Semilaca, który przez cały tydzień wygląda na paznokciach po prostu nienagannie - żadnych odprysków ani startych końców. Wybór kolorów jest spory, ale ja jestem monotematyczna i mam swój sprawdzony zestaw kolorystyczny, którego na zmianę używam od długiego już czasu. Co jakiś czas robię sobie przerwę, podczas której paznokci nie maluję wcale, daję im odpocząć, stosuję jedynie olejki, ewentualnie odżywki i daję paznokciom czas na zregenerowanie się. 

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać mój ulubiony odcień z serii tych bardziej żywych i szalonych - Mardi Gras. Jest piękny, mocno nasycony, wręcz lekko neonowy. W zależności od światła wydaje się być albo bardziej fioletowy, albo bardziej różowy, kolor jest naprawdę unikatowy! Świetnie wygląda przy opalonej skórze (latem nosiłam go bardzo często - i na dłoniach i na stopach), rzuca się w oczy, a paznokcie "ubrane" w ten kolor ożywią nawet nudny, prosty strój. Na zdjęciach nie udało mi się w pełni uchwycić jego urody, ale robiłam co mogłam! The one and only:





Piękny prawda?:)

Pozdrawiam,
Joanna
23 sty 2017

WISH-LISTA I MANIA NIE-KUPOWANIA

Wishlisty czy zakupowe zachcianki, które pojawiają się na Waszych blogach, to jedne z tych postów, w które najczęściej klikam, i które niemal zawsze oglądam z dużym zainteresowaniem. Często stanowią dla mnie sporą dawkę inspiracji, a najczęściej wywołują delikatną zakupową chcicę, którą staram się opanować tłumacząc sobie, że przecież "tak naprawdę wcale tego nie potrzebuję". Ale, że głosów w głowie jest więcej niż ten jeden głos rozsądku, nie raz skusiłam się na zakup średnio-kontrolowany, wywołany zbiorowym zachwytem nad danym produktem. Czy zawsze kończyło się to dla mnie dobrze? Absolutnie nie! W utrzymaniu porządku czy to w szafie czy w toaletce, pomagają mi ostatnio tworzone skrupulatnie kalendarzowe zapiski - jeśli jakiś kosmetyk czy ciuch wpadnie mi w oko, wpisuję go na listę i robię dokładny, internetowy czy sklepowy, "namacalny" research. Jeśli po upływie odpowiednio długiego czasu, produkt ciągle wydaje mi się potrzebny, ląduje na mojej chciej-liście, którą staram się powoli, krok po kroku realizować. Na starość porobiło mi się tak, że porządek wokół mnie to też porządek w głowie, więc staram się ograniczać ilość tego co wokół mnie. Przestrzeń na półkach, w szufladach pozwala mi zapanować nad tym co mam, łatwiej i przyjemniej mi się zużywa kosmetyki, rano nie spędzam przed szafą kilkunastu minut, tylko wyciągam z niej to co lubię, bo zwyczajnie od razu to widzę. Może banalne, ale dla osoby, która jeszcze do niedawna miała po kilkadziesiąt szminek, lakierów, t-shirtów, itd. to milowy krok w przód. Minimalistką bym się nie nazwała, bo do tego mi daleko i wcale nie taki jest mój cel, ale odkryłam, że ład i porządek, który wokół mnie panuje, odpowiada mi dużo bardziej niż ogromny wybór, który finalnie i tak jedynie mnie przytłaczał. A wracając do tego słowa wstępu, które rozwinęło się w głębsze przemyślenia, czyli do tytułowej wishlisty, bazując na tym, co miałam rozpisane w ostatnim czasie, stworzyłam takie małe graficzne podsumowanie tego, co planuję kupić w najbliższych miesiącach - są to głównie elementy, z którymi chciałabym przywitać wiosnę. Jak zobaczycie na poniższym zestawieniu, mój zakupowy plan jest bardzo...pastelowy. O ile rok temu, pewnie większość tego zestawienia bazowałaby na odcieniach bezpiecznej czerni i szarości, tak ostatnio bardzo przekonałam się do jasnych, delikatnych barw, których do tej pory unikałam jak ognia. Z racji tych zupełnie niepotrzebnych uprzedzeń, mam w garderobie spore braki! Kosmetycznie tym razem zupełnie bez szaleństw, w miniony weekend uzupełniłam to, co się pokończyło, ale o kosmetycznych nowościach na mojej półce będziecie mogły przeczytać więcej za kilka dni. 

Na wstępie zaznaczę, że lista jest troszeczkę oszukana, ponieważ część listy zdążyłam zrealizować przed napisaniem tego posta. Ale, że elementy miały ścisły związek z tą zakupową listą, to nie chciałam ich pomijać. 

Idąc od góry: tiulowe spódnice podobały mi się już dwa, trzy lata temu, jednak wtedy z racji swoich nieco większych gabarytów, nie widziałam dla nich miejsca w swojej szafie. Teraz jednak jest mi nieco lżej, więc postanowiłam zaryzykować. Piękną, bardzo delikatną tiulówkę znalazłam w Mohito i choć początkowo skłaniałam się ku wersji szarej, w końcu ze sklepu wyszłam ze spódnicą w odcieniu bardzo jasnego, pudrowego, lekko przybrudzonego różu. Materiał ma w sobie dość sporo brokatu, ale wbrew pozorom wygląda on bardzo subtelnie. Planuję ją nosić do miękkich swetrów i prostych topów. 
Poniżej możecie zobaczyć prostą, jasną shopperkę (ta akurat jest z H&M). Potrzebuję czegoś dość pojemnego do pracy i ta wersja wpadła mi w oko ze względu na kolor - ni to szarość, ni to beż. 
Zdecydowanie będę potrzebować też jasnych butów! Mam jedne jasne baletki, ale ze względu na dość ozdobny kwiatek, pasują one jedynie do prostych ubrań. W zeszłym roku zaprzyjaźniłam się mocno z marką Zaxy, więc prawdopodobnie zdecyduję się na model widoczny na powyższym zestawieniu - zamsz w połączeniu z beżowym różem idealnie pasuje do mojej koncepcji.
Od dłuższego czasu podobają mi się też satynowe topy na cienkich ramiączkach wykończone przy dekolcie koronką. Mimo, że czasem dają dość "bieliźniany" efekt, dobrze zestawione potrafią wyglądać bardzo zwiewnie, delikatnie i kobieco. Top ze zdjęcia jest z H&M i występuje też w kolorze czarnym (szafę na pewno chciałabym zaopatrzyć właśnie w dwie wersje kolorystyczne). 
Ostatnio oszalałam na punkcie piżam. Na okres zimowy udało mi się upolować fajne, miękkie i ciepłe sztuki, ale moja "wiosenna" piżamowa garderoba świeci pustkami (no dobra, przyznaję się do powyciąganej koszulki z napisem "Let me sleep"). Jestem dużą fanką kombinezonów i właśnie w taki model (a najlepiej dwa) będę celować już bliżej wiosny. Znowu mamy na tapecie róż, ale ten kombinezon z H&M bardzo wpadł mi w oko. 

Przechodząc do kosmetycznych zapotrzebowań - ostatnio nie najlepiej sypiam, więc borykam się z problemem napuchniętych oczu. Sińce też niestety nie są mi obce, więc zdecydowanie pora zabrać się pielęgnacyjnie za ten obszar i zainwestować w dobry krem. Zainteresował mnie ten z Origins i to na niego najprawdopodobniej się zdecyduję. 
Podkład Catrice już zdążył urosnąć do miana legendy, ale ja ciągle zastaję w swoim Hebe pustą półkę. Widziałam już masę filmików z testami tego podkładu, a, że podkłady Catrice mi bardzo służą, to chętnie wypróbuję coś lżejszego niż eksploatowany aktualnie Revlon, który powoli dobija dna. W końcu zamówiłam podkład przez internet i dorzuciłam do kompletu gąbeczki Blend it!, które również opanowały ostatnio blogosferę (a mój beauty blender dogorywa).
Paleta Blanc Fusion marki Zoeva to zestawienie kolorystyczne jakby stworzone dla mnie. W ciągu ostatnich tygodni sporo paletek puściłam w świat, bo miałam sporo takich, z których używałam zaledwie dwóch-trzech cieni, a postanowiłam poszukać takiej wersji, która całościowo będzie zbliżona do moich wymagań. Ta wydaje się idealna!

I to w zasadzie tyle! Nie ma tego dużo, zwłaszcza, że są to zakupy planowane spokojnie na jakieś 3-5 miesięcy do przodu :). A jak Wasze plany zakupowe? Idziecie na żywioł czy planujecie powoli i z rozsądkiem? Dajcie znać!

Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...