16.08.2015

O dwóch takich niezbędnych | Puder i bronzer Melkior

Witam się w ten deszczowy, niedzielny poranek! Pogoda sprzyja temu, by zasiąść przed komputerem i napisać parę recenzji, więc zacznę od bardzo przyjemnego duetu, który ostatnio sprawdza się u mnie na medal. Są to dwa kosmetyki marki Melkior, z którą wcześniej nie miałam przyjemności się znać, natomiast bardzo szybko okazało się, że są to produkty warte uwagi. 


Bardzo lubię wypiekane kosmetyki, mam w takiej formie kilka róży i bronzerów i jakoś zawsze trafiałam na takie produkty, które bardzo dobrze się u mnie sprawdzały. Nie inaczej było z Mineralnym bronzerem. 
"Lekko świetliste wykończenie, naturalny wygląd.Chroni skórę i zawiera komplenty kosmetyczny system odżywczy do podkreślenia wyglądu i witalności skóry. Wzbogacony w witaminy A i E."

Bronzer Glam Sun ma ładny, nie za ciemny kolor. Jego wykończenie jest typowe dla produktów o takiej formule - jest mocno satynowy, daje delikatny połysk, ale nie ma w sobie drobinek. Pięknie rozświetla skórę, nadaje jej odcień lekkiej opalenizny. Nie jest to kosmetyk do konturowania, jego odcień jest zbyt ciepły (ale nie pomarańczowy), a wykończenie zbyt świetliste. Niemniej jednak pięknie wygląda na policzkach, cudownie ożywia twarz. Jestem teraz minimalnie opalona, ale podejrzewam, że również gdy zblednę nie będzie dla mnie za ciemny. Nie jest twardy, wręcz przeciwnie, mimo wypiekanej formy, jest stosunkowo miękki i łatwo nabrać go na pędzel. Na skórze nie tworzy plan, wygodnie rozciera się go na twarzy. Trwałość ma na piątkę z plusem - nałożony rano, przyzwoicie trzyma się praktycznie do samego demakijażu. Najczęściej nakładam go pędzlem jajem z Real Techniques. Liczę, że będzie to kosmetyk, którego nie sposób zużyć. Już teraz mimo codziennego używania, praktycznie nie widać po nim śladu zużycia. Koszt nie jest niski - bronzer kosztuje 47,90 zł, ale moim zdaniem warto w niego zainwestować. 


Z pudrami miałam zawsze ten problem, że wyjątkowo nie przepadam za tymi, które dają kolor. Sięgałam tylko po te transparentne, ale zachęcona pozytywną opinią jednej z youtuberek (jestem prawie pewna, że była to Zmalowana), zdecydowałam się dla odmiany sięgnąć po puder w odcieniu Light Ivory. 

"Matowe i aksamitne wykończenie, wygodna i miękka konsystencja. Nieskazitelny makijaż przez cały dzień."

Puder prasowany ma przedziwną konsystencję. Jest pudrowy, ale nie suchy, określiłabym go wręcz jako "kremowy". Na skórze nie daje "papierowego" efektu, czego osobiście nie znoszę. Wygląda bardzo naturalnie, jest niemal niewidoczny na skórze. Podoba mi się jego odcień - jasny, beżowy, świetnie stapia się ze skórą. Daje minimalne krycie. Ja ostatnio nakładałam tylko korektor pod oczy i ten puder i przy mojej bezproblemowej cerze, takie połączenie w zupełności wystarczało. Puder dobrze nadaje się do wykończenia makijażu, świetnie utrwala podkład i wyrównuje koloryt. Wykończenie jest lekko satynowe, nie jest to płaski mat. Trwałość podobnie jak w przypadku bronzera - więcej niż dobra. Występuje w 11 odcieniach, bez problemu każdy powinien dobrać coś dla siebie. Widziałam, że oprócz Light Ivory wszedł też do sprzedaży jeszcze jaśniejszy odcień Alabaster, w ofercie jest też wersja transparentna. Cenowo wychodzi tak jak bronzer - 47,90 zł. Nie jest to mało, osąd na temat opłacalności będę w stanie wydać jak już będzie wiadomo, na ile mi taki puder wystarczy :).





Podsumowując - oba kosmetyki bardzo dobrze się u mnie spisały, a pierwsze starcie z marką Melkior wypadło pozytywnie. Mają też pięknie, matowe cienie, ale o nich będzie następnym razem!

Do końca miesiąca na stronie melkiorprofessional.pl możecie dostać 10% rabatu na zakupy. Kod rabatowy to mk9883.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

15.08.2015

Wakacyjna kosmetyczka wyjazdowa | Co zabieram ze sobą w podróż?

Jestem takim typem człowieka, któremu samo planowanie czegoś sprawia drugie tyle przyjemności co sam efekt owych planów. Miałam tak z przeprowadzką, urządzaniem mieszkania, a teraz powoli wpadam w podobny stan "przedwyjazdowy". Za parę dni rozpoczynamy z Osobistym urlop, wybieramy się do Grecji, a ja już zaczynam mentalne i te konkretniejsze przygotowania. Wczoraj korzystając z dnia wolnego, uderzyłam na zakupy i miałam nadzieję, że uzupełnię nieco garderobę pod kątem wakacji. Szybko okazało się, że za wiele z tego nie wyniknie, bo w sklepach pysznią się już góry swetrów, kurtek i ciepłych chust. Pocieszyłam się trochę na H&Mowskim dziale z bielizną (nie sądziłam, że znajdę tam tak przyzwoite rozmiary!), w Kappahl udało mi się dorwać cudowny strój kąpielowy (jak wyżej!), a potem się poddałam. Skupiłam swoją uwagę na drogeriach i tym sposobem udało mi się dorwać polecany balsam antycellulitowy z Perfecty z efektem "mrożenia", którym się dzisiaj ratuję, bo temperatura znowu przekracza tolerowaną przeze mnie granicę i dostaję szału. Skończył mi się też ulubiony tusz (L'Oreal So Couture) i już już prawie kupiłam w Rossmannie, bo nie chciało mi się czekać na wysyłkę z jakiejś drogerii internetowej, ale coś mnie tknęło i weszłam jeszcze do drogerii Millor (nie mam pojęcia czy to jakaś sieciówka?) i tam tusz kupiłam za 37 zł, gdzie w Rossku kosztuje 60 zł. 

Dzisiaj zrobiłam mały przegląd kosmetyków i zaplanowałam sobie już, co znajdzie się w mojej wakacyjnej kosmetyczce. Uwielbiam takie planowanie :). Tym razem postanowiłam, że nie będę szaleć i skupiłam się na tym co najważniejsze i co też istotne - lekkie. W jakimś stopniu ogranicza mnie waga bagażu, więc wybrałam kosmetyki, które są zwyczajnie...poręczne i lekkie.


Z pielęgnacji uzbierało się tego wizualnie dość dużo, ale są tu kremy do opalania, które pakuję i dla siebie i Osobistego. Stwierdziłam, że SPF 30 powinno nam w zupełności wystarczyć, więc do ciała zabieramy Wodoodporny balsam do opalania z Eveline, a do twarzy krem z Lirene. Oba są już sprawdzone i bardzo dobrze dawały sobie radę do tej pory. Płyn micelarny z GoCranberry to moje ostatnie odkrycie - fantastycznie zmywa makijaż, nie szczypie w oczy, a do tego jest w niewielkiej, plastikowej butelce. Miracle Skin Cream z Garniera to mój substytut podkładu - daje lekki kolor na skórze, poza tym całkiem przyjemnie nawilża skórę i robi efekt "glow". Niepozorny, ale całkiem przyjemny kosmetyk. Do pielęgnacji twarzy zabieram też duet z GoCranberry - krem pod oczy i serum nawilżające na noc. Oba kosmetyki mają lekką konsystencję i moja skóra ostatnio niesamowicie się z nimi polubiła. Z myślą o włosach na pewno zapakuję Eliksir Upiększający z Elseve - plastikowa butelka jest leciutka, a samo serum fajnie wygładza włosy, ułatwia rozczesywanie i zabezpiecza końcówki. Takie pielęgnacyjne kombo. Maska Argan Oil z Prosalon to miniatura z beGLOSSY i myślę, że taki wymiar w zupełności wystarczy do szybkiego nawilżenia włosów po myciu. Nad szamponem nadal myślę, prawdopodobnie zabiorę jakąś miniaturę z Rossmanna. Nie planuję zabierać ze sobą wielkich, ciężkich smarowideł do ciała, wezmę tylko olejek z Lirene (bardzo go polubiłam, w ostatnie upały sprawdza się świetnie). 


Z kolorówką miałam zagwozdkę. Wiem, że pewnie i tak się nie będę malować, ale jednak na wszelki wypadek jakiś tam mały zestaw mieć muszę (dla własnego komfortu psychicznego). Na pewno odpuszczę sobie podkład, zabiorę jedynie korektor (Bourjois, Healthy Mix), puder i bronzer to świetny duet z Melkiora. Mam manię na punkcie brwi, więc ulubiony ostatnio zestaw ze Sleeka musi się znaleźć w mojej kosmetyczce. Tusz to jak zwykle So Couture z L'Oreala. Balsam do ust z Floslek przeważnie noszę w torebce, teraz też na pewno gdzieś go upchnę. Cień Color Tattoo z Maybelline i folia z MUR to dwa kosmetyki, które pewnie w ruch pójdą w przypadku jakiegoś wieczornego wypadu w miasto. Pędzle to dosłownie 3 sztuki - do pudru, bronzera i cieni.

Do tego oczywiście takie rzeczy jak antyperspirant, szczoteczka do zębów, żel pod prysznic i mam nadzieję, że nie będę musiała dopłacać za nadbagaż :).

A co Wy zabieracie ze sobą na wakacje? Dajcie znać w komentarzach, bo być może coś przeoczyłam!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
09.08.2015

Lakierowo | Syrenka!

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam gdzieś w otchłaniach internetu zdjęcie manicure z tzw. efektem syrenki, szybko przepadłam. Uwielbiam takie cudaczne nowości, za każdym razem jak widzę coś fajnego, to mam ochotę sprawdzić jak będzie się to prezentować na moich paznokciach. Nie inaczej było tym razem, zwłaszcza, że moje paznokcie są obecnie w bardzo dobrej formie, a to zawsze nastraja pozytywnie do ich malowania i zdobienia. Poszperałam więc i zagłębiłam się w temat. Efekt syrenki ma dawać np. pyłek marki Indigo. Niestety na stronie Indigo pyłek kosztuje 7 złotych, natomiast za przesyłkę trzeba by zapłacić dwa razy tyle. W związku z tym na jakiś czas sprawę olałam i przebolałam, po czym zupełnie przypadkiem się dowiedziałam, że u mnie w mieście jest hurtownia kosmetyczna, w której stacjonarnie można zakupić m.in. produkty Indigo (a także Glazel, Kryolan i wiele, wiele innych).
Wpadłam więc kiedyś przypadkiem do tejże hurtowni i nabyłam drogą kupna rzeczony pyłek. Nawiasem mówiąc genialna obsługa! Pani z którą rozmawiałam była niesamowicie uprzejma, udzieliła mi kilku przydatnych rad odnośnie kupowanego pyłku, pogadałyśmy trochę o innych kosmetykach. Pełna profeska, a wziąć należy pod uwagę, że zrobiłam zakupy za całe...14 złotych, bo kupiłam jedynie dwa opakowania pyłku ;). Pan, który przywitał mnie w drzwiach też mnie zaskoczył, bo jak powiedziałam, że szukam takiego pyłku do paznokci, to niemal od razu wypalił "ten co daje efekt syrenki?", także wizyta ta nastroiła mnie tak pozytywnie, że wiem, że tam wrócę. Dla zainteresowanych Gliwiczanek, hurtownia Piu Bella mieści się na Bytomskiej 15 (niedaleko rynku). 
Dzisiaj korzystając z tego, że na nic nie mam siły, bo jest jakieś osiemdziesiąt stopni w cieniu, trochę się pobawiłam i stworzyłam pastelowy, delikatny manicure z użyciem wspomnianego pyłku Indigo. Początkowo obawiałam się czy coś mi z tego wyjdzie, ponieważ pyłek docelowo przeznaczony jest do hybryd. Jednak kilka prób wystarczyło, żebym opanowała sytuację. Paznokcie najpierw potraktowałam jedną cieniutką warstwą Harda z Semilaca (świetnie sprawdza się jako baza i bardzo fajnie utwardza paznokcie). Następnie pomalowałam paznokcie zwykłym lakierem - użyłam mleczno-różowego lakieru z Bell oraz żółtego Miss Sporty. Na serdecznym palcu zrobiłam sobie delikatny gradient. Pyłek daje mocno błyszczący efekt, widoczny z niemalże daleka, więc nałożyłam go tylko na gradientowe, dwa paznokcie. Posypałam nie do końca wyschnięty lakier (pyłek trzeba rozetrzeć na lekko lepkim podłożu) i palcem wtarłam w paznokieć pyłek. Całość przejechałam topem z SH i gotowe. 






Połączenie kolorystyczne w towarzystwie "syrenki" bardzo mi się podoba, nie ukrywam, że gdzieś takie zestawienie widziałam (Odette?) i pozwoliłam sobie odgapić :). Syrenka bardzo mocno błyszczy (efekt nie do uchwycenia w pełni na zdjęciach...), takiego wykończenia nie da się chyba osiągnąć żadnym znanym mi topem czy brokatem. Jestem na tak!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
08.08.2015

O małym pomocniku do mycia pędzli | Brushegg

Nie jestem gadżetowym maniakiem, wręcz przeciwnie. Ale czasem lubię sobie zwyczajnie ułatwić życie, a przeróżne małe gadżety potrafią bardzo w tym pomóc. Nie wiem czy kiedyś już o tym wspomniałam, ale nie lubię myć pędzli. Robię to oczywiście bardzo często i regularnie, bo wiem, że tak trzeba, ale nie zmienia to faktu, że sam proces jest dla mnie monotonny i irytujący. Jakiś czas temu wypróbowałam jajo do mycia pędzli, tzw. Brushegg i dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić opinią na jego temat.


Brushegg to nic innego jak gumowe "jajo" z wypustkami, które mają ułatwić nam wyczyszczenie pędzli. Nie spodziewałam się, że doznam nad nim jakiegoś magicznego olśnienia, jednak muszę przyznać, że jest naprawdę pomocne podczas szorowania pędzli. Jajo ma otwór, więc wygodnie jest je nałożyć na dwa palce, jest niewielkie i bardzo poręczne. Ja z reguły moczę włosie pędzli, potem nakładam na jajo odrobinę mydła/szamponu/itp. i następnie pocieram włosiem o wypustki i spłukuję. Wcześniej środek czyszczący nalewałam na dłoń i również szło w ten sposób pędzle wyprać, natomiast z użyciem jaja, cały ten proces jest szybszy i sprawniejszy.



Dolna część jaja świetnie sprawdza się przy większych pędzlach, z kolei mniejsze wypustki dobrze sobie radzą z pędzlami do cieni. To z czym zawsze się męczę najdłużej, czyli pędzle z pokładu czy linera, dużo szybciej się domywają kiedy sięgam po jajo. Jego działanie jest oczywiście czysto mechaniczne, jednak nie zmienia to faktu, że takie wsparcie dość znacząco ułatwia doczyszczenie pędzli.
Brushegg występuje w dwóch wersjach kolorystycznych - różowej jak moja oraz miętowej. Wygląda zwyczajnie ładnie, jest nieduże, więc nie zajmuje dużo miejsca. Ot, uroczy mały gadżet. 



Jajo oceniam naprawdę na duży plus, czas mycia pędzli się skrócił, samo domywanie pędzelków jest szybsze i łatwiejsze. Minusem może być cena Brushegga - na kosmetykomania.pl kosztuje ono 29,90 zł. Jest to cena raczej wysoka jak na taki gadżet, ja byłabym zadowolona, gdyby jego cena kształtowała się bardziej na poziomie połowy tej kwoty :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
01.08.2015

W końcu! | Nowe odcienie Color Tattoo od Maybelline

Gdy wczoraj u Marta wrzuciła u siebie na fb informację o wchodzących do sprzedaży nowych odcieniach cieni w kremie Color Tattoo z Maybelline, oczyma wyobraźni już sobie wizualizowałam siebie wchodzącą do drogerii i czym prędzej porywającą je ze sklepowej półki. Miałam już wcześniej inne kolory tych cieni i naprawdę je lubię, fakt, że w Polsce mamy dostępny tak mocno okrojony wybór kolorów bardzo mnie do tej pory bolał. Nowych odcieni weszło u nas na rynek sztuk cztery i teoretycznie mają one być dostępne w sprzedaży od dzisiaj. Byłam przekonana, że jak dzisiaj zajrzę do Hebe to albo jeszcze ich nie będzie, albo wszystkie już wyjdą, jednak zaryzykowałam wycieczkę i okazało się, że nie na darmo. Na pierwszy rzut oka myślałam, że nowych odcieni w szafie Maybelline jeszcze nie ma, ale udało mi się dojrzeć zakopane z tyłu dwa z czterech odcieni i testery wszystkich nowych kolorów. Okazało się jednak, że cienie przyszły, ale nie wszystkie jeszcze się "wyłożyły", na szczęście pani w Hebe bez problemu wyjęła mi kilka sztuk z szuflady :). Po bliższym zmacaniu testerów, zdecydowałam, że odpuszczę sobie najciemniejszy z nich (Vintage Plum) - wydał mi się zbyt brudny, za mało śliwkowy, a za bardzo bury, ale może jak pooglądam w internecie jakieś zdjęcia w akcji to się przekonam. Pozostałe odcienie natomiast ochoczo przygarnęłam i spieszę Wam pokazać jak prezentują się one w rzeczywistości. Zdjęć będzie sporo!







Zdecydowałam się na trzy odcienie - Creme De Rose, czyli jasny beż wpadający dość mocno w odcień różowy (taki jasny, beżowy brudy róż :D), Creme De Nude, który jest jasnym waniliowym odcieniem oraz Creamy Beige, czyli średni, dość ciepły brąz. Wszystkie mają podobno być matowe i o ile w przypadku Creme De Rose i Creme De Nude się z tym zgadzam, tak już w Creamy Beige w świetle widać mikroskopijne drobinki, przez co efekt na skórze wydaje się być bardziej satynowy aniżeli matowy. Mam w planach używam tych cieni solo, jako bazę pod inne cienie. Creme De Rose i Creme De Nude będą świetne jako cienie bazowe na całą powiekę, Creamy Beige powinien fajnie wyglądać nałożony lekko ponad załamanie w formie takiego delikatnego dymka. Wszystkie trzy są bardzo kremowe, śliskie i świetnie się je aplikuje. W niczym nie przypominają nieco tępego Permanent Taupe, są w konsystencji o wiele bardziej podobne do masełkowatego On and on bronze. Nałożone na skórę po chwili zastygają, więc nie powinny się rolować czy zbierać w załamaniu powieki. Mam co do nich duże wymagania i czuję, że się nie rozczaruję! 



Jeden cień kosztował bodajże 23,99 zł, ja dorwałam je, jak już wspominałam, w Hebe. Jak nie będziecie ich widziały na półkach, to warto pytać czy nie uchowały się w szufladzie. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...