17 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #2 - Cranberry Ice

Kolejny piątek, tym razem maksymalnie leniwy, ale równie pachnący jak ostatnio. Dzisiaj przedstawię Wam jednego z moich woskowych faworytów - bez zastanowienia umieściłabym go w moim top 3. Uwielbiam go od pierwszego niuchnięcia, mam wrażenie, że pasuje do każdego mojego humoru.


Cranberry Ice od Yankee Candle to w moim odczuciu zapach idealnie wyważony. Jednocześnie słodki, ale nie przesłodzony, lekko kwaskowaty, a do tego wszystkiego absolutnie nie mdły. Świeży, ale nie w taki oczywisty sposób, tylko jakoś magicznie rzeczywiście obrazujący...lodową świeżość. Nie jest to dla mnie taki typowo owocowy, rześki, płaski zapaszek. 
Producent opisuje ten zapach w sposób, który wg mnie nie do końca opisuje jego wielowymiarowość:
"Żurawina nierozerwalnie kojarzy nam się z czasem grudniowych celebracji, kiedy tymi pięknymi, czerwonymi owocami przyozdabiamy świąteczne stoły i stroiki. Ale zjawiskowa żurawina to nie tylko dekoracja, ale i skarbnica wielu, prozdrowotnych składników. A poza tym to prawdziwy rarytas kulinarny, który smakuje wyśmienicie bez względu na porę roku! W wersji Yankee Candle żurawina podawana jest w nieco zmrożonej, bardzo orzeźwiającej wersji. Wosk w formie żurawinowej tarteletki uwalnia naturalne esencje, które doskonale pobudzają i dodają energii."


Po opisie spodziewałam się nieco innego zapachu, ale bardzo się cieszę z tego, że zapach jest jaki jest - łączy aromat słodko - kwaśnej żurawiny z dodatkiem takiego zapachu "zimy" za oknem. Brzmi to pewnie dość dziwnie, ale zapach, mimo, że dość orzeźwiający, mnie jednak bardziej kojarzy mi się właśnie z okresem zimowym, aniżeli z latem czy owocowym sokiem. Jest to zapach dość intensywny, roznoszący się po całym mieszkaniu, ale nie męczy. Dość długo utrzymuje się w pomieszczeniu, nawet na drugi dzień po odpaleniu spokojnie można jeszcze wyczuć jego aromat. 


Pisałam, że postaram się każdy zapach "pokazać" jakoś makijażem i tym razem nawet niespecjalnie musiałam się głowić. Pomysł zrodził się w trymiga. Makijaż jest połączeniem soczystej, zdecydowanej żurawiny na ustach i migocącego, śnieżnego efektu na powiekach.


Tak jak ostatnio wspominałam, możecie skorzystać z 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle w sklepie goodies.pl. Kod rabatowy jest wielokrotnego użytku i jest ważny do końca grudnia tego roku. Kod to JOANNAPANNA.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 paź 2014

HIT kontra KIT #3 - pędzle

O podkładach było, o produktach do modelowania twarzy również. Dziś czas na "narzędzia" pracy - pędzle. Zestawienie będzie o tyle ciekawe, że znalazły się w nim produkty tej samej marki. Część stanęła na stanowisku hitów, a część okazała się kompletną klapą. Nie przedłużając....


HIT - syntetyczne pędzle GlamBrush T2 i O8
O pędzlach GlamBrush mogłabym napisać posta jak stąd na Hawaje, ale prawda jest taka, że szkoda mi na nie nerwów. Będę sprawiedliwa. Syntetyczne pędzle, a dokładniej te dwa, które mam - T2 i O8, zdecydowanie mnie kupiły. Oba są mięciutkie, świetnie sprawdzają się w tym, do czego mają służyć. T2 to mój ulubiony pędzel do podkładu. Nakładam nim zarówno podkłady płynne, jak również te w kompakcie czy minerały i za każdym razem sprawdza się po prostu świetnie. Nie zostawia smug, jest bardzo przyjemny w obsłudze. Bardzo lubię w nim to, że błyskawicznie schnie. Bez względu na to, czy piorę go szamponem i odcisnę w ręcznik czy tylko pryskam alkoholem - dosłownie w moment jest suchy i gotowy do dalszej pracy. Używam go non stop odkąd go mam i mimo bardzo intensywnej eksploatacji, nic się z nim nie dzieje. Bez problemu się go czyści, nie wychodzą z niego włoski, nie zrobił się szorstki. Ideał. Kulkę O8 lubię równie mocno. Nakładam nią korektor/cienie w kremie. W obu przypadkach sprawdza się świetnie z dwóch powodów. Jest bardzo precyzyjna, można nią wklepać kosmetyk w punkt, jednocześnie sama praktycznie rozciera granice tego co nakładamy. Do zakrywania punktowych zmian jest stworzona, dzięki niej nie widać, że mamy coś nałożone w konkretny punkt, bo granice kosmetyku są idealnie roztarte. Z cieniami jest podobnie, świetnie się nią blenduje nawet najciemniejszy cień. Czyści się ją równie łatwo jak pędzel T2, schnie równie błyskawicznie i podobnie się zachowuje po dłuższej eksploatacji. Hity!

KIT - pędzle z włosia kozy GlamBrush T4, T9, O3 i O4
I teraz będzie o tym, dlaczego szkoda nerwów. O ile syntetyki GB są naprawdę godne polecenia, tak z kozami się nie mogę polubić i niejednokrotnie, gdy już mi się wydawało, że sprawa opanowana, to okazywało się, że jest coraz gorzej. Przede wszystkim pędzle są szorstkie, z każdym myciem coraz bardziej. Z każdym myciem się coraz bardziej rozczapierzają. Przez jakiś czas czyściłam je jedynie alkoholem izopropylowym i było w miarę okej, ale jednak raz na jakiś czas czuję taką potrzebę, żeby pędzle wyszorować wodą, mydłem/szamponem, no na mokro po prostu. I tu się zaraz przy narzekaniach tego typu pojawiają głosy oburzenia, że pędzle trzeba odpowiednio myć, że odżywkować i jeszcze śpiewać im do snu. Nie wiem czy ta koza, z której zrobione są te moje konkretne pędzle była jakąś kozą nieszczęśliwą, czy jadła nie taką trawę jak trzeba, czy jakiś kozioł odrzucił jej zaloty i teraz koza mści się na świecie, ale mam sporo pędzli, również z naturalnego włosia, również z kozy i z żadnymi nie miałam takich cyrków jak z tymi. Pędzle do twarzy czasem jeszcze wyciągam i coś próbuję nimi zdziałać, używam do twardych rozświetlaczy itp., ale te do oczu już tylko leżą i przypominają mi, żebym więcej żadnych kozich Glambraszów nie kupowała, bo tylko się wnerwię. Drapią powieki, są szorstkie, straciły kształt (uczciwie rzecz ujmując, to te do twarzy też już niewiele mają wspólnego z pierwotnym, jajowatym kształtem). Wiem, że sporo osób jest z tych pędzli zadowolonych, ale szczerze mówiąc, ja chyba pozostanę wierna zasadzie, że to pędzel jest dla mnie, a nie ja dla pędzle, więc zamiast się męczyć, wolę sięgnąć po pędzle niejednokrotnie tańsze, łatwiejsze w eksploatacji i nie wymagającego specjalnej troski. Najwyżej pójdę do piekła albo w przyszłym wcieleniu zostanę kozą, z której potem ktoś zrobi kijowy pędzel, ale tym razem głośno i wyraźnie mówię KIT!

Ciekawa jestem jakie są Wasze odczucia odnośnie moich pędzlowych hitów i kitów, tak bardzo nietypowo zestawionych. Chętnie poczytam, co Wy o nich sądzicie :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna

14 paź 2014

HIT kontra KIT #2 - modelowanie twarzy

We wczorajszym wpisie skonfrontowałam ze sobą dwa podkłady, dzisiaj z kolei chciałabym przedstawić kosmetyki do modelowania twarzy. W przypadku tych kosmetyków nie musiałam się długo namyślać - ostatnio w zasadzie codziennie mam na buzi ten sam bronzer w towarzystwie tego samego rozświetlacza, z kolei róż, który widzicie na poniższym zdjęciu, od samego początku nie przypadł mi do gustu i poszedł wczoraj do siatki "w świat" (zmobilizowałam się w końcu do wielkich kosmetycznych porządków). 


HIT - Dr Irena Eris, Provoke, Choco Bronzer i MUA Undress your skin Shimmer Highlighter
O rozświetlaczu MUA już pisałam, więc w zasadzie mogłabym się nie powtarzać. Jednak rozświetlacz ten lubię tak bardzo, że chętnie jeszcze napiszę, że jest to świetny kosmetyk, za niewielkie pieniądze, który pięknie nadaje cerze blasku i robi to w bardzo nienachalny sposób. Ma dość nietypowy odcień, lekko różowy i jakby holograficzny, jednak absolutnie nie daje efektu "szynki". Jest zdecydowanie chłodny, także powinien spodobać się osobom, które nie przepadają za rozświetlaczami w złotym odcieniu. Konsystencja kosmetyku jest bardzo przyjemna, rozświetlacz jest dość suchy, ale nie pyli i nie jest tak twardy jak inne znane mi kosmetyki wypiekane. Dobrze współpracuje w zasadzie ze wszystkimi produktami, w towarzystwie których nakładam go na skórę. Trzyma się naprawdę przyzwoicie, choć pod koniec dnia może lekko stracić na intensywności. Jestem pod wrażeniem jego wydajności - mimo, że używam go dzień w dzień, niemal nie widzę ubytku w wytłoczeniu zdobiącym ten produkt. Dla mnie obecnie numer jeden!
Z kosmetykami Provoke od dr Eris nie udało mi się zaprzyjaźnić na szeroką skalę. O cieniach czy tuszu będziecie mogły jeszcze przeczytać, ale niestety znajdą się one po tej drugiej, gorszej stronie zestawienia. Dzisiaj na szczęście mogę pokazać jeden z kosmetyków Provoke jako hit. Na "czekoladkę" skusiłam się po dobrych wrażeniach z trio modelującym do twarzy. Mogłam wybrać sobie dowolny kosmetyk z serii w ramach wyróżnienia w konkursie organizowanym przez markę i po krótkiej chwili zastanowienia wskazałam właśnie na ten bronzer. Wybrałam odcień jaśniejszy, mając w perspektywie znaczne rozjaśnienie się odcienia mojej skóry na jesień i zimę. Zarówno kolor, jak i sam kosmetyk okazały się strzałem w dziesiątkę. Gdybym mogła zostawić sobie jeden bronzer bez wahania wskazałabym właśnie na tę niepozorną, białą puderniczkę. Podoba mi się w tym bronzerze wszystko - dość neutralny, nie za pomarańczowy i nie za ciemny odcień, brak połyskujących drobinek, bardzo satynowe wykończenie. Na plus oceniłabym również trwałość, łatwość aplikacji. Opakowanie ma lusterko, więc podczas ostatnich wyjazdów również stanowiło to dla mnie pewne ułatwienie. Minusem jest zdecydowanie cena - kosmetyk kosztuje 79 złotych, czyli jak dla mnie - niemało. Za to jego jakość w dużym stopniu tłumaczy taką, a nie inną cenę. Hit!

KIT - Rimmel, Stay Blushed
Róż z Rimmela dostałam już jakiś czas temu i od tamtej pory podjęłam może ze trzy próby jego aplikacji na twarzy. Wszystkie trzy zakończyły się całkowitą porażką, dlatego od razu pomyślałam o tym kosmetyku w kontekście zestawienia go po stronie niewypałów. Nie odpowiada mi jego konsystencja - niby kremowa, ale dość rzadka. W połączeniu z fatalną pigmentację nie widzę za bardzo sposobu, który mógłby pomóc w opanowaniu tego różu. Na mojej jasnej skórze jest niemal niewidoczny, przy rozcieraniu znika praktycznie do zera. Do tego tworzy na skórze nieprzyjemną lepką warstwę i okrutnie się roluje. Próbowałam pędzlem, jednym, drugim, próbowałam gąbką, potem jeszcze palcami - efekt za każdym razem był taki sam. Ciekawa jestem czy zależy to od koloru - ja mam wersję różową, a widziałam kiedyś swatche wersji koralowej i tamten róż miał zupełnie inną konsystencję, jakby lekko "piankową"? Próbowałam też nieco rozmemłać moją tubkę, ale i to nie pomogło, dlatego w końcu sobie odpuściłam. Za malutkie opakowanie zapłacić musimy aż 18 złotych. Za taką cenę spokojnie można kupić róż o sporo lepszej jakości. Kit!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 paź 2014

HIT kontra KIT #1 - podkład

Ostatnio na fb zapowiedziałam pojawienie się nowej serii wpisów - HIT kontra KIT. Idea jest prosta - nagromadziło mi się sporo kosmetyków w ostatnim czasie, część doczekała się już prezentacji czy nawet recenzji na blogu, ale część leży i czeka na swój moment. Jako, że w tym drugim przypadku są to z reguły kosmetyki, które sprawdziły się u mnie średnio, postanowiłam zrobić małe zestawienie - moich kosmetycznych perełek i kompletnych niewypałów. Coś jak rozbudowana wersja ulubieńców z dłuższego czasu, połączona z porównaniem do bubli zalegających w szufladzie. Póki co mam obfoconą kolorówkę, najpewniej potem wezmę się za kosmetyki pielęgnacyjne. Dzisiaj startujemy z częścią pierwszą - na ring wkraczają podkłady do twarzy.


HIT - Pharmaceris Delikatny fluid intensywnie kryjący o długotrwałym efekcie
Podkład Pharmaceris znam już kilka lat. Mimo, że jestem na bieżąco z kosmetycznymi nowościami i często kupuję nowe podkłady do wypróbowania, zawsze z podkulonym ogonem wracam do podkładu Pharmacerisa. Obok tego fluidu jedynie Colorstay z Revlona gości u mnie równie często, jednak na co dzień zdecydowanie sięgam po pozycję z Kosmetycznego Laboratorium Dr Eris. Jakiś czas temu pojawiły się nowe wersje tego kosmetyku - matująca i nawilżająca. Jako posiadaczka skóry suchej wrzuciłam do koszyka wersję nawilżającą, ale szybko okazało się, że to "nie to". Podkład utleniał się, był widoczny na skórze, był zdecydowanie bardziej tępy w obsłudze. Wersji matującej nie miałam okazji używać, ale nie kusi mnie - pozostanę wierna wariantowi kryjącemu. Mój odcień do Ivory 01, najjaśniejszy z dostępnych. Jest to bardzo jasny, delikatnie żółtawy beż. Z moją skórą stapia się idealnie, zimą to jeden z niewielu podkładów, które nadążają za moją bladością. Uwielbiam też jego konsystencję. Jest niesamowicie kremowy, dość gęsty. Jest to fluid o dość dużym stopniu krycia, dzięki czemu rzadko zachodzi konieczność sięgnięcia dodatkowo po korektor. Wiem, że dużo osób narzeka, że podkład dość mocno świeci się na skórze. U mnie nigdy czegoś takiego nie zaobserwowałam. Owszem, jego wykończenie zdecydowanie nie jest matowe, ja określiłabym je jako satynowe. Przypudrowany nie błyszczy się, jego trwałość jest również bardzo imponująca. Jest to kosmetyk niezwykle wydajny - mała ilość wystarcza na dokładne pokrycie twarzy. Dla mnie dużym plusem jest też lekkie opakowanie z higieniczną pompką oraz filtr SPF 20. Niby niedużo, ale zawsze lepsze to niż nic. Poza tym, teraz do sprzedaży weszła wersja z SPF 50+. Jestem go ogromnie ciekawa, ale pamiętając o doświadczeniach z serią nawilżającą, najpierw postaram się o jakąś próbkę. Cena jest niewysoka, zwłaszcza w porównaniu do jakości, wydajności podkładu i w odniesieniu do cen podkładów drogeryjnych - za opakowanie o pojemności zapłacimy około 40 złotych. Ja się z tymi podkładami spotkałam jedynie w aptekach, wiem, że można je też zamówić w sklepie internetowym eris. Zdecydowany hit!

KIT - mineralny podkład Annabelle Minerals w wersji kryjącej
Po podkład Annabelle Minerals sięgnęłam kilka miesięcy temu. Kupiłam sobie zestaw startowy - podkład w wersji kryjącej, korektor oraz róż. O ile z korektora i różu jestem zadowolona, tak podkład zdecydowanie nie należy do moich faworytów. Początkowo nawet się lubiliśmy, myślałam, że będę z niego zadowolona. Cieszyło mnie to także ze względu na jego cenę - duże opakowanie (10 g) kosztowało 50 zł, co w porównaniu z cenami innych podkładów mineralnych, nie jest ceną wygórowaną. Po jakimś czasie stosowania z podkładem zaczęło mi coś nie grać. Przede wszystkim wyglądał dobrze tylko chwilę bezpośrednio po aplikacji. Po dwóch - trzech godzinach zaczynał się okrutnie warzyć, zbierał się w porach, był bardzo mocno widoczny na twarzy. Jego trwałość określiłabym po prostu jako fatalną. Schodził ze skóry, ścierał się. Miałam wrażenie, że skóra pod nim wyjątkowo szybko zaczynała się błyszczeć (a to w moim przypadku jest naprawdę reakcja skrajna). Próbowałam go jakoś "ratować". Nakładałam na mokro, na inne kremy, innym pędzlem. Przypudrowywałam, nie przypudrowywałam, nakładam podkład na puder i dalej nic. Po jakimś czasie się zirytowałam i stwierdziłam, że mi się nie chce. Podkład poza tym, że zwyczajnie uciekał z mojej twarzy, nie chciał też współpracować z innymi kosmetykami nakładanymi na niego. Uznałam, że efekt nie jest wart zachodu. Na plus oceniłabym dobry kolor (ja zdecydowałam się na Golden fairest) - bardzo jasny, dość żółty. Krycie również było niezłe, ale przy tym podkład po prostu było widać. Bez żalu wrzuciłam go w końcu na dno szuflady, z solidnym postanowieniem, że nigdy więcej. Kit!

Macie jakieś doświadczenia z tymi dwoma podkładami? A może mój kit jest Waszym ulubieńcem bądź vice versa? Podzielcie się!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #1 - Strawberry Buttercream

O tym, że woski wciągają, a po zakupie jednego człowiek ciągle ma ochotę na więcej nie wiedziałam. Podejrzewałam, ale nie próbowałam na sobie. Do czasu, aż skuszona wizją jakiegoś ciepłego aromatu unoszącego się w pokoju podczas zimnych jesiennych dni, nie kupiłam pierwszych kilku sztuk na spróbowanie. Dużo mi nie trzeba było - Soft Blanket okazał się dokładnie tym zapachem, który wyobrażałam sobie jako tło dla kocyka i gorącej herbaty. Zachęcona pierwszym udanym spotkaniem z Yankee Candle zaczęłam tworzyć listę swoich muszmieciów. W międzyczasie otrzymałam kuszącą propozycję, aby co tydzień opisywać jeden wybrany zapach i tym sposobem niemal cała moja woskowa wish-lista trafiła w moje ręce. A razem z nią kominek, który okazał się dużo lepszy niż mój poprzedni, który mi się po kilkunastu użyciach skopcił. Zapraszam Was więc na pachnącą jesień :).


Od dzisiaj co tydzień będziecie mogły przeczytać jak sprawdziły się u mnie poszczególne zapachy. Wybrałam głównie ciepłe, "otulające" zapachy, kojarzące mi się z jesienią, zimą, leniwymi wieczorami (mam nadzieję, że w końcu takowych doczekam), kubkiem herbaty/gorącej czekolady. Nie znajdziecie tu kompozycji czysto kwiatowych, ponieważ za zapachem kwiatów nie przepadałam nigdy. Będzie pachnąco, słodko i wyraziście. Początkowy pomysł zakładał, że każdą recenzję wosku będę dodatkowo obrazować makijażem, ale coś czuję, że ten pomysł ewoluuje, przy czym nie wiem jeszcze w którą stronę - będę spontaniczna. 

Na pierwszy ogień wybrałam zapach, który z mojego woskowego woreczka wyciągnęłam na chybił trafił. Trafił się Strawberry Buttercream i to o mojej przygodzie z nim dzisiaj będziecie mogły przeczytać.


Wszystkie zapachy wybrałam kierując się ich opisami na stronie goodies.pl. Opis wosku Strawberry Buttercream wydał mi się na tyle smakowity, że bez większego wahania wpisałam go na listę:
"Mimo że ich przygotowanie zajmuje dosłownie chwilę – smakują lepiej niż najbardziej pracochłonne desery. Świeże truskawki przykryte grubą warstwą słodkiej, kremowej śmietany to prawdziwe delicje – chóralnie zapowiadające nadejście ciepłego lata i zwiastujące czas wielkich, wakacyjnych podbojów. Niestety, ten zbudowany z owoców i mlecznego dodatku deser ma jedną wadę – można się nim delektować zaledwie przez chwilę. Z myślą o łasuchach uwielbiających połączenie śmietany i truskawek powstała kompozycja Strawberry Buttercream – zaklęta w pachnącym wosku esencja i dostępna przez okrągły rok nuta letnich smakołyków."

Truskawki po prostu uwielbiam, co roku zawsze rozpaczam jak kończy się na nie sezon. Najczęściej zjadam je po prostu solo, ale wersją z bitą śmietaną również od czasu do czasu nie pogardzę. Nie wiedziałam do końca czego spodziewać się po tym zapachu, bo truskawki kojarzą mi się tak soczyście i rześko, z kolei śmietana to słodszy i zdecydowanie bardziej zapachowo kremowy aromat. Strawberry buttercream okazał się...chupa chupsem. Truskawkowo - śmietankowym, najprawdziwszym chupa chupsem. Za chupa chupsem o wspomnianym smaku przepadam niemal równie bardzo jak za truskawkami, jest to jeden z tych smaków, które mocno kojarzą mi się z dzieciństwem, więc zapach mnie urzekł. Mimo dużej dawki słodyczy, nie okazał się mdlący, ulepkowaty. Bardzo delikatnie rozchodził się po pomieszczeniu i dość długo się w nim utrzymywał. Mimo, że po pierwszych nutach zapachowych docierających do mojego nosa spodziewałam się zapachu chemicznego, okazało się, że wosk nie męczy sztucznym aromatem. Na zdecydowany plus oceniam tutaj intensywność zapachu - nie jest to ta najmocniejsza siła rażenia, dzięki czemu zapach, mimo swojej niewątpliwej słodyczy, nie jest męczący. Nie wiem czy umieściłabym go w moim top trzy, gdybym takowe musiała stworzyć. Są zapachy, które urzekły mnie bardziej, choć do truskawy też chętnie będę powracać. 

Dla Was, moich czytelników również mam małe co nieco. Możecie skorzystać z 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle w sklepie goodies.pl. Kod rabatowy jest wielokrotnego użytku i jest ważny do końca grudnia tego roku. Kod to JOANNAPANNA.
Od siebie mogę dodać, że w sklepie pojawiła się właśnie nowa, zimowa kolekcja. Sama oczywiście nie mogłam się specjalnie pohamować i czekam aż listonosz dostarczy mi moje świąteczne zapachy :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...