9 sie 2014

Lakierowo - Freesia

Dawno żadnego lakieru nie pokazywałam. Powód jest bardzo prosty - nie malowałam paznokci dość długi kawałek czasu, ponieważ kiedyś tam kiedyś, zdarzyło mi się przywalić artystycznie paznokciem w ścianę, na skutek czego paznokieć połowicznie w tejże ścianie został. Zanim toto odrosło, to trochę czasu minęło, ale na szczęście w końcu nastał dzień, kiedy paznokcie w końcu osiągnęły jakąś normalną długość, więc powracam i do tej sfery życia. Na początek mam coś soczystego, ale jednocześnie dość delikatnego. Nosiłam ten kolor prawie tydzień i bardzo mi się podoba jak wygląda przy opalonej skórze. 




Frieesa to kolor pochodzący ze stosunkowo nowej serii Find Your Moment z Joko. Kremowa, subtelna brzoskwinia. Nieźle kryjąca - ja z tego co pamiętam dałam dwie średnie warstwy. Szeroki pędzel bardzo usprawnił malowanie, a formuła zdecydowanie mi odpowiadała - lakier ma idealną konsystencję. Całość utrwaliłam topem przyspieszającym wysychanie. Takie zestawienie trzymało się na moich paznokciach sześć dni bez większych uszczerbków. Zmyłam go właściwie tylko dlatego, że już mi się powoli chciało czegoś innego. Joko po raz kolejny nie zawiodło, ich lakiery już od kilku lat niezmiennie są w mojej lakierowej czołówce. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
3 sie 2014

Gumkowa rewolucja? | Invisibobble

Dawno już porzuciłam gumki do włosów, które miały w sobie metalowe łączenia. Ten jeden krok w jakiś sposób na pewno przyczynił się do "ulżenia" moim włosom, jednak ciągle nie mogłam powiedzieć, że jest dobrze. Moje włosy mają jakąś głupią tendencję do wplątywania się na śmierć we wszystko, co w te włosy wsadzę. Efekt był taki, że niepozorny kucyk czy koczek potrafiły mnie doprowadzić do łez, gdy próbowałam już pozbyć się upięcia z głowy. Ponadto, kolejny problem stanowi to, że moich włosów jest sporo, są długie, ciężkie, a co za tym idzie, ten sam kucyk czy koczek, noszony kilka godzin, najzwyczajniej w świecie powodował ból głowy. Tyle cierpień, że wydawałoby się, że najprościej byłoby nosić cały czas rozpuszczone włosy, ale kto ma długie ten wie, że się tak nie da i jakoś trzeba sobie radzić. Jakiś czas temu głośno zrobiło się o gumkach Invisibobble. Sama, gdy pierwszy raz je zobaczyłam, parsknęłam śmiechem. Gumka wyglądająca jak kawałek kabla z telefonu, serio?? Ale przyszedł czas, gdy zobaczyłam je na półce w Hebe i stwierdziłam, że spróbować i tak muszę. Dlaczego? Szczotkę Tangle Teezer też na początku uważałam za dziwny twór, podobnie było z beautyblenderem i wieloma innymi gadżetami, które w jakiś tam sposób zrewolucjonizowały moje urodowe przyzwyczajenia. Jak na tym tle wypadają gumki Invisibobble?





Miała być rewolucja i nie mogę napisać, że rewolucji nie było. Gumki, choć wyglądają dziwacznie, są rewelacyjne! Odkąd je mam, nie pamiętam żebym musiała się szarpać z kucykiem, koczkiem czy czymkolwiek innym w co zamotana była ta gumka. Zdecydowałam się na wersję przezroczystą i w sumie nie żałuję - ciemnych nie chciałam, bo pewnie mocniej odznaczałyby się na moich jasnych włosach. Obawiałam się tego, czy taka gumka w ogóle będzie w stanie utrzymać moje włosy, ale okazało się, że radzi sobie z tym bezproblemowo. Gdy zależy mi na mocniejszym upięciu, to omotuję włosy trzy a nie dwa razy i wszystko trzyma się na swoim miejscu. Kolejna obawa wiązała się z odkształcaniem włosów, ale tu również przyjemnie się zdziwiłam - Invisibobble zdecydowanie lżej odkształcają włosy niż klasyczne gumki. Nawet jak zmontuję sobie na głowie byle jakiego koczka, to po rozpuszczeniu mam co najwyżej lekkie fale, ale włosy nie są "pogniecione" od gumki. Jest to dla mnie ogromny plus, bo przy zwykłych gumkach doprowadzało mnie to do szału. Podoba mi się też, że gumka nie zsuwa mi się z włosów, mimo, że są one dość gładkie. Podejrzewam jednak, że przy bardzo cienkich, gładkich włosach, ten problem mógłby się pojawić. Wyplątywanie gumki z włosów jest naprawdę banalne - bez zbędnego wysiłku można ją zwyczajnie z włosów ściągnąć. Strzelam, że to właśnie kształt gumki sprawia, że te spiralki trzymają się na miejscu, ale kosmyki się w nie nie wplątująi. Czy spełnia się również obietnica ulżenia skórze głowy? Owszem! Żadne upięcie nie powodowało takiego typowego "ciągnięcia" skóry głowy jak przy zwykłych gumkach.

Główna obawa koncentrowała się wokół trwałości. Bałam się, że gumki się porozciągają i skończą swój żywot, bo nie będą już tak dobrze współpracować z włosami. I tu problem rzeczywiście wystąpił, bo gumki po kilku użyciach w istocie dość mocno się rozciągnęły, ale absolutnie nie wpłynęło to na ich właściwości. Poniżej możecie zobaczyć jak wygląda gumka - nówka sztuka i taka po kilku/kilkunastu noszeniach:


Gumki kupiłam w Hebe - są pakowane po 3 sztuki i taki komplet kosztował mnie niecałe 15 złotych. Dużo? Moim zdaniem nie. Za taką bezproblemowość mogłabym zapłacić nawet i więcej. Teraz jedynie muszę się mocno pilnować, ponieważ zawsze...gubię gumki. Tych pilnuję jak oka w głowie i po zdjęciu chowam z powrotem do opakowania :). Póki co, jeszcze się żadna nie straciła. 


A Wy dałyście się już skusić na Invisibobble czy nadal jesteście odporne na kolejną nowinkę w naszym kosmetycznym świecie?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
2 sie 2014

Makijażowo - ciepło, cieplej...

Ach, jak ja uwielbiam weekendy! Odkąd pracuję zupełnie inaczej reaguję na "piątek" - teraz cieszy mnie on jakieś sto razy mocniej. Dzisiaj dodatkowo udało mi się w końcu wyspać, więc powodów do radości mam co niemiara. Wierzcie lub nie, ale była to pierwsza w całości przespana noc od ponad miesiąca, a męczące mnie problemy ze snem doprowadziły już nawet do tego, że rozważałam wizytę u lekarza (co w moim przypadku jest już sytuacją krańcową, z racji tego, że od lekarzy staram się trzymać jak najdalej). Sobota zastała mnie więc szczęśliwą i wypoczętą, a jest to zawsze dobry powód do tego, żeby w końcu coś podziałać. Efekt jest taki że udało mi się zrobić zdjęcia do kilku postów naprzód, właśnie siadłam do napisania pierwszego z nich. 

Ostatni bardzo delikatny makijaż przyjęłyście z dużym entuzjazmem, więc dzisiaj będziecie miały okazję zobaczyć kolejne moje delikatne wydanie. Poprzedni makijaż był zdecydowanie z tych "chłodnych" - niebieski akcent na oku, różowe usta itd., więc dziś będzie dokładnie odwrotnie. Postawiłam na bardzo ciepłe odcienie, a całość zaskakująco dobrze zgrała się z moimi ponownie rozjaśnionymi włosami. Użyłam właściwie tylko odrobiny korektora Bourjois, pudru L'Oreala, bronzera z ProVoke (na policzkach i powiekach), oraz szminki L'Oreala rozjaśnionej lekko brzoskwiniową szminką z paletki Sleeka. Na brwiach mam liner Vipery (muszę coś zmienić w tej kwestii, bo chyba nadszedł czas, że potrzebuję jaśniejszego i cieplejszego odcienia), a na rzęsach maskarę So Couture z L'Oreala. 




Znowu foty, jak foty, ale przy dzisiejszym upale, jakbym sobie poświeciła lampami w twarz, to pewnie z makijażu zostałoby tylko wspomnienie :). Bronzer z ProVoke to nowość w mojej kosmetyczce, ale czuję, że przebije nawet bardzo lubiany przeze mnie modelator twarzy tej samej marki. Świetnie też wygląda na oczach, bardzo delikatnie, ale jednocześnie całkiem nieźle podkreślając niebieską tęczówkę. Więcej o nim pewnie za jakiś czas, a ja korzystając ze wszystkich już opisanych czynników, pędzę pisać dla Was posta na jutro. Będzie...o gumkach :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 lip 2014

Liście Manuka | jak Ziaja zrobiła rewolucję w mojej kosmetyczce

Wiem, że pewnie się zdziwicie jak napiszę, że Liście Manuka to moje odkrycie ostatnich miesięcy, czy nawet lat - biorąc pod uwagę, że serii tej używam zaledwie od dwóch tygodni, musiałaby to być niesamowita rewolucja na mojej skórze, ale wierzcie na słowo, że tak właśnie było. O serii czytałam to tu, to tam, ciągle miałam w głowie, że jak tylko znajdę się w pobliżu firmowego sklepu Ziai (Ziaji?) to muszę wrzucić do koszyka choćby pastę oczyszczającą czy krem na noc. W końcu zdarzyło mi się wybyć na zakupy i pędem poleciałam do stoiska Ziai (Ziaji?!). Początkowo chciałam jakiś jeden kosmetyk na wypróbowanie, potem naszła mnie myśl "a może by tak od razu całą serię?", a koniec końców zdecydowałam się na trzy kosmetyki - pastę oczyszczającą, krem na noc oraz żel do mycia twarzy. Dostałam przy okazji całą furę próbek kremu na dzień i już wiem, że polecę po pełnowymiarowe opakowanie. 


Będzie to recenzja krótka, ale treściwa. Właściwie mogłabym o każdym z tych kosmetyków napisać dwa zdania i wyrażałyby one dokładnie to, co o tych kosmetykach sądzę. Spróbuję jednak rozwinąć nieco myśl, bo zdanie "działają i to świetnie" pewnie nie przekonałoby nikogo. 


Pasty oczyszczającej byłam ciekawa najbardziej. Wiele z Was ją bardzo zachwalało, a mnie kusiła chyba nawet sama nazwa. Uwielbiam peelingi, kosmetyki oczyszczające. Mam suchą i dość wrażliwą cerę, ale jednocześnie uwielbiam ją zdzierać, peelingować i szorować. Przy mojej skłonnej do zaskórników skórze oczyszczanie to jedna z podstaw mojej pielęgnacji, jednak często zdarzało mi się czuć, że trochę skórę zbyt mocno skatowałam - bo choć oczyszczona była świetnie, to bywała podrażniona. Ciężko mi było znaleźć kosmetyki, które jednocześnie zrobią na twarzy porządek, a przy tym pozostaną delikatne. Ziaja wpasowała się idealnie w moje wymagania. Pasta to gęsty, treściwy peeling, o konsystencji pasty (co za zaskoczenie), ze sporą ilością drobin. Drobiny ścierają naprawdę konkretnie, ale jednak sama formuła kosmetyku sprawia, że skóra nie jest "poobcierana". Nie wiem czy zrozumiecie o co mi chodzi, ale spróbujcie sobie tę pastę wyobrazić jako gęsty krem z zatopionymi drobinkami. Drobinki robią swoje, ale ta "podstawa" kosmetyku jakby chroni skórę. Właściwości oczyszczające pasty oceniam jako znakomite. Skóra po użyciu jest bardzo gładka, nie jest czerwona, a pory na nosie (z którymi mam największy problem) po tych dwóch tygodniach używania (stosowałam pastę na oko co trzy dni) są po prostu czyste. Wydajność jest świetna, bo wystarczy dosłownie odrobina produktu, aby wyszorować całą twarz i szyję. Poza tym nie odnotowałam żadnych problemów typu: podrażnienie, przesuszenie, złuszczanie. 


Swojego czasu przeżywałam ciężką fascynację kwasami, więc kremu z kwasem migdałowym nie mogłam sobie odpuścić. Pamiętajcie, że przy takich kosmetykach konieczne jest jednoczesne stosowanie kremów z wysokim filtrem (przyznać się - kto olewa?)! Krem z Ziai to właściwie bardziej żel, aniżeli krem. Nie umniejsza to jednak jego właściwościom. Używałam go zgodnie z przeznaczeniem - wieczorem po użyciu żelu/pasty. Ma niesamowicie lekką konsystencję, szybko się wchłania. Bardzo uspokaja skórę. W ostatnie upały nakładanie tego kremu na skórę było czystą przyjemnością. Nie zostawiał na skórze tłustego filmu, a jedynie ledwie wyczuwalną warstwę. Stosowany mimu kilku "ranek" na twarzy, nie spowodował żadnego pieczenia czy podrażnienia. Skóra była wygładzona, bardzo miękka, pory jakoś magicznie zwężone. Ja dla mnie po prostu bomba! Właściwości nawilżające początkowo ciężko mi było wyczuć, ale faktem jest, że po tygodniu z twarzy zniknęły mi wszystkie suche skórki. Od tego czasu nie pojawił mi się żaden nowy pryszcz, a mój nos poraża czystością. Uzupełnieniem tego żelu był równie świetny krem na dzień, którego próbki wystarczyły mi w zupełności na te dwa tygodnie, ale z jego recenzją jednak wstrzymam się, aż kupię pełen wymiar. 


Żel do twarzy może nie jest niczym odkrywczym, ale jakoś dobrze mi uzupełnia pozostałe kosmetyki. Ma dość rzadką konsystencję, lekko się pieni, ale dobrze oczyszcza skórę. Z reguły zmywam makijaż oczu płynem micelarnym, a twarz myję tym żelem. Przy przecieraniu twarzy wacikiem nasączonym tonikiem, widzę, że skóra jest już czysta i nie został na niej makijaż. Żel nie piecze w oczy, nie wysuszył specjalnie skóry, mimo średniej drugiej pozycji w składzie. Bardzo orzeźwiająco pachnie (jak zresztą cała seria), więc daje z rana takiego fajnego, energetyzującego kopa. Niby nie mogę napisać, żeby jakoś szczególnie wybijał się na tle używanych przeze mnie ostatnio żeli Pharmacerisa, Flosleku, ale też nie odstaje od nich jakością w drugą stronę. Biorąc pod uwagę cenę - naprawdę nie mogę narzekać. Sięgam po niego chętnie i planuję dokupić jeszcze tonik do kompletu.

Poniżej możecie zobaczyć jak prezentuje się konsystencja kosmetyków:


Od góry: krem - żel na noc, pasta oczyszczająca i żel do mycia twarzy.

Podsumowując - kosmetyki te to moje ostatnie wielkie odkrycie i będę je polecać na każdym kroku. Każdy z nich kosztował gdzieś w granicach 8-10 złotych (za 3 zapłaciłam 27 złotych z groszami)  - uważam, że za taką cenę jakość jest po prostu rewelacyjna, a kosmetyki odczuwalnie działają. Ja jestem na wielkie tak! 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 lip 2014

Todays look - delikatnie

Późno, bo późno, ale jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Dawno nie było żadnego normalnego makijażu, takiego "całotwarzowego", bo i makijaż ostatnio praktycznie na mojej twarzy nie gościł. Powód pierwszy to upały, które zdecydowanie nie zachęcały do nakładania na twarz czegokolwiek, a druga sprawa to konieczność wstawania dość wcześnie rano - jedyne o czym rano pamiętam to umycie zębów. Ale dzisiaj wyjątkowo naszło mnie i na zrobienie czegoś ze sobą i na pstryknięcie kilku fotek. Z racji tego, że zdjęcia robiłam o godzinie 7 rano, nie ma lamp, tła itp., są za to focie z rąsi, ale lepsze to niż nic. W ciągu ostatnich tygodni intensywnie zużywałam kredki Rimmela z serii Waterproof eye definer w odcieniach Noir i Aqua Sparkle. Obie bardzo polubiłam i jak tylko znajdę chwilę to zrobię o nich osobną recenzję, bo zdecydowanie jest to fajny kosmetyk, o którym na pewno przyjemnie będzie mi się pisało :). Obie te kredki możecie zobaczyć w dzisiejszym makijażu - właściwie to tylko one goszczą na moich powiekach. Oprócz tego na twarzy mam podkład L'Oreala z serii Infallible, bronzer z modelatora twarzy ProVoke, odrobinę korektora Boujois pod oczami. Na brwiach liner do brwi z Vipery, na rzęsach tusz So Couture z L'Oreala, a na ustach mój ulubiony ostatnio kosmetyk do makijażu ust - konturówkę z Golden Rose o numerze 512. 




Jak być może zauważyłyście, nie wymieniłam wśród użytych kosmetyków żadnego pudru. Sam podkład daje dość matowo - satynowe wykończenie, więc nie czułam potrzeby dodatkowego wykończenia makijażu, a to co z moją skórą zrobiły kosmetyki Ziaji z serii Liście Manuka sprawiło, że praktycznie w ogóle mogłabym zrezygnować z podkładu. O kosmetykach na pewno Wam napiszę, choćbym miała to zrobić w środku nocy, bo to moje odkrycie ostatnich miesięcy, jak nie lat! Moja skóra pokochała nową Ziaji :). 
Specjalnie użyłam też bronzera z modelatora ProVoke, bo wiele z Was pod jego recenzją prosiło o zdjęcie efektu na twarzy. Dzisiaj właśnie możecie zobaczyć go w akcji. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...