24 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #3 - Black Coconut

Kolejny pachnący piątek, tym razem w zdecydowanie bardziej...męskiej odsłonie. Do tej pory zdążyłam Wam opisać wosk o zapachu truskawkowego chupa chupsa, w zeszłym tygodniu na tapetę wzięłam soczystą i mroźną żurawinę, a bohater dzisiejszego posta to obok wosku November Rain jeden z tych zapachów, które kojarzą mi się z mocną, męską nutą. 


Black Coconut był jednym z wosków, które wrzuciłam na listę tylko ze względu na nazwę i kolor :D. Potem przeczytałam opis i przyznam, że po raz kolejny po spodziewałam się czegoś innego. Na stronie goodies.pl możemy przeczytać:
"Żeby wnętrze orzecha kokosowego mogło wypełnić się charakterystycznym, aromatycznym mleczkiem – cała palma filtruje i dostosowuje do swoich potrzeb dostępną jej wodę. To właśnie dzięki temu słodkie mleczko ma tak specyficzny, uwodzący smak i aromat, który w wosku Black Coconut urozmaicony został nutami drzewa cedrowego i elementami zaczerpniętymi z serca kolorowych, egzotycznych kwiatów. W tym niezwykłym połączeniu znany dobrze kokos pokazuje swoje nowe oblicze – słodkie, ale nie mdłe, uzależniające, ale nie nużące i – przede wszystkim – jeszcze bardziej egzotyczne!"

Mimo wszystko, spodziewałam się kokosa. W mniejszej lub większej intensywności, ale jednak kokosa. Black Coconut od Yankee Candle nie pachnie kokosem niemal w ogóle, jednak wcale nie ujmuje mu to uroku. Intryguje już samym kolorem, głęboką czernią i bardzo trudnym do opisania aromatem. Jest to zapach słodki, ale słodki po swojemu. Nie jest to ani trochę typowa, ulepkowata słodycz, a taka przydymiona, "męska". Spotkałam się z opisem, że wosk pachnie...facetem i muszę przyznać, że coś w tym jest. Ma w sobie coś z męskich perfum, choć nie potrafię określić, co konkretnie powoduje takie skojarzenie. Myślałam, że będzie to dość duszący aromat, ale na szczęście okazało się, że zapalony nawet w niewielkim pokoju nie męczy, a przyjemnie rozchodzi się po pomieszczeniu. Dość długo utrzymuje się w powietrzu.


Miałam małą zagwozdkę co do makijażowej interpretacji. Potem stwierdziłam, że będę improwizować i wyszło co wyszło. Ciemny, mocny, przydymiony makijaż. Szarość, czerń i fiolet, trochę błysku. Użyłam zapomnianego pigmentu z Vipery, za który zapłaciłam jakieś...3 czy 4 złote podczas promocji, na którą kiedyś przypadkiem się natknęłam. 


Wosk Black Coconut paliłam jakiś tydzień temu, makijaż wykonałam w momencie, gdy jego aromat zaczął roznosić się po pomieszczeniu. Mam nadzieję, że do kolejnego posta z serii odzyskam węch (zapalenie zatok i katar lejący się strumieniami chwilowo mnie hamują :P) i będę mogła podzielić się z Wami kolejnymi pachnącymi doświadczeniami. Tymczasem z racji przejmującego zimna, które wyczuwam zza okna, udaję się z powrotem pod ciepły koc i życzę Wam miłego, ciepłego weekendu :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 paź 2014

Hit kontra kit #4 - brwi

W cyklu "hit kontra kit" ukazały się już trzy wpisy - o podkładach, produktach do modelowania twarzy i o pędzlach. Dziś chciałabym Was zaprosić na krótkie porównanie mojego hitu do podkreślania brwi w konfrontacji z kosmetykiem, który się u mnie kompletnie nie sprawdził. Będzie krótko i na temat, głównie dlatego, że leżę złożona chorymi zatokami i mam ochotę odrąbać sobie głowę, więc proszę o wyrozumiałość :).


HIT - Vipera, Mineralny tusz do kresek, odcień 03
Na punkcie brwi mam lekkiego bzika. Prędzej wyjdę z domu bez podkładu czy tuszu, aniżeli bez podkreślonych brwi. Od kosmetyku do podkreślania brwi wymagam przede wszystkim mocnej pigmentacji i możliwości stopniowania tejże. Wynika to z tego, że moje naturalne brwi mają kształt, który nie do końca mi odpowiada, w związku z tym pod moją naturalną linią brwi muszę sobie domalować kilka "włosków". Większość kredek ma to do siebie, że są za mało precyzyjne, zbyt blade i w efekcie to miejsce, w którym nie rosną mi włoski jest zawsze zbyt jasne w stosunku do reszty brwi. Przy cieniach sprawa wygląda podobnie. Rozwiązaniem idealnym okazał się liner z Vipery. Konsystencja jest niesamowicie przyjemna. Jak w klasycznych linerach, może nieco bardziej miękka i co najważniejsze - nie wysycha. Spokojnie jestem w stanie zużyć opakowanie do końca, bez obawy, że w połowie kosmetyk będzie miał konsystencję kamienia. Pigmentacja jest po prostu powalająca. Bardzo mocna, ale i łatwa w "dawkowaniu". Zazwyczaj nabieram odrobinę kosmetyku na skośny, bardzo cienki pędzelek, domalowuję te moje nieszczęsne braki, a potem tylko tym, co zostało na pędzlu lekko muskam resztę brwi. Efekt jest jak dla mnie całkowicie zadowalający, choć początkowo musiałam się nauczyć współpracować z tym linerem. Trwałość jest na szóstkę z plusem. Kosmetyk trzyma się jak przyspawany, czasem niemal mam problem aby zmyć go z brwi. Nie straszny mu deszcz, pot czy pocieranie. Na plus zaliczyć można również wydajność - opakowanie starcza mi na kilka miesięcy, aktualnie kończę drugie. Cena jest śmiesznie niska w stosunku do jakości - liner kosztuje coś około 13-14 złotych, w zależności od sklepu. Ja wybrałam odcień 03, zdecydowałam się na niego w ciemno i był to strzał w dziesiątkę. Jest to ciemny, dość chłodny brąz, bez żadnych rudych tonów. Dla mnie ideał! Na samym dole posta możecie zobaczyć jak wygląda na brwiach.

KIT - Dr Irena Eris, Provoke, Automatyczna kredka do brwi, odcień dla brunetek
Z kosmetykami Provoke mam ten problem, że albo coś jest super (bronzer, trio do modelowania), albo kompletnie mi nie pasuje (cienie, kredka do brwi). Wybrałam wersję dla brunetek, w nadziei, że kredka będzie ciemna. Nie dość, że okazała się zaskakująco jasna, to jeszcze jest taka jakby...woskowa, półprzezroczysta. Ledwo widać ją na moich brwiach, o jakiejś precyzji w podkreśleniu brwi ciężko w ogóle mówić, więc nie jestem w stanie nią zdziałać na moich brwiach w zasadzie nic. Być może zadowolone będą z niej osoby, które nie potrzebują korygować kształtu brwi, a jedynie lekko je podkreślić. Ja niestety należę do bardziej wymagającej brwiowo grupy. Kredkę przygarnęła moja mama, która z kolei jest z niej bardzo zadowolona, przy czym jest ona blondynką z bardzo jasnymi brwiami, które jedynie dyscyplinuje za pomocą tego produktu. Widać lekki kolor, brwi są jakby "zaczesane" i na tym koniec. Nie twierdzę, że to zły kosmetyk, jednak kompletnie rozminął się z moimi wymaganiami. Cenowo również wypada średnio - kredka kosztuje 39 zł, co moim zdaniem jest kwotą zbyt wygórowaną. Na plus zaliczę odcień - chłodny, jakby lekko popielaty, jednak dla mnie - wciąż za jasny. 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #2 - Cranberry Ice

Kolejny piątek, tym razem maksymalnie leniwy, ale równie pachnący jak ostatnio. Dzisiaj przedstawię Wam jednego z moich woskowych faworytów - bez zastanowienia umieściłabym go w moim top 3. Uwielbiam go od pierwszego niuchnięcia, mam wrażenie, że pasuje do każdego mojego humoru.


Cranberry Ice od Yankee Candle to w moim odczuciu zapach idealnie wyważony. Jednocześnie słodki, ale nie przesłodzony, lekko kwaskowaty, a do tego wszystkiego absolutnie nie mdły. Świeży, ale nie w taki oczywisty sposób, tylko jakoś magicznie rzeczywiście obrazujący...lodową świeżość. Nie jest to dla mnie taki typowo owocowy, rześki, płaski zapaszek. 
Producent opisuje ten zapach w sposób, który wg mnie nie do końca opisuje jego wielowymiarowość:
"Żurawina nierozerwalnie kojarzy nam się z czasem grudniowych celebracji, kiedy tymi pięknymi, czerwonymi owocami przyozdabiamy świąteczne stoły i stroiki. Ale zjawiskowa żurawina to nie tylko dekoracja, ale i skarbnica wielu, prozdrowotnych składników. A poza tym to prawdziwy rarytas kulinarny, który smakuje wyśmienicie bez względu na porę roku! W wersji Yankee Candle żurawina podawana jest w nieco zmrożonej, bardzo orzeźwiającej wersji. Wosk w formie żurawinowej tarteletki uwalnia naturalne esencje, które doskonale pobudzają i dodają energii."


Po opisie spodziewałam się nieco innego zapachu, ale bardzo się cieszę z tego, że zapach jest jaki jest - łączy aromat słodko - kwaśnej żurawiny z dodatkiem takiego zapachu "zimy" za oknem. Brzmi to pewnie dość dziwnie, ale zapach, mimo, że dość orzeźwiający, mnie jednak bardziej kojarzy mi się właśnie z okresem zimowym, aniżeli z latem czy owocowym sokiem. Jest to zapach dość intensywny, roznoszący się po całym mieszkaniu, ale nie męczy. Dość długo utrzymuje się w pomieszczeniu, nawet na drugi dzień po odpaleniu spokojnie można jeszcze wyczuć jego aromat. 


Pisałam, że postaram się każdy zapach "pokazać" jakoś makijażem i tym razem nawet niespecjalnie musiałam się głowić. Pomysł zrodził się w trymiga. Makijaż jest połączeniem soczystej, zdecydowanej żurawiny na ustach i migocącego, śnieżnego efektu na powiekach.


Tak jak ostatnio wspominałam, możecie skorzystać z 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle w sklepie goodies.pl. Kod rabatowy jest wielokrotnego użytku i jest ważny do końca grudnia tego roku. Kod to JOANNAPANNA.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 paź 2014

HIT kontra KIT #3 - pędzle

O podkładach było, o produktach do modelowania twarzy również. Dziś czas na "narzędzia" pracy - pędzle. Zestawienie będzie o tyle ciekawe, że znalazły się w nim produkty tej samej marki. Część stanęła na stanowisku hitów, a część okazała się kompletną klapą. Nie przedłużając....


HIT - syntetyczne pędzle GlamBrush T2 i O8
O pędzlach GlamBrush mogłabym napisać posta jak stąd na Hawaje, ale prawda jest taka, że szkoda mi na nie nerwów. Będę sprawiedliwa. Syntetyczne pędzle, a dokładniej te dwa, które mam - T2 i O8, zdecydowanie mnie kupiły. Oba są mięciutkie, świetnie sprawdzają się w tym, do czego mają służyć. T2 to mój ulubiony pędzel do podkładu. Nakładam nim zarówno podkłady płynne, jak również te w kompakcie czy minerały i za każdym razem sprawdza się po prostu świetnie. Nie zostawia smug, jest bardzo przyjemny w obsłudze. Bardzo lubię w nim to, że błyskawicznie schnie. Bez względu na to, czy piorę go szamponem i odcisnę w ręcznik czy tylko pryskam alkoholem - dosłownie w moment jest suchy i gotowy do dalszej pracy. Używam go non stop odkąd go mam i mimo bardzo intensywnej eksploatacji, nic się z nim nie dzieje. Bez problemu się go czyści, nie wychodzą z niego włoski, nie zrobił się szorstki. Ideał. Kulkę O8 lubię równie mocno. Nakładam nią korektor/cienie w kremie. W obu przypadkach sprawdza się świetnie z dwóch powodów. Jest bardzo precyzyjna, można nią wklepać kosmetyk w punkt, jednocześnie sama praktycznie rozciera granice tego co nakładamy. Do zakrywania punktowych zmian jest stworzona, dzięki niej nie widać, że mamy coś nałożone w konkretny punkt, bo granice kosmetyku są idealnie roztarte. Z cieniami jest podobnie, świetnie się nią blenduje nawet najciemniejszy cień. Czyści się ją równie łatwo jak pędzel T2, schnie równie błyskawicznie i podobnie się zachowuje po dłuższej eksploatacji. Hity!

KIT - pędzle z włosia kozy GlamBrush T4, T9, O3 i O4
I teraz będzie o tym, dlaczego szkoda nerwów. O ile syntetyki GB są naprawdę godne polecenia, tak z kozami się nie mogę polubić i niejednokrotnie, gdy już mi się wydawało, że sprawa opanowana, to okazywało się, że jest coraz gorzej. Przede wszystkim pędzle są szorstkie, z każdym myciem coraz bardziej. Z każdym myciem się coraz bardziej rozczapierzają. Przez jakiś czas czyściłam je jedynie alkoholem izopropylowym i było w miarę okej, ale jednak raz na jakiś czas czuję taką potrzebę, żeby pędzle wyszorować wodą, mydłem/szamponem, no na mokro po prostu. I tu się zaraz przy narzekaniach tego typu pojawiają głosy oburzenia, że pędzle trzeba odpowiednio myć, że odżywkować i jeszcze śpiewać im do snu. Nie wiem czy ta koza, z której zrobione są te moje konkretne pędzle była jakąś kozą nieszczęśliwą, czy jadła nie taką trawę jak trzeba, czy jakiś kozioł odrzucił jej zaloty i teraz koza mści się na świecie, ale mam sporo pędzli, również z naturalnego włosia, również z kozy i z żadnymi nie miałam takich cyrków jak z tymi. Pędzle do twarzy czasem jeszcze wyciągam i coś próbuję nimi zdziałać, używam do twardych rozświetlaczy itp., ale te do oczu już tylko leżą i przypominają mi, żebym więcej żadnych kozich Glambraszów nie kupowała, bo tylko się wnerwię. Drapią powieki, są szorstkie, straciły kształt (uczciwie rzecz ujmując, to te do twarzy też już niewiele mają wspólnego z pierwotnym, jajowatym kształtem). Wiem, że sporo osób jest z tych pędzli zadowolonych, ale szczerze mówiąc, ja chyba pozostanę wierna zasadzie, że to pędzel jest dla mnie, a nie ja dla pędzle, więc zamiast się męczyć, wolę sięgnąć po pędzle niejednokrotnie tańsze, łatwiejsze w eksploatacji i nie wymagającego specjalnej troski. Najwyżej pójdę do piekła albo w przyszłym wcieleniu zostanę kozą, z której potem ktoś zrobi kijowy pędzel, ale tym razem głośno i wyraźnie mówię KIT!

Ciekawa jestem jakie są Wasze odczucia odnośnie moich pędzlowych hitów i kitów, tak bardzo nietypowo zestawionych. Chętnie poczytam, co Wy o nich sądzicie :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna

14 paź 2014

HIT kontra KIT #2 - modelowanie twarzy

We wczorajszym wpisie skonfrontowałam ze sobą dwa podkłady, dzisiaj z kolei chciałabym przedstawić kosmetyki do modelowania twarzy. W przypadku tych kosmetyków nie musiałam się długo namyślać - ostatnio w zasadzie codziennie mam na buzi ten sam bronzer w towarzystwie tego samego rozświetlacza, z kolei róż, który widzicie na poniższym zdjęciu, od samego początku nie przypadł mi do gustu i poszedł wczoraj do siatki "w świat" (zmobilizowałam się w końcu do wielkich kosmetycznych porządków). 


HIT - Dr Irena Eris, Provoke, Choco Bronzer i MUA Undress your skin Shimmer Highlighter
O rozświetlaczu MUA już pisałam, więc w zasadzie mogłabym się nie powtarzać. Jednak rozświetlacz ten lubię tak bardzo, że chętnie jeszcze napiszę, że jest to świetny kosmetyk, za niewielkie pieniądze, który pięknie nadaje cerze blasku i robi to w bardzo nienachalny sposób. Ma dość nietypowy odcień, lekko różowy i jakby holograficzny, jednak absolutnie nie daje efektu "szynki". Jest zdecydowanie chłodny, także powinien spodobać się osobom, które nie przepadają za rozświetlaczami w złotym odcieniu. Konsystencja kosmetyku jest bardzo przyjemna, rozświetlacz jest dość suchy, ale nie pyli i nie jest tak twardy jak inne znane mi kosmetyki wypiekane. Dobrze współpracuje w zasadzie ze wszystkimi produktami, w towarzystwie których nakładam go na skórę. Trzyma się naprawdę przyzwoicie, choć pod koniec dnia może lekko stracić na intensywności. Jestem pod wrażeniem jego wydajności - mimo, że używam go dzień w dzień, niemal nie widzę ubytku w wytłoczeniu zdobiącym ten produkt. Dla mnie obecnie numer jeden!
Z kosmetykami Provoke od dr Eris nie udało mi się zaprzyjaźnić na szeroką skalę. O cieniach czy tuszu będziecie mogły jeszcze przeczytać, ale niestety znajdą się one po tej drugiej, gorszej stronie zestawienia. Dzisiaj na szczęście mogę pokazać jeden z kosmetyków Provoke jako hit. Na "czekoladkę" skusiłam się po dobrych wrażeniach z trio modelującym do twarzy. Mogłam wybrać sobie dowolny kosmetyk z serii w ramach wyróżnienia w konkursie organizowanym przez markę i po krótkiej chwili zastanowienia wskazałam właśnie na ten bronzer. Wybrałam odcień jaśniejszy, mając w perspektywie znaczne rozjaśnienie się odcienia mojej skóry na jesień i zimę. Zarówno kolor, jak i sam kosmetyk okazały się strzałem w dziesiątkę. Gdybym mogła zostawić sobie jeden bronzer bez wahania wskazałabym właśnie na tę niepozorną, białą puderniczkę. Podoba mi się w tym bronzerze wszystko - dość neutralny, nie za pomarańczowy i nie za ciemny odcień, brak połyskujących drobinek, bardzo satynowe wykończenie. Na plus oceniłabym również trwałość, łatwość aplikacji. Opakowanie ma lusterko, więc podczas ostatnich wyjazdów również stanowiło to dla mnie pewne ułatwienie. Minusem jest zdecydowanie cena - kosmetyk kosztuje 79 złotych, czyli jak dla mnie - niemało. Za to jego jakość w dużym stopniu tłumaczy taką, a nie inną cenę. Hit!

KIT - Rimmel, Stay Blushed
Róż z Rimmela dostałam już jakiś czas temu i od tamtej pory podjęłam może ze trzy próby jego aplikacji na twarzy. Wszystkie trzy zakończyły się całkowitą porażką, dlatego od razu pomyślałam o tym kosmetyku w kontekście zestawienia go po stronie niewypałów. Nie odpowiada mi jego konsystencja - niby kremowa, ale dość rzadka. W połączeniu z fatalną pigmentację nie widzę za bardzo sposobu, który mógłby pomóc w opanowaniu tego różu. Na mojej jasnej skórze jest niemal niewidoczny, przy rozcieraniu znika praktycznie do zera. Do tego tworzy na skórze nieprzyjemną lepką warstwę i okrutnie się roluje. Próbowałam pędzlem, jednym, drugim, próbowałam gąbką, potem jeszcze palcami - efekt za każdym razem był taki sam. Ciekawa jestem czy zależy to od koloru - ja mam wersję różową, a widziałam kiedyś swatche wersji koralowej i tamten róż miał zupełnie inną konsystencję, jakby lekko "piankową"? Próbowałam też nieco rozmemłać moją tubkę, ale i to nie pomogło, dlatego w końcu sobie odpuściłam. Za malutkie opakowanie zapłacić musimy aż 18 złotych. Za taką cenę spokojnie można kupić róż o sporo lepszej jakości. Kit!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...