24.04.2016

O dwóch takich ze śluzem ślimaka | Lioele!

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o kosmetykach z wyciągiem ze śluzu ślimaka, nieszczególnie pobudziło to moje kosmetyczne żądze. Dałam sobie na tzw. "wstrzymanie" i na dość długo zapomniałam o temacie. Gdzieś w międzyczasie zaczęłam szukać podkładu z wysokim filtrem ponieważ przymierzałam się do kuracji kwasami i zależało mi na kosmetyku 2 w 1. Z marką Lioele miałam dobre doświadczenia, swojego czasu stosowałam krem bb Beyond Solution i miło go wspominałam, więc postanowiłam wypróbować kolejną propozycję marki - Super Gold Snail BB. A skoro nabrałam odwagi do rzeczonego ślimaka, do duetu dobrałam Lioele Intensive Time Reversing Snail Cream. Do testów przystąpiłam pozytywnie nastawiona i nie zawiodłam się - duet sprawdził się u mnie znakomicie, a w połączeniu ze wspomnianą kuracją kwasem glikolowym, doprowadził moją skórę do stanu naprawdę fantastycznego. 




O Super Gold Snail BB czytałam kiedyś u Aliny (klik!) i już wtedy zaświtało mi w głowie, że mógłby byś to kosmetyk, który się u mnie sprawdzi. 
"Lioele Super Gold BB to krem, który głęboko rewitalizuje i odżywia skórę. Poprawia jej jędrność i elastyczność.
Obecność 10% ekstraktu ze śluzu ślimaka wzmaga procesy naprawcze skóry, przyspieszając gojenie się ran i eliminując drobne zmarszczki.
Posiada wysoki filtr przeciwsłoneczny SPF50PA++, który chroni skórę przed niekorzystnym promieniowaniem UVA oraz UVB. 
Kompleks składników Moist24 oraz roślinne ekstrakty naturalne zapewniają odpowiednie nawilżenie szarej, zmęczonej cerze. 
Dzięki wysokiej pigmentacji dobrze kryje wszelkie niedoskonałości nadając ładny, zdrowy wygląd. Unikalna formuła maskuje pory i zapewniając naturalny i promienny wygląd skórze.
Pojemność: 50ml"

Przede wszystkim jest to moim zdaniem kosmetyk wprost stworzony dla skóry suchej. Jest gęsty, treściwy, mocno kremowy. Jest to jeden z niewielu podkładów, które z powodzeniem mogłabym nałożyć na twarz solo, nie nakładając wcześniej na nią kremu nawilżającego. Sam w sobie jest już na tyle nawilżający, że nie sprawiał dyskomfortu mojej podrażnionej skórze. Mimo dość mocnego krycia, na skórze podkład wygląda naprawdę naturalnie, nie robi efektu maski. Świetnie wyrównuje koloryt, daje lekko satynowe, takie delikatnie błyszczące, zdrowe wykończenie. Na tyle mi się podoba efekt, że przeważnie tego naturalnego błysku już nie przypudrowuję. Ogromny plus za filtr SPF50PA++. Dzięki temu jest to kosmetyk kompletny, wygodny. Trwałość również jest zadowalająca, podkład nie ściera się w ciągu dnia, dobrze współpracuje z innymi kosmetykami (róże, bronzery, itp. trzymają się na nim wzorowo). Ciężko znaleźć mi jedną rzecz, do której mogłabym się przyczepić. Opakowanie jest eleganckie, higieniczne. Odcień wyjątkowo neutralny, choć na dłoni wygląda ciemnawo, na twarzy cudownie stapia się ze skórą. Dobrze wygląda nałożony i pędzlem i palcami, nałożony beauty blenderem wygląda wręcz obłędnie. Wydajność ciężko ocenić, ponieważ z racji takiego, a nie innego opakowania zwyczajnie nie widać ile kosmetyku się w nim jeszcze znajduje, natomiast wystarczy naprawdę odrobina, aby pokryć całą twarz. 
Moja skóra miała taki okres, że rzeczywiście wyglądała dosyć "szaro" - po kilkunastu tygodniach używania duetu od Lioele i kwasu glikolowego efekt ten został w znacznym stopniu zneutralizowany. Jestem na tak! Poniżej swatche na dłoni, efekt przed/po na twarzy oraz skład długi jak książka telefoniczna :).




Świetnym uzupełnieniem mojej pielęgnacji okazał się krem z ekstraktem ze śluzu ślimaka. 
"Lioele Intensive Time Reversing Snail Cream krem z ekstraktem ze śluzu ślimaka dla skóry dojrzałej, pozbawionej elastyczności. Stymuluje syntezę kolagenu, odżywia skórę wzmacniając jej metabolizm.
Krem zawiera 67% ekstraktu ze śluzu ślimaka dzięki czemu regeneruję skórę i poprawia jej strukturę.
Hamuje procesy starzenia się skóry, zmniejszając istniejące zmarszczki. Posiada silne działanie liftingujące.
Zabezpiecza przed niekorzystnym wpływem środowiska zewnętrznego, stresem i wolnymi rodnikami tworząc na skórze barierę ochronną. 
Krem sprawia, że skóra odzyskuje elastyczność, delikatność i komfort oraz zachowuje młody wygląd." 
Krem ma bardzo delikatną formułę - jest dość rzadki, jakby lekko żelowy. Wchłania się bardzo szybko, pozostawiając skórę gładką, miękką. Nie zostawia po sobie warstwy ani tłustej, ani klejącej. Świetnie sprawdzał się w wieczornej pielęgnacji, w połączeniu z troszkę treściwszym kremem pod oczy sprawiał, że mojej skórze nic więcej nie było potrzebne do szczęścia. Bardzo fajnie koi podrażnioną skórę, mam wrażenie, że przyspieszał "gojenie" pojawiających się co jakiś czas ranek koło nosa (jak ktoś ma wieczny katar, to wie o czym mówię :)). Zdarzało mi się go również używać pod makijaż i tu również nie mam zastrzeżeń. Przy długotrwałym stosowaniu zauważyłam poprawę stanu skóry - poprawiła się jędrność, zmarszczki mimiczne się spłyciły, poziom nawilżenia się zdecydowanie poprawił. Wydajność nie jest zła, choć obawiam się, że dobiję dna szybciej niż bym chciała. Opakowanie, choć jest to sprawa drugorzędna, jest naprawdę przyjemne dla oka - eleganckie, solidne. Zapach, co też niby nie jest najważniejsze, ale też mnie urzekł! Jest wyczuwalny, ale delikatny, taki kremowy, kojarzy mi się tak "nawilżająco" :).



Podsumowując - ja polecam i w duecie i osobno. Nie taki śluz ślimaka straszny, jak myślałam! Oba produkty możecie kupić na stronie myasia.pl - podkład kosztuje 99,95 zł, a krem 129,95 zł. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18.04.2016

Kosmetyczny ślubny niezbędnik | Moje typy i kilka pytań do Was

Planując wiele ślubno-weselnych detali, o kilku rzeczach wiedziałam na pewno - muszę zrobić to po swojemu. Jako pasjonatka makijażu, posiadaczka toaletki po brzegi upakowanej kosmetykami i kobieta zwyczajnie znajdująca przyjemność w malowaniu, dość szybko postanowiłam, że makijaż ślubny zrobię sobie sama. W głowie mam już co najmniej trzy różne wizje i w wolnych chwilach (a tych ostatnio jak na lekarstwo!) rozpatruję różne koncepcje. Potraktowałam to również jako dobrą okazję do zakupu kilku kosmetyków, które mają mi ułatwić zadanie, a których sobie wcześniej poniekąd żałowałam. Zrobiłam listę tego co potrzebne jest mi do szczęścia i zestaw powoli się komponuje. Kilka dni temu odebrałam kolejną sztukę magicznej gąbeczki, czyli beauty blendera. Wcześniej miałam już wersję różową, tym razem ciężko głowiłam się nad tym gąbką w odcieniu nude oraz czarną. W końcu zdecydowałam się na czerń i po pierwszych myciach muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę! W porównaniu do różowego jaja, dużo fajniej się ją czyści, po wyschnięciu nie zostają na niej ślady po podkładzie, co często zdarzało mi się przy różowej wersji. Jestem oczarowana :). Do kompletu w końcu skusiłam się na podkład Make Up Atelier Paris. Chodziłam koło niego już długie miesiące (żeby nie powiedzieć lata), ale praktyczna strona mojej natury ciągle jednak sięgała po rozwiązania już przeze mnie wypróbowane. Tym razem jednak zebrałam się w sobie i zaryzykowałam. Mam za sobą pierwsze próby z tym podkładem i choć początkowo ciężko mi było go oswoić (jak on się leje...), to po paru próbach okazało się, że z bb tworzą bardzo zgrany duet i na twarzy robią magię. Mój problem polega teraz na tym, że efekt tak mi się podoba, że ciężko mi odstawić MAPa na półkę i wytłumaczyć sobie, że to nie jest podkład na co dzień, że wcale nie potrzebuję takiego krycia idąc do pracy czy na zakupy, ale walczę ze sobą! Ostatnim punktem na liście był fixer Kryolana, który bardzo dobrze znam, a który to bezczelnie mi się skończył dosłownie miesiąc temu. Jest to mój obowiązkowy punkt, jeśli chodzi o makijaż na okazje specjalnie, a że własny ślub zasadniczo zaliczam do okazji bardzo specjalnych, tego magicznego sprayu nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu. 


Poniżej zebrałam kilka kosmetyków, z którymi już coś nie coś kombinowałam - nie wyobrażam sobie rozświetlenia bez cudownej Mary od The Balm, brwi zawsze podkreślam duetem od Sleeka, bezapelacyjnie najlepszą bazą pod cienie jest dla mnie ta od Art Deco. Na usta chętnie nałożyłabym szminkę w odcieniu lekko przybrudzonego różu, dość wyraźną - taką jak z palety Ballet od Sleeka. Do wersji "lekko wrzosowej" pasuje mi cień w kremie od Maybelline w odcieniu Creme de Rose. Na pewno chcę dodać spojrzeniu nieco błysku, a w tej roli świetnie sprawdza się folia od Make up Revolution w odcieniu Rose Gold. Jestem posiadaczką pyzatej buzi, więc aby dodać sobie nieco wklęsłości na twarzy, na pewno sięgnę po kosmetyki do konturowania - najchętniej w kremie, stąd na zdjęciu niżej czwórka od Kobo. 



I teraz pytanie do Was - szukam czegoś do: konturowania (jakiś wybitny bronzer ktoś poleca?), ust (Sleek jest bardzo trwały, ale chyba jednak wolałabym podobny odcień znaleźć w wersji w sztyfcie), policzków (różu, który zrobi mi bardzo naturalny rumieniec). Potrzebuję też fajnej, nawilżającej bazy pod makijaż. Interesują mnie Wasze typy najlepsze z najlepszych - dajcie znać, co możecie polecić z czystym sumieniem!:) 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
02.04.2016

Spring Look od Art Deco | Makijażowy powiew wiosny

Z Art Deco mam dziwną relację. Raz coś lubię, innym razem nie, jeszcze innym sama nie wiem, co mam sądzić. I w przypadku tej konkretnej kolekcji mam właśnie takie mieszane uczucia. Wiosenna seria Talbot Runhof for Art Deco jest ładna. Po prostu ładna. Iście wiosenne, soczyste barwy, duża doza subtelności i kwiecisty design. Jednak nie ze wszystkimi produktami zaskoczyło. 


W pierwszym odruchu oczy mi się zaświeciły zwłaszcza do samej kasetki na cienie - wzór jest naprawdę uroczy, a paletka stanowi dużą ozdobę toaletki. Niestety - same cienie (
matt stony, lemon flicker, golden almond i navy blue) należą do grupy "ładne, ale delikatne". Matt stony to świetny cień transferowy - dość jasny, ale widoczny na skórze cień w kolorze taupe świetnie sprawdzi się w załamaniu powieki i do rozcierania ciemniejszych cieni. Lemon flicker to połyskująca limonka, która na skórze niestety kompletnie niknie. A szkoda, bo jako lekki akcent kolorystycznie fajnie komponowałaby się w wiosennym, świeżym makijażu. Golden almond to ładny, delikatnie błyszczący beż. Sprawdza się nałożony na całą powiekę, rozświetla powiekę i stanowi dobrą bazę do reszty makijażu oka. Niestety, ponownie jak w przypadku Lemon flicker, kolor jest lekko transparenty. Navy blue to granat, również z lekkim połyskiem. Tutaj pigmentacja jest już nieco lepsza, niemniej jednak z cieniem pracuje się dość ciężko - lubi się osypać i sprawia trudności przy rozcieraniu. Słowem - paletka połowicznie fajna, choć są to cienie raczej dla osób niewymagających. 


Pozostałe kosmetyki z wiosennej serii za to rekompensują średnio udane doświadczenia z paletką cieni. Zarówno błyszczyk (posiadam w wersji Skipper's love), konturówka do ust i kredka do oczu są ponadprzeciętne i po wszystkie trzy produkty sięgam z dużą radością. Kredka Navy blue to kolorystyczny odpowiednik cienia o tej samej nazwie. Kolor może nie jest wybitnie oryginalny, ale kredka wygląda na oku dużo subtelniej niż czerń i co dla mnie ważne - jest niesamowicie trwała. Ma w sobie mikroskopijne drobinki, więc bardzo delikatnie połyskuje na oku. Jest dość śliska i jej aplikacja jest naprawdę bezproblemowa. Na skórze dość szybko zasycha i staje się nie do zdarcia. 

Konturówka do ust i błyszczyk bardzo fajnie się dopełniają - stosuję je albo razem albo oddzielnie. Konturówką można bardzo precyzyjnie podkreślić kontur ust, jest matowa i ma ciemnomalinowy odcień, który sprawia, że zęby wydają się sporo bielsze. Trwałość jest godna pochwały - usta podkreślone konturówką wytrzymają jedzenie, picie i upływ czasu. Podobnie jak kredka do ust jest dość śliska, więc łatwo się nią rysuje. W podobny sposób też zasycha - na ustach jest raczej komfortowa w noszeniu, ale po demakijażu przyda się dawka nawilżenia. Błyszczyk jest dobrze napigmentowany i mimo lekkiej formuły daje na ustach dość mocny kolor. Ja mam swój kolor ust bardzo jasny i na mnie ten błyszczyk wypada jak taka średnio dojrzała truskawka, podejrzewam, że na ustach ciemniej napigmentowanych będzie wyglądać na bardziej bordowy. Trwałość jest oczywiście nieco gorsza niż w przypadku konturówki, ale i tak jest dobrze - picie i czas wytrzyma, nieco gorzej z jedzeniem. Aplikator ma wygodny - gąbeczkowy i bez problemu nałożymy błyszczyk na usta bez pomocy lusterka. Ponadto, błyszczyk daje przyjemne uczucie nawilżenia ust, nie jest nadmiernie lepki, dzięki czemu wiatr we włosach mi niestraszny. Jestem na tak!



Podsumowując - paletka, choć poprawna, nie porwała mnie. Piękna jest za to sama kasetka i to do niej przełożyłam róż Art Deco z poprzedniej kolekcji. Za to oba kosmetyki do ust i kredka do oczu zajmują obecnie istotne miejsce w mojej kosmetyczce i mogę je polecić z czystym sumieniem :). Kosmetyki z wiosennej serii Art Deco możecie kupić w Douglasie.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29.03.2016

Makijażowo | Nowości Wibo w akcji

Kosmetyki marki Wibo ostatnio zdominowały mojego bloga, ale nie ukrywam, że wiosenna odsłona nowości tej firmy bardzo przypadła mi do gustu i nieco zmieniła moje nastawienie do tych niepozornych produktów. Do tej pory w mojej głowie funkcjonowały jako kosmetyki przeciętne z kilkoma perełkami wśród średniej jakości tłumu. Niemniej jednak, ostatnio Wibo zaskakuje i wypuściło serię nowych kosmetyków, wśród których dla odmiany...ciężko znaleźć coś średniego. Dwie nowe palety (Go Nude i Neutral) intensywnie testuję od jakiegoś czasu i choć obie są niezłe, to Neutral mocno wybiła się na prowadzenie. Bardzo dobre wrażenie zrobiły też na mnie nowe pomadki - i te w sztyfcie i kredki i lip lacquery. W święta korzystając z tego, że miałam trochę więcej czasu (w końcu!) porobiłam kilka fotek makijażu prawie w całości zrobionego kosmetykami Wibo. Efekty poniżej!


Na początek krótki spis:
Twarz: podkład Annabelle Minerals, trio do konturowania z Wibo, sypki puder fixujący również z Wibo
Brwi: duet cieni do brwi Wibo (wersja Dark) + żel do brwi Wibo
Oczy: baza Art Deco, cienie z palety Neutral, tusz So Couture z L'Oreala
Usta: lip lacquer z Wibo o numerze 1




Każdy z tych kosmetyków zasługuje na osobny wpis - tych możecie się spodziewać w najbliższym czasie. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16.03.2016

Konturowanie z Wibo | 3 Steps to perfect face

Ostatnio pisałam Wam o bardzo przyjemnym pudrze w kulkach marki Wibo, dziś wpadam z kolejną pozytywną recenzją produktu tej samej firmy. Co się nachodziłam to moje, ale po wytrwałych poszukiwaniach w końcu się udało! Nie tak dawno instagramy, facebooki i blogi zalała mała fala zdjęć nowości wypuszczonej przez Wibo - 3 Steps to perfect face Contour Palette musiało znaleźć się i w mojej kosmetyczce! 




Miałam początkowo spore trudności, żeby to trio zastać na rossmannowej półce. W końcu zupełnym przypadkiem natknęłam się na nie podczas zakupów z serii mydło i powidło (no dobra, nie powidło tylko masło orzechowe). Nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, jednak po bardzo dobrych doświadczeniach z rozświetlaczem Diamond Illuminator stwierdziłam, że no risk no fun. Gdybym miała ocenić ten produkt w skali 1-5 dostałby ode mnie mocną czwórkę. Zacznę jednak może od rzeczy najbardziej podstawowych.
Mamy tu trzy odcienie - bronzer, na tyle jasny, że przy mojej wyjątkowo jasnej skórze nie jestem w stanie z tym bronzerem przedobrzyć; rozświetlacz łudząco podobny jest do znanego już szerokiej publiczności Diamond Illuminatora; ostatni w szeregu jest róż określony przez producenta jako holograficzny. Opakowanie jest dość solidne, zatrzask mocny, jako dodatkowy plus zaliczyć można lusterko. Kolory moim zdaniem dobrane są bardzo fajnie, niemniej jednak takie zestawienie kolorystycznie do mojego typu urody pasuje, przy chłodniejszych typach już może być różnie. Bronzer jest całkowicie matowy i na tyle jasny i subtelny, że u mnie bardzo dobrze sprawdza się po prostu do konturowania. Na skórze daje efekt delikatnego "cienia", przez co wypada naprawdę naturalnie. Jest dość suchy, łatwo się nabiera na pędzel, nieco gorzej czepia się skóry, co można rozpatrywać dwojako - teoretycznie musimy się bardziej namachać pędzlem jeśli zależy nam na mocniejszym efekcie, praktycznie z kolei efekt można stopniować i ciężko zrobić sobie tym kosmetykiem krzywdę. Rozświetlacz ma szampański odcień i daje ładną taflę - jest naprawdę łudząco podobny do DI. Jako, że Diamond Illuminator się u mnie sprawdzał świetnie, to i z rozświetlaczem z tego zestawu się polubiłam. Nie ma wyraźnych drobinek, ale i tak jakoś magicznie odbija światło i daje efekt świetlistej, zdrowej skóry. W konsystencji jest już bardziej "mokry" niż bronzer, więc lepiej nakładać go lekką ręką. Róż jest przepiękny! Jest dość podobny do Rose Gold ze Sleeka, ale jest dużo delikatniejszy, co mnie akurat cieszy, bo Rose Gold dla mojej karnacji jest za mocny i łatwo z nim przesadzić. Róż z zestawu ma różowo-brzoskwiniowy odcień z lekką złotą poświatą. Na policzkach wygląda cudnie - bardzo naturalnie, policzki są subtelnie zaróżowione, a ten złotawy poblask daje efekt takiego zdrowego rumieńca i fajnie rozświetla skórę. W nim również nie znajdziemy drobinek, a wykończenie jest jakby satynowe.





Jeśli chodzi o trwałość to może nie jest wybitnie, ale te osiem godzin w pracy spokojnie daje radę :). Taka paleta zdecydowanie sprawdzi się przy wyjazdach, czy nawet do "wyjściowej" kosmetyczki. Ja to trio planuję zabrać ze sobą na majówkę, a czasem zabieram je ze sobą do torebki, kiedy po pracy mam jeszcze jakieś spotkanie i chcę "poprawić twarz". Cenowo również jest fajnie - za paletkę płaciłam coś około 15 złotych. Jak dla mnie bomba!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...