WoleProstoHeader

7 maj 2017

MAT VS. BŁYSK - PROVOKE W SZMINKOWYM POJEDYNKU

Odkąd zostałam blondynką (tak, znowu! ale tym razem już chyba na dłużej :)) ponownie zmieniło się moje podejście do makijażu. Wcześniejsza, ciemna oprawa twarzy pozwoliła mi stworzyć stały, wypracowany schemat, który modyfikowałam w zasadzie jedynie w przypadku imprez okolicznościowych. Teraz, z racji tego, że za sprawą średniej jasności blondu zyskałam sporo na szeroko pojętej delikatności (choć do omdlewającej rusałki w warkoczu wciąż mi daleko), na nowo uczę się podkreślać urodę makijażem. I podczas tych makijażowych wypraw w nieznane, nastąpił dla mnie nieoczekiwany przełom - polubiłam delikatny makijaż oczu, taki co to tylko leciutko połyskuje, niemal niewidocznie zaznacza swoją obecność. A, że natura nie znosi próżni, przerzuciłam się na dokładniejszy makijaż ust. 

Ostatnio moja kolekcja pomadkowa powiększyła się o zatrważającą ilość szminek (nie skłamię jeśli napiszę, że zaczynają powoli wychodzić z toaletkowej szuflady - chyba pora na małe przemeblowanie), więc moja nowo odkryta mania ma szansę szeroko rozwinąć skrzydła. Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować pierwszą partię - szminki z makijażowej serii marki Dr Ireny Eris - Provoke. Posiadam cztery odcienie, w dwóch różnych wykończeniach, wszystkie cztery bardzo lubię, choć różnią się one między sobą dość znacznie. Zdradzę, że znalazłam tu jedną z ładniejszych matowych czerwieni, odcień różu, który fantastycznie wystawia usta na pierwszy plan, nie dając przy tym przerysowanego efektu, a także dwa bardzo bezpieczne, subtelnie połyskujące kolory, które na pewno będą latem stanowić świetne uzupełnienie opalenizny. 


 

Zacznę może od kwestii technicznych - pomadki zapakowane są w lustrzane, dość ciężkie opakowanie. Zamykają się na magnes, więc ryzyko samoczynnego otwarcia w torebce jest znikome. Wizualnie całość "gra i buczy", moje oczy sroki są ukontentowane, prezencja jest schludna i elegancka. Na opakowaniu znajdziemy logo marki, na spodzie informację o wykończeniu i kolorze. Zgodność nalepki z rzeczywistym kolorem jest moim zdaniem średnia, w kierunku nawet kiepskiej - gdybym miała kierować się odcieniem na nalepce, to pewnie szczerze bym się zdziwiła przy wykręceniu szminki z opakowania. 

A same kolory? Przyznam, że o ile maty zauroczyły mnie od pierwszego wejrzenia, tak pozostałe dwie szminki o wykończeniu Bright napawały obawą. Widziałam w nich drobinki, wyobrażałam sobie efekt a'la lata dziewięćdziesiąte (brązowa perła, sic!), ale do odważnych świat należy i dostały szansę. Bardzo dobrze się złożyło bo odcienie zupełnie inaczej wypadają na ustach, stają transparentne, a ten błysk drobin jakimś cudem daje efekt tafli ładnie odbijającej światło. Odcień Rouge Illusion to w opakowaniu delikatnie brązowy odcień, na ustach z kolei wypada ciepło, ale ani trochę brązowo. To taka subtelna brzoskwinka, choć trzeba wziąć pod uwagę, że zarówno ten odcień, jak i Caprise of Rose są mocno transparentne i na ustach tworzą jedynie mgiełkę koloru (coś jak nawilżające masełka z Revlona, które swojego czasu bardzo lubiłam). Caprise of Rose to dla mnie odcień herbacianej róży - bardzo go lubię! Błyszczy się nieco mniej niż Rouge Illusion, ale nadal daje efekt nawilżonych, delikatnie podkolorowanych ust. W obu przypadkach to uczucie nawilżenia nie jest złudne - szminki nosi się bardzo komfortowo, nie przesuszają ust. Ich maślana formuła pozwala na szybką i bezproblemową aplikację - to zdecydowanie pomadki, którymi spokojnie możemy operować nawet bez lusterka. Jest oczywiście druga strona medalu, z racji swojej konsystencji nie przetrwają jedzenia, a z piciem radzą sobie wybiórczo. 



A maty? Maty mnie zauroczyły od razu i nic się od tego pierwszego wrażenia nie zmieniło. Świetna, kremowa formuła, bardzo dobra pigmentacja, nasycone odcienie - jest moc! Flamenco Red to kolor, który świetnie gra z minimalistycznym nawet makijażem oka (ja uwielbiam połączenie z rozmytą brązową kreską). To prawdziwa, mocna i zdecydowana, czysta czerwień. Wymaga aplikacji pędzelkiem (przynajmniej przy samym konturze), ale efekt końcowy jest warty tego drobnego zachodu. Klasyka w najczystszym wydaniu :). Serene Nude to z kolei odcień magiczny. Niby dość mocny i wyrazisty, jest widoczny na ustach, ale daje przy tym tak nienachalny efekt, że gdy tylko mam ochotę zaznaczyć usta "czymś konkretniejszym", ale tak, żeby moja twarz nie krzyczała z kilometra, że mam na sobie makijaż, to wybieram właśnie tę szminkę. To dla mnie kolor takich delikatnie rozbielonych malin, bardzo soczysty, ale właśnie z tą odrobiną przygaszenia. W przypadku tego koloru również zalecałabym aplikację pędzelkiem, choć zdarzało mi się aplikować ją na usta bezpośrednio i również efekt był zadowalający. 
W odróżnieniu od szminek z błyszczącym wykończeniem, te matowe są zdecydowanie bardziej trwałe, choć po obfitym (czy tłustym) posiłku mogą wymagać delikatnych poprawek. Ważne jest dla mnie, że mimo swojego matowego wykończenia nie przesuszają ust, a ich aplikacja jest całkiem przyjemna - łatwo suną po ustach, nie zbierają się w załamaniach, nie odbijają na zębach. Ogólnie - nie ma się do czego przyczepić. 

 

Poniżej zestawienie całej czwórki w postaci swatchy (tutaj jest dobrze widoczna ta rozbieżność między kolorem na nalepce, a odcieniem rzeczywistym - w zasadzie tylko nr 608 wypada zaskakująco podobnie):


Słowem podsumowania - jeśli szukacie nasyconych, matowych pomadek, które będą bardzo komfortowe w noszeniu to zdecydowanie warto zainteresować się serią Real Matt. Z kolei, gdy wolicie delikatny, połyskujący makijaż ust, masełkowe, mocno nawilżające formuły, to seria Bright jest stworzona dla Was. 

Szminki kupicie m.in. w Rossmannie, czy w sklepie online (klik!). Koszt - około 65 złotych. 

Gdybyście miały wskazać formułę dla Was - postawiłybyście na błysk czy na mat? Dajcie znać!

Pozdrawiam,
Joanna
30 mar 2017

AKCJA PIELĘGNACJA - O OLEJKOWYM RYTUALE Z DROGERYJNEJ PÓŁKI

Dawno już przestałam kosmetyki pielęgnacyjne ograniczać jedynie do tych z zakresu dermo/bio/eko. Moja skóra ma dni lepsze i gorsze, czasem strzela fochy, a czasem z dnia na dzień wygląda tak świetnie, że odkładam na bok podkład i śmigam z "gołą" cerą. Kosmetyki, które mi służą zmieniają się często jak w kalejdoskopie, a ja niezmiennie szczęśliwa jestem, gdy zupełnym przypadkiem znajdę taki, który daje natychmiastowy efekt wow, jest łatwo dostępny, nie kosztuje majątku i daje to cudowne uczucie, że robię swojej skórze dobrze. Ostatnio musiałam się zaopatrzyć w kilka pielęgnacyjnych kosmetyków, bo...prawie wszystkie zużyłam! Dawno nie doprowadziłam swojej magicznej szuflady do stanu, kiedy bez zbędnych wyrzutów sumienia wchodzę do drogerii/apteki i napełniam koszyk w kremy, olejki czy maseczki. Mania porządku i dążenia do zminimalizowania "rzeczy" wokół mnie bardzo mi służy :). Dzięki temu odkryłam ostatnio trzy bardzo przyjemne pielęgnacyjne produkty, wszystkie na dodatek jednej marki, która wcześniej gościła u mnie raczej sporadycznie. Dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o jednym z nich - jest to bezapelacyjnie jeden z fajniejszych kremów do twarzy, jakie w ostatnich latach przewinęły się przez moją twarz.




O kremie na noc "Olejkowy rytuał" marki L'Oreal pewnie bym się nigdy nie dowiedziała i nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie instagram - pojawił najpierw u Hani (klik), potem jeszcze u kilku dziewczyn i jakoś tak mnie zainteresował. Po prostu. Wybierałam się na wspomniane wyżej zakupy, żeby uzupełnić pielęgnację i wrzuciłam go do koszyka. Już przy pierwszym użyciu mnie oczarował! Ma aksamitną, żelową konsystencję, fantastycznie rozprowadza się go na skórze. Wspaniale koi, zwłaszcza jeśli wcześniej męczyłam skórę peelingiem czy innym "szorującym" zabiegiem. Daje efekt delikatnego chłodzenia i nawilża naprawdę na niezłym poziomie - używam go zgodnie z przeznaczeniem na noc, a rano ciągle czuję jego działanie. Skóra jest bardzo gładka, niesamowicie miękka, a poranna pielęgnacja jest zdecydowanie przyjemniejsza. Początkowo obawiałam się, że jego wyraźnie silikonowa formuła nie będzie mi służyć na dłuższą metę, ale z dnia na dzień okazywało się, że obawy były zbędne. Nie odnotowałam żadnych problemów z zapychaniem. Konsystencja jest lekka, ale mam wrażenie, że formuła jest bardzo bogata. Na dzień krem się zdecydowanie nie nadaje, makijaż może się na nim rolować, więc tego typu eksperymenty odradzam. Na noc za to używam go z przyjemnością :). 

Wydajność nie jest może oszałamiająca, ale też sobie nie żałuję - konkretną porcję nakładam na twarz i szyję, a w kilka tygodni zużyłam nieco ponad połowę opakowania, czyli źle też nie jest. Trochę może szkoda, że nie jest to higieniczna tubka, ale z drugiej strony szklane słoiczki to coś, do czego marka L'Oreal nas przyzwyczaiła. 

Czym więc wyróżnia się ten na pozór zwyczajny krem? Skład rzeczywiście bogaty jest w olejki, krem nie daje efektu na 5 minut, a ja mam wrażenie, że nawet jeśli użyłabym go co trzeci dzień, to nadal tego trzeciego dnia czułabym na sobie jego działanie. Jednocześnie pięknie pachnie, zmiękcza skórę i odczuwalnie nawilża. Używam go regularnie od kilku tygodni i zauważyłam, że skóra jest bardziej aksamitna, pełna blasku, odprężona, mniej problematyczna. Jestem na tak!



Jeśli szukacie kremu mocno regenerującego, takiego, który szybko ukoi zmęczoną, szarą, napiętą skórę - jest to kosmetyk dla Was! Szklany słoiczek kryje w sobie 50 ml świetnego produktu, za który zapłacicie około 35 złotych. Opakowanie jest proste, dość ciężkie, ale cieszy oko. Czego chcieć więcej?:) Dla mnie hit.

Pozdrawiam,
Joanna
6 mar 2017

BLEND IT! - DOBRA ALTERNATYWA DLA BEAUTY BLENDERA?

Nie wiem czy kiedyś o tym wspominałam, ale faktem jest, że mała niepozorna gąbeczka do makijażu dawno już zrewolucjonizowała mój makijaż. Począwszy od oryginalnego Beauty blendera, przez moje ręce przewinęło się sporo gąbek, które internet często opisywał jako "niemal tak samo dobre". I choć np. gąbkę Real Techniques polubiłam, to jednak nawet ona (o reszcie nie wspominając!) nie dorównała pierwowzorowi, a ja pokornie wracałam do beauty blendera. Na Blend it! miałam się nie skusić, ale zachęciła mnie dobra promocja na komplet dwóch gąbeczek (dużej i małej) i, choć to może powód błahy, ładny, marmurkowy wzór. Wiedziona doświadczeniem, cudów się nie spodziewałam, ale stwierdziłam, że "w razie w" zrobię z nich awaryjne gąbki. 



Zaczynając od najważniejszego - te gąbki są rewelacyjne. Gdybym miała wskazać gąbki, którymi ewentualnie mogłabym zastąpić Beauty blendera, to zdecydowanie Blend it! znalazłoby się na szczycie tej listy. Jednakże, gąbki identyczne nie są, różnią się nieco strukturą i choć z pewnością nie mogę powiedzieć, że Blend it! jest lepsze, to jest po prostu równie dobre. Ale nie jest Beauty blenderem :). 

Największą różnicę widać w samym materiale - Blend it! jest gładsze, mniej porowate, bardziej "ciciaste" (z braku mądrzejszego określenia). Na zdjęciach Beauty blender wygląda jakby był bardziej szorstki - oczywiście materiał nadal jest mięciutki i bardzo przyjemny dla skóry, ale to Blend it! jest na sucho pozornie milszy dla skóry. Wielkościowo są praktycznie identyczne (mowa oczywiście o większym modelu), zarówno na sucho i jak już po namoczeniu. W wersji mokrej, obie gąbki są mięciutkie, sprężyste, ale tutaj większego plusa za sprężystość i dostosowanie się do wszelkich krzywizn skóry dałam po stronie Beauty blendera. Mam wrażenie, że Beauty blenderem pracuje się odrobinę szybciej, łatwiej odbija się od skóry, choć Blend it! dużo gorsze nie jest. Jeśli jesteście przyzwyczajone do Beauty blendera, to przy Blend it! będziecie musiały po prostu nieco się przestawić. 

Dalej już różnic próżno szukać. Obie gąbki rewelacyjnie rozprowadzają podkład czy korektor na skórze - równomiernie, dając naturalne wykończenie i niwelując efekt maski przy cięższych kosmetykach. Trudno przy pomocy palców czy pędzla osiągnąć podobny efekt, ja zdecydowanie jestem fanką tego, jak wygląda skóra po użyciu do aplikacji podkładu gąbeczek. Mniejsza gąbka świetnie sprawdza się w okolicy pod oczami czy w skrzydełkach nosa. Jest naprawdę niewielka, ponadto bardziej szpiczasta od dużej wersji, dzięki czemu dobrze dopasowuje się kształtem we wspomnianych obszarach. Wszystkie trzy gąbki piją umiarkowaną ilość podkładu. Wiadomo, że przy aplikacji podkładu palcami, te straty produktu są mniejsze, niemniej nie zauważyłam, żeby gąbki pochłaniały takie ilości podkładów, żeby można mówić o marnotrawstwie. 

Dodatkowym plus Blend it! jest to, że świetnie się dopierają. Bałam się nieco tych jasnych odcieni (pamiętając jak po kilkunastu tygodniach użytkowania wyglądał różowy Beauty blender), ale olejek z Isany radzi sobie świetnie i gąbki po kilku tygodniach używania nie noszą w zasadzie żadnych śladów użycia. Z Beauty blenderem teraz też nieco lepiej jest w tej kwestii, ponieważ zdecydowałam się tym razem na wersję czarną. 

Na korzyść Blend it! przemawia cena - za Beauty blendera zapłacimy około 85 złotych, a za zestaw Blend it! około 38 złotych. Ja pewnie z Beauty blendera nie zrezygnuję, natomiast Blend it! sprawdziło się na tyle dobrze, że sięgam po nie równie chętnie i jestem zdania, że mogą być świetną alternatywą.

Poniżej jeszcze kilka zdjęć - wersja marmurkowa to oczywiście Blend it!, a cała czarna gąbeczka to Beauty blender w wersji Pro. 




Pozdrawiam,
Joanna
25 lut 2017

CATRICE HD LIQUID COVERAGE - HIT?

Pamiętacie jeszcze ten dreszcz ekscytacji, jak wieki temu, "w internetach" ktoś rzucał hasło, że pojawiła się nowa limitka Essence i ktoś, gdzieś, dopiero co wczoraj widział pełen stand? Człowiek leciał wtedy do Natury (Hebe jeszcze wtedy nie było!), przedzierał się, żeby sprawdzić czy to aby na pewno prawda i jeśli szczęście dopisało, wracał do domu z upatrzonym już trzy miesiące wcześniej na którymś niemieckim blogu różu. Limitek Essence nie śledzę już bardzo długo, co jakiś czas wpadnie mi w oko jakiś kosmetyk z edycji limitowanych Catrice, ale za to udało mi się przypomnieć na czym ten "pęd po kosmetyk" polegał, jakie uczucie ekscytacji ogarnia, jak w końcu uda się ustrzelić na sklepowej półce produkt, którym zachwyca się pół internetu, ale nijak nie idzie go kupić. Jeśli śledzicie mojego instagrama, to pewnie domyślacie się już, o jaki kosmetyk chodzi!


Podkład HD Liquid Coverage od Catrice szturmem podbił blogi, youtube, a zaraz po jego premierze pojawił się wysyp ochów i achów na jego temat. Z racji tego, że kamuflaż z tej serii uwielbiam i jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych korektorów, było dla mnie jasne, że ten podkład musi do mnie trafić. Obejrzałam kilka testów na youtubie, zachwycił mnie efekt, jaki dawał ten kosmetyk, więc wyruszyłam na jego poszukiwania spodziewając się, że podkład Catrice i u mnie wywoła fluidową rewolucję. I na tym mój entuzjazm się skończył - w Hebe się nie udało, w Naturze został tylko najciemniejszy odcień, w drogeriach internetowych kolor 010 praktycznie cały czas był niedostępny. I tak w kółko, przez kilka tygodni. Bacznie obserwowałam wszystkie znane mi drogerie on-line, co jakiś czas zerkałam również stacjonarnie i nic! Jakiś czas temu, przewijając facebooka, wyskoczyło mi powiadomienie, że podkład pojawił się w sprzedaży on-line na kosmetykomanii. Info było sprzed kilku minut, więc rzuciłam się do komputera, odpaliłam stronę drogerii i...nie zdążyłam. Irytacja urosła we mnie do tego stopnia, że zrezygnowana powędrowałam na allegro i kupiłam podkład z dwukrotną przebitką. Czy było warto?




Zdecydowanie tak! Podkład w 100% zasługuje na te wszystkie peany pochwalne, które krążą na jego cześć. Zdeklasował u mnie nawet Colorstaya od Revlona, który już od kilku lat był moim podkładowym numerem jeden. 

Wybrałam oczywiście odcień nr 010, czyli najjaśniejszy z dostępnej gamy kolorystycznej. Na chwilę obecną jest dla mnie idealny - wystarczająco jasny, beżowy, z delikatną domieszką żółci. Jest bardzo podobny do Colorstaya nr 150 czy Infinite Matt 010 z Catrice. Pojawiają się gdzieniegdzie opinie, że podkład utlenia się i na skórze staje się ciemniejszy, jednak ja tego nie zauważyłam. 
Rano na oczyszczoną skórę nakładam olejek z L'Oreala, Cetaphil i krem z filtrem i dopiero po wchłonięciu tego całego arsenału nakładam podkład. Jest bardzo lejący, w porównaniu do gęstego, kremowego Revlona, ma wręcz wodnistą konsystencję. Najwygodniej nakłada się go gąbką, lub po prostu palcami, pędzel radzi sobie z nim średnio. Mimo tej lejącej formuły ma bardzo dobre krycie - jedna cienka warstwa pięknie wyrównuje i ujednolica koloryt skóry, kryje drobne przebarwienia czy niedoskonałości. W przypadku skrzydełek nosa czy brody (w tych obszarach mam z reguły więcej do przykrycia), wystarczy wklepać jeszcze jedną warstwę podkładu i mogę spokojnie zrezygnować z korektora. Podkład jest niesamowicie lekki, na skórze jest praktycznie niewidoczny. Trzeba z nim dość szybko pracować, bo zastyga na twarzy, ale przy odrobinie wprawy jego aplikacja staje się naprawdę banalna. 
Podkład jest matujący i rzeczywiście efekt końcowy można by określić jako mat, natomiast nie jest to mat suchy, "tępy", tylko bardziej satynowy. Ja czasem rezygnuję z przypudrowania go i efekt gładkiej, delikatnie matowej skóry również i bez tego elementu świetnie się utrzymuje. Trwałość to kolejny atut podkładu Catrice - trzyma się cały dzień, stanowi fantastyczną bazę pod inne kosmetyki kolorowe - bronzer czy róż nie tylko łatwo się na niego aplikują, ale i bardzo dobrze trzymają się na nim. Nie spotkałam się jeszcze z podkładem, który po 9-10 godzinach wygląda na twarzy dokładnie tak samo, jak zaraz po aplikacji. Ideał!
Opakowanie również zaliczyłabym jako duży plus tego produktu. Matowe szkło, prosty design, pipeta (całkiem wygodna w użytkowaniu - póki co) sprawiają, że produkt wygląda bardzo porządnie, schludnie i nawet może odrobinę bardziej elegancko niż wskazywałaby na to cena. A ta również zaskakuje! Za podkład w drogeriach stacjonarnych czy internetowych zapłacimy około 30 złotych, co w porównaniu do jego jakości jest ceną naprawdę bardzo niewygórowaną. Ja zapłaciłam za niego prawie 60 złotych na allegro, ale już w tym tygodniu trafiłam na niego na kosmetykomanii i przezornie kupiłam opakowanie na zapas w normalnej cenie.

Poniżej możecie zobaczyć jak wypada kolor 010 w porównaniu do Colorstaya (150 Buff) i Infinite Matt (010):



Podsumowując - dla mnie bomba! Zachwyty nie są przesadzone, jedyne na co można narzekać to dostępność. Za to dobry stopień krycia przy niesamowicie naturalnym wykończeniu i efekt "drugiej skóry" wynagradzają trudy poszukiwań :). 

Pozdrawiam,
Joanna
14 lut 2017

PUDROWA REWOLUCJA - BRIGHTENER MATT POWDER

Uwielbiam zupełnym przypadkiem wynajdywać prawdziwe kosmetyczne perełki. Jeśli jeszcze do tego wszystkiego są łatwo dostępne, kosztują niewiele, a na twarzy robią efektowne cuda. Tak było z pudrem lubianej przeze mnie marki Kobo - Brightener Matt Powder trafił do mnie gdzieś pod koniec zeszłego roku i odkąd go mam, codziennie towarzyszy mi w makijażu. 



Traf chciał, że w zasadzie w jednym momencie skończyły mi się wszystkie prasowane pudry. O ile za pudrami sypkimi również przepadam, tak rano zdecydowanie wygodniej jest mi sięgnąć po formę prasowaną. Przy okazji wyprawy po przysłowiowe mydło i dezodorant, zahaczyłam o Naturę i w oko wpadł mi puder o nietypowym odcieniu - bardzo jasna, mocno rozbielona żółć skutecznie przyciągnęła mój wzrok i wrzuciłam kosmetyk do koszyka. Już przy pierwszej aplikacji poczułam, że będzie z tego dłuższa znajomość i nie pomyliłam się. Co prawda nie używam i nigdy nie używałam tego pudru wedle jego przeznaczenia - producent opisuje go bowiem jako matowy puder rozjaśniający do konturowania. Ja natomiast używam go jako pudru do wykończenia makijażu, czyli mówiąc dosłowniej, przypudrowuję nim całą twarz pokrytą już podkładem i korektorem. Sprawdza się w tej roli naprawdę znakomicie! Odcień, czyli "banana cream", to naprawdę trafiona nazwa, ponieważ puder rzeczywiście jest jasnożółty. Kolor jest na tyle jasny, że każda bladolica poczuje się usatysfakcjonowana, natomiast żółty pigment w jakiś magiczny sposób niweluje zaczerwienienia. Ten drugi czynnik jest dla mnie o tyle istotny, że w zasadzie głównie ze względu na miejscowe zaczerwienienia na skórze korzystam z mocniej kryjących podkładów. Puder Kobo pozwala mi zredukować potrzebne krycie podkładu do niezbędnego minimum, a on odwala całą robotę. Magia! 

Przetestowałam go również na zbyt chłodnych czy zbyt różowych podkładach i tutaj również się nie zawiodłam - odcień mojej cery często sprawia, że wiele z wielu podkładów wybijają różowe tony, czego szczerze nie znoszę, a tym pudrem jestem w stanie ten efekt całkiem mocno skorygować. 

Bardzo podoba mi się jak ten produkt prezentuje się na obszarze pod oczami - skóra jest rozjaśniona, ale w połączeniu z korektorem wygląda bardzo naturalnie. Na pewno nie osiągniemy nim efektu a'la Kardashianka przy piątej z dziesięciu warstw tapety.

Wykończenie jest, jak sama nazwa wskazuje, matowe. Nie jest to jednak mat płaski, "suchy", a raczej przyjemna satyna. Skóra wygląda na bardzo wygładzoną, puder nie zbiera się w porach czy zmarszczkach, efekt naprawdę jest niesamowicie naturalny. Pigmentacja jest umiarkowana (choć trudno, żeby pigment tutaj był bardzo mocny - bladożółta twarz nie prezentowałaby się do końca normalnie), na tyle konkretna, że puder potrafi zrobić te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej i jednocześnie na tyle delikatna, że jest praktycznie niewidoczny na twarzy. 

Jedyne czego mogłabym się przyczepić to średnia wydajność. Produkt jest na tyle miałki, że nabiera się go na pędzel całkiem sporo i dość szybko znika z opakowania. Ja w chwili obecnej używam już drugiego opakowania, ale z racji ceny (około 19 złotych) jestem w stanie mu ten drobny defekt wybaczyć. 

Dostępność - wszędzie tam gdzie dostać można kosmetyki Kobo, czyli stacjonarnie w drogeriach Natura, która wprowadziła również sprzedaż on-line. 





Podsumowując - jest ze mną od niedawna, ale w kwestii codziennego makijażu zrobił mi w kosmetyczce prawdziwą rewolucję. Uwielbiam i szczerze polecam!:)

Pozdrawiam,
Joanna
29 sty 2017

GLAMBOX W PEŁNEJ KRASIE

O cieniach Glamshadows pisałam Wam już niedawno - wtedy na spróbowanie zamówiłam sześć kolorów. Wybrałam wtedy głównie odcienie błyszczące, duochromowe. Po bardzo udanych testach stwierdziłam, że pora sprawdzić czy maty zachwycą mnie równie mocno. Zależało mi też na zamówieniu Glamboxa, w którym będę mogła przechowywać cienie - nie cierpię jak pojedyncze sztuki walają mi się po toaletce. Zaczekałam aż w sklepie Glam pojawi się wszystko to, co sobie upatrzyłam i w końcu udało mi się złożyć zamówienie. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać jak finalnie prezentuje się mój Glambox.




Z samego Glamboxa jestem bardzo zadowolona. Obawiałam się, że przez to, że jest biały, będzie się mocno brudził, ale okazało się, że materiał z którego jest wykonany jest na tyle łaskawy, że wystarczy opakowanie przetrzeć mokrą chusteczką i wygląda jak nowe. Glambox jest lekki, poręczny i mieści w sobie 12 cieni. 
Swatche cieni robiłam pionowymi rzędami, więc tak też będzie wygodnie mi je zaprezentować względem powyższego zdjęcia. 
Rząd I (od góry): Chiński jedwab, Kolorowy dym, Różowy szampan
Rząd II (od góry): Białe złoto, Wata cukrowa, Rabarbar
Rząd III (od góry): Palona kawa, Pralina, Kosmiczna pieczarka
Rząd I od góry: Zimna czekolada, Słodkie kakao, Szare bordo


Różowy szampan to jasny, cielisty cień błyszczący, wpadający w zależności od światła w złoto lub róż.
Kolorowy dym to również jasny, połyskujący beż, dla odmiany z chłodnym podbiciem; czasem wpada w lekko szaro-niebieskie tony.
Chiński jedwab - przepiękny, jasny, rozbielony wrzosowy odcień, z wyraźnym złotym połyskiem. 
Pigmentacja i formuła tych trzech cieni jest bardzo zbliżona - są dobrze napigmentowane, ale solo wyglądają delikatnie na powiece. Przy ciemniejszej, mocniejszej bazie dają nieoczywisty, duochromowy efekt.  


Rabarbar to połączenie borda z pomarańczą i złotym połyskiem. Jeden z moich faworytów wśród cieni Glamshadows. 
Wata cukrowa - jasny, brzoskwiniowy odcień z wyraźnym, różowym połyskiem.
Białe złoto to cień petarda! Przy tak jasnym kolorze, pigmentacja jest po prostu niemożliwie wysoka. Jest to bardzo jasne, rozbielone złoto, pięknie wygląda w wewnętrznym kąciku oka. 
Podobnie jak wyżej - te trzy cienie są do siebie bardzo zbliżone jakościowo, połyskujące, z tzw. "drugim dnem". Solo potrafią zrobić na oku prawdziwą furorę, ja wolę stosować je jako akcent, żeby nie przedobrzyć.


Kosmiczna pieczarka to prawdziwy kosmos. Mocno błyszczący odcień taupe, który pięknie wygląda roztarty na całej powiece. 
Pralina to odcień złotawego brązu, bardzo błyszczący i podobnie jak cień wyżej zrobi nam piękne, dzienne smoky.
Palona kawa to pierwszy mat w mojej kolekcji. Czysty, ciemny brąz, o bardzo adekwatnej nazwie. Ja używam go do przydymionej kreski, do zewnętrznego kącika czy na dolną powiekę. Pigmentacja jak na cień matowy bardzo dobra, choć formuła zdecydowanie różni się od reszty cieni. Nie osypuje się, nie blednie na powiece. 


Szare bordo to typowy odcień taupe. Świetnie wygląda w załamaniu powieki, jako cień transferowy. Pigmentacja średnia (tzn. dobra, ale gorsza niż w przypadku cieni błyszczących czy ciemniejszych), ale dużo zyskuje na bazie. 
Słodkie kakao - jasny odcień, wpadający w brzoskwiniowe tony. Również dobrze wygląda w załamaniu powieki, ja często nakładam go na całą powiekę i przydymiam Paloną kawą. 
Zimna czekolada - dość podobny do cienia wyżej, o nieco lepszej pigmentacji i zdecydowanie mniej "pomarańczowy". Bardzo dobrze podbija niebieską tęczówkę, ja uwielbiam podkreślać nim całą górną powiekę.
Powyższe maty mogą wydawać się nieco trudne w obsłudze - na swatchu wyglądają delikatnie, ale są to stosunkowo jasne odcienie. Baza (ja używam Art Deco) bardzo dobrze podbija ich moc, na powiece nie mieszają się ze sobą, a ich formuła pozwala na dokładnie cienia i wzmacnianie intensywności. 

Z perspektywy czasu mogę śmiało napisać, że Glambox i jego zawartość były dobrą inwestycją. Po cienie sięgam codziennie, wykonuję nimi zarówno prosty, dzienny makijaż, jak i te mocniejsze, wieczorowe. Ich ogromną zaletą jest trwałość - w ciągu dnia nie rolują się, nie osypują, nie blakną. Sama paleta jest wygodna w użytkowaniu, zajmuje w toaletce niewiele miejsca, brakuje mi w niej jedynie lusterka, dzięki czemu byłaby idealna również na wyjazdy. 



Pozdrawiam,
Joanna
28 sty 2017

MAKIJAŻOWO - DZIENNY MAKIJAŻ W 15 MINUT

Poranki wyglądają u mnie niemal identycznie przez pięć dni w tygodniu. Wstaję o godzinie 7, robię śniadanie do pracy sobie i mężowi, a następnie nadal ledwie przytomna siadam przy toaletce i próbuję kilkoma szybkimi ruchami pędzla ożywić swoją twarz do stanu, który nie spowoduje pytań typu "jesteś chora?" zaraz po przejściu przez próg biura. Zawsze podczas mojej porannej rutyny sięgam po sprawdzony zestaw kosmetyków, który pozwala mi na wykonanie makijażu delikatnego, tuszującego niedoskonałości skóry i podkreślającego tego co trzeba. Podczas ostatniego niedzielnego poranka postanowiłam uwiecznić efekt takiego typowego dziennego makijażu do zrobienia dosłownie w 15 minut. Przy okazji opowiem Wam trochę o moich ulubionych i sprawdzonych kosmetykach.


Jak widać na powyższym zdjęciu, poruszam się ostatnio głównie po barwach bardzo naturalnych, wpadających w brązy czy brzoskwinie. Z kolorów zdecydowanie już "wyrosłam" i jeśli już po jakiś sięgam, to jest to przeważnie śliwka czy ciemniejsza zieleń wpadająca w szmaragdowy. 
Po długiej przerwie wróciłam do podkładu Catrice All Matt Plus. Używałam go jeszcze w starej formule i ciekawa byłam czy nowa będzie mi równie dobrze pasować. Szczerze mówiąc większej różnicy nie zauważyłam - podkład spisuje się równie świetnie jak kiedyś. Jest lekki, wyrównuje koloryt skóry, przykrywa zaczerwienienia czy drobne niedoskonałości. Ma satynowe wykończenie, w dobre dni mojej skóry mogę sobie odpuścić przypudrowywanie go. Odcień jest wystarczająco jasny, wpadające w żółte tony - lubię to!
Upodobałam też sobie w ostatnim czasie puder brązujący z My Secret - Face'n'body Bronzing Powder. Ma cudowny chłodny odcień, jest dość jasny, na tyle, że możemy stopniować efekt bez obawy  o plamy (a rano to naprawdę ważne). Łatwo czepia się pędzla, równie łatwo rozciera się go na skórze. Wykończenie ma specyficzne - jest lekko połyskujący, więc efekt konturowania nie jest płaski, w niektórym świetle sprawia wrażenie "mokrej skóry". 
Nie wyobrażam sobie też świeżego makijażu bez delikatnego muśnięcia policzków różem. Mam ostatnio dwóch ulubieńców, oba firmy Kobo. Tutaj akurat użyłam matowego odcienia Marsala. Więcej możecie przeczytać w tym poście - KLIK!
Wyraziste brwi to dla mnie ważny punkt makijażu - bez odpowiednio podkreślonych czuję się goła. Upodobałam sobie zestaw z Lovely - znajduje się w nim ciemnobrązowy matowy, chłodny cień, niemal czarny wosk i precyzyjny dwustronny pędzelek (jest też rozświetlacz pod brew, kredka i pęseta, ale akurat z tych elementów nie korzystam). Cień jest bardzo dobrze napigmentowany, podobnie jak wosk, a pędzelek pozwala bardzo szybko i dokładnie wypełnić braki w brwiach. Zdecydowanie zestaw godny zainteresowania. 
Jeśli chodzi o cienie - pod koniec ubiegłego roku skompletowałam sobie paletę 12 cieni Glamshadows. To marka stworzona przez znaną Wam pewnie youtuberkę Hanię (KLIK). Cienie zamawiałam na dwie tury, o pierwszej połowie już pisałam na blogu (KLIK), o drugiej części będziecie mogły poczytać za kilka dni. Cienie są cudowne! Zarówno maty, jak i połyskujące kolory. Mają świetną pigmentację, dobrze się rozcierają, nie blakną w ciągu dnia, a na bazie trzymają się do samego demakijażu. Jestem nimi szczerze zachwycona i sięgam po nie codziennie z dużą przyjemnością.
Przez kilka lat używałam jedynie tuszu So Couture z L'Oreala. Ostatnio coś mnie ugryzło i po wykończenie kolejnej maskary, zamiast sięgnąć po mojego sprawdzonego ulubieńca, skusił mnie tusz Lash Sensational z Maybelline. I nie żałuję, bo finalnie okazał się od So Couture lepszy! Kompletnie się tego nie spodziewałam, ale na moich rzęsach robi prawdziwe czary - włoski są rozdzielone, podkręcone i maksymalnie wydłużone. Na plus zaliczę również to, że maskara jest bardzo czarna i wyjątkowo trwała - nie osypuje się, nie rozmazuje, nie straszne jej pot czy łzy. Obecnie kupiłam drugie opakowanie i póki co L'Oreal idzie w odstawkę.
W przypadku ust stawiam w makijażu dziennym na odcienie, które uwidocznią usta na twarzy, ale nie będą grały pierwszych skrzypiec. Zdecydowanie polubiłam kolory w stylu "my lips but better", a do takich zaliczyć mogę matową pomadkę w płynie Million Dollar Lips z Wibo o numerze 01. W Rossmannach bardzo długo była wykupiona i ciężko mi było na nią trafić, ale w końcu się udało i szybko przekonałam się skąd taki szał na ten odcień. Jest bardzo naturalny (na żywo chłodniejszy niż na zdjęciach, światło zrobiło psikusa), równomiernie się zjada, zastyga na satynowy mat. Bardzo twarzowy kolor!



I to by było tyle z porannego malowania - podkład nakładam beauty blenderem, jeśli tego wymaga to lekko go przypudrowuję, bronzer i róż to w zasadzie cztery ruchem pędzlem. Cienie z Glamshopu bardzo dobrze przyczepiają się powieki i jeszcze lepiej rozcierają, więc makijaż oczu (nawet ten troszkę mocniejszy) można zrobić nimi dosłownie w 5 minut. Tak naprawdę najbardziej czasochłonnym elementem mojego makijażu są brwi - wynika to z tego, że mam spore ubytki do wypełnienia. 


A Wy ile czasu przeznaczacie na poranne malowanie? Macie jakiś sprawdzony zestaw czy idziecie w improwizację? Dajcie znać!:)

Pozdrawiam,
Joanna
25 sty 2017

LAKIEROWO - MARDI GRAS

Znacie to uczucie, kiedy po długim męczącym dniu siadacie wygodnie na kanapie z kubkiem gorącej herbaty, bierzecie do ręki książkę i bach! Wasz wzrok pada na paskudny odprysk na lakierze, a czujne oko dostrzega też starte końcówki? Jeśli tak jak ja jesteście nerwusami, to wizja spokojnego wieczoru jako człowiek burrito odpływa w dal, a Wy z niechęcią odkopujecie się z koca i reszta dnia upływa Wam na zmywaniu, malowaniu i czekaniu na to, aż lakier wyschnie, po to żeby rano odkryć, że i tak macie na paznokciach idealnie odbitą fakturę kołdry. Z tych wszystkich względów tak bardzo polubiłam lakiery hybrydowe - ich odkrycie oszczędziło mi sporo nerwów! Mam system malowania paznokci w czwartkowy wieczór, a z racji tego, że paznokcie dość szybko mi rosną, a ja nie lubię widocznych odrostów, to zabieg ten powtarzam co tydzień. Najczęściej używam Semilaca, który przez cały tydzień wygląda na paznokciach po prostu nienagannie - żadnych odprysków ani startych końców. Wybór kolorów jest spory, ale ja jestem monotematyczna i mam swój sprawdzony zestaw kolorystyczny, którego na zmianę używam od długiego już czasu. Co jakiś czas robię sobie przerwę, podczas której paznokci nie maluję wcale, daję im odpocząć, stosuję jedynie olejki, ewentualnie odżywki i daję paznokciom czas na zregenerowanie się. 

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać mój ulubiony odcień z serii tych bardziej żywych i szalonych - Mardi Gras. Jest piękny, mocno nasycony, wręcz lekko neonowy. W zależności od światła wydaje się być albo bardziej fioletowy, albo bardziej różowy, kolor jest naprawdę unikatowy! Świetnie wygląda przy opalonej skórze (latem nosiłam go bardzo często - i na dłoniach i na stopach), rzuca się w oczy, a paznokcie "ubrane" w ten kolor ożywią nawet nudny, prosty strój. Na zdjęciach nie udało mi się w pełni uchwycić jego urody, ale robiłam co mogłam! The one and only:





Piękny prawda?:)

Pozdrawiam,
Joanna
23 sty 2017

WISH-LISTA I MANIA NIE-KUPOWANIA

Wishlisty czy zakupowe zachcianki, które pojawiają się na Waszych blogach, to jedne z tych postów, w które najczęściej klikam, i które niemal zawsze oglądam z dużym zainteresowaniem. Często stanowią dla mnie sporą dawkę inspiracji, a najczęściej wywołują delikatną zakupową chcicę, którą staram się opanować tłumacząc sobie, że przecież "tak naprawdę wcale tego nie potrzebuję". Ale, że głosów w głowie jest więcej niż ten jeden głos rozsądku, nie raz skusiłam się na zakup średnio-kontrolowany, wywołany zbiorowym zachwytem nad danym produktem. Czy zawsze kończyło się to dla mnie dobrze? Absolutnie nie! W utrzymaniu porządku czy to w szafie czy w toaletce, pomagają mi ostatnio tworzone skrupulatnie kalendarzowe zapiski - jeśli jakiś kosmetyk czy ciuch wpadnie mi w oko, wpisuję go na listę i robię dokładny, internetowy czy sklepowy, "namacalny" research. Jeśli po upływie odpowiednio długiego czasu, produkt ciągle wydaje mi się potrzebny, ląduje na mojej chciej-liście, którą staram się powoli, krok po kroku realizować. Na starość porobiło mi się tak, że porządek wokół mnie to też porządek w głowie, więc staram się ograniczać ilość tego co wokół mnie. Przestrzeń na półkach, w szufladach pozwala mi zapanować nad tym co mam, łatwiej i przyjemniej mi się zużywa kosmetyki, rano nie spędzam przed szafą kilkunastu minut, tylko wyciągam z niej to co lubię, bo zwyczajnie od razu to widzę. Może banalne, ale dla osoby, która jeszcze do niedawna miała po kilkadziesiąt szminek, lakierów, t-shirtów, itd. to milowy krok w przód. Minimalistką bym się nie nazwała, bo do tego mi daleko i wcale nie taki jest mój cel, ale odkryłam, że ład i porządek, który wokół mnie panuje, odpowiada mi dużo bardziej niż ogromny wybór, który finalnie i tak jedynie mnie przytłaczał. A wracając do tego słowa wstępu, które rozwinęło się w głębsze przemyślenia, czyli do tytułowej wishlisty, bazując na tym, co miałam rozpisane w ostatnim czasie, stworzyłam takie małe graficzne podsumowanie tego, co planuję kupić w najbliższych miesiącach - są to głównie elementy, z którymi chciałabym przywitać wiosnę. Jak zobaczycie na poniższym zestawieniu, mój zakupowy plan jest bardzo...pastelowy. O ile rok temu, pewnie większość tego zestawienia bazowałaby na odcieniach bezpiecznej czerni i szarości, tak ostatnio bardzo przekonałam się do jasnych, delikatnych barw, których do tej pory unikałam jak ognia. Z racji tych zupełnie niepotrzebnych uprzedzeń, mam w garderobie spore braki! Kosmetycznie tym razem zupełnie bez szaleństw, w miniony weekend uzupełniłam to, co się pokończyło, ale o kosmetycznych nowościach na mojej półce będziecie mogły przeczytać więcej za kilka dni. 

Na wstępie zaznaczę, że lista jest troszeczkę oszukana, ponieważ część listy zdążyłam zrealizować przed napisaniem tego posta. Ale, że elementy miały ścisły związek z tą zakupową listą, to nie chciałam ich pomijać. 

Idąc od góry: tiulowe spódnice podobały mi się już dwa, trzy lata temu, jednak wtedy z racji swoich nieco większych gabarytów, nie widziałam dla nich miejsca w swojej szafie. Teraz jednak jest mi nieco lżej, więc postanowiłam zaryzykować. Piękną, bardzo delikatną tiulówkę znalazłam w Mohito i choć początkowo skłaniałam się ku wersji szarej, w końcu ze sklepu wyszłam ze spódnicą w odcieniu bardzo jasnego, pudrowego, lekko przybrudzonego różu. Materiał ma w sobie dość sporo brokatu, ale wbrew pozorom wygląda on bardzo subtelnie. Planuję ją nosić do miękkich swetrów i prostych topów. 
Poniżej możecie zobaczyć prostą, jasną shopperkę (ta akurat jest z H&M). Potrzebuję czegoś dość pojemnego do pracy i ta wersja wpadła mi w oko ze względu na kolor - ni to szarość, ni to beż. 
Zdecydowanie będę potrzebować też jasnych butów! Mam jedne jasne baletki, ale ze względu na dość ozdobny kwiatek, pasują one jedynie do prostych ubrań. W zeszłym roku zaprzyjaźniłam się mocno z marką Zaxy, więc prawdopodobnie zdecyduję się na model widoczny na powyższym zestawieniu - zamsz w połączeniu z beżowym różem idealnie pasuje do mojej koncepcji.
Od dłuższego czasu podobają mi się też satynowe topy na cienkich ramiączkach wykończone przy dekolcie koronką. Mimo, że czasem dają dość "bieliźniany" efekt, dobrze zestawione potrafią wyglądać bardzo zwiewnie, delikatnie i kobieco. Top ze zdjęcia jest z H&M i występuje też w kolorze czarnym (szafę na pewno chciałabym zaopatrzyć właśnie w dwie wersje kolorystyczne). 
Ostatnio oszalałam na punkcie piżam. Na okres zimowy udało mi się upolować fajne, miękkie i ciepłe sztuki, ale moja "wiosenna" piżamowa garderoba świeci pustkami (no dobra, przyznaję się do powyciąganej koszulki z napisem "Let me sleep"). Jestem dużą fanką kombinezonów i właśnie w taki model (a najlepiej dwa) będę celować już bliżej wiosny. Znowu mamy na tapecie róż, ale ten kombinezon z H&M bardzo wpadł mi w oko. 

Przechodząc do kosmetycznych zapotrzebowań - ostatnio nie najlepiej sypiam, więc borykam się z problemem napuchniętych oczu. Sińce też niestety nie są mi obce, więc zdecydowanie pora zabrać się pielęgnacyjnie za ten obszar i zainwestować w dobry krem. Zainteresował mnie ten z Origins i to na niego najprawdopodobniej się zdecyduję. 
Podkład Catrice już zdążył urosnąć do miana legendy, ale ja ciągle zastaję w swoim Hebe pustą półkę. Widziałam już masę filmików z testami tego podkładu, a, że podkłady Catrice mi bardzo służą, to chętnie wypróbuję coś lżejszego niż eksploatowany aktualnie Revlon, który powoli dobija dna. W końcu zamówiłam podkład przez internet i dorzuciłam do kompletu gąbeczki Blend it!, które również opanowały ostatnio blogosferę (a mój beauty blender dogorywa).
Paleta Blanc Fusion marki Zoeva to zestawienie kolorystyczne jakby stworzone dla mnie. W ciągu ostatnich tygodni sporo paletek puściłam w świat, bo miałam sporo takich, z których używałam zaledwie dwóch-trzech cieni, a postanowiłam poszukać takiej wersji, która całościowo będzie zbliżona do moich wymagań. Ta wydaje się idealna!

I to w zasadzie tyle! Nie ma tego dużo, zwłaszcza, że są to zakupy planowane spokojnie na jakieś 3-5 miesięcy do przodu :). A jak Wasze plany zakupowe? Idziecie na żywioł czy planujecie powoli i z rozsądkiem? Dajcie znać!

Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...