WoleProstoHeader

30 gru 2015

Lakierowo | Deep Red

Z Semilacem docieraliśmy się powoli i bez jakiejś ciężkiej fascynacji. Ta nadeszła dopiero wtedy, gdy zaopatrzyłam się w Harda, a potem gdy zaczęłam bawić się połączeniem hybryd i tradycyjnych lakierów. Niesamowita trwałość i nie mniej niesamowity połysk na stałe rozgościły się w moim rytuale manicurowym, a ja dzisiaj spędziłam pół dnia przeglądając hybrydy Semilaca, które miałyby zasilić moją skromną póki co kolekcję. Wybór jest naprawdę trudny! Póki co, na paznokciach jedna z moich ulubionych, ciemnych, winnych czerwieni, czyli nr 071 Deep Red. Już któryś raz nakładam ten kolor na paznokcie i zawsze jestem ciężko zaskoczona tym, jak prosty, ładny i klasyczny jest to odcień. 
Trwałość jest naprawdę wspaniała - ten mani, który widzicie na zdjęciach ma równo tydzień, a nadal wygląda bez zarzutu. Dla mnie oto rozwiązanie idealne, bo dzięki temu manicure mogę spokojnie wykonywać co dwa tygodnie, co przy moim ostatnio nastałym lenistwem jest zbawienne. 
Do kolekcji Semilaców na pewno dołączą Bisciut i Pink Gold, u Agaty (loveliness.pl) swojego czasu ciężko zauroczył mnie Mardi Grass. A jakie odcienie Wy możecie mi poleci? 






Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 gru 2015

Lakierowo | Biel idealna

Za białymi paznokciami nigdy specjalnie nie przepadałam. Kojarzyły mi się z tzw. efektem korektora i niekoniecznie trafiały w moje poczucie estetyki. Z wiekiem jednak coś mi się odmieniło i teraz biały lakier odbieram jako coś eleganckiego, prostego i stanowiącego dużą ozdobę dłoni. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że znalezienie dobrze kryjącego, kremowego, białego lakieru nie jest niczym prostym, ba!, zakrawa wręcz na spore wyzwanie. Co rusz trafiałam na białe lakiery, które po kilku nieudanych próbach pomalowania paznokci, lądowały w koszu. To co mnie najbardziej dobijało to słabe krycie i konieczność nałożenia miliona warstw, żeby jako tako uzyskać równy kolor. W końcu jednak udało mi się odnaleźć mojego świętego Graala - przed Wami idealny biały lakier! Ma same zalety - kryje po dwóch warstwach, ma bardzo normalną konsystencję (białe lakiery przeważnie są...dziwne w konsystencji), nie rozlewa się na skórki, jest czysto biały (ale nie "rażący", dzięki czemu w ogóle nie przypomina korektora ;)), kremowy i kosztuje mniej niż 10 złotych. Ciekawe?


Wibo i Extreme Nails kojarzę jeszcze z bardzo dawnych czasów. Wtedy lakiery te miały inne buteleczki, teraz najwyraźniej wróciły w nowej odsłonie i to od razu z przytupem. Sięgałam po niego z dużymi wątpliwościami, ale potrzebowałam czegoś białego "na zimę", jako dodatek do świątecznego mani i stwierdziłam, że zaryzykuję. I jakże dobrze się stało, bo lakier sam w sobie okazał się tak ładnie wyglądać na paznokciach, że noszę go już w wersji solo ponad tydzień. Zachwyciła mnie łatwość aplikacji i bardzo dobrze krycie (dwie grubsze warstwy). Nie chciałabym się tu wypowiadać na temat trwałości, bo sama nadal z powodzeniem stosuję mix tradycyjnych lakierów z bazą i topem w postaci hybrydowej. Takie połączenie wytrzymuje u mnie tyle co manicure hybrydowy, więc z reguły po tygodniu noszenia jedyny ubytek to pojawiający się odrost. Pędzelek jest z tych szerszych, co dla mnie jest dużym plusem, bo akurat takie lubię najbardziej. Wysychanie też idzie dość sprawnie - ja odczekuję dosłownie około 10 minut po pomalowaniu paznokci i nakładam od razu hybrydowy top, który utwardzam pod lampą. 






Podsumowując - ulubiona biel! Na okres zimowy, solo, w połączeniu ze złotem czy srebrem, będę ją wałkować non stop :). 

Ps. Z Blogmasem...no cóż nie pykło ;). Za dużo zawirować w ostatnim czasie, kiepska kondycja zdrowotna i z codziennymi postami, zamiast wyjść - nie wyszło. Ale przede mną jeszcze tylko trzy dni w pracy, a potem półtora tygodniowa przerwa, więc mam nadzieję, że i tu nadrobię. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 gru 2015

BLOGMAS #8/9/10 | Balm Desert

Blogmasowy ciąg postów został niestety chwilowo przerwany, ale jak pisałam na facebooku, dopadła mnie okropna migrena i nie byłam w stanie zrobić nic bardziej produktywnego niż pójść spać i liczyć, że szybko przejdzie. Przejść nie przeszło, ale jest odrobinę lepiej :). 
Dzisiaj chciałabym Wam pokazać bardzo fajny bronzer. Miałam okazję pomacać go u Siulki i spodobał mi się na tyle, że mi się go zachciało. No i mam. Z kosmetykami The Balm było mi do tej pory jakoś nie po drodze, ale bronzer Balm Desert chyba przekonał mnie do tej marki i mam ochotę na więcej.




Opakowanie mnie zauroczyło! Bardzo lekkie, kartonowe, z lusterkiem i mocno retro. Producent określa ten produkt jako bronzer/róż, choć dla mnie z różem nie ma on nic wspólnego. Fakt, że kolor ma dość specyficzny, mimo to ja nazwałabym go po prostu bronzerem. Odcień w opakowaniu jest trochę inny niż na skórze. W opakowaniu to taki kakaowy, średnio ciemny brąz. Z kolei na skórze wychodzą z niego trochę cieplejsze nuty, staje się bardziej herbatnikowy i jaśniejszy. Przy mojej bladej, piegowatej skórze ten odcień wygląda niesamowicie naturalnie. Nakładam go na policzki, dodaję odrobinę błyszczącego różu lub rozświetlacza i makijaż twarzy wygląda świeżo, wielowymiarowo. W opakowaniu widać maluteńkie drobinki, ale na skórze są praktycznie niewidoczne. Wykończenie określiłabym jako satynowe, bronzer nie wygląda na skórze "sucho". Pigmentacja jest bardzo fajna - spokojnie możemy aplikować ten kosmetyk miękkim pędzlem, bronzer dobrze się rozciera na skórze i nie robi plam. Trwałość mnie zaskoczyła pozytywnie. Dzięki temu, że produkt nie jest mocno "pudrowy" i pylący, wyjątkowo fajnie przyczepia się do skóry i nie ściera się w ciągu dnia. 
Dużym plusem jest dla mnie bardzo lekkie opakowanie zamykane na magnes. Spokojnie wrzucam je do torebki i nie obawiam się, że się otworzy. 
Z dostępnością tych produktów zasadniczo nie ma problemu - The Balm znajdziemy w większości drogerii internetowych, a mieszkanki Gliwic i okolic mogą również znaleźć je w drogerii w galerii Stara Cegielnia w Knurowie :). Kosmetyki The Balm kupić możecie też w perfumeriach Douglas.
Podsumowując - obecnie, obok Melkiora, to mój ulubiony bronzer. Bladolice na pewno się z nim polubią. 



Pozdrawiam,
Panna Joanna

7 gru 2015

BLOGMAS #7 | Drama Green

Jak zielona to tylko choinka, poza elementami "roślinnymi" w swoim otoczeniu, za zielenią samą w sobie jako kolorem nie przepadam. Rzadko używam w makijażu, równie rzadko zdarza mi się pomalować na zielono paznokcie. Ale zieleń zieleni nie równa, a w połączeniu ze srebrno-butelkowymi drobinkami i kremową bielą okazała się być świetna! Zakochałam się w tym zestawie i będę go nosić i nosić i nosić, ponieważ ponownie zastosowałam myk z hybrydowym topem, więc spodziewam się dużej trwałości. Tym razem położyłam też hybrydową bazę, zobaczymy ile takie połączenie wytrzyma :). 
Butelkowa zieleń to Drama Green z Astora, zielono-srebrny piasek jest z Lovely (seria Baltic Sand), biel to Wibo nr 25 (seria Extreme Nails).





Jeśli chciałybyście spróbować jak działa położenie na zwykły lakier hybrydowego topu, to pamiętajcie, aby dać lakierowi trochę podeschnąć zanim nałożycie top - w przeciwnym wypadku top może Wam zmarszczyć lakier przy utwardzaniu pod lampą.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 gru 2015

BLOGMAS #6 | Sugared Apple

Wyobraźcie sobie jak pachnie pieczone jabłko, z miodem, orzechami i dużą ilością słodkiej wanilii. Coś świta? Ja taki zapach uwielbiam, tak samo jak niesamowicie lubię aromat świeżo upieczonej szarlotki roznoszący się po mieszkaniu. Nic więc dziwnego, że kolejna propozycja od Yankee Candle - wosk Sugared Apple tak bardzo przypadł mi do gustu.


Producent za dużo nam nie podpowiada opisując zapach:

Wosk z aromatycznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: jabłka, cukier oraz wanilia.

...ale i tak jest to kwintesencja tego aromatu. Po zapaleniu czuć przede wszystkim jabłko - bardzo słodkie, "ciepłe". Oprószone dużą ilością cukru z lekką dawką wanilii. Ja tu po prostu czuję szarlotkę, gorące jabłka wymieszane z cukrem waniliowym i podane z waniliowymi lodami. Jest to zapach bardzo słodki, otulający, dość mocny, ale nie powodujący migreny. Cudownie rozgrzewa pomieszczenie, przy całej swojej słodkości jest wyjątkowo soczysty i rześki. Fantastyczna propozycja na zimowe wieczory, choć ja równie chętnie będę do niego wracać i w pozostały czas w roku. 



Ps. Od jutra w Biedronkach ponownie będzie można kupić cotton ballsy! Ofertę możecie zobaczyć tutaj - KLIK!


Pozdrawiam mikołajkowo,
Panna Joanna
5 gru 2015

BLOGMAS #5 | Let it snow!

Dzisiaj będzie post bardzo obrazkowy, ponieważ z racji soboty dopadło mnie tzw. weekendowe mymłoństwo i dosłownie wgryzam się zębami w kanapę. Ogarnęliśmy z grubsza porządek w mieszkanku, a mnie w końcu udało się ubrać w ramki świąteczne plakaty projektu mypinkplum. Niesamowicie uzdolniona Magda już drugi rok z rzędy przygotowała kilka projektów, a ja spędziłam ostatnio pół dnia na wybieraniu tych, które ozdobią nasze mieszkanie. W końcu zdecydowałam się na jeden plakat z tegorocznej edycji (KLIK!) oraz dwa zeszłoroczne (KLIK!), które również fantastycznie komponują się z wystrojem. Mikołaj zawisł w kuchni, czarno-białe "Let it snow" stoi na regale w salonie, a biało-złote "Pada śnieg" ozdobiło nocną szafkę w sypialni. Jest pięknie!




Powoli szykuję się też już do świątecznego szaleństwa kulinarnego. Wczoraj Osobisty uszczęśliwił mnie kolejną kucharską książką do kolekcji, tym razem Doroty Świątkowskiej, autorki bloga "Moje wypieki". Nie muszę chyba pisać, który dział studiowałam dzisiaj najpilniej?:)



Pozdrawiam,
Panna Joanna 
4 gru 2015

BLOGMAS #4 | Royal Manicure

Pamiętam, że miałam kiedyś piękny czerwony lakier z China Glaze. Był to bodajże Ruby Pumps i był to najprawdopodobniej najpiękniejszy lakier, jakie moje paznokcie miały okazję nosić. Ciemnoczerwona baza, jakby lekko żelowa, a w niej zatopione mnóstwo czerwonych i bordowych maleńkich drobinek. Uwielbiałam, zużyłam do ostatniej kropli i...zapomniałam. Przypomniałam sobie o nim robiąc zdjęcia do dzisiejszej notki. Bo lakier, który dzisiaj chcę Wam pokazać jest w pewnym stopniu podobny. To również ciemna czerwień z milionem drobinek, choć tu, obok czerwonych i bordowych drobinek znajdą się też złotawe. Te ostatnie widoczne są mocno w buteleczce, natomiast na paznokciach tracą na intensywności choć wciąż idzie się ich dopatrzeć. 
Sam lakier ma wykończenie piaskowe. Ja za takim nie przepadam, zwyczajnie mi ono przeszkadza, a i na moich paznokciach jest to taki typ struktury, który trzyma się rekordowo krótko. Ale znalazłam na niego sposób i dzięki temu mogę zaprezentować Wam zupełnie inne jego oblicze.



Po lakier sięgnęłam w drogerii już jakiś czas temu. Szukałam czegoś, co przyda mi się na zimę i święta, bo po czystkach w lakierach skończyłam z praktycznie samymi pastelami i pojedynczymi ciemnymi szarościami. Mój wzrok bardzo szybko przykuła buteleczka lakieru Wibo - te złoto-czerwone drobinki było widać już z daleka. Dopiero w domu zorientowałam się, że jest to lakier piaskowy (typowy dla mnie brak ogarnięcia ;)), ale postanowiłam dać mu szansę. Jak już wspomniałam, wykończenie piaskowe u mnie nie zdaje egzaminu, więc pomalowałam paznokcie lakierem i stwierdziłam, że położę na niego...top hybrydowy. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Lakier nabrał nieziemskiego błysku, dopiero pod błyszczącym wykończeniem było widać całą jego moc. Co najciekawsze - trwałość poprawiła się znacząco, bo dzisiaj prezentowany Wam manicure noszę od soboty, a poza delikatnym odrostem nie widać żadnego uszczerbku. Jestem zachwycona i na pewno częściej będę stosować taki sposób w przypadku innych lakierów, które chciałabym nabłyszczyć czy nieco przedłużyć ich kiepską "z natury" trwałość! Poniżej kilka zdjęć na paznokciach. Wszystkie robione z pierścieniówką, bo dopiero przy niej udało się uchwycić drobinki; te jaśniejsze z dodatkową lampą.





Pozdrawiam,
Panna Joanna
3 gru 2015

BLOGMAS #3 | Stay Gold!

Wczoraj było o czerwieni to dziś dla odmiany będzie o złocie. Jako akcent na paznokciach, na powiekach czy jako delikatny błysk na policzkach będzie świetnym uzupełnieniem świątecznego czy zimowego looku. Ja złoto uwielbiam, nic więc dziwnego, że na widok rozświetlacza z nowej serii marki Pupa Stay Gold zaświeciły mi się oczy. Przepiękna faktura kosmetyku, bardzo mocny, wyrazisty błyszczący kolor w opakowaniu, a na policzku lekka poświata i bardzo subtelny błysk. Cudowny kosmetyk w świetnym, eleganckim opakowaniu i wspaniale wyglądający na skórze. 





Jak pierwszy raz wzięłam ten rozświetlacz do ręki to nieco przeraził mnie jego mocny, złoty kolor. Byłam przekonana, że kosmetyk będzie dawać efekt "kleopatry". Jak na rozświetlacz wydawał mi się też nieco ciemny. Jednak takie wrażenie daje jedynie w opakowaniu, na skórze zachowuje się zupełnie inaczej. Ja nakładam go na kości policzkowe za pomocą pędzla typu "skunsk" i taki rodzaj aplikacji gwarantuje delikatny efekt złotawej (nie złotej!) mgiełki. Bardzo dobrze komponuje się z bronzerem i różem w odcieniu brzoskwiniowym. Mam jeden róż w takim herbacianym kolorze i w towarzystwie tego rozświetlacza skóra wygląda bardzo świeżo, promiennie, a rozświetlacz ładnie odbija światło. Zdarza mi się też nakładać ten rozświetlacz na powieki - puchatym pędzlem na cała ruchomą powiekę i uzyskuję wtedy efekt "mokrej" powieki, lekko błyszczącej i świetnie podkreślający niebieską tęczówkę. Wykończenie to typowa tafla, nie znajdziemy tu grama drobinki. Ja na swojej skórze najbardziej lubię właśnie takie wykończenie - sprawia, że skóra nie wygląda na taką suchą jaka naprawdę jest. 
Opakowanie jak już wspomniałam na początku jest bardzo efektowne - czarno-złote, z lusterkiem, dość ciężkie, zamykane na klik. Wygląda wyjątkowo elegancko i wygląda zwyczajnie ładnie. 
Trwałości nie mogę się przyczepić - kosmetyk nałożony rano utrzymuje się przez cały dzień.
Podsumowując - bardzo dobry kosmetyk, który świetnie wpisuje się w świąteczną aurę i będzie stanowić u mnie nieodłączny element świątecznego czy sylwestrowego makijażu. 



Pozdrawiam,
Panna Joanna
2 gru 2015

BLOGMAS #2 | Tease, czyli czerwień w roli głównej

Jeśli pomyślę o świątecznym makijażu, pierwsze co przychodzi mi na myśl to złoto, delikatne beże i brązy w towarzystwie klasycznych czerwonych ust. I najlepiej czerwonych czy bordowych paznokci. Sama czerwienie na ustach uwielbiam, złoto i naturalne odcienie uwielbiam jeszcze bardziej, na paznokcie najchętniej kładę czerwony lakier z drobinkami, więc okres okołoświąteczny to kwintesencja moich makijażowych upodobań. Główny problem polega na tym, że czasem bardzo ciężko jest znaleźć ten "swój" czerwony kolor, taki, który sprawi, że będziemy wyglądać promiennie, który optycznie wybieli nasze zęby i nie będzie się gryźć z naszą karnacją. 
Ja sama znalazłam już kilka szminek, po które śmiałam sięgam, gdy mam ochotę na czerwone usta, ale dla tych z Was, które ciągle szukają, fajnym pomocnikiem będzie paletka do ust Sleeka w wersji Tease.



Początkowo podchodziłam do niej trochę jak pies do jeża, jednak pierwsze użycie szybko rozwiało moje obawy. Mamy tu cztery kolory - dwa odcienie czerwieni i dwa odcienie różu. Wszystkie mają kompletnie różne konsystencje, ale i tak wyjątkowo bezproblemowo się je łączy. Czerwienie są bardziej śliskie, masełkowate, na ustach dają lekko błyszczące, mokre wykończenie. Róże z kolei są nieco bardziej zbite, twardsze, na ustach są kremowe, ale już bez tego "mokrego błysku". Mam tu swoich dwóch wyraźnych faworytów, ale o tym później.


Jak widać na powyższym obrazku, najbardziej eksploatowany od samego początku jest odcień Paris. To piękny, malinowy, dość ciemny róż. Po resztę sięgnęłam grzecznie dopiero po zrobieniu zdjęć :). Z tych czterech kolorów mnie najbardziej pasuje właśnie Paris oraz Show off. Paris świetnie wygląda w dziennym makijażu, to taki odcień w stylu "my lips but better", czyli niby widoczny, ale nie do końca, sprawiający, że usta choć podkreślone nie wysuwają się na pierwszy plan i stanowią dobre tło dla oczu. Świetnie grają mi z nim i brązy na oku i fiolety i szarości, wygląda dobrze też przy zwykłej czarnej kresce. Konsystencja jest dość tępawa, dlatego najlepiej nabrać go twardszym pędzelkiem do ust. Na samych ustach rozprowadza się za to bardzo łatwo, ma mocną pigmentację, więc wystarczy odrobina aby dokładnie pokryć usta. Trwałość z racji takiej, a nie innej konsystencji jest bardzo dobra - szminka przetrwa i picie i jedzenie, także prawdopodobnie będzie to mój pewniak na wigilijny wieczór. 
Show off to z kolei mocna czerwień, ciemna, zahaczająca wręcz o bordo. Próbowałam stwierdzić czy widzę w niej jakieś brązowe nuty, ale naprawdę nie wiem. To taki typowy winny kolor, ciężki do opisania, ale bardzo efektowny na ustach. Najlepiej współgra na mnie z lekkim, najlepiej matowym makijażem w odcieniach beżu i brązów, lub przy klasycznej kresce. Szminka jest śliska, masełkowata, więc trzeba ostrożnie podejść do aplikacji - przyda się precyzyjny pędzelek. Pigmentacja na szczęście jest wysoka, a produkt dość mocno przyczepia się do ust, dzięki czemu nie musimy się obawiać, że szminka będzie migrować poza usta. 
Spotlight i Diva również są ładne, jednak nie tak dobrze "skrojone" na mnie jak Show off i Paris. Spotlight to taki rozbielony koral, dość jaskrawy, przez co jak dla mnie średnio trafiony na tę porę roku, za to latem na pewno będzie hitem. Świetnie sprawdza się za to do ocieplania chłodnego Paris. Oba mają podobną konsystencję, więc świetnie się ze sobą łączą. Diva jest równie masełkowata jak Show off, a że jest klasyczną czerwienią, fajnie rozjaśni nam bardzo ciemny odcień Show offa. 


Podsumowując - cztery odcienie, wszystkie o naprawdę wysokiej pigmentacji i jeszcze lepszej trwałości. Stanowią zgrany zespół, a dla osób, które lubią czerwienie i ciemne róże będą świetną bazą do makijażu ust. Ja jestem na tak!

O trwałych pomadkach na świąteczne pałaszowanie pyszności pojawi się jeszcze jeden post - małą zapowiedź możecie dojrzeć na powyższym swatchu.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 gru 2015

BLOGMAS #1 | Cosy by the fire

Jedni mają kalendarze adwentowe i skrupulatnie zjadają jedną czekoladkę dziennie, a że u nas czekolada nie poleży (a co dopiero prawie miesiąc), postanowiłam, że ja sobie czas oczekiwania na święta umilę nieco inaczej. Narobiłam całe mnóstwo zdjęć i zamierzam wykorzystać je w grudniowych postach. Będzie bardzo świątecznie, zimowo, kosmetycznie. Będą i zapachy, które kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem, będą dekoracje, świąteczne makijaże i inne tego typu przyjemności, które mam nadzieję sprawią, iż ten okres przedświąteczny upłynie mi fajnie, szybko i bezboleśnie :). Będą kolory - kolory zimy i kolory świąt - biel, czerwień, złoto, zieleń. Będą przepisy - o ile uda mi się opanować sztukę robienia zdjęć kulinarnych poczyna. Do tej pory ponosiłam sromotną klęskę, ale teraz będę miała motywację. Rozpoczynamy BLOGMAS!


Pierwszy dzień blogmasowych wpisów chciałabym zacząć od czegoś pachnącego. Zamówiłam ostatnio parę typowo zimowo-świątecznych wosków i kilka z nich wyjątkowo wpadło mi w nos. Co ciekawe zamówiłam woski kierując się głównie nazwami i krótkimi opisami, które znalazłam na sklepie, nie zwracałam kompletnie uwagi na kolory samych wosków, a po odpakowaniu okazało się, że połowa wosków jest biała, a druga połowa czerwona. Kolorystyka okazała się iście świąteczna, same zapachy również. Ciężko było mi wybrać, który jako pierwszy pójdzie do kominka, ale po krótkiej pracy umysłowej wybrałam Cosy by the fire i już żałuję, że nie wzięłam zapobiegawczo dwóch czy trzech sztuk na zapas.


Ciężko mi opisać jego zapach, bo ten jest po prostu...nie do opisania (ależ robię sobie pod górę!). Jest bardzo rozgrzewający, ciepły, czuć tu delikatną nutę pomarańczy nadzianych goździkami, ja wyczuwam też zapach grzańca i pokrytego żywicą drewna. Na sucho jest dość intensywny, za to po odpaleniu pachnie raczej delikatnie, choć wyczuwalnie i wyraziście. Z łatwością mogę się poczuć jak przy kominku z trzaskającym wesoło drewnem i kubkiem grzanego wina w ręce. Jest to zapach bardzo otulający pomieszczenie, ale nie powodujący bólu głowy i taki, który nie przytłacza. Pachnie sobie w tle i niesamowicie uprzyjemnia nam wieczór. Odpalam go na kilka godzin, bo wraz z upływem czasu jego aromat pięknie się rozwija. W pomieszczeniu utrzymuje się również drugiego dnia, ale jest to raczej delikatna poświata zapachu, aniżeli mocny aromat wrzynający się w nozdrza zaraz po otwarciu drzwi. 

Na pewno często będę go odpalać podczas wieczorów, kiedy razem z kubkiem gorącej czekolady zakopię się na kanapie. A jeśli trafi akurat na piątkowy wieczór, to czekoladę zamienię na grzańca.


Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 lis 2015

Pielęgnacja skóry suchej

Przez ostatnie miesiące dosyć mocno eksperymentowałam z pielęgnacją swojej cery. Moja skóra bywa kapryśna i choć wydawać by się mogło, że cera niedotknięta problemami trądzikowymi, bez skłonności do przetłuszczania się nie jest specjalnie trudna "w obsłudze", to niejednokrotnie przekonałam się, że jest dokładnie odwrotnie. Największe problemy zawsze sprawia mi w okresie jesienno-zimowym. Skóra wtedy "męczy" się ogrzewaniem, zmianą temperatur, nierzadko jest szara, zmęczona, łuszczy się. Przez ostatnie tygodnie/miesiące wypróbowałam kilka nowych dla mnie pozycji kosmetycznych i na dzień dzisiejszy mam zadowalający zestaw kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Udaje mi się utrzymywać skórę w niezłej formie - wygląda na tyle dobrze, że na chwilę obecną zrezygnowałam z używania na co dzień podkładu.


O kosmetykach Sylveco dużo dobrego już czytałam, miałam ochotę coś wypróbować na własnej skórze. Zdecydowałam się na Lekki krem nagietkowy i był to strzał w dziesiątkę. Skóra się bardzo polubiła z tym kremem - jest miękka, nawilżona, bardzo fajnie "budzi się" rano pod tym kremem. Miałam ostatnio sporo problemów z zaczerwieniami na twarzy (zwłaszcza rano), a po użyciu tego kremu odczuwam bardzo duży komfort i czuję, że skóra jest uspokojona. Jest to obecnie mój ulubiony krem na dzień, choć dużo bym dała, żeby miał troszkę bardziej przyjemny zapach, bo ten jest dość specyficzny - mocno ziołowy, mój nos średnio za nim przepada, ale fantastyczne działanie dobrze rekompensuje mi jego smrodek. Duży plus za lekkie, plastikowe opakowanie z higieniczną pompką i ładny, nieprzekombinowany skład. 
INCI: Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycine Soja Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Betulin, Tocopheryl Acetate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Allantoin, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid, Calendula Officinalis Flower Extract, Saponaria Officinalis Root Extract, Lupeol, Oleanolic Acid, Betulinic Acid.


Jako, że na co dzień staram się używam wysokiego filtra (choć bez bicia przyznam, że zdarzało mi się zapomnieć, zwłaszcza jak w perspektywie dnia miałam tylko osiem godzin w biurze), a teraz dodatkowo bardziej zwracam to uwagę, ponieważ stosuję kurację kwasem, muszę mieć w kosmetyczce sprawdzony krem SPF 50. Używam zamiennie filtra z Pharmaceris i Ziaji i to Ziaja jest moim faworytem. Poza wysoką ochroną zapewnia też delikatne krycie (mam wersję tonującą), szybko się wchłania, łatwo rozprowadza się na skórze i nie zostawia lepkiej czy tłustej warstwy. Odcień naturalny dobrze stapia się z moją skórą, a lekkie krycie w zupełności w obecnej chwili jest w stanie zastąpić mi podkład. 
INCI: Aqua, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate (Uvinul A Plus), Ethylhexyl Methoxycinnamate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Polymethyl Methacrylate (Tinosorb S), C12-15, Alkyl Benzoate, Cyclomethicone, Glycerin, Triethylhexanoin, Dimethicone, Potassium Cetyl Phosphate, Titanium Dioxide, Ethylhexyl Triazone, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Hydrogenated Dimer Dilinoleyl/Dimethylcarbonate Copolymer, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum, Carbomer, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Ethylparaben, Parfum, Citronellol, Limonene, CI 77492, Silica, CI 77491, CI 77499.


Na noc szczególnie upodobałam sobie duet z Go Cranberry - Instensywnie nawilżające serum przeciwzmarszczkowe i Odżywczo-wygładzający krem pod oczy. Serum ma bardzo lekką, dość rzadką konsystencję i błyskawicznie się wchłania. Zostawia skórę miękką, gładką, nawilżoną. Jestem bardzo zaskoczona, że tak lekki kosmetyk potrafi tak przyjemnie nawilżyć skórę. Skóra wydaje się jędrniejsza, jaśniejsza. Moja skóra ma to do siebie, że po demakijażu wymaga dość delikatnego potraktowania i to serum świetnie wpisuje się w właśnie takie potrzeby. Koi skórę i świetnie współpracuje z pozostałymi kosmetykami, które stosuję wieczorem. Pachnie delikatnie i bardzo naturalnie. Podobnie jak przy kremie Sylveco, plus za opakowanie z pompką. 
INCI: Aqua, Glycerin, Squalane, Pentylene Glycol, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Ceramides, Collagen Amino Acids, Sodium Hayaluronate, Vaccinium Macrocarpon Fruit Extract, Sucrose Cocoate, PEG-100 Stearate, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Decylene Glycol, Parfum.
Krem pod oczy ma dużo bardziej bogatą formułę - jest gęstszy niż serum, bardzo kremowy i cudownie nawilża okolice oczu. Zawiera składnik, który moja skóra (zwłaszcza pod oczami) bardzo lubi - skwalan. Nie spowodował żadnego podrażnienia czy łzawienia oczy. Skład, tak jak w przypadku serum, przyzwoity. Opakowanie z pompką, spora pojemność. 
INCI: Aqua, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Squalane, Pentylene Glycol, Prunus Armeniaca (Kernel Oil), Sorbitan Stearate, Glycerin, Glyceryl Stearate, Caprylic / Capric Triglyceride, Sucrose Cocoate, Sodium Hyaluronate, Vaccinium Macrocarpon Fruit Extract, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Panthenol, PEG-100 Stearate, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Decylene Glycol, Parfum.


Powyżej możecie zobaczyć moje "wspomagacze" codziennej pielęgnacji. Jest tu serum z witaminą C z Avy - nakładam pod krem na dzień, dosłownie kilka kropel. Wierzę w jego długofalowe działanie i wpływ witaminy C na skórę. Efektów widocznych zaraz pod zastosowaniu jako tako nie widzę - serum jest bardzo rzadkie, wodniste, więc też błyskawicznie wsiąka w skórę. Niemniej jednak - liczę, że sprawdzi się jako profilaktyka przeciwstarzeniowa. 
INCI: Aqua, Sodium Ascorbyl Phosphate, Glycerin, Malpighia Glabra Extract, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Carbomer.

Kapsułkami z Rival de Loop wspomagam serum na noc. Używam złotych (anti-age) i czerwonych (pod oczy). Oba rodzaje mają bardzo bogatą konsystencję, są dość tłuste, ale i tak stosunkowo szybko się wchłaniają. Złote kapsułki bardzo mocno nawilżają, zmiękczają skórę. Odkąd ich używam, mam dużo mniej problemów z łuszczeniem się skóry.
INCI: Simmondsia Chinensis Seed Oil, Octyldodecanol, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Trilinolein, Parfum, Triolein, Tripalmitin, Trilinolenin, Tristearin, Lecithin, Ascorbyl Palmitate, Glyceryl Stereate, Tocopherol, Glyceryl Oleate, Citric Acid. 

Kapsułki pod oczy stosuję co trzy/cztery dni. Najczęściej wspomagam się nimi, kiedy mam "zmęczone" oczy, napiętą skórę. Przynoszą sporą ulgę. To moim zdaniem fajny dodatek do kremu. 
INCI: Dimethicone, Dicaprylyl Ether, Hydrogenated Polyisobutene, Trisiloxane, Isohexadecane, Glycine Soja Oil, Squalane, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Bisabolol, Fucus Vesiculosus extract, Retinyl Palmitate, Tocopherol, Panax Ginseng Root Extract, Vaccinium Myrtillus Fruit Extract, Caprylic/Capric Triglyceride.


Na ostatnim miejscu coś, do czego przymierzałam się bardzo długo, ale w końcu spróbowałam i żałuję, że dopiero teraz. Kwas glikolowy! Początkowo używałam toniku 10%, teraz co 7-10 dni robię peeling stężeniem 50%. Efekty są naprawdę świetne - widzę, że zmarszczki, które gdzieś tam się pojawiły zrobiły się nieco płytsze, pory są oczyszczone, skóra jest dużo jaśniejsza, przebarwienia znacznie się zmniejszyły. Jestem oczarowana. 

Do tego wszystkiego oczywiście dochodzi demakijaż (płyn micelarny z Garniera), szczoteczka soniczna i delikatny żel do mycia twarzy (obecnie Lirene). Jedyne czego szukam na chwilę obecną to dobra maseczka do twarzy, która uzupełni moją obecną pielęgnację i będę spełniona :).

Jeśli również jesteście posiadaczkami suchej skóry, to koniecznie dajcie znać jak Wy pielęgnujecie swoją skórę. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...