WoleProstoHeader

29 gru 2012

Lakierowo - subtelne

Ostatnio mam manię na jasne lakiery - nude, pastelowe róże, błękity. Ten mani pochodzi sprzed kilku - kilkunastu dni, miałam wtedy jeszcze długie paznokcie, po czym złamały mi się oba kciuki i teraz jestem na etapie "o mój boże, moje palce są takie krótkie i grube". Nie lubię tego.
Tak samo nie lubię malowania wymyślnych wzorków, mam do tego dwie lewe, średnio sprawne ręce, a, że czasem człowiek musi, bo go najdzie na coś bardziej skomplikowanego to...trzeba sobie jakoś radzić. Miałam chętkę na czarne serduszka na jasnym tle, ale wszystkie próby stworzenia czegoś, co kształtem nie przypomina plamy spełzły na niczym, więc wróciłam do tego co wychodzi mi najlepiej - do kropek. A, że potrzeba matką wynalazków, stwierdziłam, że przecież kropki, które są banalne w wykonaniu, można poukładać w dowolne kształty. Nawet takie w miarę regularne. Ot, Aśka odkryła Amerykę. 

Tymczasem, moje króciutkie i pomalowane na smutny granat paznokcie cicho zapłakały i wróciły do wystukiwania na klawiaturze pracy inżynierskiej. Znacie określenie "jak krew z nosa"? Ja aż za dobrze.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 gru 2012

Makijażowo - Sleek Pout Paint "Milkshake"

Jak tam po świątecznej labie? Wypoczęte, najedzone? A może nadal korzystacie z wolnego? Jeśli tak, to ja Wam strasznie zazdroszczę, bo choć na uczelni mam już teoretycznie wolne, to zdałam sobie sprawę, że zostały mi równe dwa tygodnie do terminu składania gotowych projektów inżynierskich, a to oznacza, że chcąc nie chcąc - muszę się sprężyć i skończyć pisać to cholerstwo. Nie muszę chyba wspominać jak przy tym cierpię?:P

W związku z tym, że czasu mało, a roboty dużo, dzisiejsza recenzja będzie szybka i treściwa. Farbkę do ust Sleeka mam już dość długo, po pierwszym użyciu nie do końca byłam z niej zadowolona, ale jak w końcu udało mi się nauczyć prawidłowej aplikacji tego produktu, sięgam po nią zadziwiająco często.
Wybrany przeze mnie odcień to 162 Milkshake i mimo, iż wybierałam go w ciemno, kierując się tylko swatchami znalezionymi w internecie, to lepiej chyba nie mogłam trafić. Kolor jest intensywny, cukierkowo różowy, bezdrobinkowy i na ustach, jeśli nie przedobrzymy z ilością, wygląda naprawdę pięknie. Sama farbka ma postać dość gęstego, kleistego błyszczyku. Jest bardzo mocno napigmentowana, więc minimalna ilość wyciśnięta z tubki wystarcza na pokrycie ust. Zarówno z ilością produktu, jak i aplikacją trzeba postępować bardzo ostrożnie - najnaturalniej farbka wygląda, jeśli delikatnie wklepiemy ją w usta, odciśniemy w chusteczkę i pokryjemy np. bezbarwnym błyszczykiem czy balsamem do ust (aby wyrównać powierzchnię). Można próbować aplikacji pędzelkiem, jednak wtedy intensywność na pewno będzie nieco większa. Ja pozostaję przy pierwszym sposobie. Aplikator w tubce jest wygodny, sama tubka jest miękka, więc łatwo dozować ilość wydobywanego produktu, jednak zdecydowanie lepiej wycisnąć odrobinę na palec, niż bezpośrednio z aplikatora nakładać farbkę na usta. Bardzo podoba mi się zapach tego cudaka - cytrusowy, chyba najmocniej czuć w nim cytrynę, jest taki lekko słodki, cukierkowy. Zdecydowaną zaletą Pout Painta jest jego trwałość - jest to jeden z najbardziej trwałych kosmetyków do ust, jakie było mi dane używać. Nie spodziewałam się cudów, głównie ze względu na błyszczykową konsystencję, jednak miło mnie zaskoczyło, że farbka mocno trzyma się ust, schodzi równomiernie i to dopiero po kilku godzinach. Warto kontrolować czy coś się nie zrolowało, bo choć rzadko, to jednak może się to zdarzyć, zwłaszcza gdy jemy, pijemy lub za dużo mówimy. Nie odnotowałam wysuszenia ust, choć dobrze jest zadbać o ich odpowiednie nawilżenie, ponieważ farbka lubi czasem podkreślić suche, odstające skórki czy bruzdy. Tubka ma pojemność 8 ml (ja mam wersję testerową) i taka ilość, przy niesamowitej wydajności tego produktu, starczy na bardzo długo. Koszt to 24 złote. Z tego co widziałam, kolorów jest dużo, największą popularnością cieszą się opisywany przeze mnie Milkshake, Peachy Keen, Pin up czy Rosette, mi bardzo podoba się jeszcze Minx. W ofercie znajdziemy też kolor niebieski, który teoretycznie służy do przyciemniania pozostałych odcieni i kolor biały do rozjaśniania. 
Mam kilka zdjęć jak farbka wygląda na ustach (nie cierpię robić zdjęć swoim ustom ;)) - na pierwszym kolażu nałożyłam na "gołe" usta jedną warstwę farbki, na drugim wklepałam jeszcze jedną dla mocniejszego efektu, nie nakładałam błyszczyka, choć z reguły tak robię.
 jedna warstwa
dwie warstwy

Zwróćcie uwagę na to, że kolor zupełnie inaczej się prezentuje przy jednej warstwie, a inaczej przy dwóch, zdjęcia robione były jedne po drugich, w tym samym oświetleniu i przy tych samych ustawieniach aparatu. W drugim przypadku wychodzą takie lekko brzoskwiniowe/łososiowe nuty, odcień jest bardziej landrynkowy, pierwsza wersja wygląda dużo naturalniej. 
Podsumowując - obecnie jedno z moich ulubionych mazideł do ust. Bałam się trochę jak ten kolor (bądź co bądź - intensywny) będzie się prezentować przy mojej jasnej skórze, ale efekt jest bardzo przyjemny. Odradzałabym go dziewczynom o ciemnej karnacji, ponieważ może się za bardzo "odcinać", przy tym kolorze trzeba jednak uważać. 
Farbki Sleeka można kupić na stronie cocolita.pl 



Pozdrawiam  i wracam do pisania pracy (<waligłowąwścianę>),
Panna Joanna
24 gru 2012

Świątecznie

Z okazji nadchodzących świąt chciałabym życzyć Wam aby przebiegły one w przyjemnej, radosnej atmosferze, wśród bliskich Wam osób. Z racji tego, że czytelnikami tego bloga są głównie kobiety, dla Was mam jeszcze jedno życzenie - aby świąteczne obżarstwo poszło nam wszystkim w cycki :)



Piesek nie dał się w tym roku odziać w czapę, więc z racji  tej strasznej niesubordynacji - odgrzewany kotlet z zeszłego roku :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 gru 2012

Lakierowo - sylwestrowe

Czyli coś na szybciora (póki świat się jeszcze nie skończył). Bazą jest lakier Virtuala Hazelnut (jakże podobny do nieodżałowanego Zulu!), na niewyschnięty jeszcze lakier "pokapałam" sobie srebrnym brokatem, po czym nabierając tenże brokat na palec, delikatnie wciskałam go przy brzegu wolnym paznokcia, tak aby tam była największa koncentracja świecidełek. Nie chcecie wiedzieć jak wyglądały moje ręce, moje biurko (i ogólnie ja :P) po tej zabawie. Ale nie żałuję, efekt cieszy oczy. Na całość oczywiście położyłam top coat. Ze względu na błysk, taki mani fajnie będzie wyglądać przy jakiejś stonowanej sylwestrowej kreacji. 
 
Przed świętami jeszcze na pewno tutaj wpadnę, więc póki co wstrzymuję się z życzeniami :)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 gru 2012

DZS Po 10 i po 11

Czyli finisz psze Państwa. Zostały mi ostatnie dwa punkty Dekalogu Zdrowej Skóry, dość krótkie, więc postanowiłam je połączyć, zwłaszcza, że punkt 11 jest moją własną inicjatywą. 
Punkt 10 to "Dbaj o skórę głowy"i bohaterem tegoż przykazania będzie ELESTABion R - Szampon regeneracyjny, włosy suche, włosy zniszczone. Z szamponem się polubiłam, więc za chwilę go słusznie pochwalę, ale najpierw zerknijmy co o pielęgnacji skóry głowy pisze ekspert:

"Okresowo stosuj profilaktykę przeciwłupieżową. Zaniedbania w pielęgnacji włosów mogą prowadzić do pogorszenia stanu skóry głowy i konieczności leczenia farmakologicznego.
Jeśli włosy szybko się przetłuszczają, powinniśmy codziennie stosować łagodne szampony (co nie jest równoznaczne z szamponami dla dzieci!) przeznaczone do częstego stosowania, które nie tylko myją włosy i skórę głowy, ale również ją nawilżają. Tego typu szampony pomagają zachować fizjologiczne, lekko kwaśne pH skóry, ale nie zniszczą jej naturalnego płaszcza lipidowego. Zbyt agresywne, nieodpowiednio dobrane preparaty mogą spowodować przesuszenie skóry głowy, które może skutkować świądem i łupieżem suchym. To mit, że częste mycie głowy jeszcze bardziej nasila łojotok. Stan skóry głowy zależy nie od tego jak często ją myjemy, a od tego czym ją myjemy – mówi dr Henryka Dąbrowska."

Moja skóra głowy bywa kapryśna, choć szczęśliwie omija mnie problem łupieżu. Moją zmorą jest fakt, że włosy szybko przetłuszczają mi się przy głowie i jednocześnie są suche mniej więcej od połowy długości. Największy problem sprawia mi jednoczesne porządne oczyszczenie skóry głowy, nie przesuszając przy tym reszty włosów. Nie jestem w stanie całkowicie zrezygnować z szamponów z slsami, ponieważ mam wrażenie, że te łagodniejsze nie są w stanie dobrze oczyścić skóry głowy. Stosuję więc obecnie system - 3 dni z łagodnym szamponem, czwartego dnia coś bardziej oczyszczającego (włosy myję codziennie). Jak w moje wymagania wpisał się szampon Flosleku?


Szampon z serii ELESTABion stosowałam przez jakieś 2-3 tygodnie, ponieważ na tyle mi wystarczył. Przy moich długich włosach niestety nie odznaczył się jakąś specjalną wydajnością, ale przywykłam do tego, że szampony schodzą u mnie jak woda. Niemniej jest to pewna wada tego produktu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę cenę (około 20 zł). Poza tym widzę już same plusy. Szampon się dobrze pieni, dobrze oczyszcza, nie powodując jednocześnie przesuszenia włosów. Mam wrażenie, że nieco zmniejszył przetłuszczanie się włosów. Podrażnienie skóry głowy też mi się często zdarza, a ten szampon świetnie sobie z takim problemem radził, skóra głowy była "uspokojona". Same włosy po myciu były miękkie, nieco splątane, ale w do opanowania. Ładnie błyszczały i były jakby odbite od głowy (nie było efektu spaniela). Opakowanie jest wygodne, choć plastikowa butla zamykana na zatrzask, mogłaby być nieco bardziej  miękka. Szampon łatwo dozować, ma dość gęstą konsystencję, więc przed nałożeniem go na głowę rozcieńczałam go odrobinę wodą. 
Podsumowując - chętnie bym do niego wróciła, bo używało mi się go naprawdę przyjemnie, jednak wydatek około 40 złotych miesięcznie na szampon to dla mnie nieco za dużo, wolę tańsze alternatywy. Pojemność opakowania to 150 ml.

Po 11 - Dbaj o usta
Tu nie będzie opinii ekspertów, ponieważ limit 10 przykazań się już wyczerpał, więc chciałabym dołożyć jeszcze jeden, własny punkt - nawilżanie ust. Jest to istotne zwłaszcza teraz, zimą, gdy nasze usta narażone są na mróz, wiatr i inne czynniki, które przyczyniać mogą się do pierzchnięcia skóry ust. Warto przed wyjściem z domu nałożyć na usta coś natłuszczającego, co ochroni je nieco przed negatywnym wpływem czynników atmosferycznych.

Kiedyś chętnie sięgałam po wszelkie pomadki w sztyftach, jednak ostatnio miałam okazję wypróbowania waniliowej wazeliny Flosleku i przepadłam. Tak jak za zapachem wanilii w kosmetykach nie przepadam, tak tu jest ona tak smakowita, że używam tego mazidła z dużą przyjemnością. Być może pod względem właściwości pielęgnacyjnych nie wyróżnia się ona wśród innych kosmetyków tego typu natomiast jej aromat sprawia, że sięgam po nią często, co przekłada się na zminimalizowanie problemów z ustami. Są miękkie, gładkie, nie pękają i przyjemnie błyszczą spod natłuszczającej warstwy. Lubię to :) Ciekawa jestem innych wersji zapachowych, jak wykończę moją wanilię, chętnie sięgnę np. po wariant poziomkowy czy różany.  
Co jeszcze możemy zrobić dla naszych ust? Pomocny bywa domowy peeling, np. przy użyciu cukru i miodu. Starajmy się też unikać matowych, "tępych" i wysuszających pomadek. 

Tym samym Dekalog Zdrowej Skóry dobiega końca :) Na pasku bocznym pozostaje odnośnik do głównego posta, w którym znajdziecie linki do wszystkich przykazań.

Pozdrawiam,

Panna Joanna
13 gru 2012

Makijażowo - zimowy makijaż z kosmetykomanią

Jakiś czas temu od sklepu kosmetykomania.pl otrzymałam kilka kosmetyków. Wszystkie były dla mnie nowościami, począwszy od kosmetyków do twarzy Sleeka, przez kosmetyki MeMeMe na firmie Technic kończąc. Dzisiaj udało mi się wykonać makijaż przy użyciu niemal wszystkich tych produktów - w związku z kolorystyką cieni MeMeMe makijaż wyszedł w klimacie zimowym.
Cienie to MeMeMe Eye Inspire Potrójny cień do powiek Smokey Eye, brązująco - rozświetlający pasiak to Sleek MakeUp Rozświetlacz Bronze Baby, róż to Sleek Makeup Róż do policzków Scandalous, tint to Technic Cheek Tint Pigment w płynie. Cieni użyłam wszystkich trzech, pasiak powędrował pod policzki, róż na policzki, a tint na usta. Nie chcę się tu rozpisywać na temat poszczególnych kosmetyków, ponieważ chcę poświęcić im osobne recenzje, ale tak w telegraficznym skrócie:
- cienie - dość dobra pigmentacja, są bardzo suche, satynowe, najlepiej wyglądają nałożone na bazę lub na mokro, mogą się trochę osypywać podczas nakładania (zwłaszcza najciemniejszy cień), na powiekach trzymają się przyzwoicie, nie rolują się ani nie migrują
- pasiak - ten z kolei jest miękki, jakby lekko "mokry", wystarczy odrobina by podkreślić policzki, pigmentacja jest mocna, wykończenie zdecydowanie złoto - połyskujące
- róż - moja różowa (właściwie czerwona :P) miłość, matowa, mega nasycona czerwień, pigmentacja mocna/bardzo mocna, nałożony bardzo oszczędnie daje efekt "policzków królewny Śnieżki", uwielbiam!
- tint - tego kosmetyku nie polubiłam jakoś szczególnie - nałożony na policzki jest bardzo słabo widoczny, nałożony na usta lubi podkreślać bruzdy; za to trwałości nie można mu odmówić, a i kolor jest całkiem przyjemny

Oprócz wyżej wymienionych kosmetyków, użyte zostały również: korektor Inglota (AMC, nr 64), podkład Pharmaceris (Ivory), puder fixujący z FM, kredka do brwi Basic (01) i tusz do rzęs Wibo (ten zielony). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna


10 gru 2012

"Czuję, że żyję" - konkursowo

Macie jakiś swój charakterystyczny, zapamiętany w czasach dzieciństwa smak? A może zapach? Kiedy ja próbuję sobie taki przypomnieć, przed oczami pojawiają mi się wszystkie "zimowe" smaki i zapachy. Dla mnie zima pachnie. Święta pachną. Jak byłam mała (do dzisiaj mi to zresztą zostało) miałam takiego nosa, że potrafiłam po samym zapachu powietrza wyczuć czy spadnie śnieg. Zima kojarzyła mi się też z zapachem żywej choinki, która kiedyś co roku stała w naszym domu, teraz ze względu na obecność psiaka na pocieszenie została mi mała i sztuczna. Ale zapach doskonale pamiętam. Nieodłącznym elementem tego czasu są też zapachy i smaki wszystkich tych smakołyków, którymi raczymy się w święta czy ramach rozgrzania - po prostu zimową porą. Pewnie większość z Was pomyślała teraz o różnego rodzaju słodkościach - piernikach czy czekoladowych mikołajach, a dla mnie z kolei od najmłodszych lat nieodłącznym artybutem zimy jest...czerwony barszcz. Zarówno smak jak i aromat tej zupy od zawsze kojarzą mi się ze świętami, grubym swetrem i śniegiem za oknem. I jakoś tak w innym czasie w roku smak tego dania nie jest taki sam. Dzieciństwo zimową porą spędzałam głównie na podwórku, na sankach czy budując iglo (nigdy mi się nie udało!), więc kolejne zapachowe wspomnienie wiąże się dla mnie z aromatem ogrzanego węglem domu, który uderzał w nos i policzki po powrocie z śniegowych szaleństw. Do dziś zresztą, gdy wracam do domu po całym dniu spędzonym na mrozie, mam wrażenie, że pora ściągać kombinezon i rękawiczku na sznurku ;) Właśnie zapach ciepłego domu przywołuje we mnie takie wspomnienie.


Jeśli Wy również macie szczególne zapachowo - smakowe wspomnienia czy to z dzieciństwa, czy z okresu świątecznego, a może związane z domem i jednocześnie macie pomysł jak zobrazować je na zdjęciu  - zachęcam do wzięcia udziału w konkursie. Konkurs "Czuję, że żyję" (KLIK) organizowany jest na łamach portalu gazeta.pl i składa się z trzech odsłon:
I odsłona "Smak i zapach dzieciństwa" - zgłoszenia do 12.12.
II odsłona "Smak i zapach domu" - zgłoszenia do 20.12
III odsłona "Smak i zapach Świąt" - zgłoszenia do 28.12

Nagrodami w konkursie jest 12 aparatów fotograficznych Nikon Coolpix S6300 - w każdej odsłonie nagrodzone zostaną 4 osoby. Dobrą wiadomością jest, że w każdym etapie można zgłaszać dowolną ilość zdjęć - ale zwyciężyć można tylko raz.

Do dzieła!:)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 gru 2012

DZS Po Dziewiąte: Walcz z przebarwieniami

Powinnam pisać teraz o punkcie 8 (Nie zapominaj o szyi i dekolcie), jednak kosmetyk, który testowałam w ramach tego przykazania został już przeze mnie opisany KLIK :)

Przechodzę więc do kolejnego przykazania z Dekalogu Zdrowej Skóry - tym razem zajmiemy się eliminacją przebarwień. Sama posiadam przebarwienia w ilości względnie niezbyt dużej, ale jednak są. Najgorszy problem mam z brodą i policzkami, na mojej jasnej cerze niestety widać każdą jedną plamkę. Do tego latem jak dochodzi jeszcze wysyp piegów, to wyglądam jak cętkowane stworzonko ;) Uczciwie mówiąc - niespecjalnie z tym walczę, swoje piegi polubiłam, a tych kilku czerwonych plamek chyba i tak się do końca nie pozbędę. Niemniej jednak - próbowałam.
Tradycyjnie zaczniemy od tego co pisze ekspert:

"Przebarwieniom słonecznym i potrądzikowym należy zapobiegać stosując kremy z wysokimi filtrami UV. Odpowiednie kremy wybielające pomogą poradzić sobie z już istniejącymi przebarwieniami.
Dr Henryka Dąbrowska podpowiada: Jeśli na skórze pojawią się przebarwienia i gdy są umiejscowione w naskórku, specjalne kremy mogą nam pomóc je zmniejszyć lub całkowicie zlikwidować. Jeśli natomiast zmiany barwnikowe znajdują się głębiej, w skórze właściwej, kremy pomogą nam je rozjaśnić. Efektywność wspomnianych preparatów zależy od regularności ich stosowania. Najlepiej używać ich 2 razy dziennie przez minimum 6-8 tygodni."

O stosowaniu filtrów już pisałam, ale wspomnieć chciałam o jeszcze jednej kwestii - rzeczywiście odkąd zaczęłam regularnie używać kremów z filtrami na co dzień, zauważyłam dużą poprawę jeśli chodzi o przebarwienia - plamki różnego rodzaju (np. takie bladobrązowe) przestały pokazywać się na mojej skórze. Jeśli więc komuś zależy na działaniu zapobiegawczym w kwestii przebarwień - polecam zacząć właśnie od filtrów. A co jeśli przebarwienia już się pojawią? Warto wtedy sięgnąć po kosmetyki, które mają właściwości rozjaśniające. Ja w ramach tego punktu testowałam dwa produkty - punktowy krem na przebarwienia i tonik. O ile działanie tego pierwszego ciężko mi ocenić i nie widzę po nim jakiejś znacznej poprawy, tak tonik polubiłam i chętnie do niego wrócę. 

Krem punktowy wybielający przebarwienia i piegi starałam się nakładać codziennie wieczorem i przez dość długi okres czasu udawało mi się zachować regularność. Jednak przyznam, że sam proces jest dość mozolny - od kremu działającego punktowo wolałabym kosmetyk, który mogę nałożyć na całą twarz. Mimo to spróbowałam podziałać punktowo, ale nie jestem specjalnie zadowolona z efektów. Za cel obrałam sobie 5 plamek na twarzy i przez te kilka miesięcy traktowałam je tym kremem. Efekty - nawet jeśli są to średnio widoczne. Nie zrobiłam na początku żadnych zdjęć, żeby mieć do czego odnieść wyniki, jednak spektakularne z całą pewnością one nie są. Plamki są odrobinę jaśniejsze i to w zasadzie tyle. Miałam nadzieję na bardziej widoczne efekty. Plusem jest to, że krem bardzo wygodnie się aplikuje na skórę. Kosmetyk ma dość gęstą konsystencję, dzięki czemu jest wydajny - po kilku miesiącach używania, wciąż jest go w tubce sporo. 
Podsumowując - ja do niego nie wrócę, myślę, że będę szukać czegoś co da mocniejsze efekty.

Tonik z kolei polubiłam bardzo i wiem, że do niego wrócę. Przede wszystkim widać, że coś robi - po zużyciu całej butelki moja skóra była widocznie rozjaśniona, koloryt skóry się ujednolicił. Sam tonik ma świetny zapach, bardzo świeży i codzienne przemywanie nim twarzy (stosowałam go rano i wieczorem) było naprawdę przyjemne. Skóra po użyciu była odświeżona, bardziej świetlista. Jednocześnie nie odczuwałam dyskomfortu związanego ze ściągnięciem czy podrażnieniem skóry. Opakowanie to typowa floslekowa tonikowa butla zamykana na zatrzask, który lubi się psuć i odpadać. Wydajność oceniam jako wysoką, opakowanie zawierająca 200 ml produktu starczyło mi na jakieś 2-3 miesiące. Biorąc pod uwagę niewysoką cenę (około 18 złotych) jest to kosmetyk, którym warto się zainteresować. Uprzedzam tylko, że w moim przypadku nie wpłynął specjalnie na same przebarwienia, ale zadziałał na cały obszar stosowania, powodując rozjaśnienie cery. Myślę, że kupię kolejne opakowanie, moja skóra naprawdę się z nim lubi.

Pozdrawiam,
Panna Joanna 
7 gru 2012

Lakierowo - świątecznie na dwa sposoby

Wiem, że ostatnio trochę zasypuję Was postami paznokciowymi, ale co poradzę, że mam wzmożoną wenę w tej kwestii?:)) Dzisiaj chcę pokazać dwa mani, które zdecydowanie przywołują na myśl zimę, śnieg, choinkę, święta. Jeden jest bardzo delikatny, zamysł był taki, żeby paznokcie wyglądały jak przyprószone śniegiem. Drugie z kolei, inspirowane były kolorami, które ze świętami kojarzą mi się najbardziej - zielenią i czerwienią. 


W pierwszym bazą jest baza (:P) z l.a.colours, na tym gradient białym lakierem do frencza z Avonu i srebrny brokat z Celii. W drugiej wersji czerwień to Ruby Pumps z China Glaze, zieleń to Wibo Express growth nr 390 (na żywo jest bardziej choinkowy). 

Która wersja podoba się Wam bardziej?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 gru 2012

Drogi św. Mikołaju! W tym roku byłam bardzo...

...no właśnie - grzeczna czy niegrzeczna? Jak myślicie?
A może taka i taka?





Twarz - korektor Inglot, podkład Pharmaceris, puder sypki FM, bronzer Virtual, róż Wibo, rozświetlacz Essence seria Wild Craft.
Oczy - (grzeczna) biały cień w kremie Essence, błękit i niebieski Sleek paletka Brights, Eye gloss Dior nr 240 Azur; (niegrzeczna) czerń i szarość Sleek paletka Storm, złoty liner Avon; tusz do rzęs Wibo, kredka do brwi Basic.
Usta - (grzeczna) błyszczyk Golden Rose; (niegrzeczna) szminka Avon 2000 Red.

A Wy byłyście grzeczne w tym roku?:))
Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 gru 2012

Lakierowo - gradient i bling bling

Psze Państwa, właśnie skończyłam pisać kolejny rozdział pracy inżynierskiej, ostatnie zdanie spłodziłam już w wielkich bólach i niechęciach, więc muszę dla odstresowania napisać sobie coś normalnego, żeby nie zatracić kontaktu z rzeczywistością. A że moja forma umysłowa jest średnio zaawansowana, tak więc czas sięgnąć po coś nieskomplikowanego. Może jakieś pazurki?
Ostatnio znowu mam fazę na gradienty, nawet dzisiaj mam na paznokciach delikatne cieniowanie - naturalno - biało - srebrne. Wcześniej nosiłam trochę ciemniejszą wersję, podpatrzoną gdzieś na blogu (oczywiście nie pamiętam na jakim, czyli jednak coś jest na rzeczy z tym traceniem kontaktu z rzeczywistością) i takąż właśnie gradientową kombinację zaraz Wam pokażę. 


 
Bazą był tu lakier Joko Nude Elegance z serii Colors of luxury, cieniowanie zrobione jest mieszanką tego samego koloru i Chocolate shimmer z l.a.colours. Na całość nałożyłam połyskujące, transparentne złotko z Wibo (seria Express growth nr 451). Na żywo to wszystko oczywiście dużo fajniej migało, ale ja sierota nie umiem nigdy tego bling bling uchwycić na zdjęciach.
Chodzi za mną coś choinkowatego, może jakieś połączenie złota z zielenią? Albo czerwieni z zielenią? Następny będzie chyba ruffian manicure w którejś z tych dwóch wersji kolorystycznych. Im bardziej pracochłonny mani, tym lepiej :D 

Pozdrawiam,
Oderwana od rzeczywistości i zakotwiczona w analizie ryzyka,
Panna Joanna

3 gru 2012

Lakierowo - Cult beige

Kolejny lakier z nowej serii Joko Colors of luxury i kolejny nudziak, jednak tym razem nieco inny niż wszystkie. Kolor jest bardzo ciekawy, mi się kojarzy z herbacianą różą. To taki ciepły, ciemniejszy beż, prawdę mówiąc mógłby być odrobinę ciemniejszy, bo mam wrażenie, że trochę "zlewa" mi się z kolorem skóry, ale na paznokciach wygląda bardzo dyskretnie i tak jakoś elegancko. Dla mnie to taki typowy biurowy odcień, po który można sięgnąć, gdy chcemy aby nasze paznokcie wyglądały schludnie. Na zdjęciach mam jedną warstwę lakieru i tyle wystarcza do pełnego krycia, za co lakier ma u mnie ogromnego plusa (kto nie lubi jednowarstwowców?;)). W prawym, dolnym rogu mały bonus - Cult beige od Joko i delikatny fioletowy brokat. Schnięcie, pędzelek, trwałość - tak jak w przypadku wszystkich opisywanych przeze mnie lakierów Joko.  
Jak Wam się podoba kolejna luksusowa propozycja od Joko?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 gru 2012

Przybij piątkę Antosi!

"Piszę w imieniu rodziców mojej 8 miesięcznej bratanicy Antosi Wieczorek. Urodziła się ona z obustronnym brakiem kości strzałkowych oraz poważnymi ubytkami i deformacjami stóp. (wada, z którą urodził się Oscar Pistorius) Ma też problem z lewą rączką.

Schorzenia z jakimi zmaga się Antosia są bardzo rzadkie, a najlepsi lekarze specjaliści w Polsce stwierdzali, że mieli bardzo mało podobnych przypadków w swojej karierze i że przypadek Antosi jest bardzo trudny. Rokowania są niepewne (amputacja nóg). Walczymy o to żeby tak właśnie się nie stało.

Rodzice dla swojej córeczki znaleźli lekarza ze Stanów Zjednoczonych – dr Paley’a (http://www.paleyinstitute.org/ ), który miał 1200 przypadków i z powodzeniem leczy takie schorzenia jakie ma Antosia. Jest to dla niej wielka szansa – dr Paley uważa, że postawi Antosię na nogi i że będzie mogła nawet rekreacyjnie uprawiać sport. Konieczna jest operacja, której koszty nas przerażają. Po konsultacji w Monachium dr Paley określił koszty na ok. 300 000 $.

Czynnikiem ograniczającym jest też czas. Na zebranie w/w kwoty mamy niecały rok. Dla młodego małżeństwa są to niewyobrażalne koszty, dlatego zwracam się z dużą prośbą.

Zależy nam aby dotrzeć z historią tej cudownej dziewczynki do jak największej liczby ludzi, stąd prośba o JEDEN POST na blogu. To tak niewiele, a może pomóc. Wierzymy w to, że jeśli wiele osób wspomogłoby nas, nawet niewielką kwotą to uda się nam uratować Antosię przed amputacją.

Więcej informacji o Antosi na stronie: www.AntoninaWieczorek.pl (nowa akcja dla Antosi z okazji Mikołaja - www.facebook.com/events/439444842778257/ )"


Taką wiadomość otrzymałam dzisiaj od cioci chorej dziewczynki. Wklejam, może któraś z Was będzie chciała zrobić dobry uczynek :)


 
29 lis 2012

Panna Joanna testuje - podkłady AA

Firma AA jakiś czas temu wypuściła na rynek kilka nowości, w tym podkłady, o których chciałabym dzisiaj napisać. Byłam ich bardzo ciekawa, zwłaszcza wersji Ultralekkiej, ponieważ jej kolor najbardziej trafiał w moje potrzeby. Wersja rozświetlająca okazała się dla mnie zbyt ciemna, mimo to wypróbowałam ją w domowych pieleszach i...znów wygrał podkład Ultralekki. Nie wiem czy zaliczę go do mojego podkładowego top 3, ale jest na dobrej drodze. 

Oba podkłady mam w wersji trójkowej - numeracja podkładów AA jest trochę pokręcona, ale trójki są najjaśniejsze i z żółtym tonem. Cała gama kolorystyczna jest raczej uboga, ale kolory podkładów są ciekawe - podzielono jest ze względu na podton (różowy, czerwony, żółty i beżowy), a ich kolory są po prostu średnie w kategorii jasne/ciemne. Ale do przeżycia :) Ja na początku używania tego podkładu (skupię się teraz na wersji Ultralekkiej) byłam bardzo zadowolona z koloru, teraz już robi się również za ciemny, ale niestety taki mój urok, że im bliżej zimy, tym szybciej ja robię się biała. Niemniej jednak, do tej pory używałam go z wielką chęcią i gdy moja skóra nabierze znów jakiegoś ludzkiego koloru, pewnie do niego wrócę - w swojej kategorii cenowej jest jednym z lepszych, wśród tych, których używałam.

Przede wszystkim - zgodnie z nazwą jest naprawdę lekki, ma naprawdę lekką konsystencję, nakładanie palcami jest bajecznie proste. Nie zostawia po sobie żadnej wyczuwalnej warstwy, twarz się nie świeci, nie jest lepka czy (nie daj boże) tłusta. Jego wykończenie jest bardzo przyjemne - takie satynowe, nie jest to mat, ale efekt prezentuje się na tyle ładnie i naturalnie, że ja w większości przypadków rezygnowałam z jego przypudrowania. Myślę, że posiadaczki suchej skóry będą z niego zadowolone, ciężko mi ocenić jak się będzie spisywała na skórze tłustej, ale chyba mimo wszystko polecam spróbować. Przy całej tej swojej lekkości, podkład zaskakująco dobrze kryje. Po nałożeniu na twarz w pierwszym momencie wydaje się, że jest on niewidoczny na skórze, ale jakimś cudem wszystko to, co ma być zakryte, jest zakryte. Znikają wszelkie zaczerwienienia, naczynka są mniej widoczne, ewentualne niespodzianki również jakoś blakną. Przy większych problemach z cerą, krycie na pewno nie będzie wystarczające i wspomóc się trzeba będzie korektorem, ale jak na moje potrzeby jest idealnie. Zależy mi na przykryciu przebarwień i wyrównaniu kolorytu i ten podkład to robi, przy jednoczesnym wrażeniu, że nie mam na skórze niepotrzebnej maski. Przypuszczam, że te jego zdolności maskowania wynikają też po części z koloru - dość mocno żółty świetnie niweluje zaczerwienienia. Urzekła mnie też jego trwałość - nie spodziewałam się, że bez utrwalenia pudrem wytrzyma długo na skórze. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie - po kilku godzinach makijaż wciąż wyglądał dobrze, dopiero pod wieczór zauważyłam, że gdzieniegdzie przebija to, co podkład wcześniej schował. Wypróbowałam go też w połączeniu z pudrem fixującym i wtedy trzymał się praktycznie do zmycia. Jestem z niego naprawdę zadowolona, żałuję strasznie, że w gamie nie ma jaśniejszych odcieni, na razie przymusowo wędruje do szuflady, ale do czasu :D Producent wspomina też coś o jego przeznaczeniu dla cer wrażliwych - coś w tym jest, nie wywołał u mnie żadnej niepożądanej reakcji, nie podrażnił, nie zapchał. 
Za tubkę o pojemności 30 ml zapłacimy około 17 złotych.

Z Jedwabistym podkładem rozświetlającym polubiłam się zdecydowanie słabiej. Wynika to głównie dlatego, że w tym przypadku kolor jest sporo ciemniejszy i ma tendencję do utleniania się na skórze. Jego formuła również jest nieco inna, jakby bardziej "oleista". Po nałożeniu na twarz czuć, że coś jest na skórze, podkład zostawia delikatny film. Niestety niewiele więcej nie mogę na jego temat powiedzieć, ponieważ użyłam go tylko 2-3 razy i to w domowych warunkach. Zauważyłam, że trochę szybciej ściera się ze skóry, tutaj puder utrwalający jest raczej wskazany. Na skórze wygląda całkiem ładnie, widać ten efekt rozświetlenia, twarz nie jest "płaska", tylko odbija światło w strategicznych punktach. Mnie się efekt podoba, nawet przy tej słabszej trwałości, chętnie bym go nosiła na twarzy, gdyby nie to, że jest sporo za ciemny i jeszcze dodatkowo się utlenia.
Opakowanie jest inne, twardsze, pewnie trudniej będzie je rozbroić gdy produkt będzie na wykończeniu. Pojemność to również 30 ml, ale cena jest nieco wyższa, bo około 20 złotych.

Na sam koniec małe porównanie kolorystyczne:
U góry Ultralekki podkład, na dole Jedwabisty. Widać, że ten pierwszy jest żółtawy, drugi z kolei bardziej wpada w pomarańczowe tony. 

Podsumowując - ja ze swojej strony polecam wersję Utralekką, sama mam zamiar wracać do tego podkładu i liczę, że producent wypuści jaśniejsze kolory, żebym nie musiała z niego rezygnować zimową porą ;)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 lis 2012

Makijażowy step by step - Darks po raz kolejny

Kilka dni temu pokazywałam Wam makijaże, jakie udało mi się stworzyć przy użyciu paletki Darks. Najwięcej z Was chwaliło makijaż nr 3, kilka dopytywało jak go zrobić, więc dzisiaj korzystając z tego, że odwołano mi rano zajęcia, chwyciłam za pędzle, paletkę i zrobiłam stepa. Mam nadzieję, że komuś się przyda, makijaż jest co prawda trochę inny, bo mocniejszy, ale kolorystyka i rozmieszczenie kolorów zostawiłam takie same.

1. Na całą powiekę nakładam bazę, u mnie jest to biały cień w kremie z Essence z serii Ballerina Backstage.
2. Nad linią rzęs maluję czarną kreskę (Flashy Liner, Sephora), czernią pokrywam też 1/3 dolnej powieki w zewnętrznym kąciku.
3. 2/3 górnej ruchomej powieki pokrywam cieniem Orbit. 
4. Na pozostałą 1/3 powieki nakładam cień Ink.
5. Nad morskim i granatowym cieniem na całej długości nakładam fioletowy cień (Highness).
6. Nabieram na puchaty cień ten sam fioletowy cień i dokładnie rozcieram nałożony uprzednio fiolet - staram się rozcierać go ku górze i w dół, jednocześnie łącząc go z morskim i granatem.
7. Połowę dolnej powieki podkreślam fioletowym cieniem (ponownie - Highness), łączę cień w zewnętrznym kąciku z granatem z górnej powieki.
8. Drugą połowę dolnej powieki, tym razem od strony wewnętrznego kącika, podkreślam morskim cieniem (Orbit). Również łączę go z kolorem z górnej powieki.
9. Rozcieram cienie na dolnej powiece, posiłkowałam się cielistym cieniem Dune.
10. Linię wodną podkreślam czernią (Flashy liner).
11,12. Tuszuję górne i dolne rzęsy (Wibo, Growing lashes stimulator mascara).

Jeśli komuś zależy na delikatniejszym efekcie może zrezygnować z morskiego cienia dolnej powiece i zastąpić go cielistym czy beżowym cieniem, zmienić czerń na linii wodnej na cielistą lub białą kredkę. 

Na policzki nałożyłam puder brązujący z Joko, a na usta pomadkę Creamy Lipstick w odcieniu 151 Jessica firmy Virtual. Na twarzy podkład również z Virtuala (Ideal Cover make up - 100 jasny beż). Brwi to standardowo kredka do brwi z Basic.




Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 lis 2012

Lakierowo - smerfnie

Błękit na paznokciach lubię, ale prawdę mówiąc - stosuję dość rzadko. Jest to dla mnie kolor bardziej wiosenno - letni, ostatnio częściej sięgam jednak po ciemne, ponure odcienie. Mimo to, kilka dni temu machnęłam paznokcie taki rozbielonym smerfem i stwierdziłam, że w sumie w towarzystwie bezpalczastych rękawiczek i śniegu prezentowałby się całkiem milusio. Zwłaszcza, że i sam lakier przyjemny :)

Lakier z MeMeMe w odcieniu 96 Pensive jest moim pierwszym lakierem z tej firmy. Paznokcie malowało się nim całkiem wygodnie - dwie warstwy wystarczyły do pełnego krycia, pędzelek jest typowy, nie za szeroki, nie za wąski. Lakier sam z siebie dość mocno błyszczy, ja podarowałam sobie już użycie topa. Trzymał się przez jakieś trzy dni, potem zaczęły ścierać się końcówki, czyli nie jest to jakiś powalający wynik, biorąc pod uwagę, że na moich paznokciach niektóre lakiery potrafią bez większych uszczerbków tkwić tydzień. Pojemność buteleczki to 5 ml, czyli jak ilość jak najbardziej do zużycia. Nie pasuje mi za to do końca jego cena - lakier kosztuje 15 złotych (na kosmetykomania.pl), co za takiego malucha jest ceną dość wysoką.

Muszę w końcu ruszyć się po topper Hello Holo z Essence, czuję, że w duecie z tym kolorem będzie się prezentować iście zimowo!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 lis 2012

Cytrusowa pinacolada

O tym, że lubię smakowite zapachy chyba już kiedyś pisałam. Uwielbiam wszelkie owocowe aromaty, głównie dlatego, że lubuję się w odświeżających aromatach. Kiedy więc moim oczom ukazał się żel pod prysznic z kuszącym napisem "Cytrusowa Pina colada" czułam, że to będzie *mój* zapach. I nie pomyliłam się, żel w 100% spełnia moje zapachowe upodobania. A i sam w sobie sprawował się naprawdę nieźle.

Żel jak to żel - moje wymagania są dość proste. Ma się w miarę dobrze pienić, ma pięknie pachnieć i dobrze by było, żeby nie wysuszał skóry. Żel z AA spełnia moje wymagania, choć aby się pienił tak jakbym tego chciała niezbędna jest gąbka, ale nie jest to dla mnie jakąś przeszkodą. Za to zapach wynagradza wszystko - czuć w nim zarówno ananasa jak i cytrynę, zapach jest intensywny, ale nie duszący. Szkoda, że dość krótko utrzymuje się na skórze, do kompletu przydałby się balsam o podobnym zapachu. Żel nie wysusza jakoś nadmiernie skóry (choć ja po kąpieli i tak stosuję balsam), nie podrażnia, ale też nie robi w zasadzie niczego nadzwyczajnego. Nazwanie go nawilżającym to określenie trochę na wyrost - żel po prostu jest dość delikatny i nie robi suchych placków na skórze (co często mi się zdarza w przypadku żeli pod prysznic), za co ma u mnie plusa. Konsystencja jest typowa, jak taka rzadka galaretka. Jego wydajność jest raczej przeciętna, choć stosowanie go w duecie z gąbką sprawiło, że starczył mi na dość długo. A sięgałam po niego chętnie, zwłaszcza po wysiłku fizycznym, bo zapach aż do tego zachęca - jest taki...energetyzujący :) Pojemność to 250 ml, kosmetyk zamknięty jest w prostej, plastikowej butelce z zatrzaskiem, zatrzask się nie urwał (zawsze mi się urywają :P). Koszt takiej pachnącej butli to około 8 złotych. 

Podsumowując - zapach na tak, wydajność na tak, działanie również, myślę, że ze względu na zapach będę do niego wracać, na pewno w jakiś cieplejszych wiosenno - letnich okresach.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 lis 2012

Makijażowo - kilka wariacji na ten sam temat "Darks"

Sleeka, jak być może wiecie, darzę sympatią. Odkąd w moje ręce trafiła pierwsza paleta (Oh So Special) wszystkie "luźne" cienie poszły w odstawkę, a do mojej kolekcji trafiały kolejne egzemplarze sleekowych paletek. Gdy parę miesięcy temu Sleek wypuścił dwie matowe paletki, wiedziałam, że prędzej czy później obie będą moje. Popełniłam strategiczny błąd - zamówiłam początkowo tylko wersję Brights, tłumacząc sobie, że jest lato i właśnie taka kolorowa paletka mi się przyda. Zakup wersji ciemniejszej odłożyłam, myśląc, że jeszcze przyjdzie czas i na nią. Pech chciał, że palety po pewnym czasie zniknęły na bliżej nieokreślony czas ze sprzedaży, potem jak się na chwilę pojawiły ja akurat byłam pozbawiona funduszy. Już myślałam, że nie dane mi będzie cieszyć się obecnością Darks w mojej kolekcji, ale w końcu udało się i mam! Wszyscy mają Darks, mam i ja. 

W rzeczywistości paletka prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach widywanych w internecie, cienie są świetnie skomponowane pod względem kolorystyki, na prawdę wiele da się z niej wycisnąć. Pigmentacja chyba najlepsza wśród znanych mi palet Sleeka - nasycenie kolorów jest genialne, nawet najjaśniejsze cienie są widoczne na powiece. Konsystencja również różni się od pozostałych sleekowych cieni - te są miałkie, jakby lekko wilgotne (na pewno nie jest to sucha kreda jak w przypadku Brights). Bardzo dobrze łapią się powiek, osypywanie jest minimalnie (jeśli w ogóle, ale wiadomo - ciemniejsze cienie mają to do siebie, że widać jak coś nam spadnie z pędzla). Blendowanie ich ze sobą jest bajecznie proste, a rozcieranie cieni nie powoduje ich ścierania się. Trwałość jest przyzwoita, ja cienie i tak zawsze kładę na bazę, więc robiąc makijaż rano, wieczorem wciąż mam go w dobrym stanie. Aplikator dołączony do paletki się oczywiście do niczego nie nadaje, ale czy kogoś to dziwi?;)

Żeby nie być gołosłowną, chciałam Wam pokazać kilka makijaży wykonanych tą paletą. Swatchy w internecie jest całe mnóstwo, więc to sobie podaruję, ale za to mam w zamian sześć różnych makijażowych propozycji. Użyłam chyba wszystkich 12 cieni jeśli się nie mylę, więc możecie zobaczyć jej możliwości w pełnym zakresie. Na każdym zdjęciu są wypisane użyte przeze mnie cienie (Pillow talk to ten najjaśniejszy cień znajdujący się całkiem po prawej w górnym rzędzie - piszę o tym, ponieważ na powyższym zdjęciu nie widać chyba nazwy na folii). Wszystkie makijaże wykonane są na bazie. 






Jak widać na zdjęciach - kolorystyka jest na tyle szeroka, że paletką zmalujemy zarówno spokojnego dzienniaka, kolorowy, ale wciąż delikatny makijaż, ciemne cienie idealnie nadają się do "konkretniejszych" makijaży (i znów - zarówno w wersji bardziej stonowanej, jak i kolorowej). Ja osobiście jestem zachwycona, w porównaniu z paletką Brights, która sprawuje się u mnie średnio, Darks to mistrz w każdej kategorii. Jesienią i zimą na pewno będę często po nią sięgać, a i potem pewnie nie będę miała serca odstawić jej na bok :)

Paleta trafiła do mnie za pośrednictwem sklepu cocolita.pl, gdzie można zaopatrzyć się nie tylko w to matowe cudo, ale również w wiele limitowanych palet (np. Bohemian, Paraguaya itd.). Dla czytelniczek bloga, na hasło "Panna Joanna" obowiązuje 5% rabat :)




Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 lis 2012

Moje włosy w pigułce

Tagów nie lubię. Kiedyś lubiłam, ale wtedy było ich niewiele, a teraz w blogosferze krąży ich tyle, że ciężko nadążyć to raz, a dwa - zazwyczaj są bardzo wtórne. Zdarzają się jednak wyjątki i takim właśnie wyjątkiem jest tag "Moje włosy w pigułce", na który odpowiem tym chętniej, że otagowała mnie cammie :)


1. Jaki jest twój naturalny kolor włosów?
Moje włosy są brązowe - zimą jest to z reguły brąz na poziomie średnim, latem jasny ze złotymi refleksami. Moje włosy ogólnie mają to do siebie, że błyszczą na złoto/rudo/ciepło. Te ciepłe refleksy widać nawet na zdjęciach.

2. Jaki jest twój obecny kolor włosów?
Obecnie mam na głowie swój naturalny kolor włosów. Po długich eksperymentach (byłam już czarna, ruda, nawet blond) stwierdziłam, że jednak matka natura nie mogła się pomylić i zaczęłam wracać do swojego koloru. Obecnie włosów nie farbuję już kilka miesięcy, a odrost nie jest w żaden sposób widoczny, więc wnioskuję, że się udało.

3. Jaka jest aktualna długość twoich włosów?
Dość długie mi urosły kudełki i obecnie sięgają na pewno za połowę pleców. Z tym, że włosy mam wycieniowane, więc ciężko mi je zmierzyć. Zobaczycie sobie na zdjęciu poniżej jak to wygląda. 

4. Na jaką długość chciałabyś zapuścić włosy?
Właściwie to nie wiem. Na razie sobie rosną, a dokąd urosną to się okaże. Chodziło mi po głowie ostatnio jakieś większe cięcie (takie do ramion np.), ale ciągle się wstrzymuję. Mój chłopak pewnie by się przestał do mnie odzywać (:P), a i ja sama plułabym sobie w brodę jak znam życie. Ostatnio byłam z przyjaciółką u fryzjera (jak wsparcie duchowe - zdecydowała się na ścięcie włosów a'la Anne Hathaway) i już sam widok nożyczek wywołał we mnie reakcje typu "uciekać", także ten....

5. Jak często podcinasz końcówki?
Na pewno nie robię tego regularnie. Ostatni raz włosy podcinałam we wrześniu, kolejne podcinanie planuję może na styczeń. Tak ogółem - ze 2-3 razy w roku.

6. Twoje włosy są proste, kręcone, czy falowane?
Proste nad czym ubolewam straszliwie. One nawet nie są po prostu proste, one są tak *proste*, że mało kto mi wierzy, że nie używam prostownicy. Są też bardzo niepodatne na wszelką stylizację, ale robię co mogę. Ostatnio odkryłam kręcenie włosów na mokrych chusteczkach i przyznam, że metoda ta sprawdza się na mnie całkiem nieźle (choć po około 5-6 godzinach zostają z loków co najwyżej fale).

7. Jaką porowatość mają twoje włosy?
Nie mam najzieleńszego pojęcia. Prawdopodobnie moje włosy są nijakie, bo pasuje do nich zarówno kilka cech włosów niskoporowatych, jak i kilka tych charakteryzujących włosy wysokoporowate.

8. Jakie są twoje włosy (normalne, przetłuszczające się, suche)?
Znów - mieszane. Przy skalpie mają tendencję do przetłuszczania się, końce zaś są dość suche. Tak czy siak - czuprynę myję codziennie, nie wyjdę z domu z nieumytymi włosami (no chyba, że je jakoś zwiążę).  

9. Jak wygląda twój codzienny włosowy rytuał pielęgnacyjny?
Nie mam żadnego konkretnego rytuału. Myję włosy, zazwyczaj wieczorem, używam odżywki do spłukiwania, włosy odciskam w ręcznik, spryskuję odżywką ułatwiającą rozczesywanie, czasem je nawet rozczeszę, jak wyschną to zawijam je w cebulkę na czubku głowy i idę spać. Jeśli myję włosy rano to korzystam z suszarki i omijam etap kręcenia na koczka. Jak sobie przypomnę od wielkiego dzwonu to nakładam jakieś maski, oleje i inne wynalazki, ale prawdę mówiąc - brakuje mi do tego zapału.

10. Czego nie lubią twoje włosy?
 Biorąc pod uwagę te wszystkie psikusy, które mi wykręcają, powiedziałabym, że nie lubią mnie :P A tak poza tym - wilgoci, wiatru.
11. Co lubią twoje włosy? 
Na pewno lubią być codziennie myte, lubią też lekkie odżywki (Babassu wróóóóć...), wszelkie ułatwiacze rozczesywania (lubią się skubane plątać).

12. Jaka jest twoja ulubiona fryzura?
Najczęściej chodzę w rozpuszczonych włosach, najchętniej lekko pofalowanych. Jestem leniem w tej materii i totalnym beztalenciem, skomplikowane uczesania mnie przerastają. Często chodzę też w skarpetkowym koczku. 

13. Gdyby twoje włosy umiały mówić, co by powiedziały?
"Coś kręcisz!" 
Na zdjęciu (specjalnie dzisiaj zrobiłam :D) mam włosy pokręcone metodą koczka na noc :)  
Tag krąży już dość długo, więc pewnie większość z Was zdążyła na niego odpowiedzieć, więc taguję wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili, a mają ochotę :))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 lis 2012

Night in Venice

Dzisiejszy post to będzie takie spore kombo, chcę Wam pokazać nowości Joko w akcji, a jest ich sporo- bronzer z pięknym tłoczeniem, cienie w kolorach brzoskwini i śliwki, dwie szminki. Zrobiłam też małe porównanie bronzera z Night in Venice i tego z serii marokańskiej, o które prosiło mnie kilka osób. Będzie sporo zdjęć :)
 
Bronzer zachwycił mnie jak tylko go zobaczyłam - obok takiego tłoczenia nie można przejść obojętnie. Kiedy minęła mi faza na gapienie się na niego, sięgnęłam po pędzel i wypróbowałam go na policzku. Efekt mnie nie zaskoczył, ponieważ bronzer ten nie tylko jest podobny do swojego matowego poprzednika, ale również daje niemal identyczny efekt na policzkach. Gdzie więc jest różnica? Ten jest teoretycznie drobinkowy, ale drobinki na licu giną (i dobrze ;)), efekt na policzkach jest odrobinę bardziej satynowy, powiedziałabym może nawet, że naturalniejszy. Kolor jest identyczny, co zresztą zobaczycie poniżej, różnica pojawia się dopiero gdy mocno rozetrzemy bronzer - wtedy Night in Venice wydaje się bardziej biszkoptowy, jaśniejszy i odrobinę chłodniejszy. Trwałość jest podobna, kilka godzin tkwi na policzkach bez migrowania, po jakimś czasie zaczyna blaknąć. Zauważyłam za to różnicę w konsystencji - ten puder jakby bardziej miękki, tłoczenie znika dużo szybciej niż w przypadku Marrakech Dream, łatwiej jest też przesadzić z ilością nakładanego kosmetyku. Kto wg mnie wygrywa w tej rozgrywce? Prawdę mówiąc - ciężko stwierdzić. Nieco chłodniejszy kolor i satynowy efekt przemawiają na korzyść wersji weneckiej, znowuż matowy Marakesz łatwiej sobie "dawkować", no i jest matowy. Ja lubię oba, używam zamiennie i pewnie tak pozostanie. 
Na wszystkich zdjęciach po prawej Marrakech Dream, po lewej Night in Venice (oba w wersji dla brunetek). Pierwsze zdjęcie w świetle dziennym, drugie z lampą, ostatnie światło dziennie (a bronzer roztarty).

Cienie z serii Night in Venice  pozytywnie mnie zaskoczyły. Cienie z Joko lubię średnio, przeważnie są suche, a ich pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. Te są nieco bardziej miałkie, nie aż tak suche jak pozostałe cienie z oferty Joko i mają dość przyzwoite nasycenie. Podoba mi się dobór kolorów - moja wersja to delikatna brzoskwinia połączona z śliwkowym fioletem. Przy mojej tęczówce co prawda nie jest to jakieś szaleństwo, ale przy zielonych czy piwnych oczach będą się te cienie na pewno prezentować pięknie. Oba są lekko satynowe (ani to mat, ani to perła), takie cienie chyba lubię najbardziej. Ciemny cień lubi się trochę osypywać, ale jest to do opanowania. Trwałość niezła - na bazie wytrzymały bez większych problemów około 7-8 godzin.
Nie wiem czemu nie mam nigdzie swatchy na ręce, albo ich nie zrobiłam albo nie mogę ich nigdzie znaleźć. W każdym razie - efekt będziecie mogły zobaczyć na oku :) 
Zdjęcia niestety wyszły mi mocno średnie, ale pogoda jest jaka jest, światła tyle co kot napłakał, do tego jakieś mgły czy inne takie, więc z góry proszę o wybaczenie za taką, a nie inną jakość.
Na całej górnej i dolnej powiece jest ciemniejszy cień, górna granica jest roztarta brzoskwinią, jaśniejszy cień nałożyłam również w wewnętrzny kącik. Poniżej efekt na całej twarzy - na policzkach bronzer Night in Venice, na powiekach wyżej wspomniane cienie, a na ustach - dwie wersje nowych pomadek Joko, o których za chwilę. Na zdjęciu po lewej Double Therapy, po prawej Wet Lips.
 
Pomadki Joko trafiły do mnie dwie - jedna z serii Double Therapy w odcieniu 111, druga z serii Wet Lips w kolorze J53.
 Double Therapy 111
Wet Lips J53

Obie szminki mają przyjemną konsystencję, przy czym Double Therapy jest bardziej "szminkowa", nie aż tak mokra i nawilżająca jak Wet Lips, ale wciąż jej aplikacja jest bezproblemowa, nie jest tępa. Dłużej też utrzymuje się na ustach (co jak podejrzewam, że jest wynikiem właśnie konsystencji). Pachną bardzo podobnie, niezbyt mocno, zapach po aplikacji znika i nie przeszkadza. Szminka z Double Therapy ma jedną zasadniczą wadę - kolor. Nie jest to odcień absolutnie stworzony dla mnie, przyznam, że zmyliło  mnie nieco zdjęcia promocyjne. To taki dość jasny beż (nude, zwał jak zwał) ze złotym połyskiem. Do  mnie ten kolor pasuje jak pięść do nosa, więc nic dziwnego, że dużo chętniej sięgam po szminkę Wet Lips. Ta jest w zasadzie bez wad ;) Bardzo przyjemnie kremowa, sunie po ustach z konkretnym poślizgiem, faktycznie daje efekt  mokrych ust. Przez to, że jest taka mokra nieco krócej utrzymuje się na ustach, ale trwałość i tak jest niezła - około 3-4 godzin. Kolor na zdjęciu twarzy jest trochę przekłamany, w rzeczywistości jest bardziej pomarańczowo - koralowa, ale nie jest to żarówa. Na swatchu niżej kolory są lepiej oddane:
Po lewej Wet Lips, po prawej Double Therapy

Szminka Wet Lips to mój obecny hit, bardzo dobrze czuję się w takim kolorze i chętnie noszę ją na ustach. Na pewno będę po nią często sięgać, a tego złotawego cudaka najprawdopodobniej oddam mamie.

Wpadło Wam coś w oko z nowości proponowanych przez Joko? Dla zainteresowanych cała gama odcieni nowych szminek. Górny rząd to Double Therapy, dolny - Wet Lips.



Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...