WoleProstoHeader

30 mar 2017

AKCJA PIELĘGNACJA - O OLEJKOWYM RYTUALE Z DROGERYJNEJ PÓŁKI

Dawno już przestałam kosmetyki pielęgnacyjne ograniczać jedynie do tych z zakresu dermo/bio/eko. Moja skóra ma dni lepsze i gorsze, czasem strzela fochy, a czasem z dnia na dzień wygląda tak świetnie, że odkładam na bok podkład i śmigam z "gołą" cerą. Kosmetyki, które mi służą zmieniają się często jak w kalejdoskopie, a ja niezmiennie szczęśliwa jestem, gdy zupełnym przypadkiem znajdę taki, który daje natychmiastowy efekt wow, jest łatwo dostępny, nie kosztuje majątku i daje to cudowne uczucie, że robię swojej skórze dobrze. Ostatnio musiałam się zaopatrzyć w kilka pielęgnacyjnych kosmetyków, bo...prawie wszystkie zużyłam! Dawno nie doprowadziłam swojej magicznej szuflady do stanu, kiedy bez zbędnych wyrzutów sumienia wchodzę do drogerii/apteki i napełniam koszyk w kremy, olejki czy maseczki. Mania porządku i dążenia do zminimalizowania "rzeczy" wokół mnie bardzo mi służy :). Dzięki temu odkryłam ostatnio trzy bardzo przyjemne pielęgnacyjne produkty, wszystkie na dodatek jednej marki, która wcześniej gościła u mnie raczej sporadycznie. Dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o jednym z nich - jest to bezapelacyjnie jeden z fajniejszych kremów do twarzy, jakie w ostatnich latach przewinęły się przez moją twarz.




O kremie na noc "Olejkowy rytuał" marki L'Oreal pewnie bym się nigdy nie dowiedziała i nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie instagram - pojawił najpierw u Hani (klik), potem jeszcze u kilku dziewczyn i jakoś tak mnie zainteresował. Po prostu. Wybierałam się na wspomniane wyżej zakupy, żeby uzupełnić pielęgnację i wrzuciłam go do koszyka. Już przy pierwszym użyciu mnie oczarował! Ma aksamitną, żelową konsystencję, fantastycznie rozprowadza się go na skórze. Wspaniale koi, zwłaszcza jeśli wcześniej męczyłam skórę peelingiem czy innym "szorującym" zabiegiem. Daje efekt delikatnego chłodzenia i nawilża naprawdę na niezłym poziomie - używam go zgodnie z przeznaczeniem na noc, a rano ciągle czuję jego działanie. Skóra jest bardzo gładka, niesamowicie miękka, a poranna pielęgnacja jest zdecydowanie przyjemniejsza. Początkowo obawiałam się, że jego wyraźnie silikonowa formuła nie będzie mi służyć na dłuższą metę, ale z dnia na dzień okazywało się, że obawy były zbędne. Nie odnotowałam żadnych problemów z zapychaniem. Konsystencja jest lekka, ale mam wrażenie, że formuła jest bardzo bogata. Na dzień krem się zdecydowanie nie nadaje, makijaż może się na nim rolować, więc tego typu eksperymenty odradzam. Na noc za to używam go z przyjemnością :). 

Wydajność nie jest może oszałamiająca, ale też sobie nie żałuję - konkretną porcję nakładam na twarz i szyję, a w kilka tygodni zużyłam nieco ponad połowę opakowania, czyli źle też nie jest. Trochę może szkoda, że nie jest to higieniczna tubka, ale z drugiej strony szklane słoiczki to coś, do czego marka L'Oreal nas przyzwyczaiła. 

Czym więc wyróżnia się ten na pozór zwyczajny krem? Skład rzeczywiście bogaty jest w olejki, krem nie daje efektu na 5 minut, a ja mam wrażenie, że nawet jeśli użyłabym go co trzeci dzień, to nadal tego trzeciego dnia czułabym na sobie jego działanie. Jednocześnie pięknie pachnie, zmiękcza skórę i odczuwalnie nawilża. Używam go regularnie od kilku tygodni i zauważyłam, że skóra jest bardziej aksamitna, pełna blasku, odprężona, mniej problematyczna. Jestem na tak!



Jeśli szukacie kremu mocno regenerującego, takiego, który szybko ukoi zmęczoną, szarą, napiętą skórę - jest to kosmetyk dla Was! Szklany słoiczek kryje w sobie 50 ml świetnego produktu, za który zapłacicie około 35 złotych. Opakowanie jest proste, dość ciężkie, ale cieszy oko. Czego chcieć więcej?:) Dla mnie hit.

Pozdrawiam,
Joanna
6 mar 2017

BLEND IT! - DOBRA ALTERNATYWA DLA BEAUTY BLENDERA?

Nie wiem czy kiedyś o tym wspominałam, ale faktem jest, że mała niepozorna gąbeczka do makijażu dawno już zrewolucjonizowała mój makijaż. Począwszy od oryginalnego Beauty blendera, przez moje ręce przewinęło się sporo gąbek, które internet często opisywał jako "niemal tak samo dobre". I choć np. gąbkę Real Techniques polubiłam, to jednak nawet ona (o reszcie nie wspominając!) nie dorównała pierwowzorowi, a ja pokornie wracałam do beauty blendera. Na Blend it! miałam się nie skusić, ale zachęciła mnie dobra promocja na komplet dwóch gąbeczek (dużej i małej) i, choć to może powód błahy, ładny, marmurkowy wzór. Wiedziona doświadczeniem, cudów się nie spodziewałam, ale stwierdziłam, że "w razie w" zrobię z nich awaryjne gąbki. 



Zaczynając od najważniejszego - te gąbki są rewelacyjne. Gdybym miała wskazać gąbki, którymi ewentualnie mogłabym zastąpić Beauty blendera, to zdecydowanie Blend it! znalazłoby się na szczycie tej listy. Jednakże, gąbki identyczne nie są, różnią się nieco strukturą i choć z pewnością nie mogę powiedzieć, że Blend it! jest lepsze, to jest po prostu równie dobre. Ale nie jest Beauty blenderem :). 

Największą różnicę widać w samym materiale - Blend it! jest gładsze, mniej porowate, bardziej "ciciaste" (z braku mądrzejszego określenia). Na zdjęciach Beauty blender wygląda jakby był bardziej szorstki - oczywiście materiał nadal jest mięciutki i bardzo przyjemny dla skóry, ale to Blend it! jest na sucho pozornie milszy dla skóry. Wielkościowo są praktycznie identyczne (mowa oczywiście o większym modelu), zarówno na sucho i jak już po namoczeniu. W wersji mokrej, obie gąbki są mięciutkie, sprężyste, ale tutaj większego plusa za sprężystość i dostosowanie się do wszelkich krzywizn skóry dałam po stronie Beauty blendera. Mam wrażenie, że Beauty blenderem pracuje się odrobinę szybciej, łatwiej odbija się od skóry, choć Blend it! dużo gorsze nie jest. Jeśli jesteście przyzwyczajone do Beauty blendera, to przy Blend it! będziecie musiały po prostu nieco się przestawić. 

Dalej już różnic próżno szukać. Obie gąbki rewelacyjnie rozprowadzają podkład czy korektor na skórze - równomiernie, dając naturalne wykończenie i niwelując efekt maski przy cięższych kosmetykach. Trudno przy pomocy palców czy pędzla osiągnąć podobny efekt, ja zdecydowanie jestem fanką tego, jak wygląda skóra po użyciu do aplikacji podkładu gąbeczek. Mniejsza gąbka świetnie sprawdza się w okolicy pod oczami czy w skrzydełkach nosa. Jest naprawdę niewielka, ponadto bardziej szpiczasta od dużej wersji, dzięki czemu dobrze dopasowuje się kształtem we wspomnianych obszarach. Wszystkie trzy gąbki piją umiarkowaną ilość podkładu. Wiadomo, że przy aplikacji podkładu palcami, te straty produktu są mniejsze, niemniej nie zauważyłam, żeby gąbki pochłaniały takie ilości podkładów, żeby można mówić o marnotrawstwie. 

Dodatkowym plus Blend it! jest to, że świetnie się dopierają. Bałam się nieco tych jasnych odcieni (pamiętając jak po kilkunastu tygodniach użytkowania wyglądał różowy Beauty blender), ale olejek z Isany radzi sobie świetnie i gąbki po kilku tygodniach używania nie noszą w zasadzie żadnych śladów użycia. Z Beauty blenderem teraz też nieco lepiej jest w tej kwestii, ponieważ zdecydowałam się tym razem na wersję czarną. 

Na korzyść Blend it! przemawia cena - za Beauty blendera zapłacimy około 85 złotych, a za zestaw Blend it! około 38 złotych. Ja pewnie z Beauty blendera nie zrezygnuję, natomiast Blend it! sprawdziło się na tyle dobrze, że sięgam po nie równie chętnie i jestem zdania, że mogą być świetną alternatywą.

Poniżej jeszcze kilka zdjęć - wersja marmurkowa to oczywiście Blend it!, a cała czarna gąbeczka to Beauty blender w wersji Pro. 




Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...