WoleProstoHeader

25 lut 2017

CATRICE HD LIQUID COVERAGE - HIT?

Pamiętacie jeszcze ten dreszcz ekscytacji, jak wieki temu, "w internetach" ktoś rzucał hasło, że pojawiła się nowa limitka Essence i ktoś, gdzieś, dopiero co wczoraj widział pełen stand? Człowiek leciał wtedy do Natury (Hebe jeszcze wtedy nie było!), przedzierał się, żeby sprawdzić czy to aby na pewno prawda i jeśli szczęście dopisało, wracał do domu z upatrzonym już trzy miesiące wcześniej na którymś niemieckim blogu różu. Limitek Essence nie śledzę już bardzo długo, co jakiś czas wpadnie mi w oko jakiś kosmetyk z edycji limitowanych Catrice, ale za to udało mi się przypomnieć na czym ten "pęd po kosmetyk" polegał, jakie uczucie ekscytacji ogarnia, jak w końcu uda się ustrzelić na sklepowej półce produkt, którym zachwyca się pół internetu, ale nijak nie idzie go kupić. Jeśli śledzicie mojego instagrama, to pewnie domyślacie się już, o jaki kosmetyk chodzi!


Podkład HD Liquid Coverage od Catrice szturmem podbił blogi, youtube, a zaraz po jego premierze pojawił się wysyp ochów i achów na jego temat. Z racji tego, że kamuflaż z tej serii uwielbiam i jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych korektorów, było dla mnie jasne, że ten podkład musi do mnie trafić. Obejrzałam kilka testów na youtubie, zachwycił mnie efekt, jaki dawał ten kosmetyk, więc wyruszyłam na jego poszukiwania spodziewając się, że podkład Catrice i u mnie wywoła fluidową rewolucję. I na tym mój entuzjazm się skończył - w Hebe się nie udało, w Naturze został tylko najciemniejszy odcień, w drogeriach internetowych kolor 010 praktycznie cały czas był niedostępny. I tak w kółko, przez kilka tygodni. Bacznie obserwowałam wszystkie znane mi drogerie on-line, co jakiś czas zerkałam również stacjonarnie i nic! Jakiś czas temu, przewijając facebooka, wyskoczyło mi powiadomienie, że podkład pojawił się w sprzedaży on-line na kosmetykomanii. Info było sprzed kilku minut, więc rzuciłam się do komputera, odpaliłam stronę drogerii i...nie zdążyłam. Irytacja urosła we mnie do tego stopnia, że zrezygnowana powędrowałam na allegro i kupiłam podkład z dwukrotną przebitką. Czy było warto?




Zdecydowanie tak! Podkład w 100% zasługuje na te wszystkie peany pochwalne, które krążą na jego cześć. Zdeklasował u mnie nawet Colorstaya od Revlona, który już od kilku lat był moim podkładowym numerem jeden. 

Wybrałam oczywiście odcień nr 010, czyli najjaśniejszy z dostępnej gamy kolorystycznej. Na chwilę obecną jest dla mnie idealny - wystarczająco jasny, beżowy, z delikatną domieszką żółci. Jest bardzo podobny do Colorstaya nr 150 czy Infinite Matt 010 z Catrice. Pojawiają się gdzieniegdzie opinie, że podkład utlenia się i na skórze staje się ciemniejszy, jednak ja tego nie zauważyłam. 
Rano na oczyszczoną skórę nakładam olejek z L'Oreala, Cetaphil i krem z filtrem i dopiero po wchłonięciu tego całego arsenału nakładam podkład. Jest bardzo lejący, w porównaniu do gęstego, kremowego Revlona, ma wręcz wodnistą konsystencję. Najwygodniej nakłada się go gąbką, lub po prostu palcami, pędzel radzi sobie z nim średnio. Mimo tej lejącej formuły ma bardzo dobre krycie - jedna cienka warstwa pięknie wyrównuje i ujednolica koloryt skóry, kryje drobne przebarwienia czy niedoskonałości. W przypadku skrzydełek nosa czy brody (w tych obszarach mam z reguły więcej do przykrycia), wystarczy wklepać jeszcze jedną warstwę podkładu i mogę spokojnie zrezygnować z korektora. Podkład jest niesamowicie lekki, na skórze jest praktycznie niewidoczny. Trzeba z nim dość szybko pracować, bo zastyga na twarzy, ale przy odrobinie wprawy jego aplikacja staje się naprawdę banalna. 
Podkład jest matujący i rzeczywiście efekt końcowy można by określić jako mat, natomiast nie jest to mat suchy, "tępy", tylko bardziej satynowy. Ja czasem rezygnuję z przypudrowania go i efekt gładkiej, delikatnie matowej skóry również i bez tego elementu świetnie się utrzymuje. Trwałość to kolejny atut podkładu Catrice - trzyma się cały dzień, stanowi fantastyczną bazę pod inne kosmetyki kolorowe - bronzer czy róż nie tylko łatwo się na niego aplikują, ale i bardzo dobrze trzymają się na nim. Nie spotkałam się jeszcze z podkładem, który po 9-10 godzinach wygląda na twarzy dokładnie tak samo, jak zaraz po aplikacji. Ideał!
Opakowanie również zaliczyłabym jako duży plus tego produktu. Matowe szkło, prosty design, pipeta (całkiem wygodna w użytkowaniu - póki co) sprawiają, że produkt wygląda bardzo porządnie, schludnie i nawet może odrobinę bardziej elegancko niż wskazywałaby na to cena. A ta również zaskakuje! Za podkład w drogeriach stacjonarnych czy internetowych zapłacimy około 30 złotych, co w porównaniu do jego jakości jest ceną naprawdę bardzo niewygórowaną. Ja zapłaciłam za niego prawie 60 złotych na allegro, ale już w tym tygodniu trafiłam na niego na kosmetykomanii i przezornie kupiłam opakowanie na zapas w normalnej cenie.

Poniżej możecie zobaczyć jak wypada kolor 010 w porównaniu do Colorstaya (150 Buff) i Infinite Matt (010):



Podsumowując - dla mnie bomba! Zachwyty nie są przesadzone, jedyne na co można narzekać to dostępność. Za to dobry stopień krycia przy niesamowicie naturalnym wykończeniu i efekt "drugiej skóry" wynagradzają trudy poszukiwań :). 

Pozdrawiam,
Joanna
14 lut 2017

PUDROWA REWOLUCJA - BRIGHTENER MATT POWDER

Uwielbiam zupełnym przypadkiem wynajdywać prawdziwe kosmetyczne perełki. Jeśli jeszcze do tego wszystkiego są łatwo dostępne, kosztują niewiele, a na twarzy robią efektowne cuda. Tak było z pudrem lubianej przeze mnie marki Kobo - Brightener Matt Powder trafił do mnie gdzieś pod koniec zeszłego roku i odkąd go mam, codziennie towarzyszy mi w makijażu. 



Traf chciał, że w zasadzie w jednym momencie skończyły mi się wszystkie prasowane pudry. O ile za pudrami sypkimi również przepadam, tak rano zdecydowanie wygodniej jest mi sięgnąć po formę prasowaną. Przy okazji wyprawy po przysłowiowe mydło i dezodorant, zahaczyłam o Naturę i w oko wpadł mi puder o nietypowym odcieniu - bardzo jasna, mocno rozbielona żółć skutecznie przyciągnęła mój wzrok i wrzuciłam kosmetyk do koszyka. Już przy pierwszej aplikacji poczułam, że będzie z tego dłuższa znajomość i nie pomyliłam się. Co prawda nie używam i nigdy nie używałam tego pudru wedle jego przeznaczenia - producent opisuje go bowiem jako matowy puder rozjaśniający do konturowania. Ja natomiast używam go jako pudru do wykończenia makijażu, czyli mówiąc dosłowniej, przypudrowuję nim całą twarz pokrytą już podkładem i korektorem. Sprawdza się w tej roli naprawdę znakomicie! Odcień, czyli "banana cream", to naprawdę trafiona nazwa, ponieważ puder rzeczywiście jest jasnożółty. Kolor jest na tyle jasny, że każda bladolica poczuje się usatysfakcjonowana, natomiast żółty pigment w jakiś magiczny sposób niweluje zaczerwienienia. Ten drugi czynnik jest dla mnie o tyle istotny, że w zasadzie głównie ze względu na miejscowe zaczerwienienia na skórze korzystam z mocniej kryjących podkładów. Puder Kobo pozwala mi zredukować potrzebne krycie podkładu do niezbędnego minimum, a on odwala całą robotę. Magia! 

Przetestowałam go również na zbyt chłodnych czy zbyt różowych podkładach i tutaj również się nie zawiodłam - odcień mojej cery często sprawia, że wiele z wielu podkładów wybijają różowe tony, czego szczerze nie znoszę, a tym pudrem jestem w stanie ten efekt całkiem mocno skorygować. 

Bardzo podoba mi się jak ten produkt prezentuje się na obszarze pod oczami - skóra jest rozjaśniona, ale w połączeniu z korektorem wygląda bardzo naturalnie. Na pewno nie osiągniemy nim efektu a'la Kardashianka przy piątej z dziesięciu warstw tapety.

Wykończenie jest, jak sama nazwa wskazuje, matowe. Nie jest to jednak mat płaski, "suchy", a raczej przyjemna satyna. Skóra wygląda na bardzo wygładzoną, puder nie zbiera się w porach czy zmarszczkach, efekt naprawdę jest niesamowicie naturalny. Pigmentacja jest umiarkowana (choć trudno, żeby pigment tutaj był bardzo mocny - bladożółta twarz nie prezentowałaby się do końca normalnie), na tyle konkretna, że puder potrafi zrobić te wszystkie rzeczy, o których pisałam wyżej i jednocześnie na tyle delikatna, że jest praktycznie niewidoczny na twarzy. 

Jedyne czego mogłabym się przyczepić to średnia wydajność. Produkt jest na tyle miałki, że nabiera się go na pędzel całkiem sporo i dość szybko znika z opakowania. Ja w chwili obecnej używam już drugiego opakowania, ale z racji ceny (około 19 złotych) jestem w stanie mu ten drobny defekt wybaczyć. 

Dostępność - wszędzie tam gdzie dostać można kosmetyki Kobo, czyli stacjonarnie w drogeriach Natura, która wprowadziła również sprzedaż on-line. 





Podsumowując - jest ze mną od niedawna, ale w kwestii codziennego makijażu zrobił mi w kosmetyczce prawdziwą rewolucję. Uwielbiam i szczerze polecam!:)

Pozdrawiam,
Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...