WoleProstoHeader

27 wrz 2016

MÓJ MAKIJAŻ ŚLUBNY - ZDJĘCIA I REFLEKSJE

Do tego posta zbierałam się odkąd tylko dostałam od naszej fotografki pierwsze zdjęcia ze ślubu. Znalazłam wśród nich zdjęcie, które niejako zainspirowało mnie do napisania kilku słów o moim makijażu ślubnym. Będzie dużo zdjęć, trochę moich odczuć, może czymś się zainspirujecie.
Jak możecie się domyślić - malowałam się sama. Sporo osób mi to odradzało twierdząc, że na pewno będę się stresować, ręce będą mi się trząść z emocji i lepiej byłoby operowanie pędzlami powierzyć komuś innemu. Jednak ja twardo obstawiałam przy swoim, wiedząc, że nawet jeśli trafię w ręce najlepszej profesjonalistki, to nie pomaluje mnie ona tak...jak pomalowałabym się sama. Może i jest to banalne, ale robiąc makijaż na co dzień, jestem po prostu przyzwyczajona do pewnego efektu i każdorazowa próba, gdy malować miała mnie "obca" ręka, kończyła się dla mnie odczuciem takiej specyficznej sztuczności. W dniu swojego ślubu chciałam wyglądać dobrze, czuć się swobodnie i - co dla mnie było najważniejsze - nie chciałam przykryć swojej twarzy makijażem. Miał on jedynie podkreślić delikatnie moją urodę, ale nie wysuwać się na pierwszy plan. 


W dzień ślubu postawiłam na bardzo bezpieczne zestawienie brązów, beżu, karmelu, wyrównany kolor skóry, wyraziste brwi, firanę rzęs i delikatnie podkreślone usta. Użyłam bazy p2, podkładu Vichy Dermablend, kamuflażu Catrice, twarz wykonturowałam kredkami Hean, nałożyłam odrobinę bronzera marki Melkior, dodałam delikatnego błysku rozświetlaczem Mary Lou Manizer, całość oprószyłam transparentnym pudrem z Kobo. W przypadku oczu sięgnęłam po bazę Art Deco, cienie to była czysta improwizacja, ale przeważały na pewno cienie z czekoladowych palet MUR (głównie matowe odcienie beżu i brązu), jako jedyny akcent błyszczący wystąpił piękny pyłek Kobo "Sea Shell", linię rzęs przyciemniłam ciemnoczekoladowym matowym cieniem. Przed samym ślubem zrobiłam sobie rzęsy metodą 2 do 1, więc tusz do rzęs odpadł z listy. Usta różniły się w dzień ślubu i sesji ślubnej - w ten pierwszy wybrałam konturówkę p2 (010) i jedynie w ciągu wesela raz poprawiłam sobie usta błyszczykiem (matowy Essence, praktycznie identyczny jak kolor moich ust) - wiedziałam, że będę na pewno jeść, pić, całować swojego świeżo upieczonego męża i doszłam do wniosku, że mocno pomalowane usta nie będą praktyczne. Za to na sesji już bardziej zaszalałam i sięgnęłam po lekko wrzosowy róż od Golden Rose (matowy, nr 02), który na moich ustach był już zdecydowanie bardziej wyrazisty. Makijaż oczu i twarzy był praktycznie taki sam - na sesję może minimalnie ciemniej pomalowałam oczy, ponieważ po dwóch tygodniach wakacji już nieco przerzedziły mi się rzęsy i dla równowagi mocniej podkreśliłam dolną powiekę. 


Powyżej zdjęcia z "godziny zero", poniżej z sesji - wybrałam te, na których dobrze widoczny jest makijaż.









Końcowe wnioski? Bardzo cieszę się, że zdecydowałam się na samodzielne wykonanie makijażu. Stresu praktycznie nie odczułam - po powrocie od fryzjera, z kubkiem kawy usiadłam przy toaletce i po prostu zrobiłam sobie makijaż. Nic prostszego, robiłam to już w końcu dziesiątki razy i tak właśnie do tego podeszłam. Podziałało :). Sięgnęłam po kosmetyki, których w dużej mierze używam też na co dzień i wiedziałam czego się po nich spodziewać, nic mnie nie zaskoczyło! Punktem obowiązkowym był oczywiście dobry fixer - tutaj świetnie sprawdził się (również nie raz przeze mnie sprawdzony) Kryolan. Makijaż trzymał się naprawdę wzorowo, do momentu zmycia go już praktycznie nad ranem. Efekt, który osiągnęłam był nieprzerysowany, nie czułam się przemalowana. Tym z Was, które pasjonują się makijażem, czy nawet tym, które często malują się choćby na imprezy, polecam spróbować swoich sił również na tak wyjątkowe okazje - zobaczycie, że nie taki diabeł straszny!

Pozdrawiam,
Joanna
19 wrz 2016

PĘDZLOWA REWOLUCJA CZYLI JAK NAŁOŻYĆ PODKŁAD...SZCZOTKĄ

Bardzo długo moim podstawowym narzędziem do nakładania podkładu były...palce. Później nastąpił bum na pędzle i ja również na długo wsiąknęłam w poszukiwania idealnego pędzla do aplikacji podkładu, jednak ciągle nie mogłam trafić na ten jedyny, który nie narobi smug, nie wypije połowy podkładu i zapewni dobry poziom krycia. Trochę lepiej dogadywałam się z beauty blenderem (i nadal bardzo chętnie po niego sięgam), ale gdzieś z tyłu głowy ciągle wisiała mi ta myśl, że może kiedyś znajdę pędzel, który sprosta moim oczekiwaniom. No i nieoczekiwanie znalazłam!

Jakiś czas temu na rynku pojawiły się pędzle o dość niecodziennym kształcie - gęste, duże szczotki. Wydawały mi się wyjątkowo nieporęczne, sporo osób skarżyło się, że pędzlo-szczotki zamawiane z aliexpress się rozpadają, te które pojawiły się na naszym rodzimym rynku też podobno nie były lepsze pod tym względem. Na długi czas o nich zapomniałam, aż któregoś dnia natknęłam się na nie w Hebe. Na moje nieszczęście większość z nich była wykupiona, ostały się jedynie najmniejszy i największy rozmiar. Najmniejszy nijak nie wyglądał mi na nic praktycznego, więc z czystej ciekawości sięgnęłam po wersję największą, stwierdziwszy, że nie mam nic do stracenia, a może akurat? 




Zanim użyłam go po raz pierwszy byłam przekonana, że nic z tego nie będzie - jest to zdecydowanie najbardziej gęsty, zbity i "konkretny" pędzel, jaki mam w swojej kolekcji. Jakby było tego mało, jest też spory i wydawał mi się dość nieporęczny przy pierwszym kontakcie. Nie sądziłam, że w jakikolwiek sposób będę w stanie rozetrzeć tym pędzlem podkład po skórze, ale bardzo przyjemnie się zdziwiłam. Zalety?

Szybkość aplikacji!
Może brzmi głupio, ale uwierzcie mi na słowo, że nie miałam nigdy pędzla, którego tempo byłoby takie oszałamiające. Nakładam podkład punktowo na twarz (czyli mówiąc bardziej po ludzku - robię nim cztery ciapki, na policzkach, czole i brodzie) i pędzlem rozcieram go lekkimi, kulistymi ruchami od środka twarzy na jej boki. Dosłownie trzy-cztery ruchy i podkład jest idealnie rozprowadzony. Dziesięć sekund. Magia.

Efekt aplikacji
Z pędzlami miałam przeważnie ten problem, że nieważne jak bardzo bym się tym pędzlem namachała, zawsze znalazłam w którymś miejscu jakąś smugę i musiałam poprawić roztarcie gąbką czy palcami. W przypadku tej szczotki nic takiego nie ma miejsca. Ze względu na dużą gęstość pędzla, da się nim naprawdę bezproblemowo rozprowadzić podkład nawet najcięższego kalibru - smug czy prześwitów nie będzie.

Precyzja
Czyli coś, czego po tak dużym pędzlu bym się absolutnie nie spodziewała. No bo jak taką ogromniastą szczotą manewrować przy nosie, pod oczami czy na innych górach i dolinach, których jednak trochę na twarzy mamy? Ale! Pędzel jest na tyle "plastyczny", że bez problemu rozetrzemy podkład na skrzydełkach nosa czy na brodzie. 

Włosie
Znacie to uczucie, kiedy myjecie pędzel do podkładu, mijają długie minuty pod bieżącą wodą, a pędzel nadal jest brudny? Z pędzlami często jest ten problem, że podczas aplikacji wypijają morze podkładu. Ani to ekonomiczne, ani nikomu specjalnie niepotrzebne do szczęścia. W przypadku tej szczotki efekt ten jest zdecydowanie zminimalizowany. Mam wrażenie, że włosie jest tak gęste, że zwyczajnie nie "przepuszcza" podkładu w głąb pędzla. Same włoski są też bardzo gładkie, przez co dokładnie wmasowują podkład w skórę, ale same go nie pochłaniają. 

Co z poręcznością, o którą się nieco obawiałam? Nie jest źle. Początkowo trzeba się przestawić na inny typ rączki, inny nacisk na skórę, ale jak opanujemy te dwa czynniki, to później już jest tylko dobrze. Dawno żaden pędzel tak mnie nie urzekł swoimi właściwościami - nie mogę się doczekać aż uda mi się w końcu dorwać w Hebe jego mniejsze wersje (w moim Hebe są notorycznie wykupione)!




Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 wrz 2016

KROK DO IDEALNYCH BRWI CZYLI ŻELOWY CIEŃ DO BRWI MARKI FREEDOM

Nie skłamię, jeśli powiem, że przerobiłam już całe mnóstwo kosmetyków do brwi. Zaczynałam od kredek, potem były cienie, woski, raz się nawet trafił eyeliner, który odcieniem świetnie pasował do moich brwi i był całkowicie matowy. Ostatnio w drogerii, w której jest wszystko (prawdziwy skarb! mój portfel drży jak tam wchodzę), natknęłam się na pomady do brwi niewiele mi mówiącej marki Freedom. Moja paleta do brwi ze Sleeka powoli dobijała dna, więc po wymazaniu się całą paletą testerów znalazłam odcień, który powędrował ze mną do domu. 





Szybki research po powrocie do domu, pozwolił mi ustalić, że Freedom to marka twórców Make Up Revolution. MUR bardzo lubię, więc po pomadzie do brwi spodziewałam się w zasadzie tylko i wyłącznie dobrych rzeczy. Nie zawiodłam się! Jest to chyba jeden z lepszych kosmetyków do brwi, jakiego dane mi było używać. Ciężko mi znaleźć choćby jeden minus (życzyłabym sobie jedynie, żeby marka była szerzej dostępna w stacjonarnych drogeriach), natomiast plusów doliczyłam się całkiem sporo!

Po pierwsze - odcień

Ostatnio przyciemniłam włosy, więc celowałam w "coś ciemniejszego", jednocześnie zależało mi na tym, żeby odcień nie był ani zbyt rudy, ani zbyt czerwony, ani zbyt szary (fazę brwi w kolorze betonu mam już na szczęście za sobą). Słowem, pomada miała być brązowa, możliwie neutralnie i wystarczająco ciemna. Wybór kolorów jest naprawdę spory, ja w drogerii doliczyłam się bodajże dziesięciu odcieni - od blondu, przez przeróżne brązy, aż po smolistą czerń. Koniec końców zdecydowałam się na Dark Brown, który w słoiczku wydawał mi się dość rudy, ale po starciu wierzchniej warstwy, jego kolor jest dokładnie taki jakiego szukałam. Dobrze dopasował się do ciepłego, czekoladowego odcienia brązu, który aktualnie mam na głowie. Cień ma mocną pigmentację, na tyle, że spokojnie wyrysujemy nim "włoski" przy pomocy skośnego pędzelka, ale jednocześnie można stopniować moc i przy lżejszym nacisku pędzla uzyskamy subtelniejszy efekt.

Po drugie - konsystencja

Pomada ma konsystencję podobną do linerów w żelu - jest dość zbita, delikatnie masełkowata. Łatwo nabiera się ją na pędzelek i równie łatwo aplikuje na brwi. Bardzo podoba mi się fakt, że cień nie jest śliski, przez co dobrze zlewa się z włoskami, nie daje błyszczącego "mokrego" efektu i wygląda bardzo naturalnie. 

Po trzecie - trwałość

Cień, dzięki swojej żelowo-matowej konsystencji dość szybko zastyga i trwa na brwiach dokładnie do samego demakijażu w nieruszonej formie. Nie straszny mu pot, nie ma żadnego znaczenia czy nałożymy go na gołą czy przypudrowaną skórę - jego trwałości nie mogę zarzucić absolutnie nic. Na ogromny plus zaliczę też fakt, że kolor cienia nie zmienia się wraz z upływem czasu (cienie ze Sleeka miały taką dziwną tendencję, że w ciągu dnia utleniały się i wychodziły z nich lekko czerwone nuty).

Po czwarte - cena

Za cień zapłaciłam coś około 25 złotych. Słoiczek jest spory (cień ma 2,5 g), sama pomada jest bardzo wydajna dzięki wysokiej pigmentacji, więc stosunek ceny do pojemności/wydajności jest jeszcze przyjemniejszy. Opakowanie jest solidne, szklane, porządnie wykonane, wizualnie niczym nie ustępuje niejednokrotnie droższym kosmetykom.


Słowem - mój aktualny numer jeden. Szybkość, łatwość aplikacji, fantastyczna trwałość i świetne dopasowanie kolorystyczne - czegóż chcieć więcej?

Pozdrawiam,
Joanna

10 wrz 2016

JESIEŃ DA SIĘ LUBIĆ

Jestem stworzeniem niekoniecznie ciepłolubnym. Uwielbiam za to ubrać się w ciepłe skarpetki, zawinąć w miękki koc, odpalić w tle świeczki dające delikatny blask i napić się gorącej herbaty. Nade wszystko nie cierpię upałów, potu lejącego się po plecach, klejących się do ciała ubrań i dusznych nocy, kiedy nie mogę przykryć się kołdrą. Zawsze z utęsknieniem wypatruję więc jesieni, porannych mgieł unoszących się nad trawą, chłodnych wieczorów, zapachu palonych liści. Odkąd sięgam pamięcią jesień miała dla mnie wręcz charakterystyczny zapach. W ostatnich dniach powoli, powoli czuć już było tę jesienną atmosferę, a we mnie wstąpił jesienny duch - w sklepach mimowolnie kierowałam się do półek ze swetrami, sklepy obuwnicze przyciągały mój wzrok botkami, a do kominka powędrowały pierwsze otulające ciepłym aromatem woski. Dzisiaj przerobiłam jakieś tony cukinii, papryki i pomidorów na aromatyczne leczo, upiekłam też mnóstwo dyni na puree. Poduchy dostały nowe, puchate poszewki, na komodzie zamieszkał świeży wrzos, a ja uzupełniłam garderobę o pierwsze jesienne swetry. Jutro dyniowe puree zamienię w syrop do kawy (domowe pumpkin spice latte jest po prostu jedynie i bezbłędnie obłędne!) i pijąc ową kawę na balkonie będę napawać się widokiem kolorowych drzew za oknem. Mimo, że dzisiaj szalały dzikie, jak na ten czas w roku temperatury, u nas nastrój już jest!



Nie czujecie się przekonane, aby nieco przychylniejszym okiem spojrzeć na tę - niejednokrotnie kapryśną - porę roku? Ja sama, mimo, że zawsze na jesień czekam i początkowo wydaje mi się, że nie mogę się jej doczekać, niejednokrotnie zmagałam się z jesiennym przesileniem, zmęczeniem i irytacją na wieczną ciemność (uczucie, gdy człowiek wychodzi z i do pracy w szarości za oknem nie może być fajne). Brakowało mi energii, chęci na jakąkolwiek aktywność fizyczną czy psychiczną. Ze wszystkim można walczyć na bieżąco, ale, że lepiej zapobiegać niż leczyć, ja sobie zwyczajnie zaplanowałam, że moja jesień będzie piękna. 

Tym razem odgoniłam myśli o jesiennej chandrze krótką listą zakupów, które zamierzam realizować powoli przez jesienne miesiące. Dawno już tworzenie wish-listy nie sprawiło mi tyle frajdy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że tym razem nie będzie żadnej chandry - będą za to ciepły sweter, miękki szal i słodka, dyniowa kawa, a co!


Koniecznie muszę zaopatrzyć się w lekki płaszcz. Brakuje mi takiej przejściowej narzutki, popularnie zwanej w moim otoczeniu "okryjbidą" :). Mam co prawda nieco sfatygowany trencz, ale no właśnie - sfatygowany i w takim fasonie, w którym chyba nigdy specjalnie dobrze się nie czułam. Teraz chcę postawić na luźną narzutkę z kieszeniami, najlepiej czarną lub granatową. Dwa przyjemne fasony znalazłam w H&M i waham się, który z nich bardziej mi się podoba. Granatowy ma piękny odcień, ale za to czarny można zapiąć (swoją drogą, cóż za idiotyczna moda ostatnio nastała, żeby wszystkie płaszcze i kurtki nie miały zapięć?!). Dylemat do rozstrzygnięcia w przymierzalni.
Wymyśliłam też sobie, że w końcu odejdę od czarnych i ciemnych dodatków. Niedawno kupiłam jasnobrązową torebkę, do mojej szafy trafiły też dwa jasne swetry (zdjęcie drugie od góry, Takko), więc do koloru brakuje mi jeszcze jasnego szalika. Również w H&M znalazłam fajną sztukę, bardzo ładny szalik widziałam również na dziale F&F w Tesco. 
Mimo, że obiecałam sobie, że nie kupię już żadnego swetra w typie takim jak na zdjęciu, z każdej strony atakują mnie ostatnio piękne, długie i grube kardigany. W szafie mam kardiganów sporo, ale wszystkie są cienkie i nie za długie, a mnie zamarzył się teraz bardzo długi, bardzo ciepły i bardzo beżowy. 
Znosiłam też już swoje jesienne botki. Była to już kolejna para butów, która przetrwała ledwie sezon, więc tym razem postanowiłam sobie, że zainwestuję w coś porządniejszego, na trochę "mocniejszej" podeszwie. W CCC znalazłam kilka par, które wpadły mi w oko, te dwa modele na powyższym zdjęciu chyba najmocniej zapadły mi w pamięć.
W kwestii zapachów chyba w końcu pora coś zmienić - z Yankee Candle jestem praktycznie na bieżąco, ale dawno już żaden wosk nie wbił mnie w siedzenie swoim niecodziennym aromatem. Spodobała mi się za to nowa kolekcja Kringle Candle, niektóre zapachy prezentują się naprawdę obiecująco. Na mojej liście są trzy pewniaki, które muszę w końcu zamówić, ale w kolekcji jesiennej KC znajdziecie dużo więcej ciekawych pozycji.
Jak już przy woskach jesteśmy, muszę dokupić drugi kominek. Obecnie mam jeden (z Yankee Candle - służy mi już kilka lat i nie mogę narzekać na jego jakość, więc pewnie zdecyduję się na tę samą markę) i używam go w salonie. Ostatnio jednak przenoszę go też do sypialni i zostawiam zapalonego tealighta na czas zasypiania, ale denerwuje mnie bieganie po mieszkaniu z nagrzanym kominkiem. Upatrzyłam sobie prosty, biały kominek w ciekawym kształcie i ten pewnie w końcu do nas trafi. 

Pewnie jakbym jeszcze trochę pogrzebała w internecie, lista mogłaby się wydłużyć, ale aby zachować umiar, na razie wstrzymam się z dalszymi poszukiwaniami :). Was zostawiam z moimi jesiennymi przemyśleniami i mam nadzieję, że i Wy nastrajacie się na nadchodzącą porę roku tylko i wyłącznie pozytywnie!

Pozdrawiam,
Joanna

3 wrz 2016

Cztery gadżety do mycia twarzy

W ostatnim poście (Koreański rytuał pielęgnacyjny w dziesięciu krokach wg Charlotte Cho w praktyce), wspomniałam o tym, że z racji zmian związanych z potrzebami mojej cery, zmieniłam sporo w swoim podejściu do pielęgnacji skóry. Jedną z najważniejszych zmian było zrezygnowanie z typowych, mechanicznych peelingów (moja niegdyś ulubiona pasta oczyszczająca z Ziaji obecnie leży i się kurzy) na rzecz tych delikatniejszych, enzymatycznych. Mocne zdzieraki zostały zastąpione kilkoma gadżetami, których używam w duecie z olejkiem czy żelem do mycia. Takich pomocników mam całkiem sporą kolekcję i to właśnie im chciałabym poświęcić tego posta - zapraszam!


W moim obecnym zestawie znajdują się cztery gadżety - szczoteczka z włosia, silikonowa szczoteczka soniczna (obie z Biedronki), silikonowa szczoteczka z Rossmanna i gąbeczka Konjac. Najdłużej jest ze mną szczoteczka z włosia, którą już dość dawno kupiłam w Biedronce i od tamtej pory dość regularnie jej używam. W miarę zmiany moich potrzeb, poczułam, że przydałoby się coś jeszcze i tak trafiły do mnie kolejne gadżety - niby wszystkie o podobnym przeznaczeniu, ale jednak każde inne.


Jak obecnie wygląda moje oczyszczanie twarzy? Rano, do olejku i żelu najczęściej używam gąbki Konjac. To dość specyficzny twór - jest twarda, szorstka, ale w kontakcie z wodą staje się niesamowicie miękka, elastyczna i wprost przyjemna dla skóry. Gąbka konjac powstaje z drzewa o takiej samej nazwie, ma bardzo ciekawe właściwości - podobno zawiera w sobie naturalny środek myjący (ja jednak wolę ją w zestawie z żelem), pozwala przywrócić naturalne pH skóry, pozbyć się wszelkich zanieczyszczeń ze skóry, ma właściwości nawilżające i "dotleniające" naszą skórę. Czy w to wszystko wierzyć? Nie wiem. Wiem za to, że gąbka jest na tyle delikatna, że nie podrażnia skóry, jednocześnie po jej użyciu cera jest naprawdę miła dla oka, gładsza, bardziej miękka. Używam jej też do zmywania maseczek, wspomnianych już peelingów enzymatycznych. Łatwo ją doczyścić, jest naprawdę nieskomplikowana w użytkowaniu. Niby taki mały "dupsik", ale naprawdę uprzyjemnia pielęgnację. 

Wieczorem w zależności od nastroju sięgam albo po szczoteczkę z włosiem, albo po soniczną szczoteczkę silikonową. Tę drugą mam od niedawna, ale naprawdę świetnie się sprawdza. Szczoteczka z włosia jest trochę bardziej inwazyjna - mam wrażenie, że mocniej oczyszcza, potrafi spienić żel i czasem zwyczajnie czuję, że danego dnia aż tak mocne oczyszczenie nie jest mi potrzebne - wtedy sięgam po którąś z silikonowych wersji. Wersja soniczna jest sporo delikatniejsza, ale robi ze skórą jakieś czary, bo cera jest bardziej sprężysta, gładsza, pory jakby mniej widoczne. Jej używanie jest niesamowicie relaksujące, te drgania w połączeniu np. z olejkiem do mycia dają efekt odprężającego skórę masażu. Zdarza mi się też po nią sięgać podczas aplikacji serum - mam wrażenie, że kosmetyk wtedy konkretniej działa, a masaż szczoteczką daje mu dodatkowego kopa. 
Najbardziej niepozorna z całej czwórki jest mała, różowa szczoteczka z Rossmanna. Kupiłam ją za jakieś śmieszne pieniądze, po tym jak zobaczyłam ją u Kosmetycznej Hedonistki. Zaciekawiła mnie wtedy na tyle, że stwierdziłam, że przy następnej okazji wrzucę ją do koszyka. Jest bardzo elastyczna, wypustki są miękkie, z tych trzech zaprezentowanych szczoteczek (gąbki co oczywiste, nie liczę) jest chyba najdelikatniejsza. Sprawdza się u mnie jako pomocnik w porannej pielęgnacji, świetnie pobudza krążenie i dobrze przygotowuje skórę do przyjęcia kosmetyków. Jest też najwygodniejsza w użyciu - nie trzeba jej moczyć (jak Konjaca), nie musimy wymieniać końcówek jak w szczoteczce z włosia, najłatwiej ją wyczyścić (ja ją po prostu wypłukuję pod bieżącą wodą, co jakiś czas spryskuję ją też alkoholem izopropylowym). Do tego zdaje się też najdelikatniejsza z przedstawionej trójki. Mała, ale daje radę! 


Podsumowując - gąbka Konjac świetna do zmywania maseczek, do delikatnego mycia żelem, różowa szczoteczka z Rossmanna przy porannej pielęgnacji również jest niezastąpiona. Soniczne szczoteczki (z włosia i silikonowa) zostawiam sobie na wieczór, przy czym szczoteczka z włosia jest zdecydowanie mocniejsza i staram się ograniczyć jej używanie do ~dwóch razy w tygodniu. Silikonowa szczoteczka soniczna jest za to wielozadaniowa, świetnie oczyszcza, przyjemnie masuje i sprawdza się do aplikacji kosmetyków, gdy chcemy trochę podkręcić ich działanie. Wszystkie cztery gadżety świetnie się nawzajem uzupełniają i chyba tylko z szczoteczki z włosia mogłabym zrezygnować, bez reszty ciężko mi sobie wyobrazić obecną pielęgnację. Jeśli chciałybyście podrasować codziennie oczyszczanie, to na początek zdecydowanie poleciłabym zainwestować w gąbkę Konjac i silikonową szczoteczką z Rossmanna. Zakup tych dwóch gadżetów powinien Was kosztować około 20 złotych, a na pewno nie pożałujecie!

Pozdrawiam,
Joanna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...