WoleProstoHeader

29 sie 2016

Koreański rytuał pielęgnacyjny w dziesięciu krokach wg Charlotte Cho w praktyce

O "Sekretach urody Koreanek" wydawnictwa ZNAK było głośno już jakiś czas temu, ja jednak do książki autorstwa Charlotte Cho podchodziłam z dużą rezerwą. Poradniki są tym typem literatury, którego unikam jak ognia. Miałam kilka podejść, ale zawsze kończyło się to dużym stopniem poirytowania i pukaniem się w czoło w rytm powtarzanych słów "Ludzie naprawdę to czytają?". Nie jestem w stanie powiedzieć, który element poradników tak bardzo działa mi na nerwy - czy to lekko psychologiczny wydźwięk, który zawsze gdzieś tam wyczuwam w tle, czy fakt, że zwyczajnie nie lubię jak ktoś mówi mi co mam robić, ale no nie przebrnęłam przez żaden. Nigdy. "Sekrety" to pierwsza pozycja, którą nie tylko przeczytałam w całości. Ja tę książkę wchłonęłam w jeden wieczór. Spontanicznie wrzuciłam ją w Empiku do koszyka, jak szukałam jakiejś lekkiej lektury na podróż poślubną i prawdę mówiąc, nie byłam przekonana czy w ogóle po nią sięgnę. Udało mi się przemóc i nie żałuję. 

Nie jest to pozycja, która zmieniła moje życie czy wprowadziła wielkie zmiany w moim podejściu do pielęgnacji. Nie było dla mnie nowiną, że makijaż trzeba zmywać, że filtry przeciwsłoneczne to konieczność, że dobrze jest cerę regularnie złuszczać czy nawilżać. Nie było też tak, że nagle poczułam ochotę na wymianę całej swojej pielęgnacyjnej kosmetyczki. Mało tego - mimo, że rzeczywiście postanowiłam wypróbować "koreański rytuał pielęgnacyjny w 10 krokach" na własnej skórze, nie od razu mogłam się cieszyć oszałamiającymi efektami w postaci świetlistej, jednolitej cery. Lektura natomiast pomogła mi usystematyzować wiedzę, nieco ją pogłębić i...zwyczajnie mnie wciągnęła! Czytając ją, nie czułam się jak nad poradnikiem. To trochę taka opowieść o kosmetycznej (i tylko) przygodzie z Koreą, napisana lekko, przyjemnie i w przystępny sposób. Dziełem wysokich lotów bym tej książki nie określiła, ale sięgając po nią, miałam nadzieję właśnie na coś lekkiego, niekoniecznie musiało to być tomiszcze rodem spod pióra Sienkiewicza. Momentami miałam wrażenie, że kilka informacji pojawiło się kilkukrotnie, a jedynie ubrane były w trochę inne słowa, ale to w zasadzie malutki mankament. Całkiem miło natomiast czytało się wszelkie turystyczno-lokalne ciekawostki, bardzo spodobał mi się rozdział o k-spa (szczerze żałuję, że i u nas podobnych brak!). Najwięcej uwagi skupiłam na rozdziale, w którym krok po kroku opisany był koreański rytuał pielęgnacyjny, który wg autorki ma, olaboga, aż dziesięć kroków. Ale, że moja cera przechodziła armagedon i apokalipsę (skutki odstawienia hormonów objawiły się diametralną zmianą typu cery; nagle okazuje się że mam cerę mocno mieszaną, skłonności do wyprysków, moja skóra jest wrażliwa, itd., itd.), stwierdziłam, że może gorzej nie będzie i zaryzykowałam. Przez ostatnie tygodnie musiałam się nauczyć dużej systematyczności - na tym, w moim odczuciu, w większej mierze polega koreański sekret. Czy się opłaciło? Moim zdaniem tak! Okazało się, że cały ten upiększająco-pielęgnacyjny proces nie jest wcale taki czasochłonny jak myślałam, że będzie, a jego efekty naprawdę zaczyna być widać gołym okiem. Najbardziej podoba mi się chyba idea zgoła inna od tego, co przyświeca "amerykańsko-instagramowej" modzie. Cały sekret tkwi w naturalności i nieprzerysowaniu. Tutaj sedno tkwi w tym, by nie zakrywać cery z problemami, ale by się tych niedoskonałości próbować pozbyć. Idealnie wypielęgnowana, świetlista cera ma być dobrze przygotowanym "płótnem" pod naturalny, delikatny i podkreślający urodę makijaż. 


Po skończonej lekturze, jeszcze raz wróciłam do wspomnianego rozdziału i posiłkując się ściągawką w postaci prostej grafiki i wiedzą wyniesioną z przeczytanej książki, przystąpiłam do działania. Okazało się, że nie musiałam zrobić kosmetycznych zakupów za miliony monet. Właściwie jedyne rzeczy, w które musiałam zainwestować to olejek myjący do twarzy (moja Bielenda niestety dobiła dna) i kilka sztuk maseczek w płachcie (Charlotte jest ich wielką fanką, a ja do tej pory raczej takową nie byłam). Reszta kosmetyków ułożona w pewien schemat stanowiła mój pielęgnacyjny rytuał, którego pozytywne efekty zaczęłam widzieć właśnie teraz. 


Koreański rytuał opiera się na 10 krokach, które ja delikatnie zmodyfikowałam pod swoje potrzeby. Największą zmianą było odstawienie mocno zdzierających peelingów, których wcześniej używałam bardzo często, na rzecz delikatniejszych peelingów enzymatycznych i przestawienie się na równie delikatne szczoteczki używane w towarzystwie olejków i żeli do mycia twarzy. Przybyło mi ostatnio sporo gadżetów do oczyszczania twarzy, więc na ich temat możecie spodziewać się kolejnego posta! 

Zebrałam swoje 10 kroków i chciałabym się z Wami podzielić moim zestawieniem. Zaczynamy od samego początku:

1. Krok pierwszy - demakijaż i olejek myjący


To była pierwsza zmiana. Wcześniej wieczorem używałam płynu micelarnego/dwufazówki, potem sięgałam po żel/peeling i na tym w zasadzie się kończyło. Rano z reguły opłukiwałam twarz żelem czy samym płynem micelarnym. Tutaj sprawa się trochę mocniej pokomplikowała - teraz najpierw zmywam makijaż micelem (Garnier), następnie na zwilżone dłonie nakładam olejek (u mnie olejek pomarańczowy z Biochemii Urody) i masuję twarz. Na tym etapie podczas wieczornego "mycia" dokładam silikonową szczoteczkę. Dołożenie do swojej pielęgnacji mycia olejkiem bardzo pozytywnie wpłynęło na moją skórę - chyba nigdy nie była tak dobrze oczyszczona, mimo odstawienia mocnych zdzieraków.

2. Krok drugi - kosmetyk na bazie wody.


Nad nim w zasadzie nie musiałam się specjalnie nagłowić - żelu do mycia twarzy używałam już wcześniej i przy tym samym żelu pozostałam (Under Twenty). Żel zmywa resztki olejku i dobrze uzupełnia ten etap pielęgnacji. Najczęściej pomagam sobie gąbeczką Konjac. Rano i wieczorem ten krok wygląda u mnie tak samo. 

3. Krok trzeci - peeling.



Duża zmiana w moim podejściu do pielęgnacji. Przede wszystkim krok ten muszę podzielić na dwa etapy - zamieniłam peelingi na enzymatyczne, a do mycia twarzy żelem/olejem dołożyłam szczoteczki (silikonowe, soniczne, gąbkę Konjac). Takie połączenie sprawdza się u mnie najlepiej, bo: skóra stała się w ostatnim czasie dużo wrażliwsza i peelingi enzymatyczne są dla niej mniej "agresywne", a szczoteczki i gąbka sprawnie i równie delikatnie ten proces złuszczania wspomagają. Moje ulubione peelingi enzymatyczne to ten z Pharmaceris z serii Puri-Sensipil oraz peeling Eko z Biochemii Urody (z bromelainą i papainą). Każdego z nich używam raz w tygodniu, na zmianę (czyli robię peeling dwa razy na tydzień). 

4. Krok czwarty - tonizowanie. 


To też coś, co wcześniej najczęściej pomijałam. W moim odczuciu, skoro od micela zaczynałam, to ponowne przetarcie twarzy wacikiem po całym demakijażu i myciu twarzy było już zbędne. Ale pokornie wyciągnęłam na wierz tonik (L'Oreal) i używam dwa razy dziennie, podczas porannej i wieczornej pielęgnacji. Wg Charlotte rolą toniku jest nie tylko usunięcie pozostałych na skórze zanieczyszczeń, ale również jej odświeżenie i przywrócenie jej właściwego odczynu (podczas mycia twarzy owe pH sobie podnosimy za pomocą środków myjących). 

5. Krok piąty - esencja.


Przyznam, że tu ciągle ze sobą walczę. Kuszą mnie bardzo azjatyckie esencje, niemniej póki co wygrał rozsądek i wykańczam swoje serum z witaminą C (Biochemia Urody). Być może, gdy już je zdenkuję, zdecyduję się na prawdziwą esencję (na dzień dzisiejszy obstawiam Esencję do twarzy z sfermentowanych drożdży Skin Power Original First Essence). Generalnie schemat zaprezentowany przez Charlotte opiera się na nakładaniu kosmetyków pielęgnacyjnych na twarz w kolejności od "najrzadszego" do tego najbardziej treściwego, tak aby umożliwić tym lżejszym kosmetykom przyjęcie przez cerę zanim zaaplikujemy na nią konkret. I tak idziemy krokami - esencja/serum bądź ampułka/kremy. Ja z racji tego, że serum z witaminą C jest naprawdę bardzo rzadkie, przeznaczyłam je dosłownie na spód swojej pielęgnacji i nie narzekam - w takiej kombinacji sprawdza mi się naprawdę dobrze. Serum używam dwa razy dziennie.

6. Krok szósty - serum i ampułki.



Czyli etap, który po raz kolejny dzielę na rano/wieczór. Do wieczornej pielęgnacji stosuję popularne "rybki" (u mnie ostatnio Balea i Rival de Loop), natomiast rano zdecydowanie potrzebuję czegoś lżejszego (serum Alverde). I tu po raz kolejny odzywa się logika takiej pielęgnacji - serum z witaminą C wchłania się naprawdę błyskawicznie, więc nałożenie kolejnego kosmetyku nie powoduje uczucia "betonu" na twarzy.

7. Krok siódmy - maseczka w płachcie. 


Moje odkrycie roku! Nie byłam przekonana do tego typu masek, używałam ich ostatnio sto lat temu i wspominam je miło, ale bez szaleństwa. Natomiast teraz maski w płachcie to mój standardowy zakup podczas wizyty w drogerii. W Hebe skusiłam się na zestaw tygodniowy (siedem różnych masek na siedem dni tygodnia) i dzięki temu odkryłam dwie ulubione, do których na pewno wrócę. Spory wybór mam też w pobliskiej drogerii - tam ostatnio kupiłam maski z Holika holika (maska - 15 złotych, mina mojego męża, gdy zobaczył mnie w masce a'la foka - bezcenna). Maski tego typu fenomenalnie nawilżają skórę, taki półgodzinny seans z kawałkiem szmatki na twarzy potrafi mnie zrelaksować jak nic innego. Uwielbiam to uczucie "po", kiedy ściągam płachtę i wmasowuję w skórę resztę esencji, którą nasączony był materiał. Zażywam takiego pielęgnacyjnego relaksu dwa razy w tygodniu - zawsze w ten dzień, kiedy robię sobie peeling.

8. Krok ósmy - krem pod oczy.


To akurat punkt o wysokiej oczywistości. Ja właśnie wykończyłam mój krem z GoCranberry i przerzuciłam się na krem pod oczy marki Vianek. Póki co jestem zadowolona z jego działania - jest lekki, szybko się wchłania, sprawdza się pod makijaż. Używam oczywiście rano i wieczorem.

9. Krok dziewiąty - nawilżanie + maseczka na noc raz w tygodniu.



Z kremami ostatnio trochę eksperymentowałam. Mój ulubiony krem dobił dna (Lioel, krem ze śluzem ślimaka), a ja chciałam spróbować czegoś innego. Padło na duet od Vianek - dobrany do kompletu do kremu pod oczy. W sumie dość spontaniczny zakup, bo kremy rzuciły mi się w oczy w niepozornej, ale świetnie zaopatrzonej drogerii i postanowiłam zaryzykować. Póki co nie żałuję. Oba mają przyjemne składy, nie podrażniły mojej skóry, nie zostawiają na niej lepkiej/tłustej/jakkolwiek inaczej drażniącej warstwy. No i robią to co powinny - skóra jest odprężona, nawilżona i wyraźnie bardziej miękka. Ale o nich więcej za jakiś czas.
Maseczka na noc raz w tygodniu to dla mnie na razie zagadka do rozwiązania - póki co używałam maseczek z Babuszki Agafii, ale nie czułam większej różnicy po pozostawieniu ich na skórze na całą noc. Być może bardziej długofalowo dadzą się zauważyć jakieś konkretniejsze efekty, jeśli nie, rozejrzę się za jakąś maską dedykowaną do takiego użytkowania.

10. Krok dziesiąty - SPF.


To krok, do którego autorce książki chyba najtrudniej było przywyknąć. Ja na szczęście tego problemu nie miałam - nawyk sumiennego używania filtrów utrwalił mi się już dawno i jestem naprawdę dumna ze swojej systematyczności w tej kwestii. Miałam kilka upadków (sic!), ale zawsze szybko wracałam na właściwy tor. Obecnie mam dwa kremy - SPF 30, którego używam rano przed wyjściem do biura i SPF 50, który nakładam na twarz kiedy czeka mnie dłuższe przebywanie na "wolnym powietrzu". Oba mogę polecić - nie zostawiają na twarzy białego filmu, nie są tłuste i ciężkie, nie zapychają. 

Właśnie tak wygląda obecnie mój pielęgnacyjny rytuał. Być może ogrom tych punktów wydaje się przytłaczający, ale słowo honoru, że taki typowy zestaw czynności rano i wieczorem zajmuje mi nie więcej niż 10 minut. Oczywiście wyjątkiem są dni, kiedy się peelinguję i maseczkuję, ale akurat to rozpatruję tylko i wyłącznie w kategoriach relaksu. 

Słowem podsumowania - koreańskie 10 kroków to proces nieskomplikowany, ale wymagający systematyczności i trochę dyscypliny. Efekty naprawdę są widoczne i choć długo żyłam sobie jako szczęśliwa posiadaczka skóry, której wiele do szczęścia nie potrzeba, teraz muszę nieco więcej energii poświęcić pielęgnacji. Motywujące jest to, że to działa! Was zachęcam do spróbowania, jeśli nie całego rytuału, to choć dwóch jego mocnych punktów - dwuetapowego oczyszczania olejem/żelem na bazie wody oraz masek w płachcie. 

Pozdrawiam,
Joanna




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...