WoleProstoHeader

28 wrz 2015

Gęste i zachwycające | o masce Garniera

Uwielbiam dopieszczać swoje włosy. Mam to szczęście, że moje kudełki dobrze się mają nawet zostawione same sobie, a potraktowanie ich odżywką czy dobrą maską z reguły sprawia, że pokazują pełnię swojej "urody". Moje włosy są niskoporowate i dość śliskie, więc z reguły muszę uważać wręcz, aby nie przedobrzyć - sporo kosmetyków obciąża mi włosy i powoduje szybsze ich przetłuszczanie się. Ostatnio w ręce wpadła mi maska do włosów, którą moje włosy wręcz pokochały i dzisiaj chciałabym Wam napisać o niej kilka słów. 

Maska pochodzi z serii "Gęste i zachwycające" Fructis Garniera. Z większością "fructisów" mam z reguły dobre doświadczenia, bardzo miło wspominam choćby serię Goodbye Demage czy Oil Repair. Gęste i zachwycające to dla mnie nowość, różowe opakowania jednak skutecznie przyciągnęły moją uwagę i do koszyka wrzuciłam właśnie maskę do włosów. 



Co o produkcie pisze producent?
"Marzysz o spektakularnie gęstych, bujnych i silnych włosach? Głęboko odżywcza maska Gęste i Zachwycające intensywnie odżywia i upiększa włosy dla zwiększenia ich gęstości, nadając im wyjątkową miękkość i sprężystość
Jak działa?
Fibra-Cylane
Długotrwałe działanie. Innowacyjna molekuła wnika do włókna każdego włosa, pogrubiając jego strukturę i tworząc długotrwały efekt gęstości włosów, który kumuluje się po każdej aplikacji.
Ekstrakt z granatu
Kremowa formuła sprawia, że włosy stają się wyraźnie piękniejsze, miękkie w dotyku, sprężyste i łatwe do ułożenia."
Maska jest przede wszystkim wyjątkowo lekka i bardzo kremowa. Konsystencja jest "śliska", dzięki czemu bardzo łatwo nałożyć ją na włosy. Ja po umyciu włosów, nakładam tę maskę dosłownie na 3-4 minuty. Tyle wystarczy, aby już podczas spłukiwania czuć, że włosy są bardzo miękkie, niesamowicie gładkie i śliskie. Maskę błyskawicznie się zmywa - to dla mnie ważne, bo nie lubię wisieć pod prysznicem z głową upapraną odżywkami przez długie minuty. Ja włosów nie suszę, lub robię to chłodnym nawiewem. Po wyschnięciu włosy są wyjątkowo gładkie i mięsiste. Nie wierzę w zagęszczające działanie tego typu kosmetyków - może to być efekt wizualny, natomiast realne gęstsze włosy możemy osiągnąć za pomocą długofalowej pielęgnacji. Natomiast, w przypadku tej maski, efekt wizualny jest bardzo wyraźny, włosy wydają się gęstsze, zapewne przez to, że maska dodaje im tej "mięsistości". Włosy są odbite u nasady, zdają się być bardziej sprężyste. Zdecydowanie efekt smutnego oklapu włosów jest zniwelowany. 



Równie istotną kwestią jest dla mnie fakt, że maska nie obciąża moich włosów. Bywają maski czy odżywki, które dają na włosach fajny efekt, ale szybko zmienia się on w przyklapnięte, przetłuszczone włosy. Tutaj coś takiego nie ma miejsca, a ja spokojnie mogę myć głowę co 2-3 dni. Zdarza mi się też nakładać maskę na same końce bez jej spłukiwania - taki sposób również sprawdza się u mnie na piątkę. 

Nie mogę nie wspomnieć o przepięknym zapachu. Wszystkie kosmetyki z serii Fructis świetnie pachną, bardzo owocowo i orzeźwiająco, nie inaczej jest z maską. Zapach jest słodki, dość intensywny i utrzymuje się na włosach jeszcze długo po myciu. 

Wydajność nie jest wybitna - ja przy regularnym stosowaniu wykończam taki słoik (300 ml) w miesiąc, góra półtora. Cenowo na szczęście jest przyjemnie dla portfela - maska kosztuje około 19-20 złotych. 

Podsumowując - na chwilę obecną jest to moja ulubiona maska do włosów, na pewno będę po nią sięgać regularnie. 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 wrz 2015

Licence To Seduce | Matowe szminki Misslyn

Ostatnio w moje ręce trafiło kilka kosmetycznych nowości - całkiem sporo kolorówki i pielęgnacja, którą poniekąd kompletowałam już z myślą o nadchodzącej jesieni i zimie. Będę miała o czym pisać przez kolejne kilka tygodni :). Dzisiaj chciałabym Wam pokazać trzy bardzo udane pomadki, które od pewnego czasu noszę na zmianę prawie dzień w dzień. Wszystkie trzy są kremowe, o matowym wykończeniu, a ich kolorystyka bardzo mi pasuje do obecnej pory roku.




Pomadki Misslyn z powyższych zdjęć pochodzą z nowej serii Licence To Seduce. W skład serii wchodzi aż 10 matowych odcieni, ja posiadam trzy z nich. 

  • długotrwała pomadka o kremowej konsystencji zapewnia intensywny, matowy kolor
  • zawiera witaminę E oraz wosk Candelilla, które intensywnie nawilżają i odżywiają usta
  • efekt matowych ust pojawia się po kilku sekundach od aplikacji

W kolekcji znajdziemy bardzo przyjemne odcienie - od spokojnych beży, przez brudny róż, czerwienie aż po intensywną fuksję. Do mojej kosmetyczki trafiły trzy kolory: I'm red-y czyli klasyczna, dość ciemna malinowa czerwień, Magic Moments czyli piękny, bardzo naturalny nudziak z lekko wpadający w róż oraz Passion czyli koralową, jasną czerwień. Wszystkie trzy mają wyjątkowo kremową konsystencję, gładko suną po ustach. Podczas ich noszenia nie odczuwam nawet minimalnego dyskomfortu, który często ma miejsce przy matowych szminkach. Usta pozostają miękkie, szminka nie wchodzi w załamania na ustach, nie rozmazuje się poza kontur. Wykończenie jest takie, jak obiecuje producent - matowe, szminki rzeczywiście chwile po aplikacji zastygają na ustach i tracą "blask" widoczny podczas samego nakładania. Mnie się efekt bardzo podoba, usta są matowe, ale nie wyglądają na suche, zdecydowanie jest to efekt, który lubię. Trwałość jest porządna - na mnie bez picia i jedzenia trzymają się około 4-5 godzin, przy czym ścierają się dość równomiernie. Pigmentacją mają bardzo mocną, zdecydowanie nie są to pół-transparentne pomadki, a szminki o konkretnym, kryjącym odcieniu. 

Opakowania również przypadły mi do gustu. Są proste, czarne, solidnie wykonane. Zamykają się na tzw. "klik", możemy spokojnie wrzucić je do torebki, bez obaw, że szminka się nam otworzy. 

Poniżej możecie zobaczyć jak prezentują się poszczególne kolory:




Cenowo wypadają nie najgorzej - kosztują 32,90 zł. Za taką cenę dostajemy pomadkę o dobrej jakości, pięknym wykończeniu, a do tego bardzo komfortową w noszeniu. Ja jestem na tak!



Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 wrz 2015

Nowości Natury na jesień | Paletki My Secret i podkłady do konturowania KOBO

Kiedy parę dni temu pokazywałam Wam moją jesienną wish-listę, nie spodziewałam się, że już za parę dni sporo rzeczy z owej listy będę mogła wykreślić. Wczoraj z przyjaciółką wybrałyśmy na bardzo spontaniczne zakupy. Wstąpiłyśmy do Natury, gdzie ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu zobaczyłyśmy nowości w szafach My Secret oraz Kobo. Na mojej liście była czwórka do konturowania z Kobo, a także nowe poczwórne cienie z My Secret, więc niewiele się zastanawiając wrzuciłam to co chciałam do koszyka. Wszystko sobie dokładnie zmacałam, porobiłam zdjęcia i dzisiaj chciałabym Wam pokazać jak się owe nowości prezentują, bo widziałam, że jest spore zainteresowanie tymi kosmetykami. Ostrzegam, że będzie dużo zdjęć!


Kółeczko do konturowania z Kobo bardzo szybko się do mnie uśmiechnęło z internetowych zapowiedzi. Mam najciemniejszy podkład z serii Ideal Cover i często używam go do konturowania. Zestawienie czterech kolorów, które miałyby umożliwić konturowanie na mokro uznałam za bardzo dobry pomysł i uznałam, że jest to coś, co na pewno mi się przyda. Odcienie w kółku są wg mnie dobrane naprawdę świetnie. Mamy tu dwa jaśniejsze odcienie - jeden mocno wpada w żółte tony, drugi jest beżowy, z lekkim różowo-brzoskwiniowym podtonem. Z kolei dwa ciemniejsze kolory to bardzo ciemny brąz (ciemniejszy niż najciemniejszy odcień Ideal Cover) oraz przefantastyczny chłodny brąz. Wszystkie odcienie są kremowe, konsystencja jest przyjemniejsza niż podkładu Ideal Cover, a kosmetyk naprawdę bezproblemowo nakłada się na skórę i rozciera. Wyczuwam hit! Na mojej dłoni te jaśniejsze odcienie wypadają bardzo jasno, ale wynika to tylko i wyłącznie z tego, że wciąż jeszcze mam na sobie ślad urlopowej opalenizny. Cena takiego zestawu to 19,90 zł.





Cienie zaskoczyły mnie nie mniej niż powyższe podkłady. Spodziewałam się dobrej pigmentacji, ale ta okazała się tak mocna, że i tak się zdziwiłam. Zresztą, myślę, że poniższe swatche mówią same za siebie :). Cena paletki to 13,90 zł za sztukę. 











Cienie są miękkie, łatwo się nabierają na pędzel. Część cieni jest matowa, ale maty też mają świetną pigmentację. Ze wszystkich trzech paletek tylko jeden cień ma delikatniejszy pigment (paletka Fairy Tale, ten taki miodowy kolor), cała reszta jest po prostu bezbłędna. Jestem zachwycona paletą Autumn Blossoms - kolory są idealne na jesień. W Smokey Nudes mamy aż 3 maty, z czego oba brązy nadawać się będą też do brwi. Czerń jest mocna, więc dobrze będzie wyglądać np. w postaci przydymionej kreski. Paletka Fairy Tale będzie pewnie miała spore grono zwolenników, bo jest idealna do szybkiego, dziennego makijażu. 

Mam nadzieję, że zdjęcia się Wam przydadzą :). Ja ze swojej strony gorąco zachęcam do polowania na te nowości, bo prezentują się naprawdę porządnie, a jakość zdecydowanie zaskakuje! Oficjalna premiera 17 września, ale już teraz można je dostać przedpremierowo w części drogerii Natura. 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 wrz 2015

Czuję jesień | Wish-list!

Nie tworzyłam jeszcze podczas całej swojej blogowej "kariery" żadnej wish-listy, a na pewno nie w takiej formie, a że sama lubię takie posty czytać u innych (często się czymś zainspiruję i dopisuję to na swoją chciejlistę), postanowiłam zrobić nieduży spis rzeczy, które chciałabym nabyć w najbliższym czasie. Nie da się ukryć, że czuję już w powietrzu jesień i to właśnie ten jesienny klimat nieco mną zawładnął podczas tworzenia tejże listy. 
Przede wszystkim szukam prostego, szarego płaszcza na jesień. Chciałam coś nie za grubego, tak aby spokojnie przechodzić w nim październik/listopad, czy ewentualnie zimę, jeśli takowej nie będzie. Zadanie to będzie niestety trudniejsze niż myślałam, bo to jak szyją tego typu fasony sprawiło, że złapałam się za głowę. Mierzyłam wczoraj 4 rozmiary tego samego płaszcza i wszystkie były o wiele za duże w ramionach, wisiały na plecach, a 2 z nich z przodu rozchodziły się na biodrach. Wyczuwam więc małe mission impossible. 
Mam nadzieję, że łatwiej będzie z szalikiem - od jakiegoś czasu choruję na duży czerwony szal w kratę. W poprzednim sezonie widziałam ich mnóstwo, ale jako, że mam spóźniony zapłon dopiero teraz takiego szalika mi się zachciało.
Wosków Yankee Candle mam już bardzo pokaźną kolekcję, więc teraz chciałabym zainwestować w świecę. Moim ulubionym zapachem jest Soft Blanket i to właśnie ta wersja zapachowa interesuje mnie w pierwszej kolejności. Bardzo lubię wszelkie świąteczne zapachy YC, więc marzy mi się też któraś z pachnących świętami świec. Wiem, że do świąt jeszcze daleko, ale ja naprawdę lubię bożonarodzeniowy klimat, więc u mnie piernikiem pachnie już w listopadzie :). 
Kosmetycznych chciejstw jest nieco więcej. Chwilę temu pojawiły się zapowiedzi nowości wchodzących do drogerii Natura. Oczy zaświeciły mi się głównie do Face Contour Mix z Kobo i nowych paletek My Secret. Poprzednie poczwórne paletki są bardzo szeroko chwalone, a zestawienia kolorystyczne nowych wersji tak bardzo przypadły mi do gustu, że chcę wszystkie trzy. Planuję też w końcu zamówić słynne chińskie puchacze - miałam okazję macać te pędzle u koleżanki i są naprawdę przyjemne. Poza tym, pędzli nigdy dość :). Ostatnie chciejstwo to kwas glikolowy, który już do mnie leci. Planuję najpierw używać toniku, a następnie zrobić kwasem peeling. Na szczęście przyjaciółka jest kosmetologiem i będzie prowadzić nadzór nad moim kwaszeniem. Nie mogę doczekać się efektów!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
9 wrz 2015

See You at Midnight | Sleek po przerwie

Dawno już nie interesowałam się Sleekiem, moja paletowa obsesja nieco przygasła, a jej przebłyski gasiłam paletami marki MUR. Jednak jakiś czas temu sleekowa kolekcja znów powiększyła się o kilka kosmetyków, a ja przypomniałam sobie, dlaczego swojego czasu tak bardzo przepadałam za tą marką. W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać bardzo niepozorną, ale niezwykle przyjemną paletkę, która wydaje mi się idealna na nadchodzącą jesień. Paleta nazywa się See You at Midnight i zawiera dwa róże oraz cztery cienie. 



"Eye and Cheek to paleta, w której znajdziesz kosmetyki, przy pomocy których stworzysz niepowtarzalny makijaż. Wersja See You At Midnight zawiera dwa róże do policzków - Antique oraz Pomagranate, a także 4 cienie do powiek z bestsellerowej palety Vintage Romance. Do zestawu dołączono pędzelek do różu oraz pacynkę do cieni."
Nad różami Antique i Pomagranate zastanawiałam się niejednokrotnie już wcześniej, oba odcienie są bardzo "moje". Cienie do powiek to 4 pozycje, które znajdziemy również w palecie Vintage Romance, którą dość mocno eksploatuję odkąd ją mam i sporo cieni w niej dobiło już dna. Cienie już wcześniej znałam, więc nie zaskoczyły mnie - jestem z nich bardzo zadowolona, mają dobrą pigmentację, pięknie połyskują, bezproblemowo się je rozciera. Chłodne złoto wygląda na powiece ładnie nawet jeśli nałożymy je solo, świetnie podkreśla moją niebieską tęczówkę. Dwa fiolety mają mocny pigment, jeden z nich jest bardziej nasycony, metaliczny, z kolei ten z lekką domieszką brązu ma delikatne, chłodne drobinki i w zależności od światła wygląda albo na śliwkę albo na brąz. Niebieskawy cień (obok złota) jest troszkę trudniejszy w obsłudze, ale efekt jest tej pracy warty, ten cień to prawdziwy kameleon. Mieni się na niebiesko-fioletowo, fajnie wygląda w duecie ze złotkiem. 


Róże z kolei mnie oczarowały! Już wcześniej miałam dobre doświadczenia z różami Sleeka, ale te dwa to naprawdę mistrzostwo. Kolory są dość specyficzne, ale właśnie dlatego tak bardzo mi się podobają, są takie...niecodzienne. Pomagranate to odcień bardzo różowy, wręcz wpadający momentami lekko w fiolet. Jest dość ciemny i mocno napigmentowany, miękki w konsystencji. Najlepiej nakładać go lekką ręką i pędzlem z miękkiego, niezbyt zbitego włosia, wtedy bezproblemowo uzyskamy efekt subtelnego rumieńca. Świetnie będzie wyglądać na cerach, które lubią chłodne odcienie. Antique z kolei to mieszanka brudnego różu i jasnego brązu. Tutaj pigmentacja też jest mocna, róż lekko się mieni, daje satynowy efekt na skórze. Bardzo polubiłam ten odcień, uważam, że jest wyjątkowo twarzowy, delikatny i elegancki. 


Paleta kosztuje obecnie na cocolita.pl 39,90 zł KLIK!. Mnie kusi jeszcze wersja A Midsummers Dream (klik), wydaje mi się bardzo uniwersalna. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 wrz 2015

Wróciłam! | Mam i ja, czyli o polowaniu na biedronkowe cotton balls

Wróciłam! Urlop dobiegł końca (niestety) i pora powrócić do rzeczywistości. Wyjazd udał się nam świetnie, ale mimo to cieszę się, że jestem już w domu. Powrót do swojego kąta jest naprawdę przyjemny. Greckie upały nieźle dały mi w kość, więc teraz z dużym zadowoleniem zakopuję się w kocu, popijam gorącą herbatę i oddaję się wszelkim jesiennym (tak, tak, wiem, że jeszcze jest lato) przyjemnościom. Zaczęłam już powoli zmieniać dekoracje w domu na takie bardziej jesienno-zimowe. Dałam się ponieść małemu szaleństwu w Ikei, nie oparłam się również nowej Biedronkowej gazetce z rzeczami do domu KLIK!. Miałam przeczucie, że na wełniane światełka będzie duży popyt, więc przezornie wybrałam się na zakupy jeszcze przed pracą i miałam sporo szczęścia, bo o godzinie 7.30 kosze były już mocno przebrane, a upatrzone przeze mnie kule zostały tylko jedne. Trochę żałuję, że nie udało mi się jeszcze dorwać wersji białej, ale na pewno będę się pilnie rozglądać przy kolejnych zakupach. Wybrałam za to wersję biało-beżowo-szarą i już zdążyłam zainstalować ją w sypialni. Po południu za to ruszyłam na spokojniejszą wyprawę i dokupiłam dwustronny koc oraz poszewki na poduszki i pościel. Biedronka po raz kolejny zaskoczyła mnie mocno na plus! 




W ofercie znajdziemy też m.in. pościel, dywan, poduszki na krzesła czy ramki. Te ostatnie sama nawet oglądałam, ale koniec końców zrezygnowałam. Całą gazetkę możecie zobaczyć TUTAJ



Mam nadzieję, że te z Was, które swoich "świetlnych kul" jeszcze nie upolowały, dorwiecie je w najbliższym czasie, a ja tymczasem odpalam swój zestaw, układałam się wygodnie pod kocem i zmykam tworzyć posta o odbytej podróży. Grecja zaskoczyła mnie na tyle mocno, że stwierdziłam, że muszę to opisać, choćby "ku pamięci" :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...