WoleProstoHeader

31 lip 2015

PędzLOVE | Beauty Crew

Uwielbiam pędzle! Zwłaszcza takie, które można dostać za niewysoką cenę, a jakością nie odbiegają od pędzli droższych marek. Mam kilka firm, które omijam szerokim łukiem (Glambrush, z Maestro też mam różne doświadczenia, więc podchodzę ostrożnie), ale też kilka sprawdzonych, jak Hakuro czy Real Techniques. Ostatnio miałam okazję wypróbować kilka pędzli marki stosunkowo nowej - Beauty Crew i dzisiaj zapraszam Was na recenzję pędzli właśnie tej firmy. 


To co podoba mi się w tych pędzlach najbardziej, to dość duże podobieństwo do pędzli Hakuro i sporo niższa cena. Od Hakuro różnią się jedynie tym, że pędzle są odrobinę cięższe, ale i tak bardzo dobrze leżą w dłoni. Mam trzy sztuki do twarzy - flat top BCF-30, kulkę do podkładu BCF-38 i skunksa BCF-36



Jeśli chodzi o ich funkcjonalność to nie mogę narzekać. Flat topem nakładam podkład, nadaje się zarówno do minerałów jak i do podkładów płynnych. Jest bardzo miękki, puchaty, włosie jest gęste i dość zbite. Bardzo łatwo wmasować nim podkład w skórę, ja przed użyciem zawsze lekko spryskuję go wodą termalną. Kulka jest podobna - również bardzo miękka, zbita, niezwykle przyjemna w dotyku. Używam jej do nakładania bronzera w kremie (Kobo), fantastycznie się do tego nadaje. Do aplikacji podkładu również się sprawdza bez zarzutu. Z domywaniem obu sztuk nie ma żadnych problemów, kosmetyki nie wżerają się we włosie. Mycie w żaden sposób nie wpływa na stan pędzli - nie gubią włosia, nie rozczapierzają się, nie tracą kształtu, ani nie stają się szorstkie. Ze skunksem jest podobnie - nim najczęściej aplikuję róż lub bronzer. Bardzo dobrze rozciera kosmetyki na skórze. Podczas mycia zachowuje się przyzwoicie, choć akurat ten konkretny pędzel suszę profilaktycznie w osłonce. Cenowo wypadają bardzo dobrze - kulka i flat top kosztują 24,90 zł, natomiast skunks 23,90 zł. Stosunek jakości do ceny jest naprawdę zadowalający.



Pędzel do linera i brwi jest dość szeroki, w związku z czym ja używam go tylko do robienia kresek. Do brwi wydaje mi się odrobinę za mało precyzyjny. Natomiast do linera czy robienia rozmytej kreski cieniem nadaje się bardzo dobrze. Jest dość twardy, ale i elastyczny, więc namalowanie nim kreski jest wygodne. Z domywaniem nie ma problemu, włoski są dość śliskie, więc odrobina mydła i linera można się łatwo pozbyć. Pędzelek kosztuje 6,90 zł.
Pędzel do korektora jest bardzo podobny do pędzla Hakuro, kształt się praktycznie nie różni. Taka mięciutka, mała kulka świetnie sprawdza się do nakładania korektora pod oczy czy w skrzydełka nosa, mnie zdarza się też nakładać nim bazę na powieki czy kremowe cienie. Bardzo lubię tego typu pędzle, uważam, że są wielofunkcyjne i warto taki pędzelek w swojej kolekcji mieć. Ten z Beauty Crew kosztuje 12,90 zł (podczas, gdy koszt takiej kulki z Hakuro to około 30 złotych). 
Płaski języczek jest teoretycznie przeznaczony do korektora, natomiast ja używam go po prostu do aplikacji cieni. Jest zbity, twardy, elastyczny, dzięki temu bardzo precyzyjnie można nałożyć nim cienie. Sprawdza się także do podkreślania dolnej powieki. Przyzwoity, również warto taki pędzel mieć zawsze pod ręką. Koszt to 6,90 zł.
Pędzel do rozcierania to również dość mocna inspiracja pędzlem do rozcierania Hakuro. Oba są bardzo podobne (włosie, budowa), oba sprawdzają się dobrze w swojej roli. Używam go do rozcierania granic cieni, podkreślenia załamania powieki. Pięknie rozciera cienie, to pędzel z kategorii "robi to sam". Cenowo bajka - 12,90 zł. 
Pędzel do ust jest ciekawie rozwiązany - można go zamknąć i wrzucić do torebki. Ostatnio często podkreślam usta mocniejszymi kolorami, więc taki pędzel to dla mnie strzał w dziesiątkę. Jest sztywny, bardzo precyzyjny, można spokojnie wyrysować nim kontur ust. Bardzo go polubiłam, brakowało mi takiego pędzla w kolekcji. Kosztuje 6,90 zł. 
Spiralka, jak to spiralka - używam jej do przeczesywania brwi. Podoba mi się w niej to, że podczas używania, czyszczenia nie gubi włosków i nie przyczepiają się do niej wszystkie możliwe "fufki" - miałam z tym problem przy każdej innej spiralce. Cena - 4,90 zł.
Pędzel do cieni BCE-10 polubiłam do precyzyjnego nakładania cieni, czy to w załamaniu powieki, czy w zewnętrznym kąciku. Pędzelek jest mały, dobrze wyprofilowany. Jest bliźniaczo podobny do H76 z Hakuro, pod kątem właściwości nie różni się też praktycznie wcale. Kosztuje 6,90 zł (dla porównania - Hakuro 18,40 zł). 

Wszystkie pędzle Beauty Crew możecie kupić na cocolita.pl - KLIK. Trzymam kciuki, żeby te pędzle zrobiły "karierę", bo naprawdę zaskoczyła mnie ich przyzwoita jakość. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 lip 2015

Paznokciowa regeneracja | serum Max Repair od Evree

Moje paznokcie nie miały ostatnio lekko. Jak już mi się wydawało, że doszłam z nimi do ładu i są w jako takiej formie, to dobiłam je hybrydami (a konkretnie nieumiejętnym ściągnięciem tychże). Były w tak fatalnym stanie, że nie mogłam ich nawet odrobinę zapuścić. Trochę podratowałam się Hardem z Semilaca, ale forma paznokci nadal pozostawiała wiele do życzenia. Płytka była koszmarnie sucha, paznokcie bardzo wolno rosły, rozdwajały się i łamały. Stwierdziłam, że pora wrócić do sposobu sprawdzonego - olejowania! Z pomocą tym razem przyszło serum Max Repair od Evree. 



Serum bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie swoim składem. Przeważnie w przypadku tego typu kosmetyków mamy do czynienia z 2-3 olejkami i całą masą mniej odżywczych składników, a tu lista olejków jest bardzo pokaźna:
  • olejek oliwkowy
  • olejek winogronowy
  • olejek makadamia
  • olejek ostropestowy
  • olejek avocado
  • olejek abisyński
  • olejek arganowy
  • olejek jojoba
Wcześniej mieszankę do olejowania paznokci robiłam sama, jednak tutaj mam już gotowy produkt z bardzo wygodnym aplikatorem w postaci pędzelka i na tyle ładnym składzie, że tym razem stwierdziłam, że nie ma się co babrać z przelewaniem, mieszaniem itd. Samo serum stosuje się bardzo bezproblemowo - opakowanie zakończone jest sztywnym pędzelkiem, tubkę wystarczy lekko przycisnąć i dozuje się odpowiednią ilość serum na paznokieć. Ja zawsze smaruję odżywką paznokcie oraz "zakrapiam" odrobinę pod płytkę od spodu. Dokładnie tak samo stosowałam swojego czasu oleje i dużo bardziej sprawdzała się u mnie taka podwójna metoda. Serum zostawiam na kilka minut, a następnie wmasowuję w płytkę. Zrobiłam sobie krótki detoks i nie używałam przez jakieś 2 tygodnie lakierów, ale potem gdy już zaczęłam malować paznokcie, serum nadal wkrapiałam pod płytkę i wmasowywałam to co spłynęło na skórki. Efekty widoczne były bardzo szybko. Po tych dwóch tygodniach (serum nakładałam codziennie, teraz robię to co 2-3 dni przy zmianie koloru lakieru + codziennie zakrapiam pod płytkę) paznokcie były w dużo lepszej formie. Zrobiły się mocniejsze, twardsze, płytka była nawilżona, jaśniejsza. Tempo wzrostu paznokci mnie zaskoczyło - udało mi się ekspresem zapuścić paznokcie do pożądanej długości. Po miesiącu regularnego stosowania zauważyłam też to, co przy olejowaniu zawsze najbardziej mnie zaskakiwało, a mianowicie przyrost. Mówiąc prościej, zaczęła się wydłużać się płytka paznokcia, ta "różowa" część. 



Paznokcie są obecnie w formie naprawdę dobrej, a wystarczył tak naprawdę niecały miesiąc. Może to się komuś wydawać okresem długim, jednak startowałam z wyjątkowo kiepskiego stanu. Teraz znowu w drogeriach w pierwszej kolejności wzrokiem wyławiam lakiery, malowanie czy wymyślanie wzorów ponownie sprawia mi dużo frajdy.

Podsumowując - efekty są znakomite, serum zadziałało u mnie porównywalnie do robionej przeze mnie swojego czasu własnej mieszanki olejków. Duży plus za wygodne opakowanie, łatwą aplikację i wzorowy skład. Cenowo również jest bardzo przyjemnie - kosztuje około 15 złotych. Dla mnie bomba! Brawa dla marki Evree za kolejny świetny produkt.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 lip 2015

Upsss... | Kilka fajnych promocji

Znowu to zrobiłam! Poszłam "po bułki" i wyszłam z kolejną książką kucharską do kolekcji. Jakby mi ktoś rok temu powiedział, że będę za rok miała mały zbiór z inspiracjami kulinarnymi i będę latać za przepiśnikiem, żeby gdzieś spisywać moje eksperymenty to najprawdopodobniej bym nie uwierzyła. A Dr House mawiał, że ludzie się nie zmieniają :). 


Przechodząc do meritum - spokojnie weszłam sobie do Biedronki po wafle ryżowe (się strułam..) i Osobisty zawołał mnie znad koszy. Okazało się, że obowiązuje znowu książkowa akcja KLIK! i kosze wypełnione były właśnie książkami kulinarnymi, kreatywnymi (Zniszcz ten dziennik itp.) oraz książkowymi wydaniami i bestsellerami w normalnych wydaniach.



Ja dla siebie wygrzebałam "Polskie owoce i warzywa" oraz "Pora na życie" Ahern. Za książkami Ahern bardzo przepadam, nad "Ps. Kocham Cię" wylałam morze łez, ostatnio miałam okazję oglądać z Osobistym "Love, Rosie" na podstawie powieści Ceceli i bardzo mi się ten film podobał, więc po kolejną pozycję jej autorstwa sięgnę z przyjemnością. Nad działem kulinarnymi dumałam trochę dłużej, bo i wybór był spory. W końcu zdecydowałam, że najmniej pomysłów mam właśnie na warzywa, a i na owoce przyda się trochę inspiracji. Książka podobnie jak "Rodzinna książka kucharska rodziny Kuroniów" jest bardzo fajnie wydana, przepisy wydają się proste, ale jednocześnie są bardzo pomysłowe, na pewno nie raz skorzystam. 




Jeśli zaś chodzi o przepiśnik - wiem, że od dłuższego czasu jest szał na ten z Biedronki, jednak ja mam pecha i za każdym razem jak jest w ofercie to nie mogę go dostać. Za to swój znalazłam w...Pepco. I jestem nim zachwycona! Jest wydany w formie koło-zeszytu, w środku jest podzielony na kategorie, na samym początku ma rozpiski typu "jakie przyprawy do czego się nadają" itd., z przodu ma kieszonkę na kartki z przepisami. Jest naprawdę uroczy. Pepco ogólnie odkąd zaczęliśmy urządzać mieszkanie stało się często odwiedzanym sklepem, zawsze znajdę tam to, czego akurat mi potrzeba :D. 


Aktualną ofertę PEPCO możecie zobaczyć tutaj - KLIK!, w Biedronce również trwa kilka fajnych akcji tematycznych, m.in. "Przepis na dobrą kuchnię" KLIK!, z której to udało mi się dorwać widoczny na powyższym zdjęciu dzbanek na zimne napoje, "Urządzamy mieszkanie" KLIK!, z której warto zainteresować się stolikiem pod laptopa (sama mam z poprzedniej takiej oferty czarny), czy "W najlepszym porządku" KLIK! 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 lip 2015

Firmoowki po raz kolejny | tym razem Osobisty!

Okulary Firmoo cieszą się niesłabnącą popularnością. Sama posiadam już kilka par, z których nadal po wielu, wielu miesiącach użytkowania jestem bardzo zadowolona, więc gdy teraz nadarzyła się okazja, aby wypróbować kolejną parę, na ochotnika zgłosił się tym razem Osobisty. Sam posiada jedne firmoowki, teraz zdecydował się na model trochę lżejszy. Kiedy okulary do nas dotarły (ekspresem, bodajże po około 1,5 tygodnia), trochę żałowałam, że sama się na nie nie zdecydował, bo oprawki są naprawdę fajne! 
Fason nadal jest w stylu klasycznych "kujonków", jednak oprawki są dużo delikatniejsze, cieńsze i jakby bardziej eleganckie. 



Okulary jak zwykle wybieraliśmy całkowicie w ciemno, bez żadnego wirtualnego przymierzania itp. Po prostu znaleźliśmy dany model, sprawdziliśmy czy oprawki mieszczą się w pożądanych zakresie PD (rozstaw źrenic) i wypełniliśmy receptę. 
Wybór był bardzo trafny, oprawki okazały się nie za szerokie, nie za ciasne. Mimo, że ten model okularów jest większy niż ten posiadany już przez Osobistego, to same oprawki są lżejsze, zupełnie inaczej wyglądają na twarzy. Jakość wykonania, jak to Firmoo - całkiem przyzwoita. Nic nie lata, detale są dość dobrze dopracowane. Mnie się bardzo podobają, Osobisty również jest bardzo zadowolony!
Wybrany model to ten - KLIK!

Wszystkie dostępne modele możecie zobaczyć TUTAJ.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lip 2015

O dwóch paletach | MUA Undress Me Too i Romantic Efflorescence

Nie jestem za dobra w postanowieniach - tym razem zupełnie poległam na polu "kosmetyczny minimalizm", a to wszystko za sprawą cocolity, która jakiś czas temu obdarowała mnie ogromniastą paczką różnych przyjemności. Narzekać absolutnie nie mogę, ponieważ znalazłam tam mnóstwo perełek, a dziś będzie o dwóch z nich. 
Palety MUA znałam już wcześniej, miałam kilka, mniej lub bardziej udanych. Cały czas chodziła za mną Undress Me Too, która jak na złość wszędzie była non stop wykupiona. Teraz nareszcie ją mam! Do kompletu z drugą, równie piękną Romantic Efflorescence.



Obie są dość neutralne, składają się z "bezpiecznych" odcieni. Ja ostatnio bardzo przepadam za takimi zestawieniami, przestało mnie ciągnąć zupełnie do papuzich kolorów. W związku z tym, palety Undress Me Too i Romantic Efflorescence, kolorystycznie niesamowicie trafiają w mój gust. Klasyczne beże, brązy, taupe, szarości, śliwkowy fioletu, trochę czerni - zestawienia będą idealne i do wykonania lekkiego, dziennego makijażu, ale też do bardziej zdecydowanego wieczorowego podkreślenia oka. 




Undress Me Too jest jaśniejsza, cieplejsza, będzie idealna dla osób, które lubią złotawe, połyskujące cienie. Do moich niebieskich oczu takie kolory pasują idealnie, więc jest to jedna z palet, po które najczęściej sięgam, gdy robię szybki makijaż do pracy. Mamy tu i matowy, cielisty cień (świetny do rozcierania czy jako odcień bazowy), kilka błyszczących wariacji na temat złota i miedzy, matowy chłodny brąz, trzy chłodniejsze odcienie brązu, a także dwa przyjemne beżowe, lekko połyskujące cienie i matowa czerń. Pigmentacja jest naprawdę super, jedynie jasny, chłodny brąz (góry rząd, drugi od prawej) jest nieco oporny, ale cała reszta - bomba! Trwałość również jest przyzwoita, na bazie cienie są w zasadzie nie do zdarcia. Łatwo się je rozciera, blenduje między sobą. Moimi faworytami z tego zestawienia są cienie drugi i i trzeci od prawej z dolnego rzędu - uwielbiam robić nimi takie delikatne smoky!




Romantic Efflorescence jest bardziej zdecydowana, ciemniesza oraz chłodniejsza. Pigmentacja wydaje mi się trochę lżejsza niż w przypadku Undress Me Too, ale nadal jest dobrze (swatche są robione bez żadnej bazy!). Dwa cienie są mocno średnie - cielisty, matowy cień, a także chłodny matowy brąz. Kolorystycznie to trochę mniej moje odcienie, ale i tak lubię większość z tych cieni. Mamy tu i złotko, czerń, trochę chłodnych brązów, dwa fioletowe odcienie (ten błyszczący, bardziej śliwkowy jest cudny), bardzo fajny jest odcień trzeci z lewej w dolnym rzędzie, coś między srebrem a chłodnym brązem. Trwałość podobnie jak wyżej - na bazie bezproblemowa. Cieniowanie jest łatwe, przy nakładaniu matowych cieni trzeba troszkę bardziej się napracować, ale też jest to do zrobienia. Ogólnie paletkę polubiłam, na pewno zadowolone będą z niej osoby, które lubią chłodniejsze odcienie, dość wyraziste makijaże. 

Cenowo wypadają bardzo korzystnie - 20,90 zł za paletę na cocolita.pl. Ja ze swojej strony polecam obie, choć gdybym miała wybrać jedną, to chyba zostałaby ze mną Undress Me Too.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 lip 2015

Zapachy na lato | Yankee Candle

Kawa wypita, lekkie śniadanie zjedzone, Osobisty jeszcze pochrapuje, więc korzystając z leniwego, wolnego poranka zasiadam do posta! Temat sam się znalazł, bo właśnie odpaliłam w kominku nowy wosk, a że dawno nie było nic o zapachach, dzisiaj chciałabym Was zaprosić na małe zestawienie zapachów do domu idealnych na lato.


Ostatnio zauważyłam, że dużo rzadziej niż zimą czy wiosną odpalam kominek z woskiem - większość zapachów, które posiadam w swojej niemałej kolekcji, kojarzy mi się właśnie z zimą, są to zapachy bardzo "rozgrzewające" pomieszczenie. Mimo to, brakowało mi trochę jakiegoś fajnego aromatu unoszącego się w powietrzu, więc zaczęłam szukać nowych opcji zapachowych, właśnie pod kątem letnich wieczorów. Traf chciał, że dopiero co weszła do sprzedaży nowa kolekcja "Out of Africa", więc siłą rzeczy w dużej mierze skupiłam się właśnie na tych woskach.


Z czterech zapachów dostępnych w kolekcji Q3, zdecydowałam się na aż trzy woski. Najbardziej ciekawił mnie Kilimanjaro Stars, zarówno jego kolor, nazwa, aż w końcu sam opis sprawiły, że to on pierwszy wylądował w koszyku.
"Kilimanjaro Stars - aromat czystego górskiego powietrza splecionego z chłodną nutą mięty i ciepłą paczulą."
Kilkukrotnie już go odpalałam i za każdym razem nie mogę się nadziwić temu zapachowi. Jest bardzo intensywny, rześki, ale ma w sobie bardzo charakterystyczną nutę, która wyróżnia go na tle miliona innych rześkich zapachów. Ciężko go opisać, trzeba po prostu powąchać :). Zupełnie inaczej pachnie na "zimno", mnie urzekł dopiero po zapaleniu, ale już pierwsze nuty trafiające w mój nos sprawiły, że na pewno zrobię niemały zapas tego wosku.
O tym, że kwiatowych zapachów nie lubię, pisałam już na blogu nie raz. Jednak do orchidei zawsze miałam sentyment, więc po krótkim zastanowieniu również Madagascan Orchid znalazł się na mojej liście. Nie rozczarowałam się - jak na kwiatowy zapach jest dość nietypowy, ciepły, naprawdę ładny. Nie jest to czysto kwiatowy aromat. 
"Madagascan Orchid - intensywny i intrygujący aromat białej orchidei z Madagaskaru, która kwitnie tylko przez jeden dzień."
Ostatni wosk, który mnie zaintrygował to Serengeti Sunset. Przyciągnął mnie energetyzujący, pomarańczowy kolor i obietnica połączenia aromatów cytrusów, kwiatów i bursztynu. Aromaty "bursztynowe" już kilkukrotnie trafiały w mój gust, więc spodziewałam się, że i tu będzie podobnie. Zapach mnie nie rozczarował. 
"Serengeti Sunset - uwodzicielski aromat słodkich owoców, cytrusów, kwiatów lotosu i bursztynu przenoszący nas na afrykańskie Serengeti o zachodzie słońca."
Odpuściłam sobie Egyptian Musk - wanilia połączona z piżmem i drzewem cedrowym kompletnie do mnie nie przemówiły. 


Poza kolekcją afrykańską zrobiłam też mały przegląd pozostałych zapachów. Tutaj również skusiły mnie trzy pozycje. Shea Butter jest bardzo chwalony w sieci, sporo się naczytałam i już długo miałam na niego ochotę, więc szybko wylądował w koszyku. Pachnie po prostu cudownie, nie za mocno, ale bardzo otulająco, nie jest przytłaczający, długo utrzymuje się w pomieszczeniu. Cudowny!
"Shea Butter - wyczuwalne aromaty: masło shea."
Po Beach Holiday spodziewałam się czegoś w rodzaju nadmorskiego powietrza (jakkolwiek głupio to nie brzmi) i rzeczywiście ma w sobie coś takiego, że pachnie plażą, morzem, wakacjami. Rześki, niezbyt intensywny, całkiem przyjemny. 
"Beach Holiday -  aromat czystego i świeżego powiewu morskiej bryzy."
Wild Sea Grass to wybór całkowicie w ciemno. Bałam się, że będzie to zapach takiego typowego odświeżacza do toalety (podobne obawy miałam również przy Beach Holiday), na szczęście jest to po prostu przyjemny, bardzo lekki, orzeźwiający zapach. Czy pachnie trawami porastającymi wydmy, tego nie wiem, natomiast przy upalnych wieczorach na pewno będzie stanowić miły dodatek. 
Wild Sea Grass - aromat traw morskich, porastających piaszczyste wydmy.

Zastanawiałam się jeszcze nad jakimś czysto owocowym zapachem, widziałam, że Yankee Candle ma w swojej ofercie i malinowy i grejpfrutowy, jednak odpuściłam. Niewykluczone, że skuszę się następnym razem. Woski tym razem dla odmiany kupiłam na kosmetykomania.pl - cenowo wypadły najfajniej (6,90 zł za sztukę).

A jakie zapachy na lato polecacie Wy? Macie jakieś swoje typy? Dajcie znać w komentarzach!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
9 lip 2015

Promocyjne Hebe | -40% na marki makijażowe i zapachy na lato

Jeszcze nie tak dawno zalała nas fala promocji -40%, a Hebe tymczasem, zupełnie niespodziewanie przygotowało kolejną taką ofertę. Sama tym razem wyjątkowo zamierzam skorzystać, bo akurat skończył mi się tusz i tylko i wyłącznie tusz, więc szkoda mi dopłacać do wysyłki jednego kosmetyku z drogerii internetowej. Przy większym zapotrzebowaniu może bym się zawahała, ale promocja trafiła się w dobrym momencie :). Moim numerem jeden jest od wielu, wielu miesięcy rewelacyjny So Couture z L'Oreala - i ten właśnie tusz również będzie można podczas aktualnego cyklu promocji dorwać 40% taniej. A co oprócz niego? 
Codziennie coś innego! Dzisiaj Max Factor, jutro Bourjois, w weekend moim zdaniem najciekawsza propozycja, bo promocja 40% obejmuje szafy Maybelline i L'Oreala. Kolejno w promocji będą kosmetyki Eveline, Bell i Rimmel. Całą gazetkę z rozpiską i pozostałymi promocjami możecie zobaczyć tutaj KLIK! 



Mnie zaciekawiła też promocja na perfumy - widzę co najmniej dwie propozycje na które od dawno się czaję (kto zgadnie które z powyższego zdjęcia chodzą mi po nosie?:)). Ponadto Hebe kusi wyprzedażami sięgającymi nawet 70%. Dawno w Hebe nie byłam, więc zamierzam się wybrać i sprawdzić!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
7 lip 2015

O trzech takich | Pierre Rene, Art Deco i Bourjois

Pogoda absolutnie nie zachęca do myślenia, więc dzisiaj pokuszę się o posta łatwego i przyjemnego. Trafiło do mnie ostatnio sporo kosmetyków i część z nich naprawdę polubiłam, więc postaram się co kilka dni wrzucić jakiś taki zbiór recenzji kilku kosmetyków. Dzisiaj będzie mix bardzo makijażowy, bowiem znajdzie się tu i podkład i baza pod cienie, a także bardzo soczysta pomadka.



O pomadkach Bourjois z serii Velvet Rouge Edition słyszałam już całą masę pozytywnych opinii, jednak sama do tej pory nie miałam jeszcze okazji sprawdzić ich rzekomego geniuszu na sobie. W końcu zdecydowałam, że najwyższa pora i wybrałam w miarę bezpieczny odcień 09 Happy Nude Year. Jest to bardzo przyjemny, zgaszony koral. Dość ciepły, lekko ceglasty. Początkowo nie do końca byłam zadowolona, głównie dlatego, że spodziewałam się nieco innego odcienia, ale szybko go polubiłam. Bardzo dobrze komponuje się z moją obecną opalenizną, na ustach wypada soczyście, ale nie nachalnie. Nie jest to kolor żarówiasty, ale na ustach jest dość widoczny, więc wielbicielki delikatnego, transparentnego efektu raczej nie będą zadowolone. Ja akurat lubię trochę mocniejszy efekt, więc jestem na tak. Trwałość jest fantastyczna, szminka trzyma się na ustach do kilku godzin. Pigmentacja jest bardzo mocna, więc wystarcza cienka warstwa kosmetyku, aby pokryć usta. Wykończenie rzeczywiście jest matowe, satynowe. Mimo tego efektu, szminka jest komfortowa w noszeniu, nie powoduje uczucia suchych ust, nie wchodzi w załamania w ustach. Na tyle polubiłam ten produkt, że zastanawiam się nad innymi odcieniami z tej serii. Cenowo jest jako tako, szminka kosztuje w drogeriach około 50 złotych, czyli niemało. Na ladymakeup.pl obecnie jest promocja na wiele kolorów - można je dostać już za 33,99 zł KLIK.



Z podkładem Skin Balance od Pierre Rene, miałam podobnie jak z wyżej opisaną pomadką - wszyscy chwalili, a ja żyłam w nieświadomości. W końcu jednak skusiłam się, bo szukałam czegoś w miarę lekkiego, ale o mocniejszym kryciu i z opinii innych wywnioskowałam, że to może być to czego szukam. I rzeczywiście - podkład ma niesamowicie przyjemną, kremową, ale lekką konsystencję, na buzi jest praktycznie niewyczuwalny. Mimo to, całkiem nieźle kryje i przy gorszych dniach mojej cery, najczęściej sięgałam ostatnio właśnie po niego. Zdecydowałam się na odcień 20 Champagne - jest to bardzo jasny, taki "śmietankowy" beż. Bladolice powinny być z niego zadowolone. Dla mnie chwilowo zrobił się zbyt jasny i myślę nad kupnem trochę ciemniejszego odcienia. Wykończenie jest lekko satynowe, podkład nie daje ani matowego efektu, ani mocno rozświetlonego, jest to efekt który bardzo mi się podoba. Nie robi maski, jest trwały. Za niewysoką cenę (około 23 zł) dostajemy naprawdę przyzwoity podkład, jestem bardzo na tak! 



Baza Art Deco, to dla odmiany powrót do przeszłości. Kiedyś, bardzo dawno temu, miałam już okazję jej używać, ale wtedy nie do końca potrafiłam się z nią dogadać. Postanowiłam dać jej drugą szansę, zwłaszcza, że trafiłam ostatnio na kilka ładnych cieni, które jednak potrzebują trochę konkretniejszego wsparcia. I pomysł, aby sięgnąć po tę bazę okazał się strzałem w dziesiątkę. Zrobiłam sobie porównanie jak wypada obok innych baz, które mam (Inglot, MUA, Grashka i jeszcze kilka innych) i przy bardziej wymagających cieniach, Art Deco wypadło najlepiej. Baza ma maślaną konsystencję, łatwo nabrać ją z opakowania i nałożyć na powiekę. Ja używam do tego celu pędzla - kulki. Na powiekach baza jest niewidoczna (w przeciwieństwie choćby do Inglota, który jest jak ciemny podkład). Dobrze podbija kolor cieni, nawet tych jasnych, bardzo przyzwoicie zwiększa ich trwałość. Przy moich powiekach sprawdza się na medal. Nie jest to może najtańsza baza z tych dostępnych na rynku, kosztuje około 34 złotych (obecnie w promo, za 26 zł KLIK), jednak moim zdaniem jest warta tej ceny. Jest bardzo wydajna i nie zasycha po miesiącu na kamień. 

Tyle dobrego na dzisiaj, kolejna porcja pochwał już wkrótce!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...