WoleProstoHeader

28 kwi 2015

Sztuka Mydła | o trzech mydłach absolutnie fantastycznych

Lubię ludzi z pasją. Takich, którzy zajmują się tym, co lubią i tworzą rzeczy zwyczajnie przyjemne. Taką osobą jest Gosia prowadząca sklep Sztuka Mydła, w którym kupić można ręcznie wytwarzane mydła o kreatywnych nazwach i składach. Dla mnie Gosia wybrała 3 mydła sugerując się tym, co napisałam o preferencjach swojej skóry. Trafiła w dziesiątkę, a mydła szybko zajęły honorowe miejsca w łazience.



Mydełka mam jak już wspomniałam trzy sztuki - Cedrowy Solniak, Nagietowe i Błototo. Cedrowy Solniak stosuję jedynie na ciało, z kolei pozostałych dwóch używam do twarzy. Urzekło mnie w nich wszystko - od nazwy, estetyki, przez skład i działanie. Nie umiałabym wskazać ulubieńca, choć uczciwie przyznając - najczęściej stosuję Błototo. 



"Poranny prysznic z mydłem Błototo ekspresowo postawi na nogi. Błoto z Morza Martwego odświeży i oczyści skórę. W doborowym towarzystwie: grejpfruta, pomarańczy i lawendy dopieści zmysły. Bogate w przeciwutleniacze masło kakaowe zadba o zmiękczenie i wygładzenie skóry. Mydło sprawdza się do całego ciała, jak i do skóry twarzy.
Błoto z Morza Martwego - bomba minerałów. Oczyszcza, odświeża i wygładza skórę. Masło kakaowe - natłuszcza i ochrania skórę. To naturalny emolient. Olej ze słodkich migdałów - lekki, dobrze wchłanialny, wygładza i nawilża. Olejek eteryczny lawendowy - pomocny w leczeniu stanów zapalnych skóry i trądziku. Poprawia ogólny wygląd skóry."
Mydło Błototo ma bardzo delikatny, bardzo świeży, mydlano-ziołowy zapach. Nie pieni się zbyt mocno, jednak jak dla mnie w zupełności wystarczająco. Bardzo przyjemnie oczyszcza skórę, rano rzeczywiście daje skórze takiego zastrzyku energii. Skóra jest oczyszczona w taki typowy dla mydeł sposób, jest lekko skrzypiąca, gładka. Mydło nie powodowało u mnie ani pieczenia oczu, ani nie ściągało skóry, nie powodowało przesuszenia. Wręcz przeciwnie - czasem miałam wręcz wrażenie, że mydło pozostawia po sobie lekką, delikatnie tłustawą warstwę - ledwie wyczuwalną, jednak dla mnie jako suchoskórnej - bardzo pożądaną. Ja jestem z jego działania bardzo zadowolona, nie mam się w zasadzie do czego przyczepić. Po kilku tygodniach stosowania, mogę śmiało napisać, że mydło robi mojej skórze dobrze - jest świeża, gładka, miękka. Mydła używam rano oraz wieczorem po przetarciu skóry płynem do demakijażu. Bardzo dobrze oczyszcza skórę z resztek makijażu, domywa nawet ciężki podkład czy resztkę rozmazanego wokół oczu tuszu. Mydło na piątkę z plusem!



"Zanurzone w mydle płatki nagietka delikatnie masują i peelingują skórę. Masło shea działa odżywczo i wygładzająco, a razem z olejem awokado tworzą kremową pianę, która otula i oczyszcza całe ciało. Ciepły zapach lawendy i drzewa sandałowego przywodzi na myśl letni czas beztroski.
Oliwa z oliwek - pomaga utrzymać odpowiednie nawilżenie skóry, jest bogata w naturalne przeciwutleniacze. Olej awokado - ma właściwości kojące i zmiękczające, pielęgnuje skórę wrażliwą. Masło shea - odżywia i regeneruje skórę suchą, poprawia jej elastyczność i wygładza. Olejek eteryczny lawendowy - pomocny w leczeniu stanów zapalnych skóry i trądziku. Poprawia ogólny wygląd skóry."
Nagietowe mydło w niczym nie ustępuje wersji błotnej, niemniej jednak rzeczywiście jest delikatnie peelingujące, w związku z czym porzuciłam na jakiś czas pastę oczyszczającą z Ziaji i co drugi/trzeci dzień stosuję do mocniejszego oczyszczenia twarzy właśnie to mydło. Służy mi to dość mocno, ponieważ mydło jest przy swoim peelingującym działaniu również bardzo delikatne. Pieni się mocniej niż Błototo, dzięki czemu masaż skóry jest naprawdę łagodny. Chętnie używam go też na szyję i dekolt - w te rejony nie mogę używać mocnych zdzieraków, ponieważ mam tylko w tym miejscu bardzo wrażliwą skórę i każda jedna przygoda z peelingiem kończy się dużym zaczerwienieniem skóry na długie godziny. Przy mydle nagietkowym tego problemu nie mam, a dostaję za to uczucie, że jednak jakieś delikatnie złuszczanie skórze zafundowałam. Skład podobnie jak w przypadku Błototo jest prosty, bogaty i jak zdążyłam zauważyć - bardzo skuteczny.



"Cedrowy Solniak swoim wyglądem nawiązuje do plaży, piasku i słońca. To dzięki glince rhassoul oraz płatkom nagietka. Efekt wzmacnia zapach świeżego grejpfruta i balsamicznego cedru. Mydło z dużą ilością soli morskiej, która łagodnie masuje i oczyszcza skórę. Kremowa, puszysta piana otula całe ciało, masło shea zapewnia zaś wygładzenie i regenerację skóry. Mydła z solą morską różnią się nieco od klasycznych kostek. Są cięższe i twardsze, wolniej się zużywają. Polecane do skóry ciała.
Sól morska - pomaga pozbyć się toksyn z organizmu, działa odżywczo, bilansuje wilgoć skóry i uzupełnia nawilżenie. Wpływa korzystnie na rozluźnienie mięśni i skóry. Glinka rhassoul - głęboko oczyszcza, odżywia i poprawia elastyczność skóry. Polecana dla skóry wrażliwej, alergicznej, trądzikowej. Masło shea - odżywia i regeneruje skórę suchą, poprawia jej elastyczność i wygładza. Olej kokosowy - nawilżający. Tworzy mydło z dużą ilością kremowej piany i puszystych bąbelków."
Cedrowy solniak to świetna alternatywa dla peelingu do ciała. Jest dość ostry, wyraźnie czuć w nim drobinki soli morskiej, niemniej jednak, podobnie jak Nagietowe tworzy przyjemnie kremową pianę, która jakoś ten efekt drapania niweluje. Mydło stosuję tylko do ciała, do twarzy byłoby wg mnie zdecydowanie za mocne. Nie wiem czy zasugerowałam się jakoś opisem czy zadziałała jeszcze inna podświadomość, ale mydło rzeczywiście jakoś tak...relaksuje skórę. Pachnie ziołowo, dość wyraźnie. Skóra jest bardzo wygładzona, miękka, ale ponownie - nie jest ściągnięta, sucha czy podrażniona. Mydło przyjemnie otula skórę, nie zostawia po sobie typowego dla mydeł "osadu", tylko taką lekko nawilżającą warstwę. Bałam się, że mydło z racji stosowania na większą powierzchnię ciała będzie znikać w tempie ekspresowym, na szczęście zużywa się zaskakująco powoli. Dla mnie bomba, ciekawa jestem pozostałych "Solniaków" - kusi mnie zwłaszcza jogurtowa i czarno-biała wersja. 

Więcej o mydłach możecie poczytać na stronie Sztuka mydła KLIK! 
Zapraszam do lektury, a ze swojej strony serdecznie polecam - ja po raz kolejny przekonałam się, że moja skóra mydła uwielbia, a same mydła nie muszą kojarzyć się już ze starą, poczciwą kostką Fa ;). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 kwi 2015

Hity z Rossmannowej półki | na co polować podczas promocji

Wszyscy tłumnie uderzają na zakupy do Natury i szykują portfele na nadchodzące promocje do Rossmanna. Ja wyjątkowo nie mam dużych planów, chcę skusić się na kilka nowości, na których przetestowanie miałam już jakiś czas ochotę. Postanowiłam tym razem nie tworzyć na blogu "wishlisty", tylko dla odmiany podzielić się z Wami spisem tego, co już mam sprawdzone.

Promocje w Rossmannie lubię o tyle bardziej od tej z Natury, że mam swojego sprawdzonego Rosska, w którym panuje ład i porządek, szafki z kosmetykami nie wyglądają jakby przeszło przez nie tornado, półki nie świecą pustkami już po pierwszym dniu promocji i ogólnie jakoś tak jest przyjemniej. Naturę odwiedziłam w weekend i wyszłam właściwie tak szybko jak weszłam. Dlatego tym razem zakupy planuję jedynie podczas Rossmannowej promocji i na tym poprzestanę. Większość kosmetyków, które zobaczycie na zdjęciach niżej upolowałam właśnie podczas ostatniej promocji w Rossmannie, zdecydowanie są to same moje hity.



Wśród produktów do oczu warto zainteresować się matowymi linerami Lovely. Mam trzy wersje i każdą z nich uwielbiam. Kobalt i szarość często stosuję do codziennego makijażu, a brązowy jest moim ulubionym produktem do uzupełniania luk w brwiach. Regularna cena jest naprawdę niska w stosunku do jakości (około 8 złotych), więc podczas promocji tym bardziej warto się na nie skusić.
Kolejnym fantastycznym produktem są cienie L'Oreala Color Riche. Warto zerknąć na serie Nude i Smoky - konsystencja tych cieni jest nieziemska, efekt jaki dają jest nie do uchwycenia na zdjęciach. Normalnie kosztują sporo (około 40 złotych), dlatego 49% zniżka to nie lada gratka.


Kosmetyki do ust to kolejny dział, którym warto się zainteresować. Wśród moich hitów są szminki Wibo o przyjemnej maślanej konsystencji i lekko transparentnych kolorach - idealne na co dzień. Bardzo przepadam też za produktami Rimmela, szczególnie polecam kultową już szminkę Airy Fairy, a także nowość - kredki do ust Colour Rush. Sama mam teraz ochotę na odcień Drive me nude. Regularne ceny: kredki około 24 złotych, szminki Lasting Finish około 22 złotych, szminki Wibo<10 zł.



W kwestii podkładów jest nieco skromniej. Ja mogę polecić słynnego Healthy Mixa od Bourjois. Mam już chyba trzecie opakowanie i bardzo mi ten podkład służy. Szczególnie warto się koło niego zakręcić teraz, nada się na wiosenny okres, bo jest lekki, sama najchętniej po niego sięgam właśnie w wiosenno-letnim okresie. Cena regularna jest nieco wysoka (60 złotych), ale połowa tej kwoty już nie boli. 
Wśród korektorów ja swojego ulubieńca znalazłam w Art Scenic od Eveline. W części Rossmannów znajdziemy szafy i tej marki. Ja swój egzemplarz kupiłam właśnie w Rossmannie i zapłaciłam za niego coś około 13 złotych. 
Nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu rozświetlacza Wibo. Produkt porównywany jest często i gęsto do słynnej Mary Lou, a kosztuje zaledwie 10 złotych. W promocji dorwiecie go za piątaka, aż szkoda się nie skusić. 
Wśród maskar kiedyś zapewne królowałaby u mnie słynna żółta maskara Lovely, jednak odkąd pierwszy raz użyłam tuszu So Couture od L'Oreala to nie jestem w stanie uzyskać równie zadowalającego efektu żadnym innym tuszem. Jego cena mnie troszkę boli, bo regularna cena to 60 złotych, ale zawsze czekam na promocje i próbuję upolować go taniej.

Tyle z moich hitów. Koniecznie dajcie znać co Wy zamierzacie kupić, może mnie czymś zainspirujecie!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 kwi 2015

O dwóch duetach | Makeup Revolution i Hakuro

Nie wyobrażam sobie makijażu bez choćby lekkiego podkreślenia policzków bronzerem i kosmetykiem rozświetlającym. Bez względu na to, czy makijaż mam lekki, niemal niewidoczny, czy mocno podkreślam oczy/usta, bronzer i rozświetlacz to kosmetyki, które zawsze nakładam na twarz. Lubię nadać sobie trochę koloru, dzięki delikatnemu wykonturowaniu policzków twarz wydaje się szczuplejsza, a rozświetlacz sprawia, że moja sucha skóra wygląda trochę zdrowiej i mniej sucho. 

W swojej kolekcji mam sporo zarówno bronzerów jak i rozświetlaczy, sporo też u mnie pędzli, które mają mi ułatwiać makijaż twarzy. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić bardzo dobrze zgrany zespół, który ostatnio dość często stanowi moją makijażową bazę.


Produkty Makeup Revolution przebojem wdarły się na nasze blogowe podwórko - czytałam o nich wszędzie, niemal zawsze same dobre rzeczy, więc siłą rzeczy byłam ich bardzo ciekawa. Moja przygoda zaczęła się od palet cieni, a po bardzo dobrym pierwszym wrażeniu, przyszła pora na kolejne. Tym razem w roli głównej występują bronzer Ultra Bronze oraz rozświetlacz Vivid Baked Highlighter. 

Do kompletu z kosmetykami występują dwa pędzle Hakuro. Na dzień dzisiejszy po testach sporej ilości pędzli, mogę śmiało napisać, że Hakuro jest moją ulubioną marką w tej dziedzinie. Do tej pory nie zawiodłam się na żadnej testowanej sztuce, a kolejne dwa pędzle, które dołączyły do mojej kolekcji - H14 i H22 tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie warto rozglądać się za pędzlami innych marek. 



Pędzle mi się bardzo dobrze "sparowały" z kosmetykami. Większego, H14, używam do bronzera, pozwala na dokładne podkreślenie policzków, ale jednocześnie tworzy dość miękką smugę koloru. Mniejszy, H22, świetnie z kolei sprawdza się właśnie do rozświetlacza. Jest mały i bardzo precyzyjny, dzięki czemu możemy musnąć rozświetlaczem dosłownie same szczyty kości policzkowych.
Oba pędzle są dość podobne w kształcie - lekko jajowate, szpiczaste. Różnica tkwi jedynie w wielkości, co dobrze widać na poniższym zdjęciu:


Pędzle mają syntetyczne, bardzo miękkie włosie. Po naprawdę wielu, wielu praniach kompletnie nic się z nimi nie dzieje, nie tracą kształtu, nie gubią włosków, nie stały się szorstkie. Do ich czyszczenia używam mydła i nie miałam jeszcze problemów z ich domyciem. I jeden i drugi bardzo dobrze się sprawują i jak reszta pędzli Hakuro dostają ode mnie piątkę!

Pędzle Hakuro można zakupić np. w drogerii Kosmetykomania, skąd pochodzą moje pędzle. H22 kosztuje 26,50 zł i możecie go znaleźć TUTAJ, z kolei H14 jest nieco droższy (35 zł) i znajdziecie go TUTAJ



Pędzle pędzlami, ale samymi pędzlami nawet przy dobrych chęciach nic nie namalujemy. O bronzerze i rozświetlaczu MUR wspominałam już na blogu niejednokrotnie. Oba bardzo szybko polubiłam, mimo, że początkowo rozświetlacz trochę przeraził mnie swoją intensywnością. 
Bronzer jest ogromny, matowy, o przyjemnej konsystencji. Z moją skórą współpracuje bezproblemowo - nie robi plam, dobrze się go rozciera. Ma herbatnikowy, dość wyraźny kolor, jednak na skórze wygląda bardzo naturalnie. Nie jest ani za suchy, ani zbyt miękki, dzięki czemu na pędzel nabiera się idealna ilość. Odrobinę pyli, jednak w tak dużym opakowaniu gdzieś ten "pył" ginie. Trwałość jest naprawdę przyzwoita - lekko przypudrowany trzyma się kilka godzin, u mnie od godziny 7 kiedy robię makijaż, do godziny 17 kiedy wracam z pracy, nadal jest widoczny. W ciągu dnia minimalnie blaknie, jednak nie jest to duża różnica. 
Rozświetlacz jest...złoty. Dość złoty, wyraźnie złoty. Na pewno polubią się z nim osoby o ciepłym typie urody, niemniej jednak ja, jako typ neutralny, również się z nim polubiłam. Ma bardzo mocną pigmentację, przez co dobrze jest przy nim uważać i nie nakładać go ciężką ręką. Zdecydowanie sprawdza się tutaj wspomniany wyżej pędzel, dzięki któremu możemy wystarczająco precyzyjnie zaaplikować kosmetyk. Konsystencja jest ciekawa. Rozświetlacz niby jest suchy i twardy, ale i tak łatwo go nabrać na pędzel. Na twarzy jest widoczny, dlatego dla mnie to raczej produkt na wieczór aniżeli na dzień. Pięknie prezentuje się przy mocno podkreślonych oczach - brązowe smoky eyes i ten rozświetlacz tworzą świetny duet. Trwałość również na plus, choć podczas noszenia znika gdzieś "odcień" rozświetlacza, a zostaje sam błysk.


Poniżej możecie zobaczyć jak wyglądają oba kosmetyki zaaplikowane w dużej dawce na dłoni oraz w wersji bardzo delikatniej na-twarzowej:


Kosmetyki Makeup Revolution również dostaniecie na kosmetykomanii - cały zakres kosmetyków tej marki znajdziecie TUTAJ, polecam ze względu na mnogość wyboru! Cenowo i bronzer i rozświetlacz wypadają bardzo dobrze, oba kosmetyki kosztują około 15 złotych. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 kwi 2015

O pięknej konturówce | Satin Mauve

Mamy już wiosnę pełną gębą, ludzie wybierają z szafy coraz to bardziej kolorowe i radosne fatałaszki i ogólnie jakoś tak jasno i wesoło. Ja jednak zamiast sięgać po żywą fuksję czy żarówiasty koral, upodobałam sobie zgaszoną jagodę i to właśnie taki odcień najczęściej ostatnio gości na...moich ustach. 
O konturówkach Essence słyszałam dużo dobrego, jednak dopiero niedawno zaopatrzyłam się w pierwszą sztukę i przepadłam. 


Odcień jest dość nietypowy - niby troszkę fioletu, trochę brązu, trochę różu. Producent nazwał kolor konturówki "Satin mauve" i w jakiś sposób ta nazwa tutaj pasuje. Bardzo ciężko uchwycić ten kolor na zdjęciach i równie ciężko go opisać. Mi kojarzy się z lansowanym ostatnio odcień a'la usta Kylie Jenner. Ja się w tym kolorze świetnie czuję - jest dość wyraźny, ale nie przytłaczający. Oko z reguły tylko delikatnie podkreślam brązem lub robię mocno roztartą czarną kreskę, obie te wersje dobrze komponują się z odcieniem konturówki. 

Jeśli zaś o samą konturówkę chodzi - jest miękka, ale się nie łamie, a nie kruszy podczas malowania. Ma bardzo mocny pigment, więc wyrysowanie nią konturu ust i pokrycie całości kolorem jest naprawdę proste. Daje matowy efekt, jednak nie jest sucha, na ustach pozostawia początkowo śliską warstwę, która dość szybko "zastyga" i robi się niewyczuwalna. Trwałość jest przyzwoita, konturówka nie zbiera się w załamaniach ust, zjada się równo i powoli. 
Jedyny minus to fakt, że trzeba ją ostrzyć, nie jest to wykręcana wersja, jednak można jej to wybaczyć, bo nie jest to ten typ kredki, której naostrzenie wiąże się z jednoczesnym zestruganiem połowy kosmetyku. 

Ode mnie dostaje piątkę z plusem - piękny odcień, łatwość aplikacji, dobra trwałość i niska cena. Czaję się na inne odcienie!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 kwi 2015

Trochę błysku | Diamond Iluminator Wibo

Pisałam wczoraj o kilku ulubionych kosmetykach, które stanowią mój makijażowy niezbędnik. W poście wspomniałam m.in. o rewelacyjnym rozświetlaczu firmy Wibo. Po dłuższej chwili zastanowienia, stwierdziłam, że kosmetyk uplasował się na tyle wysoko w moim rankingu "okrycia", że muszę poświęcić mu osobny post. Kosmetyk jest mały i niepozorny, łatwo go więc przegapić podczas wizyty w Rossmannie, a byłaby to duża strata.


Rozświetlacz jest naprawdę niewielki, możecie zobaczyć wyżej jakie to maleństwo w porównaniu do bronzera MUR. Rozważam zakup jakiegoś opakowania na zapas, bo podejrzewam, że to może być kosmetyk, który zdenkuję, potem go ktoś wycofa i będę po nim płakać jak po dawnym, słynnym rozświetlaczu Essence (chlip, chlip). Co jest w nim takiego wyjątkowego, że pozostałe siedem rozświetlaczy leży i się kurzy? Wygląda! No po prostu wygląda i to nieziemsko. Bardzo ciężko jest uchwycić taflę jaką daje, ale na żywo jest widoczny, daje efekt takiej idealnej, mokrej, bezdrobinkowej tafli. Wiecie, coś na kształt perfekcyjnej cery z solidną dawką nawilżania, na którą pada światło. Nie sposób opisać, trzeba sprawdzić na sobie, aczkolwiek spróbowałam kilku sztuczek na moim aparacie i coś jednak widać.

 
Co ponadto to? Świetna pigmentacja, kosmetyk jest miękki, nie pyli, dobrze nakłada się go na pędzel. Trwałość ma naprawdę przyzwoitą, ja po całym dniu wciąż go widzę na policzkach, oczywiście nie w takim natężeniu jak zaraz po nałożeniu, ale jednak. Dyskusyjny jest jego kolor - na wielu blogach czytałam, że jest on złoty. Ja się z tym nie zgadzam, dla mnie to bardziej szampański odcień. Niby złotka tam się można dopatrzeć, ale jest ono maksymalnie neutralne. Świetnie zgrywa się z moją karnacją, nie gryzie się z żadnym bronzerem czy różem. Wad nie zauważyłam.

Opakowanie jest jak to u Wibo - proste, dość solidne i łatwo się brudzi :). Za niecałe 10 złotych nie ma się absolutnie niczego przyczepić. Dla mnie hit, dostaje dziesięć gwiazdek na dziesięć!

Znacie i też się zachwycacie?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 kwi 2015

Makijażowy niezbędnik | ulubieńcy ostatnich tygodni

Witam się po krótkiej przerwie, spowodowanej tylko i wyłącznie czystym, niczym nieusprawiedliwionym lenistwem. Wiosna, przesilenie i tym podobne bzdety, sprawiły, że moje myśli obracały się głównie wokół mojej kołdry, względnie koca w cieplejsze dni. Nie chcąc robić nic na pół-gwizdka, stwierdziłam, że przeczekam, na pewno przejdzie i wtedy wrócę. I wracam.


Stanęłam dzisiaj nad swoją toaletką i zauważyłam, że mój makijaż obraca się ostatnio wokół tych samych kosmetyków, z czego po niektóre z nich sięgam praktycznie dzień w dzień. Mój poranny makijaż jest szybki i niewymagający, ale jednocześnie musi sprawić, że nie wyglądam jak wyciągnięte na siłę spod kołdry zombie. Zadanie więc proste nie jest, ale przy pomocy kosmetyków, o których napiszę poniżej, okazuje się wykonalne i całkiem przyjemne. 

Część z kosmetyków, które widać na powyższym zdjęciu trafiła do mnie stosunkowo niedawno, ale bardzo szybko doszłam do momentu, że zastanawiałam się jakim cudem udało mi się bez nich przetrwać :). Mogę śmiało napisać, że ostatnie dwa miesiące były wręcz wybitne pod względem kosmetycznych odkryć - perełka goniła perełkę.


Zacznę może od faktu, że staram się unikać nakładania podkładu. Może się to wydawać dość "odważne", ale czułam, że zwyczajnie męczę skórę skazując ją na całodzienne oddychanie przez warstwę fluidu. Moja skóra jest w na tyle dobrej kondycji, że przeważnie korektor nałożony w kilka punktów (pod oczy, między brwi, na środek czoła, w skrzydełka nosa) w zupełności wystarcza i stanowi wystarczająco jednolite tło pod resztę makijażu. Rano przemywam twarz - czym, o tym będzie już niedługo, następnie nakładam bardzo lekkie serum z witaminą C firmy Ava, a następnie serum Skin Perfection z L'Oreala. Oba kosmetyki błyskawicznie się wchłaniają, zostawiają skórę miękką, odżywioną i rozjaśnioną. Serum z Avy polubiłam już po pierwszym użyciu i wiedziałam, że będzie świetnym kosmetykiem pod makijaż. Jest dużo lżejsze niż serum Flavo C, którego używam na noc, a w połączeniu z kosmetykiem L'Oreala robi z moją skórą naprawdę przyjemne rzeczy. Efekt jest zapewne w dużej mierze jedynie "optyczny", bo mam wrażenie, że Skin Perfection daje dość mocny efekt takiego wizualnego rozświetlenia, ale koniec końców - skóra wygląda tak jak bym sobie tego życzyła o siódmej rano. 


Korektor, którego ostatnio namiętnie używam znalazł się u mnie przypadkiem. Potrzebowałam czegoś natychmiast, bo miałam spotkanie, a w pracy zdążyłam całkowicie zasmarkać korektor z twarzy (osoby, które cierpią na wieczny katar na pewno wiedzą jaki to ból widzieć ile makijażu zostaje na nosie). Wpadłam więc do Rossmanna i z braku laku sięgnęłam po pierwsze co wpadło mi w ręce. Korektor Art Scenic z Eveline okazał się strzałem w dziesiątkę i bardzo szybko spowodował, że kamuflaż z Catrice schowałam głębiej do szuflady. Jest na tyle jasny, że dobrze stapia się z moją białą wręcz ostatnio skórą, ale też na tyle żółtawy, że ładnie zakrywa zaczerwienienia na mojej skórze. Eveline mnie zaskoczyło, po bardzo długiej przerwie od ich kosmetyków spowodowanej makabryczną urazą po ich magicznej odżywce do paznokci, powoli zaczynam im ufać.

Obok korektora moimi "masthewami" są też tusz do rzęs i liner do pokreślania brwi. Maskarze So Couture jestem wierna już bardzo długo, używam jej odkąd weszła na rynek i nie zdradziłam jej od tamtej pory z żadną inną. Robi z moimi rzęsami cuda, a teraz, gdy są dodatkowo wyrośnie po odżywce Long 4 lashes to dzieje się magia. Z brwiami miałam większe przeprawy, bo o ile rzęsy rosną jak szalone, tak brwi jak na złość nie chcą. Trzeba więc je odpowiednio podkreślić, a nie jest to takie łatwe jak bym chciała, bo ubytek do wypełnienia mam spory. Idealny okazał się liner z Lovely - matowy, chłodny, dość ciemny brąz. Nakładam go albo pędzelkiem z linera, albo ściętym pędzlem do brwi z Hakuro. Obie metody są dobre, linerem idzie dosłownie domalować imitację pojedynczych włosków, a ponadto sam liner jest trwały jak marzenie i trzyma się moich marnych brwi do samego zmycia. 


Na tym by się mogło skończyć - korektor, brwi i rzęsy, jednak moja skóra jest póki co na tyle jasna, że zanim złapię choć odrobinę koloru muszę się wspomagać kosmetycznym oszustwem. Bardzo dobrze spisuje się u mnie matowy bronzer z MUR - Ultra Bronze. Jest dość chłodny, dobrze napigmentowany. Policzków trzyma się dobrze, łatwo się go nakłada, nie pyli. Minusów w zasadzie nie zauważyłam - opakowanie jest ogromne i pewnie zanim dobiję dna minie mnóstwo czasu. Dobrze współpracuje z pędzlem Real Techniques. 
Żeby dodać sobie jeszcze odrobinę koloru sięgam po róż. Ostatnio najchętniej po ten z Ecolore. Mam wersję Dolly mist i jest to naprawdę ładny, lekko połyskujący róż. Niby róż, ale nie do końca, ma w sobie lekko koralowe nuty. Bardzo przyjemnie wygląda na policzkach, jego trwałości też nie mogę nic zarzucić. Nakładam go dosłownie odrobinę, tyle tylko aby zlikwidować z twarzy anemię. Do kompletu dokładam jeszcze odrobinę błysku - rozświetlacz Diamond Iluminator z Wibo okazał się chyba najlepiej wyglądającym na mojej skórze rozświetlaczem. Efekt jaki daje trzeba po prostu zobaczyć na sobie, bo żadne zdjęcia nie są w stanie oddać tej tafli. 


W kwestii ust jestem ostatnio nudziarą. Odkąd odkryłam konturówki Essence, a zwłaszcza jedną wyjątkową pięknotkę - Satin Mauve, to nic innego nie nakładam na usta. Kolor nie jest może zbyt wiosenny, ale po pierwszym użyciu wpadłam w ciężką fascynację tym kolorem i nie mogę się z nim rozstać. 


Makijaż oczu przeważnie ograniczam do minimum - trochę jasnego cienia pod brew, na całą powiekę coś lekko błyszczącego i przyciemnienie zewnętrznego kącika czy linii rzęs. Niezastąpiona okazuje się wciąż paletka Naked Chocolate z Make Up Revolution. W połączeniu z kilkoma ulubionymi pędzlami, makijaż oczu to dosłownie 30 sekund. Mocno zastanawiam się nad kolejną "czekoladką" z MUR i tu moje pytanie do Was - ciemna czy mleczna, którą polecacie?



Tyle z mojego makijażowego niezbędnika. Jak widać nie jest tego dużo, makijaż zajmuje mi obecnie niecałe 10 minut. Dążę ciągle do optymalizacji, w końcu rano każda minuta snu jest na wagę złota.

A jak wygląda Wasza makijażowa rutyna? Podzielcie się w komentarzach!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
3 kwi 2015

Nowości!

Przybyło ostatnio, oj przybyło. Dopiero co rozstałam się z częścią moich kosmetycznych zbiorów, zostawiając je w rodzinnym domu, a tu nagle zorientowałam się, że kolekcja znów się powiększa. Można by rzec - niepostrzeżenie. Dzisiejszy wpis jest zbiorem tego, co w ostatnich czasach mi przybyło i krótką zapowiedzią tego, co w najbliższych tygodniach pojawiać się będzie na blogu.








Jak widać gromadka jest całkiem spora. Już teraz mogę Wam napisać, że lakiery z ostatniego zdjęcia szybko podbiły moje serce i non stop goszczą na moich paznokciach, bronzer z MUR okazał się idealny do mojej karnacji, niepozorne serum z Avy okazało się świetne na poranki, a Flavo C jak zwykle szybko doprowadziło moją cerę do porządku. Więcej już wkrótce!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...