WoleProstoHeader

29 mar 2015

Cięcie!


Nie sądziłam, że kiedykolwiek się odważę, ale udało się! Dotarłam do fryzjera i nie dość, że pozwoliłam sobie obciąć włosy, to na dodatek obcięłam ich bardzo dużo. Ostatnie większe cięcie miałam jakieś...6 lat temu, przez ten cały okres jedynie podcinałam końcówki i nosiłam włosy bardzo długie, oscylujące w okolicach talii. Jednak jakiś czas temu naszło mnie na jakąś zmianę. Na pewno znacie to uczucie, kiedy chcecie coś zmienić, męczy Was to uczucie konieczności zmiany. Mnie dopadło niedawno i tkwiło w głowie tak bardzo ("muszę bo inaczej się uduszę":P), że w końcu stwierdziłam, że raz kozie śmierć i zapisałam się na wizytę. Zamierzenie było dość proste - włosy lekko za ramiona, dłuższa, "amerykańska" grzywka. Ze względu na minimalne zaufanie do fryzjerów, miałam ze sobą jakieś 10 zdjęć prezentujących fryzurę, którą chcę mieć na głowie i okazało się to bardzo dobrym pomysłem, bo pani fryzjerka mogła obejrzeć fryzurę z każdej możliwej strony i dość szybko załapała o co mi chodzi. Wyszłam zadowolona, minęły już dwa dni, a ja nadal nie dostałam załamania nerwowego pt. "omójboże, co ja zrobiłam?!", więc mogę z całą stanowczością napisać, że tego mi właśnie było trzeba i jestem niesamowicie szczęśliwa, że w końcu się odważyłam. Zmiana jest dla mnie dość drastyczna, bo włosów poleciało mnóstwo - z długości do pasa, nagle zrobiło się dużo, dużo krócej. Fryzura jest bardzo lekka, zupełnie inaczej się układa. Wystarczy kilka ruchów lokówką i mam burzę włosów, która dużo dłużej wytrzymuje na głowie. 



Teraz jeszcze zastanawiam się nad zmianą koloru, ale ta myśl musi dojrzeć w mojej głowie. Jak Wam się podoba moja mała metamorfoza? 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 mar 2015

Lakierowo | Peachella

Rimmel bardzo pozytywnie zaskoczył mnie nową, wiosenną kolekcją lakierów. Kolory są wprost stworzone na obecną porę roku - niby pastelowe, ale jednak wystarczająco wyraziste. Na początku miałam niemały dylemat, po który z kolorów sięgnąć najpierw, do teraz nie byłabym chyba w stanie wskazać koloru, który podoba mi się najbardziej. 
Zaczęłam od delikatnej, rozbielonej brzoskwini. Obawiałam się jak odcień o wdzięcznej nazwie Peachella będzie wyglądać przy mojej karnacji - tego typu odcienie nie mogą mieć w sobie zbyt dużo beżowo-brązowych tonów, bo moje dłonie od razu wyglądają jak u topielca, jednak na szczęście okazało się, że kolor jest na tyle żywy, że bardzo dobrze wygląda przy mojej jasnej skórze. 
Malowanie było całkiem przyjemne - lakier ma wygodny, szeroki pędzelek, bardzo kremową konsystencję i kryje po dwóch warstwach. O wysychaniu się nie wypowiem, ponieważ zawsze używam wysuszacza. Trwałość ma całkiem przyzwoitą, po 3 dniach nie zauważyłam żadnych uszczerbków, zmyłam go tylko dlatego, że miałam ochotę wypróbować kolejny kolor.





Zdjęcia robione przy różnym świetle, bez lampy, stąd zróżnicowanie w kolorach :).

Jak Wam się podoba Peachella? Mi przebardzo, jednak róż, który aktualnie mam na paznokciach jest chyba jeszcze ładniejszy!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 mar 2015

Rimmelowe nowości lakierowe

O tym, że za lakierami do paznokci bardzo przepadam część z Was już pewnie nie pamięta - bardzo dawno na blogu nie było żadnego lakierowego posta. Powód jest bardzo prozaiczny - moje paznokcie przez długi czas były w opłakanym stanie, na chwilę poratowałam się żelami, jednak zależało mi na tym, żeby doprowadzić je do porządku, więc na dłuższą chwilę porzuciłam malowanie, wzięłam się za olejowanie i na dzień dzisiejszy mogę śmiało napisać, że wszystko wróciło do normy. Podczas przeprowadzki porzuciłam sporą część swojej lakierowej kolekcji i jakoś ostatnio zaczęło mi być tęskno do pełnego pudełka z kolorowymi buteleczkami. Rozważałam jakiś mały napad na drogerie, ale wyprzedził mnie Rimmel przesyłając do mnie wiosenne nowości. Nowa kolekcja lakierów ponownie sygnowana jest nazwiskiem Rity Ory i jest po prostu przepiękna! Kolory są kwintesencją wiosny, ciężko mi się zdecydować która wersja podoba mi się najbardziej.




Za kolekcją stoi też szczytny cel - 1% ze sprzedaży lakierów jest przekazywane na rzecz fundacji DKMS. Przyłączycie się?



Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 mar 2015

Rzęsy do nieba? | Long 4 Lashes

O dzisiejszym poście myślałam już od dłuższego czasu i właściwie musiałam się powstrzymywać przed publikacją. Powód jest banalny - kosmetyk, o którym za chwilę będzie mowa, bardzo szybko pokazał efekty w moim przypadku, ale wiem, że zanim zobaczę ten ekstremalny, 100% efekt, minie jeszcze chwila. 



Serum Long 4 Lashes zaczęłam stosować około 2 miesięcy temu. Pierwsze efekty widziałam już po dwóch tygodniach, po miesiącu efekt już był całkiem mocny. Pierwsze co zauważyłam to to, że rzęsy zrobiły się ciemniejsze. Po demakijażu czasem jeszcze zdarzało mi się robić poprawki bo byłam przekonana, że niezbyt dokładnie zmyłam tusz, a okazywało się, że to nie tusz, tylko moje rzęsy. Byłam naprawdę systematyczna przez te dwa miesiące i mam nadzieję, że nadal uda mi się tę regularność zachować. Aplikacja jest bajecznie prosta - po demakijażu nakładamy na linię rzęs odżywkę wygodnym pędzelkiem, który dozuje odpowiednią ilość produktu. 


Nie odczuwałam żadnych efektów ubocznych - odżywka nie spowodowała podrażnienia, oczy nie piekły, nie szczypały ani nie łzawiły. Miałam co prawda pewne obawy, ponieważ do tej pory stosowałam odżywki do rzęs o łagodniejszym składzie, a jednak propozycja AA Oceanic ma w składzie składnik dość dyskusyjny - bimatoprost. Przełamałam się po przeczytaniu masy pozytywnych opinii. I nie żałuję. 


Przede wszystkim zauważyłam duże wzmocnienie rzęs - są dłuższe, ciemniejsze, ładniej uniesione. Ponadto dużo łatwiej osiągnąć mi efekt firanek, teraz wystarczy, że dwa razy przeczeszę rzęsy szczoteczką z tuszem i moje rzęsy są od razu bardzo widoczne. Kiedyś dla osiągnięcia takiego samego efektu, musiałam się dużo bardziej natrudzić. Zamierzam stosować kurację przez co najmniej kolejne 2 miesiące i wtedy też chciałabym zobaczyć ostateczne porównanie zdjęć przed/po. Podejrzewam, że opakowanie spokojnie mi na ten okres wystarczy, a potem planuję stosować odżywkę co 2-3 dni. Na razie cieszę się wachlarzem :). Poniżej zdjęcie rzęs z jedną (!) warstwą tuszu. 


Jeśli chodzi o dostępność produktu, to ta jest bardzo dobra. Ja swoją sztukę dostałam od drogerii bodyland.pl, odżywkę znajdziecie TUTAJ. Obecnie kosztuje 69 złotych. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 mar 2015

Kulinarnie | popękane czekoladowe ciastka

Nie będę ukrywać, że do niedawna kuchnię odwiedzałam raczej sporadycznie i rzadko kiedy sama podejmowałam się kulinarnych eksperymentów. Jednak od kiedy przenieśliśmy się z Osobistym do własnego gniazdka, gotowanie sprawia mi coraz więcej frajdy i co ciekawe - nie boję się kombinowania przy przepisach, co kiedyś było dla mnie nie do pomyślenia. 

Ostatnio mamy fazę na słodycze, więc co weekend staramy się upiec coś dobrego. Koleżanka podrzuciła mi przepis na ciastka, a ja nieco go zmodyfikowałam i dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić przepisem na przepyszne, bardzo czekoladowe ciastka.


Czego będziemy potrzebować? Na szczęście lista składników jest krótka i nieskomplikowana:


Będziemy potrzebować: jajek (4 sztuki), cukru (80 g), pół kostki margaryny do pieczenia, 240 g mąki, 3 tabliczek czekolady, proszku do pieczenia (pół łyżeczki), cukru pudru do obtoczenia oraz marmolady do nadzienia.

W oryginalnym przepisie jest gorzka czekolada, ja zamieniłam ją na gorzką wymieszaną z mleczną (1 tabliczka gorzkiej i 2 mlecznej). Marmolada to pomysł Osobistego - wersja nadziana przypadła nam do gustu bardziej. 


W pierwszej kolejności czekoladę wraz z margaryną rozpuszczamy w rondlu podgrzewając na małym ogniu. Odmierzamy 80 g cukru, białka oddzielamy od żółtek. Cukier z białkami miksujemy do uzyskania sztywnej konsystencji. Do 240 g mąki dodajemy pół łyżeczki proszku do pieczenia. Do ubitych białek dodajemy najpierw żółtka, następnie rozpuszczoną czekoladę i na końcu mąkę. Miksujemy do uzyskania gładkiej konsystencji. Masę wkładamy do zamrażarki na około godzinę (aż ciasto lekko stwardnieje). Gdy ciasto będzie już dość twarde, odrywamy po kawałku, formujemy placek, nakładamy odrobinę marmolady, zawijamy w kulkę i obtaczamy w cukrze pudrze. Ja robiłam dość drobne kulki - pamiętajcie, że w piekarniku jeszcze sporo urosną. Kulki wykładam na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i wkładam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 12-13 minut. Ciastka podczas pieczenia rosną i pękają. Po wyjęciu z piekarnika muszą poleżeć kilka minut, żeby stwardnieć. I gotowe!




Ciacha są naprawdę nieziemskie w smaku - mięciutkie w środku, chrupiące na zewnątrz, z marmoladą fajnie kontrastującą z mocno czekoladowym ciastkiem. Co ważne - mogą długo leżeć i nadal są miękkie, choć zapewniam Was, że i tak znikną w ekspresowym tempie. 

Koniecznie podzielcie się swoimi ulubionymi kulinarnymi blogami - szukam inspiracji :). I dajcie znać czy wypróbowałyście przepis na czekoladowe popękane ciastka!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 mar 2015

Makijażowo | dwa razy mocno

Lubię ostatnio mocne makijaże. O ile przeważnie starałam się zachować równowagę i mocne usta zestawiałam z delikatnie pomalowanymi oczami i odwrotnie - przy mocnym oku usta zostawały w odcieniach nude, tak teraz dostałam jakiegoś przedziwnego makijażowego hopla na punkcie mocniej podkreślonego oka w towarzystwie widocznych ust. Wydaje mi się, że odpowiednie zestawienie odcieni przy dobrze dobranej całej otoczce (ubrania, dodatki) potrafi wyglądać naprawdę przyjemnie i nie ma w tym żadnej przesady. 
Mam dla Was dwie makijażowe propozycje. Obie z dość dużą dawką mocy, ale jednak w zupełnie innym klimacie. Pierwszy makijaż to połączenie różowych, matowych ust z lekko przydymionym okiem - użyłam tutaj błyszczącego borda, matowego jasnego brązu i odrobiny szarości. W drugim zdecydowałam się pójść na całość - klasyczne smoky eyes w wersji czarno-szarej plus błyszczące czerwone usta. Klasyka w pełnym wydaniu! Pierwszy z makijaży spokojnie nadawałby się (przynajmniej dla mnie :)) do wyjścia na dzień - do pracy czy na spotkanie ze znajomymi. Drugi to już wersja bardziej wieczorowa, wymagająca odpowiedniej oprawy. Szczerze powiedziawszy, wyczekuję jakiejś okazji na ten drugi makijażowy wariant, taki make up zdecydowanie dodaje pewności siebie. 


Użyte kosmetyki:
- twarz: podkład Pharmaceris (wersja kryjąca odcień 01), kamuflaż Catrice (010), bronzer MUR (Ultra Bronze), rozświetlacz MUR (Golden Lights)
- oczy: baza Grashka, paletka Sleeka (Showstoppers), paletka MUR (Naked Chocolate), tusz Yves Rocher (Sexy Pulp), brwi liner matowy Lovely
- usta: konturówka Golden Rose (512)


Użyte kosmetyki:
- twarz: podkład Pharmaceris (wersja kryjąca odcień 01), kamuflaż Catrice (010), bronzer MUR (Ultra Bronze), rozświetlacz MUR (Golden Lights)
- oczy: baza Grashka, paletka Sleeka (Showstoppers), paletka MUR (Naked Chocolate), tusz Yves Rocher (Sexy Pulp), czarna kredka My Secret, brwi liner matowy Lovely
- usta: szminka w płynie Essence (limitka Guerilla Gardening)

Nawiasem mówiąc, jak pewnie widzicie, do twarzy i oczu użyłam w obu wersjach praktycznie tych samych kosmetyków. Zmieniły się jedynie użyte z palet cieni i oczywiście kosmetyk do ust. W drugim makijażu nieco mocniej też wykonturowałam twarz. Dość mocny efekt daje rozświetlacz MUR w odcieniu Golden Lights - w pewnym momencie na miniaturach zdjęć zrzuconych z aparatu byłam przekonana, że mam prześwietloną twarz, a po powiększeniu zobaczyłam tam owy rozświetlacz jako żywo :D. 

Dajcie znać jak się Wam podobają moje propozycje!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 mar 2015

Zoom na usta | Bare All od Sleeka


Dość długo już czytam to tu, to tam o matowych szminkach Sleeka. Kusiło mnie kilka kolorów, nawet spora ich ilość, jednak w tyle głowy ciągle miałam gdzieś obawy co do formuły. Mało jest matowych kosmetyków do ust, które się u mnie sprawdzają, a szminki Sleeka do takich całkiem najtańszych nie należą (no dobra, Mac to to nie jest, ale też nie Essence czy Vipera). Udało mi się w końcu zdecydować na jeden kolor i już teraz wiem, że to błąd, bo nie dość, że kolor trafiony, to i formuła okazała się świetna i jestem rozdarta...bo chcę więcej!


Chciałam czegoś lekkiego, ale widocznego. Mam ostatnio lekką manię i szminki zdecydowanie muszą nadawać się do wyrysowania konturu ust (jako, że mój własny jest bardzo rozmyty). Ta nadaje się idealnie. Jest bardzo kremowa, a jednocześnie mocno napigmentowana. Gładko sunie po ustach, łatwo ją nabrać na pędzelek. Jednocześnie nie migruje poza kontur ust, jest trwała, zjada się równomiernie. Nie wysusza ust, jak to potrafią robić szminki o matowym wykończeniu, aczkolwiek może podkreślać suche skórki, więc wymaga lekkiego przygotowania ust do aplikacji. Odcień to Bare All.



Kolor jest dokładnie taki, jaki miał być w zamiarze. Na ustach jest widoczny, mimo, że to odcień typu nude. Jest zdecydowanie ciepły, wpada nawet lekko w koral, przy czy jest to odcień dość mocno zgaszony. Czuję, że będzie to jeden z częściej używanych przeze mnie kolorów tej wiosny. Mam już w głowie nawet pomysł na lekki, bardzo świetlisty makijaż z matowymi ustami, jednak pokażę Wam go jak trochę dojdę do siebie - jak na złość przypałętało się do mnie jakieś choróbsko. 

Sama szminka wygląda bardzo solidnie, podoba mi się proste, czarne opakowanie. Duży plus za to, że opakowanie nie otwiera się wrzucone np. do torebki. 

Na ustach szminka prezentuje się tak:


Moją sztukę dostałam ze sklepu kosmetykomania.pl i tam też możecie zobaczyć jakie inne kolory są w ofercie, jest ich naprawdę sporo. 
Zapytam z czystej ciekawości - polecacie jakieś konkretne kolory z tej serii?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 mar 2015

Makijażowo | lawa z czekoladą

Musiałam dzisiaj skorzystać z pięknej pogody, no po prostu musiałam. Jak tylko zobaczyłam jak słońce zagląda mi w okna i jak jest jasno i przyjemnie, to pędzle same do mnie zawołały. Aparat dzisiaj współpracował, więc natrzaskałam zdjęć równe sto. Makijaż miał być świeży, ciepły, w moich ulubionych brązach. W trakcie malowania zmieniłam koncepcję i z lekkiego makijażu zrobił się mocny, z ust w odcieniu nude zrobiły się mandarynkowe, jednak mam nadzieję, że udało mi się zachować tę świeżość, na której mi w zamyśle zależało. Oceńcie same :).


Zupełnym przypadkiem odkopałam Pout Painta ze Sleeka w bardzo soczystym odcieniu Lava. Całkiem wyleciało mi z głowy, że go mam, a szkoda by było, żeby poszedł na zmarnowanie bo wklepany w jakąś jasną bazę wygląda na ustach po prostu świetnie. U mnie za bazę posłużyła matowa szminka Sleeka w odcieniu Bare All, którą wyrysowałam kontur ust (naoglądałam się ostatnio tutoriali jak zrobić usta w stylu Kylie Jenner i praktykuję ;)) i pokryłam całe wargi. Farbkę Sleeka naniosłam pędzelkiem i lekko wklepałam. Na oczy powędrowały moje ulubione ostatnio cienie - paletka Naked Chocolate. Czarnym linerem Rimmela podkreśliłam linię rzęs i nadałam całości lekko "kociego" kształtu. Na twarzy również przywrócony do łask podkład Bourjois Healthy Mix i puder sypki tej samej marki. Twarz wymodelowałam dwoma kosmetykami Makeup Revolution - bronzerem Ultra Bronze i wypiekanym rozświetlaczem w odcieniu Golden Lights. Na sam koniec dokleiłam jeszcze rzęsy Ardell.




Zdjęcia dla odmiany zrobione są w świetle dziennym i bez dodatkowego oświetlenia - znalazłam chyba swoje ulubione miejsce w mieszkaniu do robienia zdjęć :). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
7 mar 2015

Nowości pielęgnacyjne na wiosnę | Uriage, Auriga

Pisałam ostatnio, że moja skóra chyba przeczuwa, że zbliża się wiosna i z tej okazji strzela fochami z sobie tylko znanych powodów. Ratuję się jak mogę i pokornie szykuję się na nadejście wiosny. Dosłownie dwa tygodnie temu myślałam o tym, że czas wrócić do kuracji serum Flavo-C. Swojego czasu zrobiło z moją skórą cuda! Pani Magda, opiekująca się m.in. marką Auriga czy Uriage, chyba czyta mi w myślach, bo kilka dni temu otrzymałam przesyłką z moim ulubionym serum, tym razem w wersji Forte, a także ze znaną mi i lubianą wodą termalną Uriage i zupełną nowością - brązującą mgiełką do twarzy. 



O ile wodę termalną przerobiłam już wiele razy i zawsze byłam z niej zadowolona, tak pozostałych dwóch nowości jestem niezmiernie ciekawa. Serum Flavo-C już w podstawowej wersji zrobiło na mnie ogromne wrażenie, więc nie śmiem sobie nawet wyobrażać jakie efekty da jego mocniejsza wersja. Mgiełki trochę się boję, z racji bardzo jasnej skóry, jednak nie pogardziłabym odrobiną koloru i liczę na efekt skóry lekko muśniętej słońcem. 

A jak Wy szykujecie się na nadejście wiosny? Podzielcie się swoimi sposobami w komentarzach!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
4 mar 2015

Ulga dla skóry | maseczka Bandi

Zimowy okres jest bardzo ciężki dla mojej skóry. Znalazłam co prawda kilka kosmetyków, które jako tako trzymają moją skórę w ryzach, jednak co jakiś czas pojawia się problem - okropny przesusz, z którym nie radzą sobie nawet sprawdzone przeze mnie kosmetyki. Ostatnio na tyle mocno dokuczało mi mocne przesuszenie skóry, że zaczęłam rozglądać się za czymś nowym, co być może przyniesie mojej skórze trochę ulgi. Kupiłam kilka maseczek i co kilka dni sięgam po jedną z nich.
W ramach wyjątku do koszyka powędrowały również maski z parafiną w składzie. Na co dzień staram się unikać tego składnika, ponieważ moja skóra średnio się z nim lubi, jednak na ten moment odczuwam coś w rodzaju lekkiej desperacji ;). Okazało się, że nie był to najgorszy pomysł, bo kilkukrotne zastosowanie maseczki, o której więcej napiszę niżej, poskutkowało co prawda jednym czy dwoma wypryskami, ale jednocześnie maska przyniosła mojej skórze sporą ulgę.


Z kosmetykami Bandi mam doświadczenia raczej pozytywne. Gdzieś już mi się parę razy przewinęły i przeważnie byłam zadowolona. Głównie z tego względu zdecydowałam się sięgnąć po maskę do skóry odwodnionej i wrażliwej, licząc na solidną dawkę nawilżenia. Podwójna saszetka skrywa w sobie 2 x 6 ml produktu - mi taka ilość starczyło na kilka użyć, przy czym nie żałowałam sobie kosmetyku i nakładałam na twarz dosyć grubą warstwą. W składzie jest kilka przyjemnych składników, początkowo miałam lekkie opory co do wspomnianej już parafiny, jednak przemogłam się i nie żałuję. 


Maska bardzo przyjemnie odpręża skórę. Przy mojej naprawdę ekstremalnie suchej cerze odczułam bardzo dużą ulgę. Po użyciu skóra była miękka, nawilżona, uspokojona. Tak jak wspomniałam - po drugim czy trzecim użyciu pojawiły mi się może ze dwa wypryski, jednak moja skóra zawsze tak reaguje na parafinę, więc ich obecność mnie nie zaskoczyła - wręcz zdziwiłam się, że jest ich tak mało. Kilkukrotne użycie maski sprawiło, że suche skórki się pochowały, efekt był zadowalający, na tyle, że chętnie do niej wrócę i zaopatrzę się w zapasowe saszetki, które będę trzymać w szufladzie na wszelki wypadek. Poziom nawilżenia, który udało mi się osiągnąć był naprawdę niezły, a to dla mnie bardzo duży plus. 


Podsumowując - jestem na tak! Skóra trochę odetchnęła, maska sprawiła, że cera była bardziej promienna, wygładzona i niesamowicie przyjemna w dotyku. 
Jestem ciekawa czy maska występuje w jakimś większym opakowaniu - taka 30 ml tubka byłaby mile widziana w mojej toaletce. 
Saszetkę znalazłam w internetowej drogerii bodyland - KLIK. Z tego co widziałam, obecnie kosztuje 7,19 zł. 

W zanadrzu mam jeszcze jedną fajną maskę, a właściwie trzystopniowy kosmetyk, który również zrobił na mnie duże wrażenie - o nim już wkrótce :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 mar 2015

Nowe miejsce | toaletka!

Jak tylko z Osobistym przymierzaliśmy się do wyboru mebli, aranżacji sypialni i tym podobnych okołomieszkaniowo - okołoremontowych czynności, w mojej głowie od razu wybuchła z dużą intensywnością myśl, aby w sypialni ulokować toaletkę. Po szybkich pomiarach okazało się, że cudowna, biała malmowa toaletka idealnie pasuje pod okno i koniec końców udało mi się spełnić moje małe makijażowe marzenie i od tygodnia cieszę się swoim miejscem, gdzie rankiem, niespiesznie (mniej lub bardziej ;)) mogę wykonać makijaż. 


Zależało mi przede wszystkim na tym, aby toaletka była biała. Powody były dwa - planowaliśmy pomalować sypialnię na dość ciemny kolor (w końcu stanęło na fiolecie i bardzo jasnym, brudnym różu) i reszta mebli docelowo również miała być biała. Poszukiwania były nadzwyczajnie proste - jedna wizyta w Ikei wystarczyła, aby toaletka Malm skradła moje serce swoją prostotą, elegancją i funkcjonalnością. Nie zajmuje dużo miejsca, bo jest stosunkowo płytka, nadrabia za to długością. Szuflada jest w niej na tyle pojemna, że zmieściłam w niej w zasadzie całą kolorówkę. Zaopatrzyłam się w przegródki na sztućce (również z Ikei) i w owych przegródkach poukładam swoje makijażowe kosmetyki. Blat łatwo utrzymać w czystości, szklana płyta jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Na blacie trzymam lusterko, pędzle oraz serum do twarzy i olejek pod oczy, a także aktualnie najczęściej używane perfumy. Chciałam również mieć pod ręką kosmetyki do pielęgnacji, więc po raz kolejny złapaliśmy za metr i szybko okazało się, że pod toaletkę (i kawałek parapetu) idealnie zmieści się komoda Malm z dwoma bardzo pojemnymi szufladami. Tam mieści się cała moja pielęgnacja - kremy, maseczki, balsamy, różnorakie akcesoria, a także lakiery do paznokci. Całość jest bardzo funkcjonalna, wygodna i jak dla mnie - skrojona na miarę. Może nie wykazałam się jakąś niesamowitą oryginalnością, ale proste rozwiązania są dokładnie tym, za czym bardzo przepadam :).


Najwięcej frajdy sprawiło mi układanie wszystkiego w szufladach, w końcu wszystko ma swoje miejsce, zapanował swojego rodzaju ład i porządek. Przed przeprowadzką zrobiłam generalnie czyszczenie zbiorów i zostawiłam sobie same używane często kosmetyki. Selekcja była ostra, ale dzięki temu pozbyłam się sporo rzeczy, które niepotrzebnie mi zalegały - moja kolekcja się już dawno o to prosiła. 


Przy oknie mam też bardzo dobre światło, więc jest duża szansa, że właśnie tam będzie powstawać część zdjęć, które w przyszłości pojawiać się będą na blogu. 


Życzę Wam przyjemnej reszty weekendu i zmykam oddawać się słodkiemu lenistwu :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...