WoleProstoHeader

29 gru 2014

Makijażowo | dzienny z akcentem na oczy

Święta, święta i po świętach, ale do malowania przed nami jeszcze mnóstwo okazji. Przed nami sylwestrowe szaleństwa (mniejsze i większe), część z Was pewnie ma długi weekend i nadrabia towarzyskie spotkania. Ja sama na nowo odnajduję frajdę w makijażu, mimo, że ostatnio na długo przerzuciłam się na niezbędne minimum. W święta postawiłam na prosty, choć dość mocny makijaż, z akcentem na oczy i neutralnymi ustami. Wykorzystałam kilka nowych kosmetyków, takich, które chciałam wypróbować. Jako, że kilka z nich sprawdziło się naprawdę świetnie - chętnie podzielę się z Wami moimi wrażeniami.


Uwielbiam ostatnio mocno obrysowywać oko. Zawsze górną linię wodną podkreślam czarną kredką - tym razem użyłam kredki Big Eye z My Secret. Kredka jest gruba, dość miękka, bardzo dobrze napigmentowana. Przyzwoicie się trzyma, dzięki czemu świetnie nadaje się do podkreślania górnej linii rzęs. W makijażu użyłam jej również do dolnej linii wodnej i roztarłam na powiekę. 
Eyeliner KIKO dostałam niedawno od Inez82 i z miejsca się z nim polubiłam. Aga podejrzewała, że będzie mi pasował, ze względu na to, że ma bardzo podobny pędzelek do linera z Wibo i rzeczywiście - bardzo podobny pędzelek, jednak nieco inna konsystencja i wg mnie lepsza trwałość. Dla mnie bomba, kreska się właściwie sama robi. 
Do makijażu użyłam tylko dwóch cieni - wypiekańca z Golden Rose w odcieniu 127 i cielistego cienia Kobo o numerze 145. Cień Golden Rose mnie zachwycił - mieszanka fioletu, zieleni z przebijającym brązem i szarością. Niesamowicie wielowymiarowy cień. Nałożyłam go na bazę (Provoke) na dolną i górną powiekę. Roztarłam wspomnianym cieniem Kobo, który nałożyłam również w wewnętrznym kąciku oka. Cień Kobo idealnie nadaje się właśnie do pomocy przy rozcieraniu ciemniejszych cieni oraz jako cień bazowy. Jest wystarczająco jasny, aby nie odcinać się od koloru skóry. 
Na ustach mam ulubioną konturówkę Catrice - bardzo lubię stosować ją solo na całe usta. Odcień to Lost in the Rosewood, czyli brudny róż wpadający lekko w brąz. Spotkałam się ostatnio gdzieś z określeniem, że taki kolor to kwintesencja lat dziewięćdziesiątych jeśli chodzi o makijaż, jednak ja się w takiej kolorystyce bardzo dobrze czuję. 
Na twarzy mam ulubiony ostatnio duet - podkład Rimmela z serii Match Perfection w odcieniu 010, korektor Maybelline z serii Affinitone, puder mozaikowy z Catrice, brązer Provoke (do jasnej karnacji). Brwi podkreśliłam matowym, brązowym linerem z Wibo, a rzęsy wytuszowałam maskarą So Couture z L'Oreala (jedyna słuszna :D). 


Wielkich makijażowych planów na Sylwestra nie mam, ponieważ wybieramy się do kolegi na domówkę, jednak jakby mnie coś napadło w międzyczasie na brokat, pióra, lasery i tym podobne - na pewno zrobię zdjęcia!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 gru 2014

Ostatnio ulubione | pielęgnacja

Ostatnio było o kolorówkowych ulubieńcach, tym razem dla odmiany będzie o pielęgnacji. Powoli udaje mi się utrzymywać jeden, stały zestaw pielęgnacyjny, dzisiaj nieco go uzupełniłam i mam nadzieję, że moja skóra nadal będzie zachowywać się tak jak obecnie. 


Jak widać zestaw specjalnie rozbudowany nie jest, brakuje tu oczywiście takich banalnych rzeczy jak żele pod prysznic, szampony, ale akurat to są produkty, które u mnie zmieniają się bardzo dynamicznie. Pielęgnacja włosów jest u mnie ogólnie bardzo rozbudowana, poza odżywkami używanymi na co dzień są jeszcze oleje, kremy i masa innych rzeczy, więc nie chcąc rozciągać tego posta na trzy dni czytania - tę część zawęziłam do kosmetyku reprezentującego mój do-włosowy arsenał.


Serum do końcówek z Indoli odkryłam dzięki Shiny Box. Sama pewnie nie zwróciłabym na nie uwagi, dlatego tym bardziej cieszę się z tego przypadkowego spotkania. Ze wszystkich znanych mi kosmetyków tego typu, to właśnie Indola sprawdza się u mnie najlepiej. Świetnie dyscyplinuje końcówki włosów, co jest dla mnie szczególnie ważne ostatnio, z racji wzmożonego puszenia się włosów. Serum nałożone na wilgotne włosy pomaga w rozczesywaniu. Nadaje włosom takiego specyficznego blasku - ciężko to opisać, ale włosy są po prostu błyszczące, jednocześnie nie mokre/tłuste/posklejane. Bardzo odpowiada mi jego kremowa, lekka konsystencja. Do tego jest to kosmetyk wyjątkowo wydajny, co przy moich włosach jest naprawdę istotne. 


O olejku Evree pisałam już osobną recenzję, więc nie będę się powtarzać - fantastyczny, wielofunkcyjny kosmetyk. Dla mojej suchej cery jest dużym wybawieniem. Używam solo, mieszając z kremem/maską, czasem do demakijażu. Przymierzam się do którejś z innych wersji, bo Magic Rose powoli dobija już dna (moja mama się też do niego dobrała niestety ;)). Zdecydowane odkrycie ostatnich czasów.


Kolejnym kosmetykiem, bez którego nie potrafię sobie wyobrazić swojej pielęgnacji jest Pasta oczyszczająca z serii Liście manuka firmy Ziaja. Ja ogólnie uwielbiam peelingi, moja skóra bardzo często się prosi o mechaniczne złuszczenie. Pastę z Ziaji stosuję już pół roku i jestem nią szczerze zachwycona. Dzisiaj kupiłam drugie opakowanie, a naprawdę rzadko mi się zdarza kupić dwa razy ten sam kosmetyk. Jest to dość konkretny zdzierak, bardzo dobrze radzi sobie z oczyszczaniem, a jednocześnie nie podrażnia mojej wrażliwej ostatnio skóry. Wiem, że ta pasta ma wielu fanów i wcale mnie to dziwi - moim skromnym zdaniem jest to jeden z lepszych kosmetyków tego typu i z całą pewnością najbardziej przeze mnie lubiany kosmetyk spod skrzydeł Ziaji. 


Krem mikrozłuszczający z kwasem migdałowym na noc z tej samej serii co wspomniany wyżej peeling, również zalicza się do grona moich faworytów. Dzisiaj oprócz pasty kupiłam ponownie również właśnie ten krem. Uwielbiam go za lekką, niesamowicie przyjemną żelową konsystencję. Zrobił z moją skórą porządek - przy regularnym stosowaniu, w połączeniu z pastą, nawilżającym olejkiem. W końcu moja skóra jest odpowiednio napięta, jasna, promienna i oczyszczona. Pozbyłam się praktycznie całkowicie problemu suchych skórek migrujących mi po twarzy, dużo lepiej wyglądają też moje pory. Biorąc pod uwagę świetne działanie i śmiesznie niską cenę, zdecydowanie mogę określić ten krem moim ulubieńcem.


Do kompletu muszę jeszcze wspomnieć o plastrach na nos z Botanical Choice. Ich regularne stosowanie sprawiło, że mogłam w końcu przestać się martwić irytującymi czarnymi kropeczkami na nosie. Początkowo stosowałam je raz/dwa w tygodniu, jednak obecnie spokojnie mogę sięgać po nie raz na dwa tygodnie, a pory na nosie nadal są czyste. Plastry występują w kilku wersjach, u mnie sprawdzają się w zasadzie wszystkie, choć najczęściej sięgam po wersję z ekstraktem z drzewa herbacianego. 


W pielęgnacji ciała zdecydowanie wygrywa balsam Isany. Wersja 10% Urea świetnie radzi sobie z moją przesuszoną skórą. Zużywam już chyba trzecie opakowanie i czuję, że prędko się z tym balsamem nie rozstanę. Ponownie mamy tu do czynienia ze świetnym działaniem i niską ceną. Dla mnie bomba.


Urea chyba ogólnie bardzo mi służy, bo krem do stóp z jej 20% zawartością zdetronizował u mnie inne kosmetyki do pielęgnacji stóp. Kremy Lirene lubię, serię Stop zwłaszcza, a ten konkretny kosmetyk pozwala mi na kontrolowanie szorstkości skóry stóp. Jest to u mnie dość duży problem, rzadko kiedy udaje mi się uzyskać efekt takiego "komfortowego" nawilżenia stóp, jednak ze wszystkich posiadanych przeze mnie kremów, ten radzi sobie najlepiej. 

Z pielęgnacyjnych ulubieńców to póki co tyle - dzisiaj zrobiłam małe zapasy, skusiłam się na kilka nowości, więc być może za jakiś czas będę mogła się podzielić z Wami jakimś nowym okryciem.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 gru 2014

Ostatnio ulubione | kilka kolorowych hitów


Ostatnio udało mi się tak skompletować poranny zestaw do makijażu, że pomalowanie się zajmuje mi coraz mniej czasu, a efekt powoduje, że nie wyglądam jakbym wstała lewą nogą zbudzona przez nie znający litości budzik. Kilka z kosmetyków to stosunkowo nowe nabytki, jeszcze inne odnalazłam po długim czasie w swojej nie mającej dna szufladzie z mazidłami. Łączy je jedno - wszystkie bez wyjątku zasługują na miano ulubieńca :).


Podkład z Rimmela kupiłam w ciemno podczas promocji 1+1 w Rossmannie. Nie mogłam się zdecydować na nic konkretnego, miałam wrażenie, że wszystko było dla mnie za ciemne, a przypomniało mi się kiedyś jak znajoma mówiła, że kupiła właśnie najjaśniejszą wersję Match Perfection i był tak jasny, że aż za jasny. Sięgnęłam więc po odcień 010 z lekkim niepokojem związanym z różowymi nutami, ale stwierdziłam, że martwić się będę potem. Dawno, ale to dawno, żaden podkład nie wyglądał na mojej skórze tak świetnie jak ten. Jest ekstremalnie jasny i zaskakująco mało żółty jak na moje dotychczasowe wymagania, ale to co robi z moją skórą zasługuje na oklaski. Jest kremowy, pięknie stapia się z cerą, wspaniale wyrównuje koloryt i kompletnie gubi te swoje różowe tony. Uwielbiam jego wykończenie - lekko mokre, dające efekt takiej zdrowej skóry. Podejrzewam, że osoby z suchą cerą będą nim zachwycone równie mocno jak ja. 


Z bazy Provoke od Dr Eris wycisnęłam wczoraj ostatnie krople i już wiem, że będę za tą bazą tęsknić. Mimo, że sama linia Provoke w większej części mnie zachwyciła, jednak ta baza należy do tej lepszej części. Świetnie podbija pigmentację cieni, sprawia, że nie migrują one po powiece w ciągu dnia, nie rolują się. Jakościowo jest to naprawdę dobry kosmetyk. Ma wygodny aplikator, przyjemną konsystencję. Łatwo ją rozprowadzić na powiekach. Nie jest to jednak produkt bez wad - możecie zobaczyć na zdjęciu, że napisy z opakowania się w dużej mierze starły, a kosmetyku nie było aż tak dużo, biorąc pod uwagę, że baza kosztuje około 45 złotych. Będę miło wspominać i liczę, że coś z niej jeszcze wykręcę, ale najprawdopodobniej drugi raz nie kupię.


Brązowy matowy liner z Lovely również kupiłam na promo 1+1, wzięłam go do kompletu z jego szarą wersją. Oba stosuję od tamtej pory niemal codziennie. Świetnie wyglądają na oku, zarówno solo, jak i jako dodatek do jakiegoś mocniejszego makijażu. Jedna i druga wersja dobrze wygląda przy mojej oprawie oczu - czasem czerń wydaje mi się jednak za mocna, zwłaszcza w wersji na dzień. Brąz upodobałam sobie szczególnie, po prostu uwielbiam to jak się prezentuje na moich oczach. Pędzel jest świetny, kreska robi się praktycznie sama, a konsystencja linera umożliwia namalowanie kreski jednym pociągnięciem i nie wymaga poprawek. Któregoś dnia skończył mi się mój liner z Vipery, którym podkreślam brwi i z ciekawości sięgnęłam właśnie po ten z Lovely. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że na brwiach nawet odrobinę lepiej niż Vipera. Zastyga na bardzo naturalny, nierudy odcień brązu i jest bardzo trwały. Nie wiem czy skuszę się na kolejne opakowanie Vipery, skoro zupełnie przypadkiem znalazłam bardzo przyjemny substytut. 


O cieniu/folii z MUR w odcieniu Rose Gold pisałam już kilkukrotnie. Dalej podtrzymuję wszystko to co już powiedziałam - jest to najpiękniejszy złoty cień jaki znam. Moc jego błysku można łatwo stopniować. Ja na dzień tylko delikatnie wklepuję go palcem w powiekę, natomiast na wieczorne wyjście pozwalam mu zabłyszczeć w pełnej krasie. Jest bardzo efektowny w obu w wersjach, już kilkukrotnie zdarzyło mi się, że ktoś pytał co mam na oczach. Jego trwałość jest dla mnie ogromną zagadką, ponieważ biorąc pod uwagę dość śliską i bardzo specyficzną konsystencję, nie spodziewałabym się, że będzie się tak rewelacyjnie trzymać. Kuszą mnie inne kolory, choć żałuję, że jest ich tak mało do wyboru.


Korektor z serii Affinitone ostatnio jakoś dopiero przekonał mnie do siebie. Wcześniej częściej sięgałam po kamuflaż z Catrice, jednak polubiłam delikatniejszy efekt, jaki daje właśnie korektor z Maybelline. Jest niezwykle lekki, bardzo dobrze współpracuje z podkładem Rimmela, o którym pisałam wyżej. Ten duet sprawia, że skóra wygląda naprawdę świeżo i promiennie. Na plus na pewno zaliczyć mogę świetny, neutralny i bardzo jasny odcień, lekką konsystencję, sporą wydajność. Nie wchodzi w zmarszczki, nie ściera się. Generalnie, nie ma się do czego przyczepić.


O kredkach Colour Rush z Rimmela pisałam już ostatnio, więc może nie będę się powtarzać. Przypomnę tylko, że są to bezapelacyjnie najlepsze kredki do ust wśród tych, które miałam okazję stosować. Ostatnio na zmianę używam wersji Give me a cuddle i The redder, the better. Czerwień będzie najpewniej moim wyborem na święta, oczywiście w towarzystwie folii Rose Gold na oczach.


Róż z powyższego zdjęcia to powrót po naprawdę długiej przerwie. Pochodzi on z limitowanej zeszłorocznej edycji zimowej Lovely. Wtedy częściej sięgałam po różową wersję, natomiast teraz to Snow Touch dużo bardziej mi się podoba i naprawdę lubię nakładać go na policzki. Jego kolor sprawia, że starczy lekko musnąć nim policzki i mamy efekt co najmniej jakbyśmy użyły bronzera, różu i rozświetlacza. Wygląda na policzkach świetnie, daje bardzo naturalny, choć połyskujący efekt. Mimo, że opakowanie jest po prostu paskudne, to zawartość uwielbiam i nie wiem co zrobię jak mi się ten wypiekaniec skończy. Na całe szczęście, kosmetyku o tego typu formule dość trudno wykończyć, dlatego na razie zwyczajnie się nim cieszę i liczę, że Lovely znów zaskoczy na zimę jakąś fajną kolekcją. 

Z ulubieńców kosmetycznych ostatnich tygodni to w zasadzie tyle. Pielęgnację próbuję jakoś usystematyzować, choć mam ostatnio duży problem z regularnością. Szukam obecnie jakiejś fajnej maseczki do twarzy, a nawet dwóch - interesuje mnie coś oczyszczającego i mocno nawilżającego. Możecie coś polecić?
Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 gru 2014

Lakierowo - czerwone błyskotki

Bardzo dawno nie pokazywałam żadnych paznokciowych postów, ale na długo przeszła mi moja lakierowa mania i prawdę mówiąc - paznokci nie malowałam praktycznie wcale. Ostatnio jednak nastał mój ulubiony pazurkowy czas w roku - zima, święta, karnawał. Czyli czerwienie, błyskotki, brokaty, srebro, złoto i mnóstwo blasku. Odnalazłam więc w sobie na nowo dawną pasję i znowu maluję, piłuję, wymyślam sobie rozmaite połączenia kolorystyczne i wzorki. Odgrzebałam wszystkie czerwone lakiery (nie sądziłam, że mam ich tak dużo...), wyciągnęłam z szuflady słynne złotko i srebro z Lovely. 

Zaczęłam od niesamowicie "świątecznej" czerwieni z Wibo (seria Express Growth nr 164). Mocny, nasycony, klasyczny czerwony kolor naładowany masą czerwono-złotych drobinek. Przypominał mi nieco na pierwszy rzut oka Ruby pumps z China Glaze, ale jednak Ruby nie ma w sobie złotych drobinek, które za to w Wibo są wyraźnie widoczne. Lakier ma lekko żelową konsystencję, przez co niestety nie jest mocno kryjący. Ja z tego powodu zawsze nakładam go jedną warstwą na jakiś zwykły czerwony lakier (w zależności od tego czy użyję jasnej czerwieni czy bordo Wibo pokazuje za każdym razem jakieś inne oblicze). Trwałość bez zarzutu, choć to jak wiemy, kwestia osobista. Ze zmywaniem nie ma większych problemów, nawet biorąc pod uwagę drobinki. Podsumowując - mój typ na święta!:)



Pozdrawiam,
Panna Joanna

Pachnąca sobota #11 z Yankee Candle - Vanilla Cupcake

Jeden z ostatnich zapachowym postów z tej serii nadchodzi :). Znowu z malutkim poślizgiem, ale same rozumiecie - przedświąteczna gorączka i te sprawy. Dzisiaj będzie post pachnący ciastem, biszkoptem, czyli czymś, co mam nadzieję już za kilka dni będzie się roznosiło po mieszkaniu w swoim naturalnym wydaniu. 


"Łakocie kupione w specjalizującej się w taśmowej produkcji ciach cukierni nie mogą się z nimi równać! Bo najlepiej smakują i najbardziej widowiskowo pachną domowe babeczki – maślane, biszkoptowe, polane słodkim lukrem przełamanym sokiem świeżo wyciśniętym ze słonecznej, rześkiej cytryny. Taki deser to raj dla podniebienia i uczta dla nosa! To także zaproszenie do odbycia aromaterapeutycznej sesji w towarzystwie Vanilla Cupcake – woskowej tarteletki, która w chwilę po podgrzaniu zaczyna pachnieć jak ciepła, przed chwilą wyjęta z pieca, waniliowa babeczka oblana cytrynowym lukrem." 

Yankee Candle znowu mnie zaskoczyło, bo wosk Vanilla Cupcakepachnie jak najprawdziwsze ciasto robione przez moją babcię. Biszkopt z wyraźną cytrynową nutą, lekkim kremem. Jest to aromat niezwykle naturalny - mam okazję wąchać podobnie pachnące ciasto raz na jakiś czas i po odpaleniu tego wosku zdarzało się, że któryś z domowników pytał czy tata przywiózł ciasto od babci. Zapach jest z gatunku tych bardzo słodkich i dość mocnych, ale nie jest mdlący czy duszący. Przyjemnie roznosi się po całym domu, ale też stosunkowo szybko wietrzeje. Idealny aromat na chłodne dni!

Tradycyjnie przypominam, że do końca grudnia w sklepie goodies.pl możecie wykorzystać 10% rabat na hasło JOANNAPANNA na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle. Kod jest wielorazowego użytku.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 gru 2014

Bronzer zagadka | South beach od Lily Lolo

Kiedyś miałam wyraźny podział - bronzer na lato, róż na zimę. Ostatnio jednak przestałam się ograniczać i oba te kosmetyki stosuję zamiennie, razem, jak tylko mi się w danej chwili ubzdura. Niedawno odkopałam z szuflady bronzer, którego już jakiś czas nie używałam i na nowo próbuję się z nim polubić. Mam już go dość długo, początkowo namiętnie po niego sięgałam, jednak drugie podejście nie było już takie kolorowe. O czym mowa?


Z Lily Lolo miałam przejścia różne. Polubiłam się z różami, za to za nic nie mogłam się przekonać do podkładów. Do bronzera South Beach przymierzałam się przez jakiś czas, a jak trafiła mi się okazja to odkupiłam go od koleżanki. Początkowo był zachwyt, później emocje nieco opadły, ale w zasadzie nie miałam się do czego przyczepić. Stopniowo wypierały go inne kosmetyki, które chciałam wypróbować, a do powrotu nakłoniło mnie to, że ostatnio kilka osób pytało mnie czy jestem chora, że jestem taka blada. Stwierdziłam, że delikatnie muśnięcie kolorem nie zaszkodzi, jeśli społeczeństwo ma być spokojne o mój stan zdrowia :). 

Po czasie okazało się, że na nowo kompletnie nie mogę tego kosmetyku rozgryźć. Już na samym początku rzuca się w oczy kolor - rdzawo-ceglasty, dość mocny. Na skórze już jest nieco lepiej, choć bronzera tego absolutnie nie można określić chłodnym czy nawet neutralnym. Na plus zalicza się to, że jest stosunkowo jasny, w związku z czym przy delikatnej aplikacji krzywdy nie robi. Ja się w zasadzie lubię z ciepłymi odcieniami, nie przeszkadzają mi w bronzerach nawet lekko pomarańczowe nuty, jednak ten kolor jest na tyle specyficzny, że przy braku odpowiedniej oprawy jednak wygląda źle. W moim przypadku kluczem do sukcesu okazał się trochę mocniejszy makijaż oczu, ale bez dodatku złota, miedzi czy ciepłych błyszczących brązów (a są to jedne z częściej używanych przeze mnie kolorów). Jakikolwiek dodatek któregoś ze wspomnianych odcieni powodował, że połączenie go z bronzerem dawało efekt "kleopatry", co przy moim odcieniu skóry wygląda po prostu źle. Podobnie sprawa wygląda z rozświetlaczem - przy chłodnym odcieniu bronzer jest ładnie rozświetlony, natomiast jakikolwiek złotawy powoduje, że ponownie trafiamy do Egiptu. Sam bronzer na policzkach wygląda naprawdę dobrze, ja najbardziej lubię używać go przy prostym makijażu z czarną kreską czy lekkim, neutralnym dymkiem i koralowymi ustami. Takie połączenie wygląda na mnie świeżo. Wszelkie miksy z złotem zostawiam na lato, kiedy moja skóra nabiera jakiekolwiek koloru :). 


Jeśli chodzi o właściwości samego kosmetyku - te są świetne. Bronzer jest niezwykle aksamitny, nie robi plam, ma bardzo naturalne wykończenie. Trwałości nie mogę nic zarzucić. Nie ściera się, trwa spokojnie na policzkach niemal do samego demakijażu. Dobrze współpracuje zarówno z pokładami mineralnymi, jak i klasycznymi, płynnymi. Jest bardzo wydajny, wątpię czy kiedykolwiek uda mi się go zużyć do końca. Minusem jest cena - bronzer kosztuje około 60 złotych. 

Poniżej możecie zobaczyć jak wygląda na dłoni:


Po prawej stronie nieroztarty, po lewej lekko roztarty. Kolor jest naprawdę nietypowy - ja ilekroć na niego patrzę nie mogę się zdecydować czy widzę zwyczajną pomarańczę, czy może jednak nie widzę pomarańczy w ogóle. Polecam wypróbować na sobie :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 gru 2014

Pachnąca niedziela #10 z Yankee Candle - Red Velvet

Nie będę oszukiwać - zapomniałam na śmierć o piątkowym pachnącym poście. Od piątku mam praktycznie non stop maraton - po wyjściu z pracy w piątek, biegiem (no dobra...autem Osobistego) rzuciłam się do domu, bo niedługo potem wychodziliśmy na firmową kolację, w sobotę rzuciłam się w wir przedświątecznych porządków, dzisiejszy dzień w dużej mierze spędziliśmy w Ikei i u znajomych, także tak naprawdę dopiero teraz miałam czas, żeby usiąść i pomyśleć. Woskowy post przerzucam więc na niedzielę i po raz kolejny obiecuję sobie poprawę w organizacji czasu.

Dzisiejszy zapach będzie dobrze się wpasowywał w klimat nadchodzących świąt, a to za sprawą mocnego, "ciastowego" aromatu. Red Velvet jest przy tym dość subtelny i nieco bardziej elegancki od pozostałych ciasteczkowych wosków z mojej kolekcji.

"Wysublimowany, hollywoodzki przysmak – spektakularny tort doskonale sprawdzający się w roli ozdoby wykwintnych przyjęć. Na deser określany mianem Red Velvet składa się intensywnie czerwony, maślany i utarty z dodatkiem laski wanilii biszkopt przełożony sporą ilością pysznej, kremowej bitej śmietany. Idealna prostota, doskonała jedwabistość i wyjątkowy szyk. A do tego – kuszący zmysły zapach, który łączy w sobie aromat kuchennych przypraw, garść cukru i sporą ilość sycącego lukru, czyli składników w oparciu o które skomponowana została szata zapachowa równie wykwintnego, także mocno czerwonego wosku inspirowanego słynnym deserem."

Opis w zasadzie dość dobrze określa charakter tego zapachu. Jest słodko. Ale jednocześnie nie jest to taki typowy "kuchenny" zapach. Kojarzy mi się rzeczywiście bardziej z eleganckim przejęciem, śmietankowym tortem, przysłowiową małą czarną. Nie jest mdlący, ani zbyt mocny, dzięki czemu bardzo przyjemnie otula pomieszczenie. Dla mnie to zapach zdecydowanie jesienno-zimowy, nie wyobrażam sobie jego palenia latem. Świetny dla kogoś kto woli bardziej subtelne zapachy, aniżeli dosadne jedzeniowe nuty. Jest jednym z moich ulubionych wosków.


Tradycyjnie przypominam, że do końca grudnia w sklepie goodies.pl możecie wykorzystać 10% rabat na hasło JOANNAPANNA na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle. Kod jest wielorazowego użytku.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 gru 2014

Kolorowy zawrót głowy | Rimmel Colour rush

Przepadam za kredkami do ust. Często mają przyjemną, bardziej maślaną, śliską konsystencję niż zwykłe szminki, ale jednocześnie większą trwałość niż błyszczyki. Ostatnio miałam okazję wypróbować nowość Rimmela - Colour Rush i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona ich jakością. Początkowo wydawało mi się, że będą to kolejne średnio trwałe i delikatnie napigmentowane, wręcz lekko transparentne kolory, a okazały się kolorowymi bombami, które powalają trwałością. 


Mam trzy kolory - Give me a cuddle czyli delikatny, brzoskwiniowy róż, I want candy! czyli bardzo soczysty, mocny, wpadający w fuksję róż oraz The redder, the better będący piękną czerwienią, bardzo czystą i niesamowicie dobrze zgrywającą się z moim typem urody. Polubiłam się ze wszystkimi trzema. Najbardziej obawiałam się jasnego odcienia - mam kilka podobnych i żaden z nich nie wygląda dobrze na moich ustach. Problem polega na tym, że takie odcienie, zwłaszcza jeśli są w formie kredki, zawsze jakoś "wylewają" mi się za kontur ust, zlewają się z kolorem ust i dają średnio przyjemny efekt. Podejrzewam, że to kwestia, tego, że odcienie tego typu są słabo napigmentowane, mają tendencję do warzenia się na ustach. Give me a cuddle zachowuje się całkiem inaczej. Mimo jasnego koloru jest dobrze napigmentowany, jest widoczny na ustach, da się nim wyrysować kontur ust. To ostatnio mój ulubiony na co dzień. Jest trwały, choć nieco mniej niż pozostałe dwa odcienie. Zjada się równo, zostawiając po sobie lekko przyciemnione brzoskwiniowym odcieniem usta. To jak taki jasny kolor może tak działać jest dla mnie fenomenem :). Pozostałe dwa odcienie są podobne pod względem jakości. I want candy! widać już z daleka, jest to naprawdę odważny odcień. Mocny, niemal neonowy. Rozważnie trzeba dobrać do niego otoczkę, bo łatwo o przerysowany efekt. Trwałość i pigmentacja niesamowite, lepsze niż w przypadku Give me a cuddle, przy którym też nie można było narzekać. The redder, the better jest przepięknym, klasycznym odcieniem czerwieni. Ponownie nie mam się do czego przyczepić, trwałość, pigmentacja, łatwość aplikacji - na piątkę z plusem. 


Tego typu kosmetyki do ust mają często tendencję do wysuszania ust, natomiast tutaj nie zauważyłam tego problemu. Kredki mają bardzo masełkową konsystencję, zostawiają błyszczące wykończenie, a jak z ust zejdzie ta mokra warstwa to zostaje jedynie ślad po kolorze. Właściwości pielęgnacyjnych raczej nie ma się co w tych kredkach doszukiwać, ale dla mnie ogromną zaletą jest już sam fakt, że wysuszają ust. Plus jest też taki, że w odróżnieniu od innych znanych mi kredek mają na tyle mocną pigmentację, że spokojnie mogę nabrać odrobinę kredki na pędzelek i wyrysować precyzyjnie, za jednym pociągnięciem kontur ust, który nie będzie się potem rozmazywać. 

Poniżej możecie zobaczyć jak poszczególne kolory prezentują się na ustach:


Podsumowując - ode mnie wielkie brawa dla Rimmela. Dawno żadne mazidła do ust tak bardzo mi się nie spodobały. Trwałe, mocno napigmentowane, delikatne dla ust. Wybór kolorów jest całkiem spory, myślę, że spokojnie każdy znajdzie coś dla siebie. Cenowo nie jest źle, z tego co się orientuję to kosztują niewiele ponad 20 złotych. Ciekawi mnie jak prezentuje się na żywo odcień Drive me nude, może któraś z Was go ma?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 gru 2014

O dwóch takich | matowe cienie Mariza

Naszła mnie dzisiaj taka myśl, że dawno nie pisałam nic o kolorówce, a w szufladzie leży przysłowiowa lista mniejszych i większych kosmetycznych odkryć, o których chciałabym napisać. A, że jednocześnie mam ochotę na coś kolorowego, padło na dwa niepozorne cienie, które jednak bardzo lubię i często sięgam po nie zarówno solo, jak i w duecie.

Cienie, o których bym chciała napisać kilka słów dostałam już dość dawno, sprezentowała mi je Eweska i całkiem szybko się z nimi polubiłam. Z Marizy miałam wcześniej ładny bakłażanowy cień w wersji błyszczącej, natomiast z matami tej firmy nie miałam wcześniej styczności. Trafiły do mnie dwa odcienie - Świeża Mięta i Ice Coffee. 




Moim zdecydowanym faworytem jest ten drugi - idealnie nadaje się do szybkiego dziennego makijażu. Uwielbiam nim robić takie typowe, delikatne smoky eyes. Świetnie prezentuje się w towarzystwie roztartej czarnej czy czekoladowej kreski. Lubię stosować go w towarzystwie złota nałożonego w wewnętrznych kącikach oczu. Bardzo ładnie i nienachalnie podkreśla spojrzenie. To taki cień, który nie wybija się na pierwszy plan w makijażu, ale bardzo dużo robi. Jest niesamowicie uniwersalny w zastosowaniu. Jeśli chodzi o miętowy cień - również go lubię, choć obecnie sięgam po niego nieco rzadziej. Latem natomiast dość często gościł na moich oczach, głównie w postaci akcentu na dolnej powiece. Świetnie wygląda w towarzystwie złota, granatu, a także ze swoim matowym kolegą Ice Coffee. 
Jeśli chodzi o właściwości obu cieni - jak to maty, nie są całkowicie bezproblemowe, ale nie są też jakieś wyjątkowo trudne w obsłudze. Cienie są dość suche i trochę pylą, ale dobrze aplikują się na powiekę. Ja używam go nich miękkiego pędzelka i nie mam większych problemów. Dobrze się rozcierają, nie blakną podczas blendowania. Mają naprawdę przyzwoitą pigmentację.  Trwałość jest również bardzo przyzwoita - na bazie spokojnie trzymają się bez migrowania po powiece do samego demakijażu. Plusem jest też spory rozmiar cieni - te zdjęcia robiłam już jakiś czas temu, od tamtej pory po Ice Coffee sięgałam bardzo często, a ubytek w cieniu wciąż nie jest duży. Poniżej możecie zobaczyć jak wyglądają oba kolory, bez bazy, jedynie delikatnie maźnięte palcem:


Cenowo są do przeżycia - za jeden cień zapłacimy niecałe 14 złotych.

Znacie te cienie? Może jakieś kolory możecie polecić?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 gru 2014

Black&White 7

Ostatni dzień moich czarno - białych zmagań nadszedł szybciej niż się spodziewałam. Dzisiejsze zdjęcie będzie stare, zrobione już dawno temu przy okazji makijażowej zabawy. Wtedy nie wpadłam na to, żeby pokazać któreś z ujęć w wersji black&white, a dzisiaj przeglądając galerię od razu rzuciło mi się w oczy i wiedziałam, że to właśnie nim chcę zakończyć to małe wyzwanie. 

Makijaż inspirowany latami dwudziestymi już w wersji kolorowej był dość mroczny i ponury, a pod wpływem czarno - białego filtra nabrał jeszcze większej mocy. Korci mnie, żeby jeszcze kiedyś ponownie zrobić makijaż w podobnym klimacie. 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 gru 2014

Black&White 6


Dzisiejsze czarno-białe zdjęcie w nawiązaniu do zapachowego posta. Lubię otaczać się ładnymi rzeczami. Ładnymi i pachnącymi. Elegancki biały kominek w uroczym wiklinowym koszyku i unoszący się nad nim aromat zaspokajają i jedną i drugą sferę. Takie moje umilacze :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Pachnący piątek z Yankee Candle #9 - Baby Powder

Kolejny pachnąco zaczynający się weekend. Tym razem w klimacie...pudrowym.


"Szczelnie otula całe ciało i skutecznie niweluje drażniący ból. Pachnie czystością, świeżością i niewinnością i kojarzy się z dziecięcą beztroską oraz czułą miłością. Dziecięcy puder to element powszechnie wykorzystywany przez największym mistrzów perfumeryjnych. Artyści kreujący najcudowniejsze i najmocniej chwalone zapachy wiedzą, że to właśnie ten aromat – czy to umieszczony w bazie kompozycji, czy uwalniający się dopiero po kilku godzinach – potrafi najmocniej przekonać do zawartości zdobnego flakonika. Tak samo jest z woskiem Baby Powder, który już w chwilę po rozgrzaniu rozkochuje w sobie świeżymi, pudrowymi aromatami."

Yankee Candle nie przestaje mnie zaskakiwać. Zapach Baby Powder zdecydowanie wdarł się do grona moich faworytów. Jest w nim wszystko to co lubię - świeżość, słodycz, lekka pudrowość. Jest naprawdę nieziemsko odwzorowany, pachnie jak najprawdziwszy puder dziecięcy! Wydawać by się mogło, że będzie to zapach delikatny, jednak jest dokładnie odwrotnie - jest na tyle intensywny, że trzeba uważać z jego dawkowaniem. Bardzo długo utrzymuje się w pomieszczeniu, więc ja zapalam go na niecałą godzinę i potem jeszcze kilka długich godzin cieszę się aromatem. Wydaje mi się, że zapach spodoba się wielbicielkom Clean Cotton, Fluffy Towels, choć Baby Powder jest zdecydowanie słodszy i dużo bardziej otulający. Ode mnie ma piątkę z plusem.

Na goodies.pl wciąż możecie skorzystać z 10% rabatu na hasło JOANNAPANNA na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle. Kod jest wielorazowego użytku.
4 gru 2014

Black&White 5

Nie umiem opisywać zapachów, często też mam taki problem, że nie wiem, czy dany zapach mi się podoba czy może wręcz przeciwnie. Na perfumy mam fazy - czasem konkretne nuty zapachowe uwielbiam przez kilka dobrych miesięcy, by potem na długo o nich zapomnieć. Jednak jest taki zapach, który pokochałam od pierwszego powąchania. Wydawał mi się idealny na chłodniejszą część roku. Niebanalny, wyrazisty, bardzo do mnie pasujący. Słodki, ale jednocześnie nieco mroczny, charakterny i zdecydowany. Skrojony jak dla mnie na miarę.


Jakie są obecnie Wasze ulubione perfumy? 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
3 gru 2014

Black&White 4

Dziś jeszcze szybciej niż wczoraj - mała migawka z "klejnotami rodzinnymi" na pierwszym planie. Pierścionek sprezentowany przez babcię z okazji uzyskania tytułu magistra. Z tego co wiem, to błyskotka jest mniej więcej w moim wieku i czekała na dobrą okazję, żeby zamieszkać na mojej ręce.


Pozdrawiam,
Panna Joanna
2 gru 2014

Black&White 3

Padam prosto na twarz, ale ćwicząc się w wytrwałości wpadam dosłownie na moment z kolejnym biało-czarnym zdjęciem. Tym razem coś co szykuję na ten tydzień - jako coraz to bardziej bladolica i zmagająca się z wiecznymi problemami z odcieniem podkładu, postanowiłam zebrać kilka moich ulubionych fluidów i podzielić się moimi wrażeniami w obszernym poście. Planuję przede wszystkim porównanie kolorystyczne, ale też chciałabym przyrównać jakoś do siebie wszystkie pozycje ze zdjęcia. Mam nadzieję, że uwinę się z tym w przeciągu dwóch-trzech dni. A dzisiaj jedynie mała zajawka :).


Ps. Trzymajcie za mnie kciuki - jutro moje ostatnie jazdy i potem już przymierzam się do egzaminu!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 gru 2014

Black&White 2

Uwielbiam klimat świąt. Nie potrafię odmówić sobie otaczania się wszelkiego rodzaju umialaczami nastroju. Na komodzie pali się wosk z zimowej kolekcji (przepiękny Angel's Wings), ja leżę pod polarowym kocem w śnieżynki i renifery (Biedronka zamiotła tymi kocykami), a koło okna migoczą sobie choinkowe lampki. Z kubka paruje gorąca herbata doprawiona domowym sokiem malinowym, pies chrapie w nogach, a ja cieszę się spokojnym wieczorem. I tylko śniegu brak. 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...