WoleProstoHeader

31 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #4 - Salted Caramel

Kolejny piątek i kolejne pachnące doznania. Tym razem na tapetę weźmiemy wosk, którego trochę się obawiałam, głównie za sprawą porównań do...rosołu. Yankee Candle jednak znów mnie zaskoczyło i mogłam się cieszyć do woli wonią solonego karmelu, bez rosołowych tonów :). 


Opis producenta jak zwykle zachęca:
"Wygląda jak słodka tarta i pachnie jak najlepsza, cukiernicza delicja! Wosk Salted Caramel to zjawiskowe połączenie mocno przypieczonego, trzcinowego cukru z dodatkiem orientalnej wanilii najlepszego sortu. Żeby nie było mdło, całość została delikatnie oprószona gruboziarnistą solą morską, która doskonale balansuje słodycz deseru i sprawia, że przysmak nigdy się nie nudzi, nigdy nie powszednieje. Tak doprawiony karmel to miszmasz słodkich i słonych esencji, które kojarzą się z rodzinnym ciepłem czy z domowymi wypiekami i które – jak na wyjątkowe łakocie przystało – są najlepszym sposobem na przetrwanie ciężkich, mocno depresyjnych jesiennych wieczorów."

 Salted Caramel na pewno jest niebanalny. Słoność miesza się tu ze słodyczą i w pewnym momencie człowiek nie wie, co bardziej czuje jego nos. Moim zdaniem proporcje w tym zapachu są naprawdę świetnie wyważone, co właśnie objawia się tym, że przez dłuższą chwilę nie wiemy czy czujemy bardziej słony zapach czy może jednak bardziej słodki. To tak jak z niektórymi odcieniami turkusowego - patrzymy i nie wiemy czy jest on bardziej niebieski czy bardziej zielony. Wg mnie po dłuższej chwili od zapalenia jednak na pierwszy plan wybija się słodkość. Dla mnie to takie przyjemne, ciepłe toffi okraszone nieco solą, dzięki czemu zapach nie jest mdły. Uwielbiam czekoladę Daim, więc ten zapach mocno mi się z nią kojarzy. Jest bardzo rozgrzewający i otulający. Będzie idealny na mroźne, zimowe wieczory. Jak pali się za długo to potrafi jednak dość zmęczyć, ponieważ szybko rozchodzi się po pomieszczeniu i długo się w nim utrzymuje, dlatego ja z reguły gaszę go, gdy mój nos poczuje, że jednak czuje więcej słodkiego :).


Przy tym wosku miałam małą zagwozdkę co do jego makijażowej interpretacji. W końcu zdecydowałam się postawić na przeciwieństwa. Tak jak w wosku czuję kilka zupełnie przeciwstawnych rzeczy, tak i w makijażu chciałam to jakoś uchwycić. Mamy tu więc mocną, pikantną kreskę na dolnej powiece i delikatną, migoczącą górną powiekę. Dużo złota, beżowe usta (nawiasem mówiąc - błyszczyk w odcieniu toffi) i do tego kontrastowa czerń. Poza tym chciałam wypróbować folię MUR i tutaj pasowała mi idealnie :).




Jak zwykle przypominam, że do końca grudnia możecie skorzystać z 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle w sklepie goodies.pl. Kod rabatowy jest wielokrotnego użytku. Kod to JOANNAPANNA.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

30 paź 2014

Hot Spice

Wczoraj pokazywałam Wam kilka nowości, które zagościły w mojej kosmetyczce, a dzisiaj jedną z nich chciałabym przybliżyć. Duże zainteresowanie wzbudziła paleta róży, więc to właśnie je wybrałam na pierwszy rzut. 

Przede wszystkim zależało mi na zrobieniu swatchy. Dzisiaj korzystając z chwili wolnego odpaliłam lampy i cyknęłam kilka zdjęć. Sama paleta jest dość spora, solidnie wykonana. Dobrze się domyka, plastik nie sprawia wrażenia lichego. Na duży plus jest lusterko - tych nigdy za wiele. W palecie znajduje się osiem odcieni o różnych wykończeniach. Nie jestem w stanie na razie wskazać ulubionego, ale właściwie wszystkie, poza dość niebezpieczną, choć i tak ładną pomarańczą, wydają się dość klasyczne, uniwersalne. Raczej odradzałabym ten kosmetyk osobom, które mają do róży "ciężką rękę" - róże są bardzo mocno napigmentowane. Przy dość miękkim pędzlu da się osiągnąć również dość delikatny efekt, niemniej jednak trzeba uważać podczas aplikacji. Dla mnie pigmentacja jest akurat mocnym atutem tej palety, ponieważ w kosmetykach tego typu zawsze mi trochę brakowało mocy. Konsystencja jest niesamowicie aksamitna, róże bardzo łatwo nabierają się na pędzle. Trwałość póki co zaskoczyła mnie pozytywnie, na przypudrowanej bazie trzymały się bez zarzutu do samego demakijażu. Plus również za dwa róże delikatnie wpadające w brązowe tony (takie biszkoptowe odcienie - pierwszy z lewej w górnym rzędzie i drugi od lewej w dolnym) - przy mojej jasnej cerze z powodzeniem mogę zrezygnować z bronzera, jeśli sięgnę po któryś z tych dwóch odcieni. Dwa rozświetlacze również bardzo mi się podobają, z naciskiem na jaśniejszą wersję. Przypomina mi ona dość mocno rozświetlacz firmy MUA, za którym bardzo przepadam. Poniżej możecie zobaczyć jak prezentują się poszczególne odcienie na skórze. Róże dosłownie lekko musnęłam palcem podczas nabierania i równie lekko przeniosłam je na dłoń, mimo to - jak widać - kolory i tak są bardzo mocne. 




Podczas robienia dzisiejszego makijażu pokusiłam się również o szybką fotkę przed i po nałożeniu różu. Użyłam odcienia drugiego od lewej z dolnego rzędu i jaśniejszego rozświetlacza. Same "pućki" jedynie lekko musnęłam koralowym odcieniem - trzecim od lewej z dolnego rzędu. Efekt wygląda następująco (zdjęcia w świetle dziennym, bez lamp):
Jak wrażenia? Ja jestem tą paletą póki co oczarowana i zaczęłam nabierać ochoty na drugą wersję kolorystyczną :). Paleta kosztuje 30 złotych, ja swoją kupiłam na cocolita.pl.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 paź 2014

Coś nowego

Dawno nie robiłam żadnych kosmetycznych zakupów. Po części dlatego, że nie miałam potrzeby, a po części dlatego, że postanowiłam najpierw ogarnąć to, co mam już w kosmetycznych zasobach. Jakiś czas temu udało mi się w końcu zrobić porządek, w wyniku którego znaczna część kosmetyków powędrowała do kosza (przy bliższych oględzinach okazało się, że części kosmetyków pokończyły się daty ważności itp.), a część, której nie używam/używam tak rzadko, że w zasadzie wcale/"nie pamiętam czemu to kupiłam" została przełożona do pudełka w świat. Dzięki temu zyskałam nagle dużo miejsca, a kosmetyki, które zostawiłam, rzeczywiście są tymi, po które regularnie sięgam i które lubię. Jednak po dłuższej analizie okazało się, że jednak parę rzeczy by się przydało. Brakowało mi gąbki do makijażu (mój ostatni beauty blender się w zasadzie rozpadł), nagle okazało się, że mam praktycznie same róże w chłodnej tonacji. Odczuwałam też potrzebę posiadania uniwersalnej paletki do dziennego makijażu, ponieważ znaczną część moich neutralnych cieni w dużej mierze zużyłam. Po dokładniejszym przejrzeniu pozostawionych zasobów okazało się też, że kończą się puder i korektor. 
Mając więc pełne usprawiedliwienie dla konieczności popełnienia zakupów, odpaliłam stronę kilku sklepów internetowych i po szybkim przeglądzie wybrałam cocolitę, ponieważ akurat tam znalazłam wszystko to, czego szukałam, a zależało mi żeby sprawę załatwić na raz, jedną wysyłką itd. Zamówienie jak zwykle przyszło ekspresem, więc dzisiaj mogę Wam pokazać, co wpadło mi do koszyka oraz podzielić się z Wami pierwszym wrażeniem. 


Mimo, że przekonałam się całkowicie do aplikacji podkładów pędzlami, to jednak gąbkę lubię mieć pod ręką. Są takie podkłady, że lepiej wyglądają zaaplikowane właśnie gąbką, dlatego kiedy mój beauty blender padł, miałam małą zagwozdkę na jakie jajo się teraz zdecydować. Po krótkim namyśle odrzuciłam początkowy szalony pomysł zakupu glam jaja, ciągle mając w pamięci nieszczęśliwe kozy. Zastopowało mnie również to, jakie są zalecenia co do mycia jaja Glamsponge. Kompletnie nie trafia do mnie idea mycia samą wodą, bo to dla mnie po prostu nie jest mycie. Koniec końców, wahałam się miedzy kolejnym beauty blenderem, a gąbką Real Techniques. Pozytywna recenzja cammie o tej drugiej pozycji zachęciła mnie na tyle, że zdecydowałam się właśnie na pomarańczowe jajo. Póki co użyłam go raptem dwa razy, ale jestem bardzo przyjemnie zaskoczona. Gąbka jest mięciutka, choć nieco mniej "sprężysta" niż bb, na ogromny plus zaliczę także tę ściętą część, ponieważ to właśnie nią najszybciej aplikuje mi się podkład. Doprała się bez problemu, mimo, że nakładałam nią kamuflaż i Colorstaya. Jak tak dalej pójdzie, to mam nadzieję, że gąbka okaże się świetną alternatywą dla sporo droższego beauty blendera. 


O paletkach Makeup Revolution czytam ostatnio dosłownie wszędzie i to same dobre rzeczy. Nie wiedziałam, na którą się zdecydować, ale w końcu wrzuciłam do koszyka chyba najpopularniejszą z palet MUR - Iconic 3. Bazując na swatchach znalezionych w internecie i wszechobecnym porównywaniem jej do palety UD Naked 3, stwierdziłam, że to właśnie może być to czego szukam. Co prawda, gdy pierwszy raz zobaczyłam paletę Naked 3, to nie zabiło mi jakoś mocniej serce, niemniej jednak po dłuższym czasie, kolorystyka tej palety zaczęła mi się bardzo podobać. Paleta Iconic 3 ma bardzo duże szanse wskoczenia u mnie na paletkowe podium. Jest świetnie napigmentowana, cienie są miękkie, aksamitne, łatwo je nabrać pędzelkiem. Podczas rozcierania kolory nie blakną, nie zlewają się ze sobą. Jestem ciekawa ile dam radę z niej wyciągnąć, bo póki co zapowiada się po prostu rewelacyjnie, a to sam początek naszej przygody. Zaskoczyła mnie też wielkość palety. Nie wiem czemu, ale byłam przekonana, że sama paletka będzie dużo mniejsza. 


W temacie firmy MUR i cieni do powiek pozostając - nie pamiętam gdzie pierwszy raz zobaczyłam folie z tej firmy, ale mocno zapadły mi w pamięć. Takiego błysku nie widziałam nigdy, a po wypróbowaniu na żywo okazało się, że efekt na zdjęciach i tak nie oddawał mocy tego połysku. Wybrałam najbardziej popularny odcień - Rose Gold. Jest przepiękny, taki złoty, taki mokry, taki błyszczący. Widzę już miliony makijaży świątecznych, sylwestrowych z tym cieniem w roli głównej. Jeśli lubicie błyskotki, to koniecznie zainteresujcie się tym cieniem.


Zdecydowałam się jeszcze na jeden kosmetyk firmy MUR, a mianowicie na paletę róży. Zdziwiło mnie ostatnio, że w kosmetyczne mam praktycznie same chłodne róże i stwierdziłam, że przyda mi się trochę "cieplejsza" paleta. Wersja, którą wybrałam to Hot Spice. Na zdjęciu róże wyglądają dość podobnie do siebie, jednak wstawię Wam w najbliższym czasie swatche, to będziecie mogły zobaczyć, że tak naprawdę są między nimi spore różnice. Dwa z odcieni z tej palety spokojnie mogę stosować w roli bronzera. Dwa odcienie z prawej strony to w zasadzie bardziej rozświetlacze aniżeli róże, więc tym sposobem z taką paletą nie muszę już szukać w kosmetyczce dodatkowo żadnego innego kosmetyku do podkreślania policzków. Ponownie pozytywnie zaskoczyła mnie konsystencja, pigmentacja (bardzo, bardzo porządna), aksamitność tych róży. Pierwsze wrażenia bardzo na plus, czuję, że się polubimy. 

Wykończyłam ostatnio mój ulubiony puder do wykańczania makijażu - Prime&Fine z Catrice. Początkowo chciałam ponownie po niego sięgnąć, jednak w oczy rzuciła mi się nowość, również marki Catrice. Colour Correcting to wielokolorowa mozaika. Mamy tu beż, zieleń, róż, fiolet. Wg opisu producenta ma on dawać świetliste i świeże wykończenie. I rzeczywiście - choć matuje błyszczący podkład, to sam nie daje papierowego, płaskiego i matowego wykończenia. Jest właśnie taki lekko rozświetlający, choć nie ma w nim grama błyszczących drobinek. Kolor jest bardzo jasny, w moim przypadku zauważyłam nawet delikatne rozjaśnienie cery, choć nie jest to puder kryjący. To wszystko sprawia, że naprawdę z każdą kolejną aplikacją nie mogę się doczekać następnej. Potestuję go sobie jeszcze na spokojnie, ale jeśli dalej będzie się tak zachowywać, to śmiem twierdzić, że zdeklasuje ulubionego do tego pory Prime&Fine. 

Z nowości to by było na razie u mnie na tyle. Czuję się zaspokojona kosmetycznie na dłuższą chwilę i zaczynam powoli planować makijażowe posty, żeby móc Wam pokazać te kosmetyki w akcji. Coś konkretnego chciałybyście zobaczyć w pierwszej kolejności?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #3 - Black Coconut

Kolejny pachnący piątek, tym razem w zdecydowanie bardziej...męskiej odsłonie. Do tej pory zdążyłam Wam opisać wosk o zapachu truskawkowego chupa chupsa, w zeszłym tygodniu na tapetę wzięłam soczystą i mroźną żurawinę, a bohater dzisiejszego posta to obok wosku November Rain jeden z tych zapachów, które kojarzą mi się z mocną, męską nutą. 


Black Coconut był jednym z wosków, które wrzuciłam na listę tylko ze względu na nazwę i kolor :D. Potem przeczytałam opis i przyznam, że po raz kolejny po spodziewałam się czegoś innego. Na stronie goodies.pl możemy przeczytać:
"Żeby wnętrze orzecha kokosowego mogło wypełnić się charakterystycznym, aromatycznym mleczkiem – cała palma filtruje i dostosowuje do swoich potrzeb dostępną jej wodę. To właśnie dzięki temu słodkie mleczko ma tak specyficzny, uwodzący smak i aromat, który w wosku Black Coconut urozmaicony został nutami drzewa cedrowego i elementami zaczerpniętymi z serca kolorowych, egzotycznych kwiatów. W tym niezwykłym połączeniu znany dobrze kokos pokazuje swoje nowe oblicze – słodkie, ale nie mdłe, uzależniające, ale nie nużące i – przede wszystkim – jeszcze bardziej egzotyczne!"

Mimo wszystko, spodziewałam się kokosa. W mniejszej lub większej intensywności, ale jednak kokosa. Black Coconut od Yankee Candle nie pachnie kokosem niemal w ogóle, jednak wcale nie ujmuje mu to uroku. Intryguje już samym kolorem, głęboką czernią i bardzo trudnym do opisania aromatem. Jest to zapach słodki, ale słodki po swojemu. Nie jest to ani trochę typowa, ulepkowata słodycz, a taka przydymiona, "męska". Spotkałam się z opisem, że wosk pachnie...facetem i muszę przyznać, że coś w tym jest. Ma w sobie coś z męskich perfum, choć nie potrafię określić, co konkretnie powoduje takie skojarzenie. Myślałam, że będzie to dość duszący aromat, ale na szczęście okazało się, że zapalony nawet w niewielkim pokoju nie męczy, a przyjemnie rozchodzi się po pomieszczeniu. Dość długo utrzymuje się w powietrzu.


Miałam małą zagwozdkę co do makijażowej interpretacji. Potem stwierdziłam, że będę improwizować i wyszło co wyszło. Ciemny, mocny, przydymiony makijaż. Szarość, czerń i fiolet, trochę błysku. Użyłam zapomnianego pigmentu z Vipery, za który zapłaciłam jakieś...3 czy 4 złote podczas promocji, na którą kiedyś przypadkiem się natknęłam. 


Wosk Black Coconut paliłam jakiś tydzień temu, makijaż wykonałam w momencie, gdy jego aromat zaczął roznosić się po pomieszczeniu. Mam nadzieję, że do kolejnego posta z serii odzyskam węch (zapalenie zatok i katar lejący się strumieniami chwilowo mnie hamują :P) i będę mogła podzielić się z Wami kolejnymi pachnącymi doświadczeniami. Tymczasem z racji przejmującego zimna, które wyczuwam zza okna, udaję się z powrotem pod ciepły koc i życzę Wam miłego, ciepłego weekendu :).

Przypominam też, że w sklepie goodies.pl możecie skorzystać z 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle. Kod rabatowy jest wielokrotnego użytku i jest ważny do końca grudnia tego roku. Kod to JOANNAPANNA.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 paź 2014

Hit kontra kit #4 - brwi

W cyklu "hit kontra kit" ukazały się już trzy wpisy - o podkładach, produktach do modelowania twarzy i o pędzlach. Dziś chciałabym Was zaprosić na krótkie porównanie mojego hitu do podkreślania brwi w konfrontacji z kosmetykiem, który się u mnie kompletnie nie sprawdził. Będzie krótko i na temat, głównie dlatego, że leżę złożona chorymi zatokami i mam ochotę odrąbać sobie głowę, więc proszę o wyrozumiałość :).


HIT - Vipera, Mineralny tusz do kresek, odcień 03
Na punkcie brwi mam lekkiego bzika. Prędzej wyjdę z domu bez podkładu czy tuszu, aniżeli bez podkreślonych brwi. Od kosmetyku do podkreślania brwi wymagam przede wszystkim mocnej pigmentacji i możliwości stopniowania tejże. Wynika to z tego, że moje naturalne brwi mają kształt, który nie do końca mi odpowiada, w związku z tym pod moją naturalną linią brwi muszę sobie domalować kilka "włosków". Większość kredek ma to do siebie, że są za mało precyzyjne, zbyt blade i w efekcie to miejsce, w którym nie rosną mi włoski jest zawsze zbyt jasne w stosunku do reszty brwi. Przy cieniach sprawa wygląda podobnie. Rozwiązaniem idealnym okazał się liner z Vipery. Konsystencja jest niesamowicie przyjemna. Jak w klasycznych linerach, może nieco bardziej miękka i co najważniejsze - nie wysycha. Spokojnie jestem w stanie zużyć opakowanie do końca, bez obawy, że w połowie kosmetyk będzie miał konsystencję kamienia. Pigmentacja jest po prostu powalająca. Bardzo mocna, ale i łatwa w "dawkowaniu". Zazwyczaj nabieram odrobinę kosmetyku na skośny, bardzo cienki pędzelek, domalowuję te moje nieszczęsne braki, a potem tylko tym, co zostało na pędzlu lekko muskam resztę brwi. Efekt jest jak dla mnie całkowicie zadowalający, choć początkowo musiałam się nauczyć współpracować z tym linerem. Trwałość jest na szóstkę z plusem. Kosmetyk trzyma się jak przyspawany, czasem niemal mam problem aby zmyć go z brwi. Nie straszny mu deszcz, pot czy pocieranie. Na plus zaliczyć można również wydajność - opakowanie starcza mi na kilka miesięcy, aktualnie kończę drugie. Cena jest śmiesznie niska w stosunku do jakości - liner kosztuje coś około 13-14 złotych, w zależności od sklepu. Ja wybrałam odcień 03, zdecydowałam się na niego w ciemno i był to strzał w dziesiątkę. Jest to ciemny, dość chłodny brąz, bez żadnych rudych tonów. Dla mnie ideał! Na samym dole posta możecie zobaczyć jak wygląda na brwiach.

KIT - Dr Irena Eris, Provoke, Automatyczna kredka do brwi, odcień dla brunetek
Z kosmetykami Provoke mam ten problem, że albo coś jest super (bronzer, trio do modelowania), albo kompletnie mi nie pasuje (cienie, kredka do brwi). Wybrałam wersję dla brunetek, w nadziei, że kredka będzie ciemna. Nie dość, że okazała się zaskakująco jasna, to jeszcze jest taka jakby...woskowa, półprzezroczysta. Ledwo widać ją na moich brwiach, o jakiejś precyzji w podkreśleniu brwi ciężko w ogóle mówić, więc nie jestem w stanie nią zdziałać na moich brwiach w zasadzie nic. Być może zadowolone będą z niej osoby, które nie potrzebują korygować kształtu brwi, a jedynie lekko je podkreślić. Ja niestety należę do bardziej wymagającej brwiowo grupy. Kredkę przygarnęła moja mama, która z kolei jest z niej bardzo zadowolona, przy czym jest ona blondynką z bardzo jasnymi brwiami, które jedynie dyscyplinuje za pomocą tego produktu. Widać lekki kolor, brwi są jakby "zaczesane" i na tym koniec. Nie twierdzę, że to zły kosmetyk, jednak kompletnie rozminął się z moimi wymaganiami. Cenowo również wypada średnio - kredka kosztuje 39 zł, co moim zdaniem jest kwotą zbyt wygórowaną. Na plus zaliczę odcień - chłodny, jakby lekko popielaty, jednak dla mnie - wciąż za jasny. 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #2 - Cranberry Ice

Kolejny piątek, tym razem maksymalnie leniwy, ale równie pachnący jak ostatnio. Dzisiaj przedstawię Wam jednego z moich woskowych faworytów - bez zastanowienia umieściłabym go w moim top 3. Uwielbiam go od pierwszego niuchnięcia, mam wrażenie, że pasuje do każdego mojego humoru.


Cranberry Ice od Yankee Candle to w moim odczuciu zapach idealnie wyważony. Jednocześnie słodki, ale nie przesłodzony, lekko kwaskowaty, a do tego wszystkiego absolutnie nie mdły. Świeży, ale nie w taki oczywisty sposób, tylko jakoś magicznie rzeczywiście obrazujący...lodową świeżość. Nie jest to dla mnie taki typowo owocowy, rześki, płaski zapaszek. 
Producent opisuje ten zapach w sposób, który wg mnie nie do końca opisuje jego wielowymiarowość:
"Żurawina nierozerwalnie kojarzy nam się z czasem grudniowych celebracji, kiedy tymi pięknymi, czerwonymi owocami przyozdabiamy świąteczne stoły i stroiki. Ale zjawiskowa żurawina to nie tylko dekoracja, ale i skarbnica wielu, prozdrowotnych składników. A poza tym to prawdziwy rarytas kulinarny, który smakuje wyśmienicie bez względu na porę roku! W wersji Yankee Candle żurawina podawana jest w nieco zmrożonej, bardzo orzeźwiającej wersji. Wosk w formie żurawinowej tarteletki uwalnia naturalne esencje, które doskonale pobudzają i dodają energii."


Po opisie spodziewałam się nieco innego zapachu, ale bardzo się cieszę z tego, że zapach jest jaki jest - łączy aromat słodko - kwaśnej żurawiny z dodatkiem takiego zapachu "zimy" za oknem. Brzmi to pewnie dość dziwnie, ale zapach, mimo, że dość orzeźwiający, mnie jednak bardziej kojarzy mi się właśnie z okresem zimowym, aniżeli z latem czy owocowym sokiem. Jest to zapach dość intensywny, roznoszący się po całym mieszkaniu, ale nie męczy. Dość długo utrzymuje się w pomieszczeniu, nawet na drugi dzień po odpaleniu spokojnie można jeszcze wyczuć jego aromat. 


Pisałam, że postaram się każdy zapach "pokazać" jakoś makijażem i tym razem nawet niespecjalnie musiałam się głowić. Pomysł zrodził się w trymiga. Makijaż jest połączeniem soczystej, zdecydowanej żurawiny na ustach i migocącego, śnieżnego efektu na powiekach.


Tak jak ostatnio wspominałam, możecie skorzystać z 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle w sklepie goodies.pl. Kod rabatowy jest wielokrotnego użytku i jest ważny do końca grudnia tego roku. Kod to JOANNAPANNA.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 paź 2014

HIT kontra KIT #3 - pędzle

O podkładach było, o produktach do modelowania twarzy również. Dziś czas na "narzędzia" pracy - pędzle. Zestawienie będzie o tyle ciekawe, że znalazły się w nim produkty tej samej marki. Część stanęła na stanowisku hitów, a część okazała się kompletną klapą. Nie przedłużając....


HIT - syntetyczne pędzle GlamBrush T2 i O8
O pędzlach GlamBrush mogłabym napisać posta jak stąd na Hawaje, ale prawda jest taka, że szkoda mi na nie nerwów. Będę sprawiedliwa. Syntetyczne pędzle, a dokładniej te dwa, które mam - T2 i O8, zdecydowanie mnie kupiły. Oba są mięciutkie, świetnie sprawdzają się w tym, do czego mają służyć. T2 to mój ulubiony pędzel do podkładu. Nakładam nim zarówno podkłady płynne, jak również te w kompakcie czy minerały i za każdym razem sprawdza się po prostu świetnie. Nie zostawia smug, jest bardzo przyjemny w obsłudze. Bardzo lubię w nim to, że błyskawicznie schnie. Bez względu na to, czy piorę go szamponem i odcisnę w ręcznik czy tylko pryskam alkoholem - dosłownie w moment jest suchy i gotowy do dalszej pracy. Używam go non stop odkąd go mam i mimo bardzo intensywnej eksploatacji, nic się z nim nie dzieje. Bez problemu się go czyści, nie wychodzą z niego włoski, nie zrobił się szorstki. Ideał. Kulkę O8 lubię równie mocno. Nakładam nią korektor/cienie w kremie. W obu przypadkach sprawdza się świetnie z dwóch powodów. Jest bardzo precyzyjna, można nią wklepać kosmetyk w punkt, jednocześnie sama praktycznie rozciera granice tego co nakładamy. Do zakrywania punktowych zmian jest stworzona, dzięki niej nie widać, że mamy coś nałożone w konkretny punkt, bo granice kosmetyku są idealnie roztarte. Z cieniami jest podobnie, świetnie się nią blenduje nawet najciemniejszy cień. Czyści się ją równie łatwo jak pędzel T2, schnie równie błyskawicznie i podobnie się zachowuje po dłuższej eksploatacji. Hity!

KIT - pędzle z włosia kozy GlamBrush T4, T9, O3 i O4
I teraz będzie o tym, dlaczego szkoda nerwów. O ile syntetyki GB są naprawdę godne polecenia, tak z kozami się nie mogę polubić i niejednokrotnie, gdy już mi się wydawało, że sprawa opanowana, to okazywało się, że jest coraz gorzej. Przede wszystkim pędzle są szorstkie, z każdym myciem coraz bardziej. Z każdym myciem się coraz bardziej rozczapierzają. Przez jakiś czas czyściłam je jedynie alkoholem izopropylowym i było w miarę okej, ale jednak raz na jakiś czas czuję taką potrzebę, żeby pędzle wyszorować wodą, mydłem/szamponem, no na mokro po prostu. I tu się zaraz przy narzekaniach tego typu pojawiają głosy oburzenia, że pędzle trzeba odpowiednio myć, że odżywkować i jeszcze śpiewać im do snu. Nie wiem czy ta koza, z której zrobione są te moje konkretne pędzle była jakąś kozą nieszczęśliwą, czy jadła nie taką trawę jak trzeba, czy jakiś kozioł odrzucił jej zaloty i teraz koza mści się na świecie, ale mam sporo pędzli, również z naturalnego włosia, również z kozy i z żadnymi nie miałam takich cyrków jak z tymi. Pędzle do twarzy czasem jeszcze wyciągam i coś próbuję nimi zdziałać, używam do twardych rozświetlaczy itp., ale te do oczu już tylko leżą i przypominają mi, żebym więcej żadnych kozich Glambraszów nie kupowała, bo tylko się wnerwię. Drapią powieki, są szorstkie, straciły kształt (uczciwie rzecz ujmując, to te do twarzy też już niewiele mają wspólnego z pierwotnym, jajowatym kształtem). Wiem, że sporo osób jest z tych pędzli zadowolonych, ale szczerze mówiąc, ja chyba pozostanę wierna zasadzie, że to pędzel jest dla mnie, a nie ja dla pędzle, więc zamiast się męczyć, wolę sięgnąć po pędzle niejednokrotnie tańsze, łatwiejsze w eksploatacji i nie wymagającego specjalnej troski. Najwyżej pójdę do piekła albo w przyszłym wcieleniu zostanę kozą, z której potem ktoś zrobi kijowy pędzel, ale tym razem głośno i wyraźnie mówię KIT!

Ciekawa jestem jakie są Wasze odczucia odnośnie moich pędzlowych hitów i kitów, tak bardzo nietypowo zestawionych. Chętnie poczytam, co Wy o nich sądzicie :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna

14 paź 2014

HIT kontra KIT #2 - modelowanie twarzy

We wczorajszym wpisie skonfrontowałam ze sobą dwa podkłady, dzisiaj z kolei chciałabym przedstawić kosmetyki do modelowania twarzy. W przypadku tych kosmetyków nie musiałam się długo namyślać - ostatnio w zasadzie codziennie mam na buzi ten sam bronzer w towarzystwie tego samego rozświetlacza, z kolei róż, który widzicie na poniższym zdjęciu, od samego początku nie przypadł mi do gustu i poszedł wczoraj do siatki "w świat" (zmobilizowałam się w końcu do wielkich kosmetycznych porządków). 


HIT - Dr Irena Eris, Provoke, Choco Bronzer i MUA Undress your skin Shimmer Highlighter
O rozświetlaczu MUA już pisałam, więc w zasadzie mogłabym się nie powtarzać. Jednak rozświetlacz ten lubię tak bardzo, że chętnie jeszcze napiszę, że jest to świetny kosmetyk, za niewielkie pieniądze, który pięknie nadaje cerze blasku i robi to w bardzo nienachalny sposób. Ma dość nietypowy odcień, lekko różowy i jakby holograficzny, jednak absolutnie nie daje efektu "szynki". Jest zdecydowanie chłodny, także powinien spodobać się osobom, które nie przepadają za rozświetlaczami w złotym odcieniu. Konsystencja kosmetyku jest bardzo przyjemna, rozświetlacz jest dość suchy, ale nie pyli i nie jest tak twardy jak inne znane mi kosmetyki wypiekane. Dobrze współpracuje w zasadzie ze wszystkimi produktami, w towarzystwie których nakładam go na skórę. Trzyma się naprawdę przyzwoicie, choć pod koniec dnia może lekko stracić na intensywności. Jestem pod wrażeniem jego wydajności - mimo, że używam go dzień w dzień, niemal nie widzę ubytku w wytłoczeniu zdobiącym ten produkt. Dla mnie obecnie numer jeden!
Z kosmetykami Provoke od dr Eris nie udało mi się zaprzyjaźnić na szeroką skalę. O cieniach czy tuszu będziecie mogły jeszcze przeczytać, ale niestety znajdą się one po tej drugiej, gorszej stronie zestawienia. Dzisiaj na szczęście mogę pokazać jeden z kosmetyków Provoke jako hit. Na "czekoladkę" skusiłam się po dobrych wrażeniach z trio modelującym do twarzy. Mogłam wybrać sobie dowolny kosmetyk z serii w ramach wyróżnienia w konkursie organizowanym przez markę i po krótkiej chwili zastanowienia wskazałam właśnie na ten bronzer. Wybrałam odcień jaśniejszy, mając w perspektywie znaczne rozjaśnienie się odcienia mojej skóry na jesień i zimę. Zarówno kolor, jak i sam kosmetyk okazały się strzałem w dziesiątkę. Gdybym mogła zostawić sobie jeden bronzer bez wahania wskazałabym właśnie na tę niepozorną, białą puderniczkę. Podoba mi się w tym bronzerze wszystko - dość neutralny, nie za pomarańczowy i nie za ciemny odcień, brak połyskujących drobinek, bardzo satynowe wykończenie. Na plus oceniłabym również trwałość, łatwość aplikacji. Opakowanie ma lusterko, więc podczas ostatnich wyjazdów również stanowiło to dla mnie pewne ułatwienie. Minusem jest zdecydowanie cena - kosmetyk kosztuje 79 złotych, czyli jak dla mnie - niemało. Za to jego jakość w dużym stopniu tłumaczy taką, a nie inną cenę. Hit!

KIT - Rimmel, Stay Blushed
Róż z Rimmela dostałam już jakiś czas temu i od tamtej pory podjęłam może ze trzy próby jego aplikacji na twarzy. Wszystkie trzy zakończyły się całkowitą porażką, dlatego od razu pomyślałam o tym kosmetyku w kontekście zestawienia go po stronie niewypałów. Nie odpowiada mi jego konsystencja - niby kremowa, ale dość rzadka. W połączeniu z fatalną pigmentację nie widzę za bardzo sposobu, który mógłby pomóc w opanowaniu tego różu. Na mojej jasnej skórze jest niemal niewidoczny, przy rozcieraniu znika praktycznie do zera. Do tego tworzy na skórze nieprzyjemną lepką warstwę i okrutnie się roluje. Próbowałam pędzlem, jednym, drugim, próbowałam gąbką, potem jeszcze palcami - efekt za każdym razem był taki sam. Ciekawa jestem czy zależy to od koloru - ja mam wersję różową, a widziałam kiedyś swatche wersji koralowej i tamten róż miał zupełnie inną konsystencję, jakby lekko "piankową"? Próbowałam też nieco rozmemłać moją tubkę, ale i to nie pomogło, dlatego w końcu sobie odpuściłam. Za malutkie opakowanie zapłacić musimy aż 18 złotych. Za taką cenę spokojnie można kupić róż o sporo lepszej jakości. Kit!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 paź 2014

HIT kontra KIT #1 - podkład

Ostatnio na fb zapowiedziałam pojawienie się nowej serii wpisów - HIT kontra KIT. Idea jest prosta - nagromadziło mi się sporo kosmetyków w ostatnim czasie, część doczekała się już prezentacji czy nawet recenzji na blogu, ale część leży i czeka na swój moment. Jako, że w tym drugim przypadku są to z reguły kosmetyki, które sprawdziły się u mnie średnio, postanowiłam zrobić małe zestawienie - moich kosmetycznych perełek i kompletnych niewypałów. Coś jak rozbudowana wersja ulubieńców z dłuższego czasu, połączona z porównaniem do bubli zalegających w szufladzie. Póki co mam obfoconą kolorówkę, najpewniej potem wezmę się za kosmetyki pielęgnacyjne. Dzisiaj startujemy z częścią pierwszą - na ring wkraczają podkłady do twarzy.


HIT - Pharmaceris Delikatny fluid intensywnie kryjący o długotrwałym efekcie
Podkład Pharmaceris znam już kilka lat. Mimo, że jestem na bieżąco z kosmetycznymi nowościami i często kupuję nowe podkłady do wypróbowania, zawsze z podkulonym ogonem wracam do podkładu Pharmacerisa. Obok tego fluidu jedynie Colorstay z Revlona gości u mnie równie często, jednak na co dzień zdecydowanie sięgam po pozycję z Kosmetycznego Laboratorium Dr Eris. Jakiś czas temu pojawiły się nowe wersje tego kosmetyku - matująca i nawilżająca. Jako posiadaczka skóry suchej wrzuciłam do koszyka wersję nawilżającą, ale szybko okazało się, że to "nie to". Podkład utleniał się, był widoczny na skórze, był zdecydowanie bardziej tępy w obsłudze. Wersji matującej nie miałam okazji używać, ale nie kusi mnie - pozostanę wierna wariantowi kryjącemu. Mój odcień do Ivory 01, najjaśniejszy z dostępnych. Jest to bardzo jasny, delikatnie żółtawy beż. Z moją skórą stapia się idealnie, zimą to jeden z niewielu podkładów, które nadążają za moją bladością. Uwielbiam też jego konsystencję. Jest niesamowicie kremowy, dość gęsty. Jest to fluid o dość dużym stopniu krycia, dzięki czemu rzadko zachodzi konieczność sięgnięcia dodatkowo po korektor. Wiem, że dużo osób narzeka, że podkład dość mocno świeci się na skórze. U mnie nigdy czegoś takiego nie zaobserwowałam. Owszem, jego wykończenie zdecydowanie nie jest matowe, ja określiłabym je jako satynowe. Przypudrowany nie błyszczy się, jego trwałość jest również bardzo imponująca. Jest to kosmetyk niezwykle wydajny - mała ilość wystarcza na dokładne pokrycie twarzy. Dla mnie dużym plusem jest też lekkie opakowanie z higieniczną pompką oraz filtr SPF 20. Niby niedużo, ale zawsze lepsze to niż nic. Poza tym, teraz do sprzedaży weszła wersja z SPF 50+. Jestem go ogromnie ciekawa, ale pamiętając o doświadczeniach z serią nawilżającą, najpierw postaram się o jakąś próbkę. Cena jest niewysoka, zwłaszcza w porównaniu do jakości, wydajności podkładu i w odniesieniu do cen podkładów drogeryjnych - za opakowanie o pojemności zapłacimy około 40 złotych. Ja się z tymi podkładami spotkałam jedynie w aptekach, wiem, że można je też zamówić w sklepie internetowym eris. Zdecydowany hit!

KIT - mineralny podkład Annabelle Minerals w wersji kryjącej
Po podkład Annabelle Minerals sięgnęłam kilka miesięcy temu. Kupiłam sobie zestaw startowy - podkład w wersji kryjącej, korektor oraz róż. O ile z korektora i różu jestem zadowolona, tak podkład zdecydowanie nie należy do moich faworytów. Początkowo nawet się lubiliśmy, myślałam, że będę z niego zadowolona. Cieszyło mnie to także ze względu na jego cenę - duże opakowanie (10 g) kosztowało 50 zł, co w porównaniu z cenami innych podkładów mineralnych, nie jest ceną wygórowaną. Po jakimś czasie stosowania z podkładem zaczęło mi coś nie grać. Przede wszystkim wyglądał dobrze tylko chwilę bezpośrednio po aplikacji. Po dwóch - trzech godzinach zaczynał się okrutnie warzyć, zbierał się w porach, był bardzo mocno widoczny na twarzy. Jego trwałość określiłabym po prostu jako fatalną. Schodził ze skóry, ścierał się. Miałam wrażenie, że skóra pod nim wyjątkowo szybko zaczynała się błyszczeć (a to w moim przypadku jest naprawdę reakcja skrajna). Próbowałam go jakoś "ratować". Nakładałam na mokro, na inne kremy, innym pędzlem. Przypudrowywałam, nie przypudrowywałam, nakładam podkład na puder i dalej nic. Po jakimś czasie się zirytowałam i stwierdziłam, że mi się nie chce. Podkład poza tym, że zwyczajnie uciekał z mojej twarzy, nie chciał też współpracować z innymi kosmetykami nakładanymi na niego. Uznałam, że efekt nie jest wart zachodu. Na plus oceniłabym dobry kolor (ja zdecydowałam się na Golden fairest) - bardzo jasny, dość żółty. Krycie również było niezłe, ale przy tym podkład po prostu było widać. Bez żalu wrzuciłam go w końcu na dno szuflady, z solidnym postanowieniem, że nigdy więcej. Kit!

Macie jakieś doświadczenia z tymi dwoma podkładami? A może mój kit jest Waszym ulubieńcem bądź vice versa? Podzielcie się!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 paź 2014

Pachnący piątek z Yankee Candle #1 - Strawberry Buttercream

O tym, że woski wciągają, a po zakupie jednego człowiek ciągle ma ochotę na więcej nie wiedziałam. Podejrzewałam, ale nie próbowałam na sobie. Do czasu, aż skuszona wizją jakiegoś ciepłego aromatu unoszącego się w pokoju podczas zimnych jesiennych dni, nie kupiłam pierwszych kilku sztuk na spróbowanie. Dużo mi nie trzeba było - Soft Blanket okazał się dokładnie tym zapachem, który wyobrażałam sobie jako tło dla kocyka i gorącej herbaty. Zachęcona pierwszym udanym spotkaniem z Yankee Candle zaczęłam tworzyć listę swoich muszmieciów. W międzyczasie otrzymałam kuszącą propozycję, aby co tydzień opisywać jeden wybrany zapach i tym sposobem niemal cała moja woskowa wish-lista trafiła w moje ręce. A razem z nią kominek, który okazał się dużo lepszy niż mój poprzedni, który mi się po kilkunastu użyciach skopcił. Zapraszam Was więc na pachnącą jesień :).


Od dzisiaj co tydzień będziecie mogły przeczytać jak sprawdziły się u mnie poszczególne zapachy. Wybrałam głównie ciepłe, "otulające" zapachy, kojarzące mi się z jesienią, zimą, leniwymi wieczorami (mam nadzieję, że w końcu takowych doczekam), kubkiem herbaty/gorącej czekolady. Nie znajdziecie tu kompozycji czysto kwiatowych, ponieważ za zapachem kwiatów nie przepadałam nigdy. Będzie pachnąco, słodko i wyraziście. Początkowy pomysł zakładał, że każdą recenzję wosku będę dodatkowo obrazować makijażem, ale coś czuję, że ten pomysł ewoluuje, przy czym nie wiem jeszcze w którą stronę - będę spontaniczna. 

Na pierwszy ogień wybrałam zapach, który z mojego woskowego woreczka wyciągnęłam na chybił trafił. Trafił się Strawberry Buttercream i to o mojej przygodzie z nim dzisiaj będziecie mogły przeczytać.


Wszystkie zapachy wybrałam kierując się ich opisami na stronie goodies.pl. Opis wosku Strawberry Buttercream wydał mi się na tyle smakowity, że bez większego wahania wpisałam go na listę:
"Mimo że ich przygotowanie zajmuje dosłownie chwilę – smakują lepiej niż najbardziej pracochłonne desery. Świeże truskawki przykryte grubą warstwą słodkiej, kremowej śmietany to prawdziwe delicje – chóralnie zapowiadające nadejście ciepłego lata i zwiastujące czas wielkich, wakacyjnych podbojów. Niestety, ten zbudowany z owoców i mlecznego dodatku deser ma jedną wadę – można się nim delektować zaledwie przez chwilę. Z myślą o łasuchach uwielbiających połączenie śmietany i truskawek powstała kompozycja Strawberry Buttercream – zaklęta w pachnącym wosku esencja i dostępna przez okrągły rok nuta letnich smakołyków."

Truskawki po prostu uwielbiam, co roku zawsze rozpaczam jak kończy się na nie sezon. Najczęściej zjadam je po prostu solo, ale wersją z bitą śmietaną również od czasu do czasu nie pogardzę. Nie wiedziałam do końca czego spodziewać się po tym zapachu, bo truskawki kojarzą mi się tak soczyście i rześko, z kolei śmietana to słodszy i zdecydowanie bardziej zapachowo kremowy aromat. Strawberry buttercream okazał się...chupa chupsem. Truskawkowo - śmietankowym, najprawdziwszym chupa chupsem. Za chupa chupsem o wspomnianym smaku przepadam niemal równie bardzo jak za truskawkami, jest to jeden z tych smaków, które mocno kojarzą mi się z dzieciństwem, więc zapach mnie urzekł. Mimo dużej dawki słodyczy, nie okazał się mdlący, ulepkowaty. Bardzo delikatnie rozchodził się po pomieszczeniu i dość długo się w nim utrzymywał. Mimo, że po pierwszych nutach zapachowych docierających do mojego nosa spodziewałam się zapachu chemicznego, okazało się, że wosk nie męczy sztucznym aromatem. Na zdecydowany plus oceniam tutaj intensywność zapachu - nie jest to ta najmocniejsza siła rażenia, dzięki czemu zapach, mimo swojej niewątpliwej słodyczy, nie jest męczący. Nie wiem czy umieściłabym go w moim top trzy, gdybym takowe musiała stworzyć. Są zapachy, które urzekły mnie bardziej, choć do truskawy też chętnie będę powracać. 

Dla Was, moich czytelników również mam małe co nieco. Możecie skorzystać z 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty Yankee Candle w sklepie goodies.pl. Kod rabatowy jest wielokrotnego użytku i jest ważny do końca grudnia tego roku. Kod to JOANNAPANNA.
Od siebie mogę dodać, że w sklepie pojawiła się właśnie nowa, zimowa kolekcja. Sama oczywiście nie mogłam się specjalnie pohamować i czekam aż listonosz dostarczy mi moje świąteczne zapachy :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna

2 paź 2014

HybrydLOVE

Pamiętacie mój entuzjastyczny wpis o moim pierwszym hybrydowym mani KLIK? Nie mogłam się wtedy nachwalić jak to mi się to nie podoba i jakie to ładne i błyszczące. Pokazywałam Wam wtedy hybrydę po tygodniu noszenia jej na paznokciach, a dzisiaj zgodnie z obietnicą - pokazuję jak wygląda po kolejnym. Parę dni temu zaczął mnie drażnić dziki odrost, więc postanowiłam zrobić mały tuning i nieskromnie powiem, że naprawdę spodobał mi się efekt. Proste zdobienie sprawiło, że sam mani wygląda nieco inaczej, a dzięki schowaniu odrostu, hybrydą mogę się cieszyć dłużej. 

Zrobiłam coś na kształt odwrotnego frencza - wybrałam do duetu z moim ciemnym, brudnym różem coś błyszczącego - złotko. Złote drobinki bardzo przyjemnie komponują się z tym jesiennym odcieniem. Poniżej możecie zobaczyć jak hybryda (przypominam, że miałam nakładaną tę marki Cosmetics Zone w odcieniu 017) po tygodniu noszenia oraz jak wygląda obecnie - po dwóch tygodniach:
Nie wiem jeszcze jak ze zdejmowaniem, ale przyznam bez bicia, że niespecjalnie mi się spieszy. W weekend w końcu wybywam na krótkie, dwudniowe wakacje, więc całkiem możliwe, że zdrapywaniem tego z paznokci zajmę się dopiero koło poniedziałku/wtorku. Póki co - cieszę się brakiem konieczności co kilkudniowego malowania paznokci :).




Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...