WoleProstoHeader

31 maj 2014

Ulubieńcy maja | kolorówka

Ulubieńcy, ehh...jak dawno nie było tego typu posta. Długi czas używałam praktycznie w kółko tego samego, dopadła mnie jakaś makijażowa niemoc, w pielęgnacji też nie było żadnej rewolucji. Jednak ostatnio sporo fajnych kosmetyków i akcesoriów wybiło się na pierwszy plan, więc pomyślałam, że może warto po tych kilku miesiącach przerwy zrobić takie małe podsumowanie. W tytule jak byk stoi "ulubieńcy maja", bo to właśnie maj był miesiącem, podczas którego tych kosmetycznych odkryć było u mnie najwięcej. Zacznę tradycyjnie od kolorówki i kosmetyków stricte makijażowych, a w kolejnych postach będziecie mogły podejrzeć co ciekawego działo się w pielęgnacji i tematach około - paznokciowych.


Jak widać nie jest tego dużo, ale starałam się przedstawić tutaj tylko te rzeczy, które naprawdę jakoś się wyróżniły i najczęściej towarzyszyły mi w codziennym makijażu. Z czystym sumieniem mogę napisać, że wszystko to, co widać na zdjęciu, dzień w dzień miałam ostatnio w rękach. 


W makijażu twarzy potrzebowałam ostatnio zmian. Powodów jest kilka. Po pierwsze, udało mi się ostatnio złapać trochę słońca, moja skóra pokryła się całym mnóstwem piegów, a dotychczas używane podkłady stały się za jasne. Po drugie, cera ostatnio jest naprawdę w jakiejś szczytowej formie, więc zdecydowanie mogłam się przerzucić na coś lżejszego. Wygrzebałam więc z szuflady podkład matujący z Under Twenty i już przy pierwszej aplikacji doznałam takiego uczucia w stylu "oborzezielony, to jest to!". Kolor idealnie dopasowany do aktualnego odcienia mojej cery, wyrównanie kolorytu bez zakrywania piegów. Do tego lekkość, trwałość. Na skórze wygląda świetnie nawet po kilku godzinach noszenia. Under Twenty po raz kolejny zaskoczyło mnie świetnym podkładem (pierwsze takie zaskoczenie przeżyłam z podkładem bb). Korektor Healthy Mix kupiłam oczywiście przy okazji rossmannowych promocji i bardzo się cieszę, że się na niego zdecydowałam. Świetnie sprawdza się pod oczami, ładnie zakrywa cienie i do tego jest naprawdę lekki i nie obciąża delikatnej skóry pod oczami. Kolor jest mocno żółty, co mnie odpowiada w stopniu jak najwyższym. Być może zdziwi Was, co w tym zestawieniu robią pędzle Glambrush - w końcu mam je dopiero tydzień. Ale! Z tymi dwoma syntetykami polubiłam się niesamowicie i jakoś nie mogłam o nich nie wspomnieć. T2 jest chyba jednym z najlepszych akcesoriów do nakładania podkładu z jakimi dane mi było pracować, pięknie wtapia podkład w skórę, nie robi smug. Łatwo go doprać, a po praniu nie traci kształtu i naprawdę błyskawicznie schnie. Kulki O8 używam do aplikacji korektora pod oczy i w zasadzie mogę o tym pędzlu napisać to samo, co o T2. Jest niesamowicie miękki, delikatny, idealny do aplikacji korektora w delikatne okolice oczu. Ten duet szybko podbił moje serce i szybko zdeklasował dotychczas używane pędzle. Szkoda, że tego samego nie mogę napisać o "kozich" pędzlach Glambrush, ciągle daję im jeszcze szansę, ale jak nic się nie zmieni, to miłości z tego nie będzie. 


Pozostając przy temacie kosmetyków do twarzy, w kwestii konturowania królował duet widoczny na powyższym zdjęciu. Podkład KOBO w najciemniejszym odcieniu (Suntanned) okazał się bronzerem idealnym. Szybko i sprawnie można podkreślić nim policzki, a efekt jest bardzo naturalny i trwały. Ja do jego aplikacji używam skunksa z Sense&Body - wystarczą dosłownie trzy ruchy pędzlem i mamy pięknie wymodelowane policzki. Efekt łatwo jest stopniować, możemy uzyskać tylko delikatny "cień", ale wystarczy nałożyć drugą warstwę i efekt staje się o wiele bardziej wyrazisty. O niesamowitej wydajności już chyba kiedyś wspominałam - on się po prostu nie kończy ;). Dopełnieniem do bronzera był oczywiście rozświetlacz. Jako posiadaczka suchej cery lubię dodać sobie czasem trochę blasku. Od jakiegoś czasu zdecydowanie króluje u mnie rozświetlacz MUA. Pisałam o nim jakiś czas temu (klik) i podtrzymuję swoje zdanie. Świetny efekt, trwałość, niesamowite "odświeżenie" cery. 


Na oczach było prosto i delikatnie. Polubiłam stonowany makijaż, na nowo pokochałam kreski. Ulubionym cieniem, używanym ostatnio praktycznie codziennie jest w dalszym ciągu On and on bronze z Maybelline. W przeciwieństwie swojego taupowego kolegi z tej serii, ten jest po prostu bez wad. Śliski, banalny w obsłudze, prosty do roztarcia. Trzyma się powiek jak przyspawany! Uwielbiam go solo, w towarzystwie mocnej kreski czy tylko delikatnie przydymionej linii rzęs. Sprawdza się także jako baza pod wszelkie brązowo - złote makijaże. Sięgam już w nim dna, a jak tylko go wykończę, na pewno ruszę po kolejne opakowanie. Pisałam o kreskach, więc muszę wspomnieć o kolejnym kosmetyku, który kupiłam na rossmannowej promocji. O linerach Wibo słyszałam dużo dobrego, ale jakoś nigdy nie czułam potrzeby ich posiadania. Jednak -49% podziałało i wrzuciłam do koszyka trzy sztuki (bo za taką cenę szkoda nie spróbować) i był to strzał w dziesiątkę. Czarny liner okazał się zwyczajnie świetny. Pędzelek praktycznie sam maluje kreskę, kolor jest mocny, nie robi prześwitów. Konsystencja idealna, co w połączeniu z elastycznym pędzelkiem sprawia, że naprawdę trudno by było mieć problemy z obsługą tego linera. Trwałość przyzwoita - mi się po kilku godzinach jedynie delikatnie mażą wewnętrzne kąciki, ale i na to można znaleźć sposób. Podczas promocji w Naturze skusiłam się na dwie żelowe kredki Essence. Wybrałam ciemną szarość i brąz. O ile brąz jakoś przeszedł u mnie bez echa, tak szarość bardzo polubiłam. Lubię sobie tą kredką delikatnie przydymić linię rzęs, często nakładam ją na linie wodne (obie, górną i dolną) - wygląda to dużo naturalniej i bardziej subtelnie niż czerń, ale jednak wzmacnia oprawę oka. Trwałość jest naprawdę świetna, kredka ta trzyma się w zasadzie do samego zmycia. Muszę upolować inne kolory. Jak oczy, to również rzęsy. Tutaj bez nowości - odkąd pierwszy raz użyłam maskary So Couture z L'Oreala (pełna recenzja - klik) to przepadłam. Żółty tusz Lovely, który kiedyś na pewno pojawiłby się w takim zestawieniu, teraz się chowa. Jestem zachwycona działaniem tej maskary, efektem, trwałością. Mimo tego, że już trochę jej używam, to tusz w dalszym ciągu zachowuje się jak nówka.


W makijażu ust królowała jedna pomadka. Choć ostatnio przybyło mi ich sporo, to jednak właśnie Color whisper z Maybelline w odcieniu 430 Coral ambition wybiła się na pierwszy plan. Piękny, delikatny kolor, pasujący do każdego możliwego makijażu oka. Masełkowata konsystencja sprawia, że szminka ta spokojnie zastępuje mi pomadkę nawilżającą. Usta wyglądają po prostu dobrze - wypielęgnowane, pokryte równo delikatnym kolorem. Dawno żadne mazidło do ust nie wprawiło mnie w taki zachwyt. Żałuję, że ta seria nie należy do najtańszych - bez promocji koszt szminki to około 28-30 złotych. Ja w promocji -49% zapłaciłam za nią 14 złotych z groszami i żałuję, że wtedy nie wzięłam jeszcze z jednego - dwóch kolorów. 

Z kolorówki to właściwie wszystkie kosmetyki, które jakoś szczególnie rzuciły mi się w oczy. Nie ma tego dużo, ale jak widać, post i tak nie wyszedł najkrótszy ;). Jutro dalsza część moich odkryć, a ja tymczasem życzę Wam miłego weekendu :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
30 maj 2014

Lakierowo - Wonder woman

Cały dzień dniem ameby, więc post krótki i na temat. Ostatnio przyuważyłam u koleżanki fajne zestawienie kolorystyczne na paznokciach - brzoskwinia i brokatowe złoto. Niewiele się namyślając, znalazłam coś w miarę podobnego w swoich lakierowych zbiorach i zabrałam się za malowanie. Na paznokcie powędrował oranżowy lakier Virtuala z serii Fashion Mania w odcieniu 195 Wonder woman. Na kciukach i serdecznych mały miszmasz - żółty lakier Joko z serii Orient Express o numerze J176 Vienna Imperial i złoty piasek z kolekcji Snow Dust z Lovely. Wszystko pokryte nabłyszczającym topem.




 
O lakierach firmy Virtual już parokrotnie pisałam - serię Fashion Mania bardzo lubię, mam sporo kolorów i nie znalazłam ani jednej czarnej owcy pośród nich. Wonder woman to mocny, bardzo soczysty oranż. Zdecydowanie nie jest to czerwień wpadająca w pomarańcz, czy jakaś lekka brzoskwinka, tylko właśnie nasycony, konkretny odcień, na żywo nieco ciemniejszy niż na zdjęciach. Do krycia potrzebuje dwóch warstw, nie robi prześwitów i jest całkowicie kremowy. Jakości nie mogę nic zarzucić - wszystkie lakiery z tej serii trzymają się u mnie bardzo dobrze. 

Przygotowałam też zdjęcia do posta o ulubieńcach, więc jutro lub najpóźniej w niedzielę podzielę się z Wami moimi ostatnimi kolorówkowymi okryciami.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 maj 2014

Golden Rose - Vision lipstick | o szminkowej nowości

Szminki, szmineczki- ostatnio niemal kolekcjonuję. Jakiś czas temu moja szminkowa rodzinka rozrosła się o kolejne trzy sztuki - nowości od Golden Rose. Jakiś czas temu głośno było o matowych szminkach tejże firmy, ale ja mimo, że kuszona ciekawymi kolorami zrezygnowałam - wiem jak moje usta reagują na mat. Tym razem Golden Rose wypuściło coś w sam raz dla mnie - serię Vision Lipstick.
"Pomadka Golden Rose Vision Lipstick zapewnia piękny wygląd ust przez wiele godzin. Delikatna, kremowa konsystencja idealnie się rozprowadza, daje uczucie lekkości i zapewnia wysoki połysk na ustach. Wolna od parabenów formuła pomadki zawiera składniki odżywcze oraz nawilżające takie jak masło Shea, Olejek Jojoba oraz Wit. E. Seria zawiera 25 odcieni o wykończeniu kremowym oraz perłowym."
 

Dotarły do mnie trzy kolory - 110, 116 i 118. 110 to jasny, dość cukierkowy róż. Odcień ten jest całkowicie kremowy, bez drobinek czy perłowego połysku. Z całej trójki to chyba mój faworyt pod względem kolorystycznym. 116 to również róż, ale nieco ciemniejszy, brudniejszy. Całkiem ładny, bezpieczny kolor. 118 to soczysta czerwień, wg mnie z delikatnymi pomarańczowymi nutami. To bardziej taki pomidor aniżeli malinowa czerwień. 


Same szminki są przyjemnie kremowe, bardzo mocno napigmentowane i ogólnie ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Mają nawilżającą formułę, nie podkreślają suchych skórek. Na ustach zostawiają połyskujące wykończenie. Ze względu na swoją konsystencję nie należą do najtrwalszych szminek jakie znam, ale i tak nie jest źle - bez picia i jedzenia na ustach spokojnie "posiedzą" około 4-5 godzin. Sam kolor zjada się dość równomiernie, bez wchodzenia w bruzdy i rozlewania się za kontur ust. 

Jest to ten typ szminek, że lepiej sobie na początek wyrysować kontur ust. Można to zrobić albo cienkim pędzelkiem nabierając na niego odrobinę szminki lub - jak kto woli - za pomocą konturówki. Golden Rose ma tych w swoim asortymencie sporo i bez problemu udało się dobrać trzy kolory pasujące do szminek Vision Lipstick.


508 świetnie zgrała się ze szminką 110, 512 dobrze pasuje do 116, a czerwona konturówka z serii Classics o numerze 320 pasować będzie do 118. Lepiej widać to na poniższym swatchu - serduszko to konturówka, a pod nimi próbka koloru szminki:


Opakowania szminek są proste, czarne, z widocznym odcieniem szminki. Wg mnie mogłyby mieć nieco bardziej solidne zamknięcie, bo trochę się jednak boję wrzucać je do czeluści mojej przepastnej torby. W ofercie jest 25 kolorów, więc każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Cena szminek to 10 złotych. 

Mnie one bardzo przypadły do gustu, głównie za sprawą bardzo przyjemnej, nawilżającej formuły i mocnego krycia. Mimo tego, że na ustach są widoczne, to jednocześnie są bardzo komfortowe w noszeniu. Tak jak pisałam wyżej - u mnie wygrywa 110, która na ustach wygląda po prostu ślicznie. Najmniej chyba polubiłam się z 116, która choć ciemna na swatchu, na ustach wypada dość nijako. Czerwień to klasyka, a moja ulubiona czerwona szminka dogorywa, więc cieszę się, że trafiłam na takiego przyjemnego zastępcę. 

Mam oczywiście zdjęcia na ustach. We wszystkich trzech przypadkach szminek użyłam w duecie z odpowiednimi konturówkami. 


Zdjęcia szminek przy całej twarzy mam również, ale tylko dla numerów 110 i 118. 116 jak już pisałam jakoś dziwnie wychodziła na zdjęciach - raz była tak landrynkowa, że nie wiedziałam czy to 116 czy 110, a innym razem wpadała w jakieś brązowe nuty, więc nie chcę nikogo niepotrzebnie wprowadzać w błąd dziwnym zdjęciem :).



Podsumowując - bardzo przyjemne szminki, szeroki wybór kolorów, niska cena. Według mnie są one dość podobne do szminek z Essence (z serii Longlasting), przy czym jednak Essence ma nieco lżejszy pigment. Ja planuję się zaopatrzyć w jakąś konkretną fuksję :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 maj 2014

Focus T25 | o treningowym świętym Graalu

Dawno nie miałam czegoś takiego, że przebieram nogami i nie mogę się doczekać aż napiszę o czymś posta. Owszem, zdarza się, że odkryję jakiś fajny kosmetyk i chcę się tym odkryciem podzielić, jednak to "coś", o czym będę pisać dzisiaj, to rzecz zupełnie odmienna. Po pierwsze - nie związana z kosmetykami, po drugie - musiałam na tego posta czekać dokładnie 14 długich tygodni. Dlaczego akurat tyle? Ponieważ tyle trwa pełny cykl treningowy Focus T25.


Kilkanaście miesięcy temu nastał czas, gdy zaczęłam na nowo "odkrywać sport". Powody jego porzucenia były aż nadto banalne - studia, mniej czasu, przesiadywanie przed komputerem, no i na koniec czyste lenistwo. Odkąd pamiętam w-fu nie znosiłam szczerze i prawdziwie, bieganie, skakanie, robienie fikołków i gry zespołowe (poza siatkówką :)) wywoływały we mnie odruch wymiotny. Najgorszy był dla mnie czas późnowiosenny, gdy nauczyciele uparcie wypuszczali nas na boisko i kazali robić wokół niego okrążenia. Kiedyś biegania ustawicznie nie znosiłam (teraz się to na szczęście zmieniło), a fakt, że w szkole nikt nie wpadł na to, żeby zrobić coś takiego jak prysznic, tylko zniechęcało mnie do brania aktywnego uczestnictwa w tych jakże fascynujących lekcjach. Żeby nie było - nie należałam do leni, lubiłam pójść na basen czy pograć w siatkę, którą w liceum trenowałam również poza w-fem. Po prostu do pewnego momentu nie widziałam sensu w "niepotrzebnym" męczeniu się, a pot lejący się z czoła traktowałam jako wroga. Do czasu. Jakiś czas temu, gdy nastał szał na Chodakowską i całą resztę ja również stwierdziłam, że sprawdzę o co ten cały szum. Od tamtej pory przerobiłam sporą ilość treningów i trenerów. Jillian Micheals przekonała mnie do siebie już przy pierwszym podejściu - 30 day shred do dzisiaj wspominam z nostalgią i lubię sobie czasem rąbnąć któryś z treningów na rozgrzewkę :). Potem na chwilę odeszłam do Chodakowskiej i choćbym dumała nad tym dni i noce, nie wymyślę skąd te wielkie zachwyty nad nudną jak flaki z olejem Ewką. Miałam moment, że wydawało mi się, że jest niezła, ale wystarczyło spojrzeć choć jednym okiem na jakiegokolwiek innego trenera, aby powrócić do pierwotnych odczuć. Ewka mnie usypia, drażni, niejednokrotnie ćwicząc z nią, pokazywałam w kierunku monitora klasycznego faka i mówiłam do tegoż monitora, że ma się zamknąć i nie mówić mi, że mam oddychać (no bo przecież gdybym nie oddychała, to raczej miałabym problem ocierający się o granicę życia i śmierci). Za dużo lukru, cukiereczków, puszystych obłoczków i pieszczenia się nad sobą. Potem przyszedł czas na inne treningi Jillian (No more trouble zone jest naprawdę rewelacyjne), jakiś czas z Mel B, Tiffany Rothe. Aż trafiłam na mojego sportowego świętego Graala. 


Shauna wcześniej nie znałam (choć oczywiście obiło mi się o uszy coś o treningu Insanity), powiedziała mi o nim znajoma, która sama robiła właśnie program Focus T25. Co mnie zachęciło? To, że treningi są krótkie (25 minut), intensywne, przez cały czas na pełnych obrotach. Podoba mi się też idea podzielenia całego cyklu na trzy fazy, dzięki czemu dość bezboleśnie przechodzimy do coraz to większej intensywności ćwiczeń. Duży plus za to, że w każdej fazie jest po kilka treningów, które wykonujemy według rozpiski - nie sposób więc się nudzić, bo nie robimy w kółko jednego i tego samego.

Na początek kilka informacji o tym, z czym to się je. Focus T25 to trening składający się z trzech faz: alfa, beta i gamma. Alfa i beta trwają po 5 tygodni, gamma jest krótsza o tydzień. Ćwiczymy 6 dni w tygodniu, 5  dni trening i jedno rozciąganie. Piątek jest dniem podwójnego treningu, więc jak można łatwo policzyć w ciągu siedmiu dni w tygodniu wykonujemy 6 treningów, raz się rozciągamy i raz zbijamy bąki.

Faza alfa zawiera w sobie 5 treningów: cardio, speed 1.0, total body circuit, ab intervals, lower focus. Już od samego początku jest intensywnie, nie ma chwili wytchnienia, praktycznie cały czas się skacze. W tej fazie jest mnóstwo ćwiczeń z przysiadami, więc już po pierwszych tygodniach zauważyłam, że moje pośladki poszybowały w górę. Najwięcej jest tu cardio przeplatającego się z ćwiczeniami siłowymi wykorzystującymi ciężar ciała. Nie pamiętam już dokładnie konkretnych treningów, ale pamiętam, że początkowo umierałam. Umierałam, ale ćwiczyłam, bo Shaun to nie Ewka, której można pokazać, że się ją głęboko w odwłoku. Shaun to psychopata, wariat, który krzyczy na Ciebie, że masz ćwiczyć bardziej, kopać mocniej. Ma w sobie coś takiego, że ciężko mu odmówić, a człowiek czuje się jak na lekcji matematyki z surową nauczycielką, która patrzy czy aby na pewno nie oszukujesz. Razem z Shaunem ćwiczą jeszcze cztery osoby, w tym jedna, która wykonuje uproszczone wersje ćwiczeń. Fazę alfa wspominam bardzo dobrze.

Faza beta to również 5 treningów: core cardio, speed 2.0, rip't circut, dynamic core i upper focus. W fazie beta pojawiły się już ćwiczenia z obciążeniem, ale nadal przeplatały się one z ćwiczeniami mocno podnoszącymi tętno. Speed 2.0 to rzeźnia, pod koniec drugiej rundy można zejść na zawał, nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa, a do zrobienia są jeszcze 3 obiegi. Bardzo dobrze wspominam treningi z ciężarkami, miałam przy nich dużo frajdy. Ćwiczenia są tutaj zdecydowanie bardziej intensywne, na tyle, że w dzień podwójnego treningu miałam spore trudności w przeżyciu kolejnej dawki ćwiczeń. Mam wrażenie, że w tej fazie większy jest nacisk na górną część ciała. O ile w fazie alfa zakwasy pojawiały się głównie na nogach i tyłku, tak w fazie beta zbolałe bicki czy zakwasy na brzuchu, boczkach, plecach to w zasadzie norma. 

Faza gamma to faza ostatnia i krótsza, zawierająca 4 treningi: speed 3.0, rip't up, extreme circuit i the pyramid. Napiszę krótko - pot, całe morze potu, obelgi, krzyki i mnóstwo satysfakcji. Speed 3.0 to morderca, pierwszy trening, z którym naprawdę miałam problem, bo często brakowało mi sił. Jest w nim dużo ćwiczeń z pompkami z wyskokami, takich pokopanych kombinacji jeszcze w życiu nie widziałam. The pyramid to kilka rund ćwiczeń, w których robimy coraz to więcej powtórzeń. Zabawa jest przednia, do momentu, gdy czujemy, że lekko nas pogrzało z ciężarem ciężarków i z utęsknieniem zaczynamy się rozglądać za czymkolwiek lżejszym. Chyba mój ulubiony trening z całej fazy. Pozostałe dwa również całkiem przyjemne, choć rzeczywiście bardzo męczące. 

Odczucia ogólne:
Trening z Shaunem T po prostu pokochałam! Dawno nikt nie potrafił mnie tak zmotywować, sprawić, że choć momentami wyłam to i tak dawałam z siebie 200%. Focus T25 uzależnia, choć trwa długo, to nie sposób się nim znudzić. W ciągu tych 14 tygodni (swoją drogą, to najdłuższy cykl treningowy przy którym wytrwałam tyle czasu na raz) zdarzyło mi się tylko dwa razy odpuścić trening - gdy kręgosłup odmówił mi posłuszeństwa i ciężko mi było nawet chodzić. W pozostałych dniach, choćbym stała na ostatnich nogach - włączałam play i dałam się Shaunowi sponiewierać. Raz nawet, mimo, że okropnie bolała mnie głowa i czułam się jak żywy trup, odpaliłam trening,  ale zrobiłam go tak na odpierdziel, że pod prysznicem puknęłam się w bolące czoła i wróciłam przed komputer, żeby zrobić to jak należy. 
Niesamowicie podoba mi się osobowość tego wariata, który wrzeszczy na mnie z monitora - widać, że robi to co kocha i jest taki pozytywnie zakręcony. Jestem bardzo zaskoczona tym, że osoby, które na treningach ćwiczą razem z Shaunem są takie...prawdziwe. Widać pot, czasem dosłownie kapiący na podłogę, widać ból na twarzy. Zdarza się, że ktoś straci równowagę, ktoś krzyczy, że kogoś podczas ćwiczeń brzucha rozbolą plecy i na chwilę przestaje. Nie spotkałam się z czymś takim w żadnym innym treningu - oni się tam naprawdę męczą!:)

Dla kogo?
Ciężko powiedzieć. Niby treningi nie są długie, bo trwają te 25 minut, ale znowu mimo, że to tylko 25 minut, to jest to najbardziej intensywna wersja jaką dałoby się upakować w tak krótkim czasie. Jeśli ktoś robi Skalpel Ewki i twierdzi, że go to męczy, to za Focusa się nie ma nawet co zabierać. 

Efekty:
Przyznaję bez bicia - ważyłam się i mierzyłam naprawdę okazjonalnie, nie robiłam żadnych tabelek ani zdjęć przed/po. Nie mogę napisać, że z tyłka a'la Kardashian zrobiła mi się Anja Rubik, bo do Kardashianki jednak sporo mi brakuje, a żeby wyglądać jak Anja Rubik to prawdopodobnie musiałabym się zacząć odżywiać kroplówkami. Ale! Efekty są i ja je widzę. Mimo, że jestem typową kobietą, która w parzyste dni siada i nad sobą biadoli, że dupa taka duża, że brzuch taki odstający, a w nieparzyste patrzy na modelki na wybiegach i z radością stwierdza, że woli być fit, a nie slim - mogę napisać z ręką na sercu i bez zbędnego rozczulania się nad sobą, że efekty są widoczne. Spadło mi kilka kg, zleciało po kilka cm w obwodach. Pupa się naprawdę nieźle wymodelowała, brzuch mimo, że z sześciopakiem ma tyle wspólnego co Tatra ze smacznym piwem, zrobił się bardziej płaski. Wyszczupliły mi się uda, pojawiły zarysy mięśni. Mam w końcu normalnego bicepsa, a nie łapę zwisającą smętnie jak martwy komar z moskitiery. Zniknęły dwie mega irytujące fałdki na plecach, tuż pod stanikiem. Mam dużo lepszą kondycję, ostatnio łażąc po górkach tylko raz w myślach rzuciłam klasyczną "kurwą", gdy zobaczyłam, że punkt docelowy znajduje się jakieś 15 minut dalej niż myślałam. 

Co dalej?
Na pewno nie powrót do lenistwa. Ćwiczenia będę kontynuować, właśnie szukam informacji o innych treningach Shauna i prawdopodobnie rzucę się na Insanity. Nadal również biegam i chciałabym zwiększyć nieco częstotliwość przebieżek. Dalej trzymam się swoich nawyków żywieniowych, których nabrałam w ostatnich miesiącach (na ten temat też planuję wysmarować posta). Aktywność fizyczna w końcu zaczęła sprawiać mi prawdziwą przyjemność, a ja mam nadzieję, że na blogu nadal będę mogła kontynuować tematykę zdrowego trybu życia :).

Gdybyście miały jakiekolwiek pytania związane z treningiem Focus T25 - piszcie śmiało w komentarzach albo wyślijcie maila - na pewno odpowiem :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 maj 2014

Glambrush | moje trzy grosze o gorącej pędzlowej nowości

Z góry chciałabym uprzedzić, że post będzie zawierał ogromną ilość zdjęć i będzie obszerny w treści, więc przygotujcie się do długiego przewijania :). Nie jest to recenzja pędzli, na takiego posta przyjdzie jeszcze czas, raczej dość szczegółowa prezentacja i pierwsze wrażenie. Sama przed zakupem szukałam zdjęć na których można byłoby obejrzeć te pędzle ze wszystkich stron, więc może mój post ułatwi komuś decyzję o zakupie :). Starałam się zrobić jak najwięcej zdjęć w takim oświetleniu i na takim tle, żeby jak najdokładniej było widać włosie, jego ułożenie, gęstość, wielkość samego pędzla, itp. Opisy poszczególnych pędzli pochodzą ze strony glam-shop.pl.

Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym Hania (digitalgirl13) ogłosiła, że wypuszcza swoje pędzle, ale pamiętam bardzo dobrze, że jak tylko zaczęły do mnie docierać słuchy, że jej autorska kolekcja pędzli ma się pojawić, od razu wiedziałam, że z czystej ciekawości będę chciała je wypróbować. Cały czas wydaje mi się, że cierpię na niedobór pędzli - co prawda mam ich i tak dość sporo, jednak często łapałam się na tym, że taki i taki pędzel jeszcze by mi się przydał. Pędzle ogólnie lubię mieć, lubię mieć wybór, lubię różnorodność. To dla mnie niezbędne makijażowe akcesoria, dlatego z chęcią poszerzam swoją kolekcję, a mój makijaż staje się coraz to prostszy w wykonaniu z wsparciem odpowiednich pomocników. 

Śledziłam na Haniowym facebooku informacje o tym jakie to będą pędzle, oglądałam zapowiedzi i czekałam z niecierpliwością. Nie będę ukrywać, że interesowały mnie też ceny. Miałam nadzieję, że nie będzie to "wyższa" półka cenowa, ponieważ wtedy na pewno nie mogłabym sobie na nie pozwolić, ale Hania podkreślała, że będą to kwoty na poziomie cen pędzli Hakuro. Okazało się, że rzeczywiście nie są to drogie pędzle, co mnie bardzo cieszy. Ceny pędzli do oczu wahają się w granicach 16 - 22 zł, te do twarzy są nieco droższe, ale i tak nie jest najgorzej, przedział cenowy to 25 - 35 złotych. Kolekcja składa się z 18 pędzli, 9 do twarzy i 9 do oczu. Z tego co widziałam, można kupić cały zestaw w niższej cenie - 350 zł. Początkowo wahałam się dość mocno, miałam ochotę na cały komplet, ale jednocześnie nie wyobrażałam sobie wydać takiej kwoty właściwie w ciemno - mimo zaufania do Hani i pewności, że pędzle na pewno będą dobre jakościowo, zawsze istniało ryzyko, że zwyczajnie nie będą mi pasować ze względu na jakieś moje przyzwyczajenia i preferencje. Koniec końców, stwierdziłam, że na razie kupię te pędzle, które interesują mnie najbardziej i najbardziej by mi się na obecną chwilę przydały. Zdecydowałam się na zestaw, który według mnie byłby najbardziej uniwersalny, a pędzle dobrze by się uzupełniały. Do koszyka wrzuciłam 6 sztuk, po 3 do oczu i do twarzy. 





Czym się kierowałam? Wybrałam pędzel O4, ponieważ szukałam czegoś fajnego do rozcierania, a po przejrzeniu dostępnych modeli, ten wydał mi się do tej roli "najlepiej skonstruowany". Nie jest mocno rozczapirzony, więc dobrze wpasowuje się w załamanie powieki, jego niewielki rozmiar gwarantuje również pewnego rodzaju precyzję. O3 Hania reklamowała jako odpowiednik pędzla 217 z MACa, choć wg mnie nie ma między nimi aż tak dużego podobieństwa. Natomiast uznałam, że ten konkretny pędzel sprawdzi się do nakładania cieni na całą powiekę i do delikatnego rozcierania, do nakładania cieni pod brwi. Nie jest on aż tak "szpiczasty" jak O4, jest szerszy, nieco bardziej płaski. O3 i O4 miały stworzyć duet, który pozwoli mi na wykonanie pełnego makijażu oka. 
O8 to pędzel, który wrzuciłam do koszyka z racji tego, że dostrzegłam w nim potencjał bycia pędzlem bardzo wszechstronnym. Jest to duża, syntetyczna kulka, która nada się do nakładania korektora pod oczy (jest bardzo miękka i delikatna), do nakładania na powieki wszelkich kremowych baz i cieni, sprawdzi się też do konturowania nosa czy do punktowego nakładania korektora, bo jest dość wąsko zakończona. 
Pędzle do twarzy wybrałam bardziej na czuja. Zależało mi na czymś do podkładu, do konturowania i ewentualnie do pudru. Zdecydowałam się na T2, który miałby służyć do nakładania podkładu (Hania porównała go do pędzla do podkładu z RT). Jest to pędzel typu buffing brush, jest lekko zaokrąglony i bardzo miękki. Zamierzam nakładać nim podkłady płynne, jak również mineralne. Jest mniejszy od używanego przeze mnie dotychczas Hakuro H55, mniej zbity, ale też bardziej miękki i bardziej elastyczny. Kolejne dwa pędzle to dwa "jaja" - duże i małe. T4 wybrałam, bo wydawało mi się, że sprawdzi się i do nakładania bronzera i do nakładania różu, w sytuacjach awaryjnych również do przypudrowania twarzy. Chciałam, żeby dawał miękki efekt, delikatną smugę koloru. Wydawało mi się, że będzie on sporo większy, a jednak nie jest takim olbrzymem jak sądziłam, że będzie. Do bardziej precyzyjnego podkreślania rysów twarzy miałaby mi posłużyć mniejsza kulka, czyli pędzel T9. I tu znowu małe zdziwienie - przez to, że T4 jest mniejszy niż mi się wydawało, T9 okazało się być w ogóle maleństwem. 

Poszczególne pędzle możecie dokładniej pooglądać na zdjęciach poniżej:


"Pędzel T2 to syntetyczny pędzel idealny do nakładanie podkładów w płynie, podkładów w kremie, podkładów mineralnych oraz bronzerów i róży w kremie (w kamieniu i sypkich również). Zastosowanie syntetycznego włosia oraz charakterystyczny lekko zaokrąglony kształt główki pędzla sprawia, że jest on typowym buffing brushem czyli pędzlem do rozcierania i wpracowywania produktu w skórę. Jest wyjątkowo miękki i przyjemny w użyciu! wymiary: długość całego pędzla: ok. 18,5cm długość włosia: ok. 3cm średnica włosia: ok. 3,5cm."

"Pędzel typu jajo wykonany z naturalnego, nie farbowanego włosia kozy. Charakteryzuje się bardzo dużymi właściwościami rozcierającymi dzięki czemu bez obaw nakładać nim można nawet najbardziej napigmentowane produkty - takie jak bronzery czy róże do policzków. Jest również świetny do nakładania pudru na całą twarz. wymiary: długość całego pędzla: ok. 20cm długość włosia: 4,5cm średnica włosia: ok. 3,5cm."


"Pędzel T9 to idealny pędzel do bardzo precyzyjnego nakładania pudru (np na okolicę pod oczami), korektora oraz do bardzo precyzyjnego konturowania. Wykonany jest z naturalnego, nie farbowanego włosia kozy. Jego dość szpiczasty kształt ułatwia szczególnie pracę w okolicach pod oczami. wymiary: długość całego pędzla: ok. 18,5cm długość włosia: ok. 3cm średnica włosia: ok. 2cm."
Porównanie T9 i T4:


MOJE PIERWSZE WRAŻENIE

Pędzel T2 spodobał mi się najbardziej z całej trójki. Świetnie rozprowadził zarówno podkład płynny, jak i minerały. Nie robił na twarzy smug, których szczerze nie znoszę. W porównaniu z Hakuro H55 mogę śmiało napisać, że wypada dużo lepiej - jest bardziej miękki, elastyczniejszy, sporo mniejszy przez co też łatwiej nim operować na twarzy. Wyprałam go po obu aplikacjach i bez problemu domyłam do czystości, bardzo szybko wysechł. 
T4 i T9 to pędzle z włosia naturalnego, bardzo mnie ciekawiło jak miękkie może być włosie kozy. Jest dość miękkie, na tyle, że jest całkiem sprężyste, nie drapie. Pędzle są puchate, ale włosie nie jest przesadnie gęste. W konturowaniu oba poradziły sobie nieźle, choć wydaje mi się, że raczej ciężko używać ich inaczej niż w duecie - T9 dobrze się sprawdził do nałożenia bronzera pod policzki, ale samym T9 ciężko było dokładnie rozetrzeć smugę. Za to po roztarciu pędzlem T4 i po nałożeniu tym samym pędzlem różu, efekt był bardzo przyjemny. Je również już wyprałam, żeby sprawdzić jak zachowa się włosie po praniu. Nie jest źle, doprały się bez problemu, wysuszone w osłonkach nie straciły kształtu, jednak schły dłużej niż T2. 




"Pędzel O4 wykonany jest z naturalnego nie farbowanego włosia kozy, jego okrągły kształt idealnie sprawuje się podczas cieniowania załamania powieki. Pędzel sprawdza się również do punktowego nakładania cieni oraz do nakładania punktowo korektora. wymiary pędzla: długość pędzla: ok. 17,5cm długość włosia: ok. 1,7cm średnica włosia: ok. 0,7cm."



"Pędzel O3 to klasyczny pędzel do rozcierania - idealnie nadaje się do rozcierania cieni na powiekach oraz do nakładania korektora. Wykonany jest z nie farbowanego włosia kozy. wymiary: długość pędzla: ok. 17,5cm długość włosia: ok. 1,5cm wymiary włosia: ok. 1,3cm x 0,7cm."



"To mały syntetyczny pędzelek z rodziny kabuki. Jego włosie oraz wymiary i kształt sprawiają, że jest wyjątkowo uniwersalny. Można go stosować do nakładania bazy na powieki, do nakładania cieni, rozświetlania szczytów kości policzkowych oraz łuków brwiowych. Można nim nakładać korektor pod oczy oraz na wybrane punkty na twarzy jak również konturować nos. wymiary: długość pędzla: ok. 17,8cm długość włosia: ok. 1,8cm średnica włosia: ok. 1,1cm."

Porównanie O3 i O4:


MOJE PIERWSZE WRAŻENIE

Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie kulka O8 - idealnie sprawdziła się do aplikacji korektora pod oczy, nałożyłam nią też kremowy cień na powieki, potem go roztarłam tym pędzlem. Niesamowicie mięciutka, bardzo delikatna, czuję, że w przyszłości zamówię jeszcze jedną sztukę, bo jest to pędzel naprawdę bardzo uniwersalny. Co do pędzli O3 i O4 mam uczucia na chwilę obecną troszkę mieszane. Na wizażowym wątku ktoś dość słusznie zauważył, że włosie wygląda nieco jak w pędzelkach do farbek plakatowych ;). Rzeczywiście nie są to najprostsze i najgładsze pędzle jakie widziałam, wizualnie włosie faktycznie przypomina pędzle do farbek. Ale na tym według mnie podobieństwa się kończą, pędzle w dotyku są inne, przede wszystkim precyzyjniej wykonane, nie tak sztywne i szorstkie, gęstsze (choć i tak nie są to zbite, gęste pędzelki). W swojej roli spisują się dobrze. Skąd więc te mieszane uczucia? Z przyzwyczajenia ;). Przyzwyczaiłam się do nieco innych pędzli, gładszych, bardziej sprężystych. Ciężko było mi przestawić się po mega miękkim, rzadszym ecotoolsie czy węższym, bardziej "zwartym" Maestro. Absolutnie jednak nie twierdzę, że są to pędzle kiepskie, bo malowało mi się nimi dobrze, makijaż wyszedł dobrze, był naprawdę dokładnie roztarty, jednak muszę się przyzwyczaić do tego rodzaju włosia. Mimo to, sądzę, że polubię i O3 i O4 tak jak syntetyczną kulkę O8. Wyprałam wszystkie 3 sztuki i jestem przyjemnie zaskoczona - właściwie wystarczyło mocniej wytrzeć je w ręcznik i były suche, a włosie się nie rozczapirzyło. 

Ponadto bardzo podoba mi się wygląd samych pędzli, białe rączki nie wyglądają tandetnie. Pędzle są lekkie, wygodnie leżą w dłoni. Zdziwił mnie trochę zapach - te z włosia kozy mają dość specyficzny aromat, mam nadzieję, że po kilku praniach się go pozbędę. 
Na pochwałę zasługuje kontakt z klientem. Nieco niecierpliwiłam się czekając na przesyłkę, więc napisałam do sklepu maila i mimo, że wysłałam go około godziny 22 to dosłownie po 5 minutach dostałam wiadomość zwrotną z numerem nadania paczki i informacją, kiedy paczka została wysłana. Czas realizacji jest dość długi (ja pędzle kliknęłam w sobotę, a w piątek je dostałam), ale na stronie jest zaznaczone, że mają na to 5 dni, a zamówień teraz na pewno było sporo, więc nie mogę się do tego przyczepić. 


Widzę, że wyszedł mi post gigant, ciekawe czy ktoś dotrwał do końca :). Nie przedłużając - ja kończę, Was zostawiam z lekturą, a za jakiś czas na pewno możecie spodziewać się dokładnej recenzji pędzli. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 maj 2014

Lakierowo - Lose your lingerie | Rimmel, 60 seconds by Rita Ora

Lakiery, lakiery...ach, miałam ich nie kolekcjonować niczym wytrawny zbieracz, ale cóż poradzić na to, że one co chwilę skądś się na mnie patrzą i czekają aż zabiorę je do domu?:) Ostatnio upodobałam sobie lakiery z Rimmela z serii Pro Salon, które naprawdę powalają trwałością, a i pozostałym właściwościom nie mogę nic zarzucić. Przedwczoraj z kolei listonoszka zaskoczyła mnie, przynosząc mi paczkę z kolejnymi trzema lakierami Rimmela - nową serią 60 seconds by Rita Ora. Mi trafiły się trzy kolory, całkiem przyjemne - biel "White hot love", jasny, mocno rozbielony róż "Lose your lingerie" i ciemny fiolet "Midnight rendezvous". Możliwe, że sama właśnie na nie zwróciłabym uwagę w drogerii. I oczywiście na śliczną miętę, na którą nabieram dużej ochoty oglądając swatche.

Fiolet praktycznie od razu powędrował na paznokcie u stóp i szczerze mnie zachwycił. Jedna warstwa dała całkowite krycie, lakier miał niesamowicie przyjemną konsystencję, a szeroki pędzelek tylko ułatwił wygodną już i tak aplikację. Na pewno pokażę go Wam na paznokciach u rąk, ale dopiero gdy zmyję "Lose your lingerie", który na tychże paznokciach wylądował wczoraj. I właśnie ten bardzo jasny, bardzo delikatny i bardzo ładny odcień chcę Wam pokazać dzisiaj.


"Lose your lingerie" jest bardzo jasnym, mocno rozbielonym różem. W buteleczce początkowo przeraził mnie dość konkretny shimmer zaglądający zza szkła, ale na szczęście na paznokciach jest on właściwie kompletnie niewidoczny. Trzeba naprawdę mocnego słońca i bardzo wytężonego wzroku, aby dostrzec jakiekolwiek błyszczące drobinki czy perłowy połysk na paznokciach. Podobnie sprawa ma się z bielą "White hot love". 

Lakiery 60 seconds by Rita Ora mają szerokie pędzelki, które w lakierach bardzo lubię i zdecydowanie preferuję właśnie takie aniżeli wąskie. Aplikacja była prawdę mówiąc średnia - o ile konsystencja lakieru jest całkiem normalna, nie rozlewa się na skórki itp., tak z kryciem już jest nieco gorsza sprawa - do pełnego krycia potrzebowałam trzech warstw. Przy dwóch warstwach wciąż były dość mocno widoczne smugi, więc trzecia była w zasadzie niezbędna. Wykończenie lakieru jest słabo błyszczące. Znam lakiery, które same w sobie mają duży połysk, tutaj dopiero top coat z SH dodał tego pożądanego blasku. 

Nie mam pojęcia jak wygląda sprawa z wysychaniem - od kilkunastu miesięcy zawsze używam wysuszacza i nie wyobrażam sobie czekania na "zwykłe" wyschnięcie lakieru. W przypadku Rimmela nazwa 60 seconds wskazuje na to, że producent sugeruje możliwość wyschnięcia lakieru w 60 sekund, co wg mnie możliwe nie jest. 

Trwałość to również kwestia osobista, ale jeśli lakiery 60 seconds by Rita Ora będą choć w połowie tak trwałe jak te z serii Salon Pro to będę naprawdę zadowolona. 


Kolor mi się bardzo podoba, to taki niemal idealny "baby pink", jaśniejszy od New Romantic z Salon Pro. Na paznokciach wygląda po prostu ładnie i schludnie. Na pewno będę po niego często sięgać, bo choć potrzeba trzech warstw i topa, to efekt końcowy jest naprawdę przyjemny.


Kusi mnie, żeby sprawdzić na paznokciach jeszcze biel, ale może jednak spróbuję się opanować i poczekam kilka dni, żeby sprawdzić jak będzie z trwałością tych lakierów. W każdym razie - swatchy i bieli i fioletu prędzej czy później możecie się spodziewać.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 maj 2014

Opalenizna w tubce | Lirene Last Minute Body BB

Mamy pierwszy powiew lata! Tomasz Zubilewicz w swych nieodłącznych czerwonych butach, gnąc się przed mapą Polski zapowiedział prawdziwe upały i mnóstwo słońca, a ja ze smutkiem spojrzałam na swoje blade nogi i już wiedziałam, że jeśli tylko wyjdę na ulice w spódnicy czy sukience, to najprawdopodobniej porażę wszystkich jasnością bijących od moich łydek. Odcień mojej skóry po zimie jest po prostu odblaskowo biały, a ja dopiero w piątek będę miała chwilę, aby pojechać na działkę i beztrosko wystawić się na słońce. A, że jak wiadomo, przy trzydziestu stopniach jednak lepiej nie ryzykować długimi spodniami, sięgnęłam po tymczasowe rozwiązanie - opaleniznę z tubki.


Last Minute Body BB Fluid - balsam to jedna z nowości (w sumie już nie aż taka nowość ;)) Lirene. Ja jakiś czas temu dostałam obie wersje, zarówno do jasnej, jak i ciemnej karnacji. Z racji tego, że moja skóra jest bardziej blada niż opalona, sobie zostawiłam wersję do karnacji jasnej, a mama zwinęła mi tę do skóry ciemnej. Recenzja będzie więc siłą rzeczy dotyczyła tylko wersji do skóry jasnej, może za jakiś czas, gdy bardziej się opalę, skuszę się również na wypróbowanie tej drugiej i wtedy na pewno podzielę się z Wami moją opinią. W momencie, gdy balsam ten pojawił się w mojej kosmetycznej szafce, sięgnęłam po niego może trzy - cztery razy. Chciałam wypróbować go zanim zrobi się ciepło, tak, aby pod dżinsami/swetrem ukryć ewentualne plamy itp. Szybko okazało się, że balsam nie sprawia takich psikusów jak inne, dotąd przeze mnie poznane samoopalacze/balsamy brązujące i dzisiaj spokojnie i bez obaw nałożyłam go na nogi i pomknęłam na spacer w kiecce. 

Ale po kolei - co to właściwie jest? Jak na moje oko jest to "coś" przypominające zarówno w konsystencji, jak i działaniu fluid. Ale nie zwykły fluid, tylko taki, który jest biały/szarawy, a w sobie ma granulki, które podczas aplikacji zostawiają na skórze kolor. Podobny w działaniu jest np. krem z Avonu, nie przypomnę sobie teraz jego nazwy, ale pamiętam, że swojego czasu był bardzo popularny (ja sama zużyłam chyba ze dwa opakowania), podobnie działa nowy podkład Lirene Magic Make up. W każdym razie - bardziej bym ten balsam porównała właśnie do podkładu, aniżeli do klasycznego samoopalacza. 


Testowana przeze mnie wersja, po wyciśnięciu z opakowania ma kolor biały. Dopiero podczas rozsmarowywania uwalnia się kolor i dzieje się to praktycznie od pierwszego ruchu ręką, więc łatwo jest kontrolować proces aplikacji. Najbardziej obawiałam się plam i pomarańczowego odcienia skóry, ale okazało się, że aplikacja przy odrobinie wysiłku nie należy do skomplikowanych, a sam odcień okazał się bardzo trafiony do mojej karnacji. 

Zaczęłam od peelingu skóry, bez tego nie wyobrażam sobie nakładania żadnego kosmetyku brązującego. Porządnie wypeelingowałam skórę i dokładnie osuszyłam. Przy nakładaniu samego balsamu Lirene miałam wrażenie, że jest on nieco "tępy", ale z kolei moja mama nie zauważyła niczego podobnego, więc zakładam, że to raczej kwestia tego, że moja skóra jest z gatunku tych mega suchych i balsam zwyczajnie potrzebował większego poślizgu. Podobny problem mam czasami przy aplikacji podkładu do twarzy, który sam niby też jest kosmetykiem kremowym, ale jednak bez nałożenia uprzednio kremu nawilżającego, aplikacja podkładu wcale prosta nie jest. Na szczęście okazało się to proste do rozwiązania - balsam Lirene mieszam z odrobiną mleczka Garniera. Mleczko jest dość rzadkie i świetnie "ślizga" się po skórze, więc dobrze neutralizuje konsystencję Last Minute Body BB, nie zmieniając przy tym intensywności brązowienia skóry. Kolejna rada - balsam wcieramy zdecydowanymi ruchami, żadne tam koliste babranie się. Z góry do dołu, energicznie - dzięki temu nie ma szans na zrobienie sobie plam. Choć i tak w porównaniu z jakimkolwiek innym produktem tego typu, wśród tych, które miałam okazję testować - balsamem Lirene naprawdę ciężko narobić sobie smug i placków.

Balsam daje natychmiastowy efekt (w przeciwieństwie do klasycznych samoopalaczy), co jest jego dużą zaletą. Efekt należy raczej do tych delikatnych - skóra nabiera koloru, ale nie jest ani marchewkowa, ani nie wygląda jak spalona słońcem, jest to odcień naprawdę bardzo naturalny. Wersja do ciemnej karnacji najpewniej da mocniejszy efekt, ale jednak nie polecałabym jej do skóry bardzo jasnej - balsam do ciemnej karnacji jest już konkretnie ciemny i wydaje mi się, że na takiej jasnej skórze mógłby być zwyczajnie widoczny. 

Efekt jest trwały, na tyle, że nie ściera się jak wściekły od ubrań/krzesła/pościeli. Oczywiście po aplikacji trzeba chwilę poczekać aż balsam wyschnie i raczej nie polecałabym ubierać wtedy np. białych spodenek. Mimo, że nie zauważyłam, żeby balsam brudził ciuchy, to jednak zawsze lepiej zachować pewną dozę ostrożności. Gdy chcemy pozbyć się "opalenizny" ze skóry, wystarczy po prostu się umyć. Nie trzeba z ogromną intensywnością szorować skóry, wystarczy zwykły peeling czy gąbka. 

Do zalet mogę zaliczyć również zapach - dość delikatny, nie nachalny, w ogóle nie przypominający samoopalaczowego smrodku. 
Wydajność będzie raczej przeciętna, z racji tego, że jest to produkt  z efektem utrzymującym się do pierwszego mycia. Opakowanie zawiera 200 ml i kosztuje około 25 złotych.

Zrobiłam zdjęcie efektu na nogach, choć musicie mi wybaczyć dziwaczną perspektywę i średnie tło, ale okazuje się, że zrobienie zdjęcia swoim nogom wcale nie jest takie łatwe ;). Jak na podpisie - po lewej przed/po prawej po.


Jak widać na zdjęciu, efekt jest delikatny i naturalny, choć widoczny. Na żywo oczywiście ta różnica była bardziej intensywna, jednak skoro aparat dał radę uchwycić choć i taką zmianę - należy się cieszyć :D. 

Podsumowując - ja jestem z tego balsamu bardzo zadowolona. Dawno nie trafiłam na kosmetyk brązujący, które zrobiłby na mnie tak dobre wrażenie. Na pewno będę po niego sięgać ilekroć będę chciała ubrać spódnicę :). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 maj 2014

O kredce do ust | Just Bitten Kissable

Mam ostatnio prawdziwego bzika na punkcie kosmetyków kolorowych do ust. Nie zliczę ile szminek, błyszczyków, kredek przybyło ostatnio w mojej szufladzie. Sporo dostałam, kilka kupiłam, ogólnie - nie wiem co w pierwszej kolejności nakładać na usta. Jakiś czas temu sięgnęłam po raz pierwszy po kredkę do ust Revlona - Just Bitten Kissable. O kredkach tych naczytałam się całe mnóstwo, a jakoś zawsze było mi do nich nie po drodze. A szkoda, bo kredka okazała się nie tylko całkiem przyjemna w aplikacji, ale do tego niesamowicie trwała. Kolor to oczywiście kwestia gustu - ja akurat posiadam wersję Crush, ciemny, mocny odcień bordo z odrobiną fioletu.

Początkowo się przeraziłam, bo kredka wygląda naprawdę ciemno - na zdjęciu możecie zobaczyć jak ciemna jest ta wysuwana część kredki. Mimo to, szybki swatch na ręce nieco mnie uspokoił. Kolor oczywiście jest ciemny i na pewno nie dla wszystkich, jednak mi się ten odcień bardzo podoba. Sama kredka ma całkiem fajne właściwości, gładko sunie po ustach, nie podkreśla jakoś specjalnie suchych skórek, nie wżera się w załamania na wargach. Przed aplikacją oczywiście warto potraktować usta jakimś kosmetykiem pielęgnacyjnym, ale ja ogólnie lubię przed aplikacją nawet najbardziej nawilżającej szminki nałożyć na usta Carmex. Kredka ma dość szeroki "rysik", więc obawiałam się, że ciężko będzie się nią manewrować przy konturze ust, ale jakoś mi się udało całkiem precyzyjnie operować tak szeroką końcówką.


Kolor jest ciekawy - to takie bordo, które na ustach zdecydowania wpada w różowe/fioletowe tony. Co ciekawe, na ręce odcień wychodzi nieco inny niż na ustach. Pigmentacja jest mocna, wystarczy jedno przeciągnięcie, żeby dokładnie pokryć usta kolorem. U mnie ten kolor wypada nie aż tak ciemno, ponieważ moje usta są same z siebie bardzo jasne. Przy ciemniejszym pigmencie, Crush na pewno będzie wyglądać sporo ciemniej. Nie potrafię opisać co właściwie przypomina w efekcie ta kredka - nie jest to ani szminka, ani typowy tint, bardziej coś pomiędzy. Na ustach zostawia początkowo delikatnie błyszczące wykończenie, które z czasem stopniowo znika, ale kolor pozostanie dalej. Trwałość jest bardzo dobra - po pomalowaniu ust rano, odcień wytrwał na ustach do późnego popołudnia. Kredka "zjadała" się bardzo powoli i bardzo równomiernie. Kolor po prostu blakł z upływem czasu, ale na ustach nie robiły się prześwity, kredka nie zbierała się w załamaniach. Nie zauważyłam też wysuszenia ust, aczkolwiek jak już wspomniałam - u mnie stosowanie Carmexu jest na porządku dziennym.


Podsumowując - jestem z tej kredki bardzo zadowolona i sięgam po nią zawsze jak zależy mi na dużej trwałości makijażu ust. Świetnie prezentuje się z mega delikatnym okiem czy mocniejszą czarną kreską. Mój egzemplarz pochodzi ze sklepu cocolita.pl i kosztuje niecałe 13 zł. Ja obecnie czaję się na jakieś delikatniejsze odcienie, ciekawa jestem czy ich trwałość również będzie podobna, a pigment równie mocny. Może możecie polecić jakiś konkretny kolor?

Pozdrawiam,
Panna Joanna

14 maj 2014

O kremie pod oczy | Floslek z luteiną i świetlikiem lekarskim

Cóż za sympatyczna aura za oknem, ten deszcz i deszcz i grad, a potem jeszcze trochę deszczu, gdzieniegdzie informacje o możliwych podtopieniach. Ciśnienie ewidentnie jakieś niskie, bo człowiek wstaje rano jak zombie i tak też wygląda. W takich dniach moje wory pod oczami są szczególnie upierdliwe i patrząc rano w lustro zaczęłam się aż zastanawiać, czy aby na pewno zmyłam wczoraj makijaż (no bo skąd indziej wzięłyby się te ciemne podkowy pod moimi oczami?:P). Nałożyłam więc z dużą starannością pod ślepia żel wyciągnięty prosto z lodówki i przypomniało mi się, że miałam w planach napisać o kremie. Pod oczy oczywiście. 

Kremy i żele z Flosleku znam bardzo dobrze, od lat przewijają się przez moją pielęgnację. Ostatnio sięgnęłam po nie ponownie, a dziś chciałabym się z Wami podzielić opinią o kremie z luteiną i świetlikiem lekarskim.
"Krem dzięki zawartości wyciągu z arniki, świetlika i luteiny zmniejsza powstawanie podpuchnięć pod oczami. Zawartość polisacharydów, pantenolu i alantoiny zapewnia efekt długotrwałego nawilżenia (wzrost średnio o 92% po każdej aplikacji) a masła shea i witaminy E delikatnego natłuszczenia (poprawa o 16 % po 4 tygodniach stosowania). Krem uelastycznia skórę (o 12 % po 4 tygodniach stosowania. Działanie potwierdzone badaniami aparaturowymi i dermatologicznymi. Testy prowadzono przez 4 tygodnie na grupie probantów w wieku od 27-62 lat."
Moja skóra pod oczami jest dość wymagająca. Zmagam się przede wszystkim ze sporym, powracającym cyklicznie przesuszeniem. Ponadto, zawsze, ale to zawsze mam dość ciemne podkówki, nie omija mnie też problem opuchnięcia oczu przy niewyspaniu, złej pogodzie itp. To co mnie też dość mocno drażni, to fakt, że pod oczami skóra nie jest u mnie gładka. Nie mam może zmarszczek głębokich jak rów mariański, ale jednak mam sporo płytkich zmarszczek mimicznych (mrużenie oczu całe życie jeah) i takich "fałdek", ciężko to opisać ;). Zależy mi więc na: solidnym nawilżeniu, złagodzeniu opuchnięcia i napięciu skóry. Jak widać, kremy, żele pod oczy mają u mnie duże pole do popisu. Z ręka na sercu - nie znalazłam jeszcze kremu, który całkowicie poradziłby sobie ze wszystkimi problemami, z reguły mój zestaw składa się więc z kilku kosmetyków, gdzie każdy robi "coś". Jak w te moje konkretnie wymagania wstrzelił się krem Flosleku? No nie wstrzelił się za bardzo. 


Niby nie jest zły. Ma fajną konsystencję, dość lekką, kremową. Wchłania się naprawdę szybko, nie zostawia lepkiego/tłustego filmu. Nie spowodował u mnie pieczenia czy swędzenia oczu (a są kremy, które to robią oO). Nakładałam go z reguły i rano i wieczorem (czasem wieczorem zastępując krem żelem, o którym napiszę za jakiś czas). Krem na pewno nawilża, ale jednak jak dla mnie i moich potrzeb, jest to nawilżenie zbyt lekkie. Ja potrzebuję konkretnego nawilżenia, długotrwałego przede wszystkim, a tu miałam jednak spory niedosyt. Krem delikatnie napinał skórę, więc za to ma ode mnie plusa. Z opuchnięciem sprawa jest również niezła, bo gdy krem trzymałam w lodówce i nakładałam rano pod oczy, to rzeczywiście nieco koił skórę i sprawiał, że opuchlizna malała. Przy czym nałożenie go w temperaturze "pokojowej" już takich efektów "wow" nie dawało. Na plus zaliczyć można również brak zapachu i kilka ekstraktów w składzie kosmetyku. 

Tubka jest ogromna - ma aż 30 ml. Jak na krem pod oczy jest to pojemność zdawałoby się nie do zużycia. I faktycznie - nie umiem go wykończyć, nieco się już teraz z nim męczę, ale dla osób, które się z nim polubią, taka pojemność to na pewno będzie plus. Dla mnie to mógłby być udany kosmetyk, gdyby jego nawilżenie było większe. 
Podsumowując - osobom z cerą normalną, nie przesuszoną polecam, tym z Was, które mają pod oczami skórę cienką i suchą jak pergamin - chyba jednak odradzam.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 maj 2014

Tydzień w zdjęciach

Haniebnie ostatnio olałam bloga, ale prawda jest taka, że rzadko kiedy w ogóle zbliżałam się do komputera. Taka przerwa dobrze mi zrobiła, odpoczęłam od wirtualnego świata, nadrobiłam zaległości towarzyskie, spędziłam mnóstwo czasu z Osobistym i teraz mogę wrócić pełna energii i zapału. Jako, że poniedziałek, to i tydzień uchwycony oczami aparatu, a właściwie nawet dwa tygodnie, bo tydzień temu znowu zaspałam ;). Działo się sporo, bo i majówka i wielkie promocje w drogeriach, sporo kosmetycznych odkryć, dla odmiany laboratorium i studia. Ale po kolei.


1. Majówkę spędziliśmy różniaście. Początkowo pogoda dopisywała, więc wybraliśmy się do Ojcowa trochę połazić. Okolica cudna, widoczki też, ale mogłabym tu napisać cały referat o tłumach ludzi, o ludziach chodzących jak święte krowy, o ludziach z wózkami/dziećmi na rowerkach/całych tabunach turystów w klapkach pchających się na strome skądinąd schody czy podejścia pod jaskinie. W pewnym momencie mieliśmy z Osobistym super zabawę, jak już się rozłożyliśmy na ławce na "dole" i patrzyliśmy jak co mądrzejsi pakują się na podejście, z którego my przed chwilą zeszliśmy. Śmiechu co niemiara. 
2. Uwielbiam bez! A na moim osiedlu rośnie on niemal wszędzie. Wystarczy, że uchylę okno i do pokoju dosłownie wlewa mi się aromat tych kwiatów. Udało mi się nawet wybrać na mały szaber i tym sposobem w pokoju pachniało jeszcze lepiej.
3. Dorobiłam się w końcu normalnego, solidnego kufra. Właściwie to odziedziczyłam go po koleżance, która sprawiła sobie Zucę (Zuca taka piękna :P), a ja zaopiekowałam się jej poprzednim "maleństwem".
4. Większość ostatnich dni upłynęła mi na fiszkowaniu. Stos książek z biblioteki domagał się przejrzenia, a najprostszą metodą na wyłapanie potrzebnych informacji okazało się, że przekartkowanie i oblepienie całej książki fiszkami. Przynajmniej wygląda kolorowo...
5. ...bo pisać dalej się nie chce. Te dwa słowa na zdjęciu to dokładnie tyle, ile napisałam do tej pory. Kopa w tyłek poproszę.
6. Jogurt grecki lubię bardzo, o wiele bardziej niż naturalny. Ostatnio natknęłam się na wersję z owocami. Jest naprawdę pyszna, ale cukru w składzie jest zdecydowanie więcej niż potrzeba. A szkoda.
7. Podczas promocji w Rossmannie skusiłam się na lakier Rimmela z serii Salon Pro. Wersja New Romantic podoba mi się tak bardzo, że pierwszy raz od dawna, po zmyciu lakieru, po raz kolejny sięgnęłam po ten sam kolor. 
8. A biedronkowy kabuki a'la Ecotools (podobieństwo ogromne, włosie nieco inne i nazwy brak, poza tym dużo cech wspólnych) świetnie sprawdził się do nakładania podkładu mineralnego AM. Ostatnio miałam problem z okiełznaniem tego podkładu - lubił się nierówno rozkładać na skórze, "wżerał" się w pędzel, lubił się zwarzyć. A nałożony tym niepozornym maluchem wygląda praktycznie jak druga skóra i co ciekawe - pędzel po użyciu sprawia wrażenie czystego (zupełnie jakby podkład się go nie "czepiał"). 
9. Apropo kufra jeszcze - z dolnej jego części wyciągnęłam organizer z przegródkami i wiedząc, że wraz z dolną częścią raczej nie będę go używać, zrobiłam z niego mieszkanko na część moich kosmetyków. Rozwiązanie mega wygodne - teraz jak idę się malować bliżej okna, czy przy lampach, to tylko kładę cały organizer obok siebie, nie muszę poszczególnych kosmetyków, pędzli szukać po wszystkich szufladkach.
10. Musiałam ostatnio uzupełnić braki w żelach pod prysznic. Padło na spotkany w e'Leclerc La Petit Marseillais. Zapach ma boski, zobaczymy jak z resztą.
11. Męczę się z alergią, moje oczy wyglądają u królika, cały czas swędzą, pieką. Ja jestem niereformowalna, więc cały czas je trę, przez co niedawno praktycznie nie miałam widocznych białek, tylko same czerwone, popękane żyłki. Nie wspomnę jak reagują na takie tarcie rzęsy, mam wrażenie, że ubyła ich przynajmniej połowa...
12. Dlatego też zamierzam się ratować zestawem z L'biotica. Aktualnie można zarówno serum do rzęs, jak i krem dostać w Biedronce, także warto się rozglądać u siebie, bo cena wydawała mi się podejrzanie niska. 

Tyle z tygodnia, mam nadzieję, że ten aktualny dopisze, czego sobie i Wam życzę :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
7 maj 2014

Makijażowo - niebieska kreseczka i koralowe usteczka

Wiecie jak czuje się człowiek, który idzie na zajęcia na uczelni, myśląc, że sprawa potrwa jakieś 30 minut góra, bo trzeba tylko oddać projekty, a na miejscu okazuje się, że nope - projektów nie oddajemy, zrobimy sobie za to wykład i ten wykład potem trwa 3 godziny? Prawidłowa odpowiedź to źle. Jakbym wiedziała, że spędzę na zajęciach sześć razy więcej czasu niż planowałam, to wzięłabym ze sobą Kindla/gazetę/szydełko/druty i pięć kłębów wełny. Tymczasem niezaopatrzona siedziałam, przeczytałam na komórce cały internet, potem dokładnie obejrzałam wszystkich ludzi wokół, potem na chwilę przysnęłam i zaryłam głową w blat. Wszyscy z Was, którzy teraz myślą "jak tak można?", chciałabym poinformować, że trzy godziny statystyki po angielsku wykończyłyby nawet świętego i zdecydowanie wolałabym tego nie przeżyć jeszcze raz. W każdym razie, przechodząc do meritum - z mojego makijażu na twarzy nie zostało nic, systematyczne przecieranie oczu ze zdumienia ("czyżby zegarek stanął?") spowodowało, że skutecznie pozbawiłam się z twarzy tego, co zmalowałam na niej rano. I tu właśnie dochodzimy do sedna - chciałabym Wam pokazać dzisiejszy makijaż, zbyt szybko zabity przez przynudny wykład. 


Chciałam wypróbować kilka kosmetyków, które kupiłam w Rossmannie z okazji szalonej promocji -49%. Na twarz powędrował więc duet Healthy Mix (podkład i korektor) oraz puder L'Oreal (z serii Lumi Magique). Na policzkach mam bronzer Kobo (dokładniej podkład w kremie o odcieniu Suntanned) i odrobinę różu Joko (numer się starł). Na oczach mega delikatnie - kreski zrobione matowym, granatowym linerem z Lovely. Sam liner jest naprawdę przyjemny, pędzelek praktycznie sam maluje. Kolor również mi się podoba, choć nie wiem czemu, ale liczyłam, że to będzie bardziej kobalt (a może Lovely/Wibo ma w ofercie i granat i kobalt??). Niemniej jednak produkt udany, za trzy złote z hakiem to praktycznie jak za darmo. Górne rzęsy pomalowałam ulubioną ostatnio maskarą So Couture z L'Oreala, a dolnym dodałam trochę koloru turkusowym tuszem Maybelline. Na linii wodnej mam cielistą kredkę z Max Factora (próbowałam jej znaleźć godnego następcę, ale jednak jest niezastąpiona), a na brwiach tradycyjnie - liner do brwi z Vipery. Na ustach znów nowość, czyli szminka z Maybelline z serii Color Whisper w odcieniu Coral Ambition. I tu, uwaga, będę piać z zachwytu, bo szminka jest nieziemska. Ma cudowną, lekko masełkową formułę, na ustach daje uczucie całkiem solidnego jak na takie mazidło nawilżenia, a do tego ten kolor! Niby jasny, ale na ustach widoczny. Ni to róż, ni brzoskwinia. Świetny i do lekkiego makijażu oka i do mocniejszego, wieczorowego. Żałuję, że wzięłam tylko jedną sztukę, ale w sumie brałam w ciemno, więc teraz siedzę i boję się iść do Rossmanna po kolejną (boję się, bo widziałam co tam się działo w poniedziałek, a już jest środa, więc zakładam, że obraz nędzy i rozpaczy uległ znacznemu pogorszeniu). Ciężki wybór - nie iść i nie mieć szminki, czy iść i walczyć i nie dać się zabić przy szafie. 


Ostatnio lubuję się w takich lekkich dzienniakach, ponownie też polubiłam kreski. Zdjęcia zrobione przed wyjściem na uczelnię, przy oknie, stąd takie światło, a nie inne, a i same foty mniej fikuśne i wymuskane. 

Wracam tymczasem do nauki do piątkowego kolokwium (kogo ja oszukuję, na pewno się zdrzemnę :P), a Wam życzę miłej i pogodnej reszty środy.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...