WoleProstoHeader

30 kwi 2014

Casting Sunkissed L'Oreal Paris - czyli jak Panna Joanna blondynką została

Obiecywałam, że ten post się pojawi w miarę jak najszybciej, tym bardziej, że wiem, że sporo z Was na niego czeka. Jak już niedawno wspomniałam, miałam ochotę na jakąś zmianę włosową. Ścinać nie chciałam (tzn. chciałam, ale z drugiej strony się bałam, że zetnę, a potem będę żałować), miałam ochotę na grzywkę, ale jakoś nie mogę trafić do fryzjera (naturalny odruch obronny najwyraźniej). Do farb mam podejście średnie, pamiętam czasy jak włosy farbowałam i pamiętam jaka przez to farbowanie była kondycja moich włosów. Poza tym u mnie zawsze jest spore ryzyko, że kolor jaki by nie był na opakowaniu, tak na moich włosach może wyjść zwyczajnie czarny. Miałam już przygodę z ciemnym blondem, który magicznie zamienił się w czerń chwilę po nałożeniu farby, więc siłą rzeczy farbowania chciałam uniknąć. Henna daje efekt fajny, ale na krótko. I tak bym pewnie myślała i myślała i znając mnie nic bym nie wymyśliła, ale z pomocą przybył produkt zwany Casting Sunkissed L'Oreal Paris, czyli po prostu żel rozjaśniający. 


Z tego co wiem, kosmetyk jest nowością na naszym rynku. W drogeriach go jeszcze nie widziałam, w internecie też póki co nie ma zbyt wielu informacji na jego temat. Mam nadzieję, że szybko się pojawi na sklepowych półkach, bo wróżę mu niemałą karierę. Wg opisu producenta, żel ma za zadanie stopniowo rozjaśnić włosy, dając naturalny efekt imitujący "pocałunek słońca". Brzmi bardzo obiecująco. Producent sugeruje również, że żelu możemy używać dwojako i osiągniemy różny efekt - albo nakładając na całe włosy i rozjaśniając całość, albo nakładając na pojedyncze pasma - w tym drugim przypadku mamy osiągnąć efekt słonecznych refleksów.


Nie miałam specjalnych oporów przed jego zastosowaniem, bo moje włosy są w naprawdę dobrej kondycji, więc założyłam, że żel krzywdy mi nie powinien zrobić i rzeczywiście - nie zauważyłam najmniejszej zmiany jeśli chodzi o stan włosów. Po trzykrotnym zastosowaniu żelu nadal są miękkie, błyszczące, nie zrobiły się suche czy sianowate. Jednak muszę zaznaczyć, że pomiędzy poszczególnymi aplikacjami żelu (robiłam to w odstępach dwudniowych) dopieszczałam włosy, na noc nakładałam krem, a po każdym myciu na włosach zostawiałam na kilkanaście minut odżywczą maskę. Nie wiem jak taki kosmetyk wpłynie na włosy już zniszczone i o wyższej porowatości, mimo wszystko zalecałabym każdemu aby zachować ostrożność i trochę więcej wysiłku włożyć w pielęgnowanie włosów podczas okresu rozjaśniania. 

Mnie zależało przede wszystkim na tym, aby tym razem odcień góry włosów zrównać z końcówkami. Przeważnie robiłam odwrotnie (henną), ale włosy szybko wracały do swojego naturalnego "ombre". Teraz stwierdziłam, że zrobię im psikusa i może na jakiś czas uda mi się wyrównać kolor na całości, rozjaśniając delikatnie włosy. Nałożyłam więc żel na całe włosy - aplikacja jest niezwykle prosta, bo żel to, no cóż...żel, tak po prostu i dosłownie, więc jego nałożenie jest równie proste co nakładanie odżywki. Po umyciu włosów (i nałożeniu/spłukaniu maski), na mokre włosy nałożyłam żel, a następnie wysuszyłam. Przy pierwszym podejściu efekt był bardzo delikatny. Same włosy po wyschnięciu nie były matowe, ani oblepione żelem - obawiałam się przyklapu czy obciążenia, ale na szczęście obyło się bez tego. Całą zabawę powtórzyłam dwa razy, przy czym przy trzeciej aplikacji skupiłam się na górnej części włosów, żeby wyrównać odcień. Po tych trzech razach efekt był już naprawdę widoczny, końce zrównały się z włosami przy nasadzie, więc osiągnęłam to, co chciałam. Producent zaleca aby po nałożeniu żelu podmuchać na włosy ciepłym nawiewem suszarki czy wystawić się na słońce - produkt jest termoaktywny, więc jeśli chcemy wzmocnić efekt warto o tym pamiętać. Ja akurat do testów otrzymałam odcień przeznaczony do jasnego blondu, ale na opakowaniu znalazłam informację, że produkt nie nadaje się jedynie do włosów ciemniejszych niż średni brąz, więc udało mi się wstrzelić w zakres. 


Coś, o czym muszę wspomnieć to zapach. Ten jest bardzo przyjemny, jakby owocowy, niesamowicie świeży. Absolutnie nie ma nic wspólnego z sztucznym, chemicznym, drażniącym nos zapachem klasycznych rozjaśniaczy. Jak widać na powyższym zdjęciu żel zapewnia trwałe stopniowe rozjaśnienie. Wyczytałam też, że można zejść z odcienia o dwa tony, ale wydaje mi się, że mi zeszło o wiele więcej. Istotne jest też to, że żel nakładałam na niefarbowane włosy, po hennie której użyłam kilkanaście tygodni temu nie było już śladu. Odcień, który uzyskałam po użyciu żelu to wg mnie taki ciemny blond, lekko miodowy. Mniej więcej coś takiego, jak chciałam osiągnąć. Czuję się w nowym kolorze bardzo dobrze. O ile wcześniej zawsze dążyłam raczej do przyciemnienia włosów i stworzenia jak największego kontrastu między odcieniem włosów, a skórą, tak teraz mam wrażenie, że jasny odcień włosów równie dobrze zgrywa się z moim typem urody i karnacją. Rysy twarzy wyglądają jakby łagodniej, na pierwszy plan zaczęły wybijać się oczy. Ciężko to opisać niestety :). Ja jestem z takiej zmiany zadowolona i mam zamiar przy takim odcieniu póki co pozostać. Na wielki plus zaliczam też fakt, że włosy dostały takich niesamowitych refleksów, widocznych zwłaszcza w słońcu czy w spiętych włosach (co było widać np. we wczorajszym warkoczu).
Niestety nie wpadłam na taki genialny pomysł, żeby zrobić zdjęcie przed, ostatnie foto włosów jakie mam, to to zaraz po przyciemnieniu włosów henną. Musicie więc wybaczyć mi to małe zamieszanie - na zdjęciu "przed" są włosy tuż przed nałożeniem henny, zaraz obok po nałożeniu henny. Przed samym rozjaśnieniem odcień włosów był już zbliżony do tego ze zdjęcia po lewej, przy czym to zdjęcie akurat robione jest w mocnym oświetleniu i włosy wyszły na nim co najmniej o ton - dwa jaśniejsze. Z kolei zdjęcie po nałożeniu henny jest robione przy oknie w dość podchmurną pogodę i włosy wyszły trochę ciemniej niż w rzeczywistości. Mam nadzieję, że się połapiecie. Aktualny odcień włosów uwieczniłam już w świetle dziennym, przy oknie. 

Podsumowując - ja jestem mocno na tak! Banalna obsługa, żadnego uszczerbku na kondycji włosów, efekt jest łatwy do kontrolowania poprzez kilkukrotną aplikację i stopniowanie rozjaśnienia. Żel nie powoduje, że po jego powąchaniu zaczynają nam obficie lecieć łzy z oczu (a ja jestem wyjątkowo wrażliwa na punkcie zapachu klasycznych rozjaśniaczy). Ja na pewno żel zakupię jak tylko pojawi się on na sklepowych półkach i będę nim traktować odrosty, bo zdecydowanie chcę pozostać przy nowym odcieniu. 

A Wy co sądzicie o mojej włosowej metamorfozie? Tak czy nie?:) 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 kwi 2014

Włos na dziś - zainspirowana Elsą

Jako posiadaczka włosów długich zawsze ubolewam nad tym, że jeśli chodzi o moje umiejętności tworzenia fryzur - jestem kompletną sierotą. Czasem przerasta mnie zrobienie zwykłego kucyka, o bardziej skomplikowanych upięciach nawet nie myślę, bo z góry mogę założyć, że nic mi z tego nie wyjdzie. Jednak czasem nawet taki ignorant jak ja trafia na tutorial, który jest w stanie mnie zmusić do działania. Swojego czasu filmik Karoliny ze stylizacje skłonił mnie do wypróbowania na swoich włosach tzw. rope braid, a wczoraj wędrując po internetach trafiłam na filmik poniższy:


Bajkę "Frozen" widziałam i na warkocz Elsy zwróciłam uwagę, choć nie wpadłabym na pomysł, żeby spróbować go odtworzyć na sobie. Jednak jako, że postanowiłam sobie, że zrobię w końcu jakiś pożytek z moich kłaków, dzisiaj rano przystąpiłam do działania. I nie sądziłam, że będę mogła to napisać, ale...wyszło mi i to całkiem od razu :). Co prawda jest to dość luźna wariacja na temat warkocza jednej z głównych bohaterek, ale i tak bardzo mi się podoba. Wydaje mi się, że taka fryzura nieco lepiej będzie wyglądać na jasnych włosach - mam wrażenie, że ten odwrócony francuz może trochę się zgubić przy ciemniejszym odcieniu włosów. U mnie wyszło dość dziwnie (choć to i po części wina światła), bo na moich rozjaśnionych niedawno włosach odbijało się światło od każdej jednej cząstki warkocza. Dodam, że włosy dość obficie spryskałam kupionym wczoraj sprayem z Pantene, żeby lepiej mi się zaplatało. Jak się okazało całkiem ładnie nabłyszcza. Nowy odcień włosów w rzeczywistości wygląda niemal tak samo jak na pierwszym zdjęciu z lewej. Taka ciekawostka :D. 


Jak Wam się podoba taka fryzura? Mam ambitny plan, żeby co jakiś czas wypróbować na włosach jakiś tutorial i dzielić się efektami, stąd tytuł posta - "włos na dziś". Mam nadzieję, że będą kolejne :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 kwi 2014

Tydzień w zdjęciach

Ach, kolejne wolne dni przed nami. Jeśli wierzyć prognozom - pogodowo zapowiadają się fatalnie (kogo to nie dziwi?:P). Strzelam więc, że za tydzień w "Tygodniu w zdjęciach" osiem na dziewięć zdjęć będzie przedstawiać szyby obryzgane deszczem, ale póki jeszcze pogoda i humor jako tako dopisują - zapraszam na krótką relację z minionego tygodnia.


1. Rossmannowy szał promocji ogarnął chyba wszystkich. Ja na zakupy też się wybrałam i właściwie uzupełniłam zapasy - pudry i korektory schodzą u mnie dość szybko. Dostałam też od Rimmela przesyłkę z bazą i różem w kremie. Oba kosmetyki zapowiadają się nieźle, ale więcej na ten temat za jakiś czas.
2. W końcu zdecydowałam się na wypróbowanie dwóch kosmetyków, które są już niemal kultowe w blogosferze - korektor i podkład z serii Healthy Mix już po kilku dniach mogę uznać za zdecydowanie warte uwagi, dla sucharków oba te kosmetyki wydają się wręcz stworzone.
3. Uzależniłam się od soku pomarańczowego. Dosłownie. Tak jak nigdy nie przepadałam, tak teraz dzień bez zimnej pomarańczki to dzień stracony. 
4. Na polach niedaleko mnie zaroiło się od kolorów. Zaciągnęłam tam niedawno Osobistego na spacer i głowiliśmy się nad tym, co to takiego to żółte. Babcia mnie oświeciła, że rzepak. 
5. Mój pies jest rozbestwiony dość mocno i jej miejsce do drzemania w ciągu dnia to kanapa. Jak ostatnio położyłam się na tejże kanapie, bo czułam, że nachodzi mnie drzemka - psica przyszła i subtelnie dała mi do zrozumienia, że to jej miejsce poprzez uwalenie się na mnie. Kto ją tak wychował?:P
6. Wspomniałam jakiś czas temu, że eksperymentuję z kolorem włosów, a konkretnie ze stopniem ich jasności. Udało mi się w końcu zrobić parę zdjęć, na których widać nowy odcień, więc jutro - pojutrze spodziewajcie się pełnej recenzji. 
7. Pakujemy :D. Uwielbiam ćwiczenia z ciężarkami, o wiele bardziej niż te wysiłkowe. Na szczęście w drugiej fazie Focus T25 było sporo ćwiczeń z obciążeniem, więc mogłam się wyładować.
8. A fazę Beta właśnie wczoraj skończyłam i napawa mnie to niemałą dumą. Na chwilę obecną jest to program treningowy, przy którym wytrwałam najdłużej. Za mną już dziesięć tygodni, przede mną 4 tygodnie fazy Gamma. Już wiem, że pot będzie lał się strumieniami, bo właśnie mam za sobą trening Speed 3.0 i z ręką na sercu - po raz pierwszy myślałam, że nie dożyję końca i dosłownie padłam na podłodze jak ścięta 3 minuty przed końcem. Będzie się działo!
9. Z okazji nadchodzącej majówki wybrałam się dzisiaj do laboratorium zrobić wieeelki baniak ścieków, żeby mi kłaczki nie pozdychały z głodu. Najpierw co prawda 15 minut spędziłam na schodach i czekając aż ktoś w ogóle pojawi się w instytucie - chyba wszyscy już poczuli wiosnę :D.

Na ten tydzień planowaliśmy kilka atrakcji, ale kierując się prognozą pogody już widzę, że pewnie niewiele z nich da się zrealizować. Majówka pod kocykiem się szykuje :).

Pozdrawiam i życzę miłego tygodnia,
Panna Joanna
27 kwi 2014

Korektory dla jasnej cery

Korektor to nieodłączna część mojej kosmetyczki. Z racji dość nieproblemowej cery, często sięgam tylko po korektor i rezygnuję z podkładu. Jakiś czas temu znalazłam już swoje top trzy, ostatnio (w pewnej mierze z okazji rossmannowej promocji) do kolekcji dołączyły nowe sztuki. Stwierdziłam, że zrobię takie małe zestawienie tego co mam, choćby po to, żeby na przyszłość móc sobie zerknąć na swatche, gdy będę chciała ponownie sięgnąć po któryś z tych korektorów, a może i Wam takie porównanie na coś się przyda. Zapraszam więc na krótką epopeję o pięciu korektorach do cery jasnej. 


Od razu zaznaczę, że wszystkie korektory posiadam w wersjach najjaśniejszych. Teoretycznie korektor Annabelle Minerals występuje jeszcze w wersji Light (ja mam Medium), ale jest on zielonkawy i jeśli się nie mylę - przeznaczony do neutralizowania zaczerwienień. Korektora używam zawsze pod oczy, bo niestety najczęściej pod ślepiami wiszą sobie u mnie ciemne wory ;). Używam go też między brwiami, bo mam tam zawsze zaczerwienioną skórę oraz na skrzydełka nosa, gdzie do zakrycia mam kilka naczynek. Czasem, gdy trafi mi się jakiś pryszcz, również do jego przykrycia potrzebuję odpowiedniego mazidła. Pod oczy zdecydowanie najbardziej lubię kłaść korektory ciepłe, żółtawe. Takie najlepiej się u mnie sprawdzają do neutralizowania mojego odcienia cieni pod oczami. Na nos potrzebuję czegoś bardzo trwałego, ponieważ jestem osobą z wiecznym katarem i nie lubię jak ubywa mi korektora z nosa z każdym kichnięciem. Na wypryski w zależności od ich stadium (rosnący, bolący, wyciśnięty, krwawiący :P), preferuję coś mocno kryjącego, ale i takiego, co nie pogorszy stanu zapalnego jeszcze bardziej. 


Z całego powyższego zestawienia najdłużej jest ze mną korektor w kremie z Inglota z serii AMC. Wybrałam odcień najjaśniejszy i jednocześnie najbardziej żółty z całej dostępnej gamy kolorystycznej. Mam go już bardzo długo i nadal dzielnie mi służy. Kolejna sztuka to słynny już kamuflaż z Catrice - ładny, beżowy, mocno zbity, o konkretnym kryciu. Jak widać jest już na wykończeniu, co tylko potwierdza jego geniusz. Do korektorów w formie proszku nie mogłam się długo przekonać, ale Annabelle Minerals zmieniło moje podejście - krycie jest niesamowicie mocne, a i konsystencja sprawia, że korektor na skórze jest praktycznie niewidoczny. Dwa korektory z prawej strony to nabytki świeże, ale już kilkukrotnie przeze mnie użyte, więc stwierdziłam, że w ramach tego porównania również one się tu znajdą. Na poniższym zdjęciu zrobiłam takie małe zestawienie - swatche i krótka ściąga - co do czego się nadaje:


Jak widać - wszystkie odcienie są stosunkowe jasne. Najciemniejszy okazał się korektor Healthy Mix, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo zanim go porównałam do całej reszty, to wydawał mi się bardzo jasny. Affinitone z Maybelline zdecydowanie ma w sobie najwięcej różowych odcieni i jest chyba najlżejszy z całej piątki. Dobrze sprawdza się do rozjaśniania twarzy - pod nos, między brwi, na środek czoła - daje taki ładny rozświetlający efekt. Krycie nie jest szaleńczo mocne, więc kosmetyk nie odznacza się na skórze. Trwałość mogłaby być lepsza, pod tym względem lepiej wypada pozostała czwórka. Healthy Mix z Bourjois jak już wspomniałam, jest najciemniejszy z zestawienia, ale i tak nie można powiedzieć o nim, że jest ciemny. Zdecydowanie widać w nim brzoskwiniowe nuty. Kupiłam go z myślą używania pod oczy i przyznam, że jestem oczarowana jego działaniem. Spojrzenie wygląda dużo bardziej świeżo, cienie są ładnie zakryte. Jednocześnie kosmetyk nie wchodzi w zmarszczki, nie ściera się i ściąga skóry pod oczami, jest bardzo lekki. No i ten zapach! Zdecydowanie zrobił na mnie dobre wrażenie i bardzo cieszę się, że w końcu po niego sięgnęłam. Annabelle Minerals zaskoczył mnie kryciem. Mimo, że to proszek to nie jest suchy, powiedziałabym, że wręcz przeciwnie - jest dość kremowy. Kryje naprawdę mocno, sprawdza się przy skrzydełkach nosa - dobrze neutralizuje zaczerwienienia i jednocześnie dobrze wmasowany w skórę jest bardzo trwały. Kolor jest świetny! Beżowy, jaśniutki, lekko wpadający w żółć. Często nakładam go na wypryski - jest lekki, więc nie robi mi się "strupek" z korektora na powierzchni pryszcza, no i prosty, mineralny skład nie powinien jeszcze bardziej zaszkodzić przy stanie zapalnym. Kamuflaż z Catrice to długo, długo był mój numer jeden i chyba nadal nim jest. On zakryje po prostu wszystko! Nie znalazłam drugiego tak świetnie kryjącego korektora. Używam go pod oczy w przypadkach skrajnego zasinienia, nie ma sobie równych przy wysypie na twarzy - wypryski tuszuje koncertowo i sprawia, że stają się dosłownie niewidoczne. Jest też niesamowicie trwały. Jasny, czysto beżowy kolor sprawia, że jest to kosmetyk naprawdę wielofunkcyjny. Jeśli szukacie czegoś do zadań specjalnych to to właśnie powinien być Wasz typ. Inglot z serii AMC jest ze mną już bardzo długo. Ma ciekawą konsystencję - jest wyjątkowo masełkowaty. Przez swoją śliskość fajnie sprawdza się pod oczy - gładko sunie po skórze, nie jest tępy. Jest też bardzo jasny (najjaśniejszy z całego zestawienia) i najbardziej żółty. Swojego czasu bardzo go lubiłam, jednak z czasem zaczęłam zauważać jego wady. Przy ekstremalnie suchej skórze wokół oczu może powodować uczucie ściągnięcia (bez kremu ani rusz), jak zbyt nisko go nałożę (w kierunku policzków) to lubi wejść w pory i zaczyna się odznaczać. Jednak ma też swoje mocne strony - jest to na pewno kolor i odcień, a także spora trwałość. 

Zdjęcie swatchy z bliska (widać na nim dobrze różnice w konsystencji):


Z całego zestawienia produkty, które na pewno mogłabym polecić to kamuflaż Catrice - nie do użytku na dzień, ale w warunkach gdy wymagana jest naprawdę nieskazitelna cera i w sytuacjach awaryjnych. Pod oczy warto rozważyć Healthy Mixa, choć wydaje się niepozorny to naprawdę robi z cieniami pod oczami coś fajnego. Annabelle Minerals polecam, jeśli zależy Wam na dobrym składzie. Maybelline i Inglot wypadają w tym zestawieniu dość przeciętnie, aczkolwiek Maybelline poleciłabym osobom, które nie mają wiele do zakrycia i chcą jedynie rozświetlić wybrane partie twarzy, a Inglota tym z Was, które mają naprawdę jasną cerę.
Znalazłyście coś dla siebie?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 kwi 2014

Pierwszy tusz do rzęs L'Oreal Paris, który zdobył moje serce (rzęsy), czyli So Couture w akcji

Wydawało mi się długi czas, że swojego świętego Graala wśród maskar znalazłam już dawno - wtedy, gdy pierwszy raz na moich oczach zagościł żółty tusz Lovely. I tak używałam jedno opakowanie po drugim, nie rozglądając się specjalnie mocno za czymś nowym. Jednak moje zdanie musiało ulec zmianie po spotkaniu z nowością L'Oreala - tuszem So Couture.

Mimo, że tusze tej marki niespecjalnie mi do tej pory odpowiadały (na zasadzie "jest okej, ale żadna część ciała nie opada z wrażenia, ani jej nie urywa"). Trafiały do mnie czasem to jako wygrana w jakimś konkursie czy w ramach współpracy, jednak nie zdecydowałam się ani razu na zakup po wykończeniu maskary. So Couture dostałam do przetestowania i jest to pierwszy tusz L'Oreala, który naprawdę mnie zachwycił. Najpierw zobaczyłam zdjęcie Moniki - kulki na instagramie i wiedziałam, że jeśli u mnie efekt będzie w połowie tak fajny, to zmienię zdanie o tych maskarach. Gdy pierwszy raz wypróbowałam tusz na własnych rzęsach, jedynie utwierdziłam się w swoim przypuszczeniu.


Maskara L'Oreal Paris So Couture zapakowana jest w opakowanie podobne do pozostałych produktów z serii Volume Million Lashes - tutaj mamy połączenie złota i fioletu. Mnie styl tuszu podoba się bardzo, choć opakowanie ma tendencję do zbierania paluchów na całej długości. Szczoteczka, czyli część najlepsza. Silikonowa, nieduża, prosta, z krótkimi, bardzo gęsto rozmieszczonymi wypustkami. Te krótkie "włoski" to świetna sprawa - genialnie łapią nawet najmniejsze rzęsy i pokrywają je równomiernie tuszem. Szczoteczką dobrze manewruje się u nasady rzęs, jak również w kącikach oka. Radzi sobie również z dolnymi rzęsami. Konsystencja jest w zasadzie idealna już od samego początku, tusz nie potrzebuje leżakowania, aby dojrzeć. Jest nie za gęsty, ale nie i za rzadki, na szczoteczkę nabiera się go odpowiednia ilość (a otwór dozujący dobrze spełnia zadanie i zatrzymuje w środku nadmiar tuszu). Zaskoczył mnie zapach - ja tu czuję czekoladę! 


Efekt na rzęsach to kolejne zaskoczenie. Już po jednokrotnym przejechaniu szczoteczką, rzęsy stają się widoczne, ładnie uniesione, lekko podkręcone (na tyle, na ile idzie moje poste jak druty rzęsy podkręcić), pokryte tuszem po same końce, przez co od razu zauważalne jest wydłużenie. Pogrubiać tusz również pogrubia, jednak jest to ten rodzaj pogrubienia, który lubię - rzęsy nie są grubo oblepione tuszem, nie tworzą się owadzie nóżki na ich końcach. U kilku z Was czytałam, że w Waszym odczuciu tusz skleja rzęsy. Ja nie zauważyłam, żeby robił mi pięć rzęs (Smyku :D), ale oczywiście to kwestia osobistego odbioru - ja nie potrzebuję do szczęścia jeszcze większego rozdzielenia rzęs (na moich rzęsach w zasadzie żadną maskarą nie da się zdziałać wiele więcej). I tu mogłoby się pojawić pytanie - efekt jest dobry, szczoteczka jest fajna, ale czy jest to coś, co warte jest tych >50 złotych? Moim zdaniem owszem. Sporą różnicę robi tutaj fakt, że tusz na rzęsach jest praktycznie nie do zdarcia. Miałam go na rzęsach najdłużej kilkanaście godzin i po tym czasie nie osypało się/rozmazało/spłynęło nic. Dosłownie. Mimo, że zaliczyłam drzemkę (śpię twarzą wbitą w poduszkę i się wiercę), spacer w deszczu, a na koniec jeszcze radośnie przetarłam oczy. To pierwszy tak trwały tusz, z którym mam do czynienia. Co ciekawe zmywanie wcale nie jest upiorne - micel z Garniera, którego aktualnie używam radzi sobie z maskarą dość łatwo, przy czym tusz dziwnie się zmywa - nie rozpuszcza się do końca, tylko z rzęs schodzi w postaci lekkich grudek. Warto wspomnieć jeszcze o wydajności - tusze Lovely zazwyczaj zmieniałam co miesiąc (góra półtora), podczas, gdy poprzednie maskary z L'Oreala potrafiłam męczyć (tamte akurat właśnie tak trochę męczyć) pięć - sześć miesięcy. Jakby się więc uprzeć - cena przestaje przerażać. Na zdjęciu niżej możecie zobaczyć jak tusz prezentuje się na rzęsach. Rzęsy są tu dosłownie dwukrotnie maźnięte tuszem. 


Podsumowując - moje ostatnie wielkie odkrycie. Poprzedni tusz Lovely poszedł do kosza, a ja z radością zastąpiłam go maskarą So Couture. Przyznam się bez bicia, że w szufladzie z zapasami czeka na mnie jeszcze jedna sztuka tego tuszu - na rok mam więc problem z tuszem z głowy ;).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 kwi 2014

Forever Midnight, czyli po raz pierwszy o zapachu

Jestem naprawdę fatalna jeśli idzie o opisywanie zapachów. Mój zmysł powonienia jest upośledzony do tego stopnia, że właściwie jestem w stanie jedynie określić czy coś pachnie czy pośmierduje. W porywach wiatru czy pachnie słodko czy owocowo czy kwiatowo. Czy ciężko czy lekko. Wszystkie inne niuanse, rozwijanie się zapachu, nuty głowy, ręki, nogi - nope. Podziwiam dziewczyny, które potrafią pisać całe blogi o perfumach, które w notce potrafią zawrzeć cały szereg informacji (przeważnie ładnie opisanych) potrzebnych innym perfumomaniaczkom do podjęcia decyzji, czy te perfumy to jest to, czy może jednak nie. Ja choć podziwiam, to nie czytuję. Nie czuję tego klimatu, nie potrafię wynieść z tych perfumowych poematów tyle, ile człowiek z normalnym nosem powinien. Niemniej jednak postanowiłam spróbować. Napisać o zapachu. Świat się kończy.

Najprościej będzie nakreślić co mi się podoba zapachowo. Nie lubię ciężkich pachnideł, boi mnie od nich głowa i mnie muli, jak kiedyś przypadkiem spryskałam się słynnym Chanel no 5 to myślałam, że się zgoła przekręcę. Ale jednocześnie nie cierpię lekkich zapachów, czysto kwiatowo - owocowo nijakich. Zielone jabłko od DKNY powoduje u mnie odruchy podobne jak no 5. Czyli jak widać nie łatwo mi dogodzić. Wolę nuty zdecydowane, wyraziste, ale nie przytłaczające. Uwielbiam, po prostu uwielbiam jaśminowe perfumy z Yves Rocher, to mój absolutny numer jeden. Jaśmin ogólnie wielbię, więc zawsze jest szansa, że pachnidło mające w sobie jaśminowe nuty będzie mi pasowało. Podobnie stało się w przypadku forever Midnight z Bath&Body Works. Od pierwszego niuchnięcia czułam, że będzie z tego miłość.


Zapach to mieszanka owocowo - kwiatowa, ale zdecydowanie nie jest to zapach mdły i nijaki. Nie jest też przesadnie soczysty, za to czuć w nim sporą dawkę słodyczy, przy czym nie jest to słodycz ulepkowata. Czyli generalnie - trafia w mój nos. 
Posiłkując się internetem znalazłam informacje następujące:
nuty głowy - nektar śliwkowy
nuty serca - jaśmin (!) i waniliowa orchidea 
baza - likier karmelowy

Połączenie jak widać (i czuć) jest bardzo smakowite. Nie wiem co czuję najbardziej, nie wiem co tam się najmocniej wybija, ale mój nos po prostu to lubi. Zapach przyjemnie rozwija się na mojej skórze, czuć, że noszę na sobie zapach, ale jednocześnie nie przemieszczam się w obłoku waty cukrowej. Jest słodko, ale nie za słodko. Jest wyraziście, jest lekko owocowo. No i jest jaśmin. 

Ja posiadam mgiełkę do ciała, a nie wodę perfumowaną, niemniej jednak zapach jest naprawdę mocny i długo utrzymuje się na skórze. Nie mam oporów przed stosowaniem tego zapachu na dzień, choć i wieczorem nim nie pogardzę. Jest to dla mnie jeden z najbardziej uniwersalnych zapachów, jakie mogłabym sobie wymyślić. Spodobał mi się do tego stopnia, że używam go nawet częściej niż wspomnianych już Tendre Jasmin z Yves Rocher. Jak wykończę oba to będę miała niemały orzech do zgryzienia - które wybrać ponownie.  

Styl opakowań bardzo mi się podoba - ciemnofioletowe flakony przyciągają wzrok. Mnie kojarzą się z takim nocnym niebem (w końcu nazwa zobowiązuje ;)). Cenowo nie wypadają najgorzej - woda perfumowana kosztuje 179 zł, wersja mini EDP 49 zł, mgiełka do ciała 99 zł, mini mgiełka 69 zł. W ofercie znajdują się również balsam do ciała (69 zł) i żel pod prysznic (59 zł). O ile ceny żelu czy balsamu są dla mnie zaporowe, tak mgiełka czy woda perfumowana - do przejścia.

Przyznam, że przygoda z tym zapachem zachęciła mnie do wypróbowania innych wariantów zapachowych z Bath&Body Works, ale ciężko mi się zdecydować, więc na razie dałam sobie na wstrzymanie :).

Znacie ten zapach? A może macie już swojego faworyta wśród zapachów B&BW?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 kwi 2014

Podkład Better Skin Maybelline - czyli o całkiem przyjemnej nowości

W poprzedniej makijażowej notce wspomniałam o podkładzie. Że niezły, że fajny i że będzie notka. No to jest :). Zasadniczo jakiś czas temu przerzuciłam się na minerały i proszkom pozostaję wierna, ale są to dla mnie kosmetyki dobre na dzień. Są lekkie, dają lekki efekt, do latania w makijażu przez cały dzień nadają się perfekcyjnie, bo skóra ich praktycznie w ogóle nie czuje. Niemniej jednak "porą wieczorową" wciąż stawiam na klasyczny podkład w formie płynnej - minerały miewają swoje humory, a wychodząc np. na imprezę, chcę mieć pewność, że makijaż nie wywinie mi żadnego numeru. Ostatnio moja cera przechodzi fazę zrzucania skóry, daję jej też odpocząć od peelingów, więc z minerałkami bywało różnie. Dlatego przez dłuższy czas sięgałam po podkłady klasyczne. Mam nieźle napakowaną szufladę podkładową, ale zdecydowałam się na nowość - podkład Better Skin Maybelline


Z wyborem odcienia nie miałam specjalnego problemu - wybrałam ten najjaśniejszy z dostępnych czyli 005 Light Beige. Troszkę się obawiałam, bo gdzieś wyczytałam/widziałam/słyszałam, że on wypada dość różowo i świnkuje, ale chyba pomyliło mi się z jakimś innym podkładem, bo na całe szczęście nic takiego nie zauważam. Odcień określiłabym jako beżowy, dość ciepły, może minimalnie brzoskwiniowo - różowy. Dobrze kolor oddają swatche, które będziecie mogły zobaczyć poniżej. Podkład na twarzy nie wypada różowo, co mnie ogromnie cieszy, bo u mnie niestety dość łatwo o wspomniany efekt świnki. W kwestii jasności udało mi się nawet trafić - nie jest to może najjaśniejszy podkład, jaki widziałam, ale mimo wszystko jest jasny i osoby z jasną cerą na poziomie 150 Buff z Revlona powinny być z odcienia Light Beige zadowolone. Kiedy oglądałam ten podkład w drogerii i koleżanka nałożyła go odrobinę na dłoń, dość szybko się na niej utlenił, więc spodziewałam się, że na twarzy może ciemnieć, jednak ku mojemu zaskoczeniu pięknie stopił się z cerą i nie zmienił odcienia. 


Konsystencja jest dość lekka, a sam podkład nie należy do przesadnie gęstych mazideł. Nie leje się też przez palce jak np. Affinitone z Maybelline. Mi najwygodniej jest go nakładać pędzlem (Hakuro H55). Palcami również da się go bezproblemowo rozprowadzić, jednak w moim odczuciu o wiele lepszy efekt daje wmasowanie podkładu pędzlem. Nie powstają ani smugi, ani plamy, a i krycie jest w przypadku aplikacji pędzlem nieco lepsze. Apropo krycia - to jest raczej zadowalające, nie mocne, ale i nie słabe. Określiłabym je jako średnie (średni stan stanów średnich ;)). W przypadku mojej skóry bez problemu przykrywa zaczerwienienia, ładnie wyrównuje koloryt cery. Dobrze radzi sobie z przykryciem naczynek koło nosa. Nie nakładam go pod oczy, bo jak dla mnie jest zdecydowanie za "suchy", ale w ramach zdjęć efektu przed/po nałożyłam go na całą twarz z obszarem pod okiem włącznie (zdjęcie niżej). Napisałam, że podkład jest suchy. Nie jest to może określenie zbyt precyzyjne, ale w moim odczuciu wykończenie podkładu jest dość matowe - ja nie muszę już po nałożeniu go na twarz używać pudru. Przy czym - moja skóra jest sucha i to czuję pod tym podkładem, więc u mnie dobrze nawilżający krem przed aplikacją tego podkładu jest niezbędny. Trwałość jest zadowalająca - podkład nie warzy się, nie zbiera w zmarszczkach, nie włazi w pory. Mam czasem problem koło skrzydełek nosa - moja skóra jest tam rekordowo sucha i podkład lubi mi czasem w tym obszarze podkreślić suche skórki. 

Poniżej możecie zobaczyć jak wygląda ten kosmetyk na dłoni - po lewej lekko rozsmarowana porcja podkładu, po prawej wsmarowana mocniej:


Oraz efekt na twarzy (lewa przed/prawa po):


Na twarzy mam cienką warstwę podkładu solo, bez korektora i bez pudru. Jak dla moich potrzeb krycie jest wystarczające, aczkolwiek nie sądzę, że przy większych zmianach skórnych podkład będzie robił cuda. Jako osoba suchoskórna go polubiłam, ale wydaje mi się, że osoby z cerą mieszaną czy tłustą mogą być z niego zadowolone jeszcze bardziej. Mnie nie przesuszył (ani nie podrażnił czy zapchał), ale jak wspomniałam wyżej - krem nawilżający jako baza to podstawa. Chętnie będę po niego sięgać w dalszym ciągu, bo wyjątkowo podoba mi się jak wygląda na buzi, jest lekki i zwyczajnie komfortowy w noszeniu. Cenowo wypada nie tak źle - za 30 ml zapłacimy niecałe 40 złotych. Warto polować teraz - aktualnie w Rossmannie trwa promocja -49%, więc można go kupić za ~20 złotych, co na pewno jest dobrym interesem. Często też widuję na niego promocje w Hebe. 

Podsumowując - ja jestem na tak, efekt jest przyjemny wizualnie, a samo użytkowanie bezproblemowe. Do tego jasny odcień, niewygórowana cena i całkiem ładny design (i pompeczka!). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 kwi 2014

Tydzień w zdjęciach

Nie ma, że poniedziałek dyngusowy to posta można sobie odpuścić, absolutnie nie, zwłaszcza, że tydzień temu znowu coś się porobiło i post zdjęciowy pojawił się w mojej głowie jako mgliste "miałam coś zrobić" dwa dni później. Więc zdjęć jest nieco więcej, taki bonus. 


1. Zmieniłam telefon ostatnio. Znowu. Ale umowa się kończyła, a w salonie się na mnie Samsung popaczył, no i jakoś nie mogłam się oprzeć. Od razu zamówiłam dla niego ubranko, na jednej aukcji na allegro mało nie dostałam oczopląsu bo podobały mi się wszystkie, ale w końcu postawiłam na oklepanego dmuchawca, ale kto mi zabroni :D. 
2. Rodzicom trafiło się w tym roku, że obchodzą dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Trafiło się również, że w salonie miało być malowanie - wg taty PO świętach. Mama jako istota przebiegła postanowiła "wypróbować" nową farbę i chlasnęła wielki życzeniowy napis na pół ściany, jako delikatną sugestię, że miłość taka piękna, a malowanie takie PRZED świętami. Ja uparta jestem po tacie, więc jak łatwo się domyślić, życzenia dalej widnieją na ścianie.
3. Gazet nie czytam, wychodzę z założenia, że wszystko to samo znajdę w internecie, tyle, że za darmo. Ostatnio jednak wstąpiłam przelotem do Empiku, gdzie równie przelotem porwałam dwie gazety. Rozrywki starczyło mi na jeden wieczór. Czyli za dużo nie poczytałam. 
4, 5. Wrócił do mnie mój aparacik, więc mając choćby wolną chwilę cykałam fotki. Kosmetyków na zapas i makijaży aktualnie noszonych na twarzy. Pierwsze zdjęcie mi się podoba, tak po prostu, więc w czynie chwalipięckim umieszczam je w zestawieniu. Kolejne to moja mała "chluba" - Urbi mnie tak wychwaliła za to foto, że w jeden dzień zrobiła +100 na instagramie. Młak!
6. Jakiś szał ostatnio zapanował i wszyscy chwalili się okularkami - żuczkami z Biedronki. Ja ten typ okularów lubię, ale wyjątkowo oparłam się pokusie pobiegnięcia na zakupy. Nie to, żebym miała jakiś przypływ silnej woli. Takie same okulary upolowałam w Pepco, za cenę tak samo śmiesznie niską jak te biedronkowe. Superowe są :).
7. Magisterka leży i kwiczy. Pomijam już fakt, że nie chce mi się tak, że gdyby było jakieś urządzenie do mierzenia poziomu "niechcemisiestwa", to bym pewnie przekroczyła dostępną skalę i urządzenie by padło. Pomijam, że napisane mam w sumie dwa słowa ("praca magisterka"). Pomijam, że mój przegląd literatury zatrzymał się na poziomie porozmawiania z kolegą, który ma podobny temat (i też jeszcze nic nie zrobił :P). Ale to co wyszło mi ostatnio zaskoczyło nawet mnie. Obliczenia mające na celu ustalenie powierzchni właściwej moich kłaczków wykazały, że...w sumie to wszystko jest nicością, bo powierzchnia jest ujemna. Wg jednej metody. Wg drugiej wyszło jakieś tysiąc razy więcej i to na plusie. Jak żyć politechniko, jak żyć.
8. W święta za to odpoczywam i o magisterce staram się nie myśleć (nie to, żebym wcześniej jakoś mocno sobie tym zaprzątała głowę). Połowa wolnego czasu upłynęła mi jak na załączonym obrazku - Kindle w jednej recę, pies na drugim kolanie. 
9. Pies święta celebrował najbardziej z nas wszystkich. Czaiła się koło tego kawałka szynki z dziesięć minut (mój pies nie weźmie niczego ze stołu, o ile się jej nie pozwoli), stękała, dostawała ślinotoku i drgawek, a my w pogotowiu czekaliśmy z odpalonymi aparatami na telefonach. Pękła. Zły pies.
10. Dostałam ostatnio takie cuś. Żel rozjaśniający z L'Oreala, który jest nowością dopiero wchodzącą do sprzedaży (tak mi się przynajmniej wydaje). Kosmetyk ten nieco wyklarował moje odczucia włosowe, ponieważ od kilku tygodni nosiłam się z zamiarem jakiejś zmiany, ale sama jeszcze nie wiedziałam, co to ma być za zmiana. Myślałam o ścięciu, grzywce, przyciemnieniu. Na rozjaśnienie nie wpadłam, a błąd. Do tej pory dążyłam raczej do wzmocnienia kontrastu między moimi włosami, a cerą i oczami. Teraz zaczęłam się zastanawiać czy dobrze robię i postanowiłam zaryzykować. Uznałam, że żel będzie bezpieczniejszy niż zwykły rozjaśniacz czy farba i...
11. ...nałożyłam. Raz i drugi. I mam w końcu górę taką jak dół, przy czym teraz to góra się zrównała z dołem, a nie odwrotnie. Planuję jeszcze dołożyć jedną lub dwie porcje i spróbować zejść jeszcze o ton - dwa z jasnością. Recenzja pojawi się na pewno, bo produkt okazał się strzałem w dziesiątkę i małym objawieniem. 
12. Nawet święta nie powstrzymały mnie od odpalenie treningu z Shaunem. Przede mną ostatni tydzień fazy beta i trochę żałuję, bo polubiłam wszystkie treningi z tej fazy i najnormalniej w świecie żal mi się z nimi rozstawać :P. Mam nadzieję, że faza gamma zaskoczy równie pozytywnie!

Przede mną jeszcze trochę wolnego, zaraz na horyzoncie pojawi się majówka, potem igry, w planach mamy w niedługim czasie wycieczkę do Cieszyna (odżywki do włosów się pokończyły), także mam nadzieję, że nie ocknę się za chwilę patrząc na czerwcowe kartki w kalendarzu. Na dniach w Rossmannie i Naturze ruszają ogromne promocje, więc na pewno skuszę się na małe zakupy. A jak u Was prezentują się plany na najbliższy czas? Równie intensywnie?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 kwi 2014

Makijażowo - w otchłani błękitu tonę

Już od wczoraj na blogach królują pisanki, babki, pomysły na dekoracje i życzenia, jednak ja jestem jak zawsze przekorna i u mnie dla odmiany pojawi się makijaż. Również przekorny, bo tyle razy czytałam o tym, jak to podobno nie należy malować oczu cieniami o kolorze tęczówki, że jeszcze raz bym gdzieś zobaczyła taką informację i byłabym skłonna w nią uwierzyć. Ale póki co - uważam to za wierutne bzdury i z upodobaniem paćkam oczęta we wszystkie możliwe odcienie niebieskiego. Tak też zrobiłam i wczoraj. Makijaż był w zasadzie po to, żeby wypróbować kilka nowych kosmetyków i sprawdzić ich fotogeniczność, byłam też ciekawa jak przy mocnym makijażu oka będzie się prezentować pomadka Tutu z palety Ballet ze Sleeka, o której pisałam kilka dni temu. Kolor trudny, bo bardzo jasny, postanowiłam więc ją zestawić z czymś ciemniejszym i mocno wyrazistym. Padło na niebieskości.



Do tej szminki dalej nie mogę się przekonać, mimo, że pozornie nie wygląda to źle, niemniej czułam się wyjątkowo "trupio". Na twarzy mam nowy podkład Maybelline (Better Skin) i tu już będzie dłuższy romans, bo podkład w duecie z pędzlem Hakuro robi ze skórą bardzo fajne rzeczy, ale o tym napiszę Wam za parę dni. Do konturowania dla odmiany użyłam podkładu w kompakcie Kobo w odcieniu Suntanned. Na brwiach jak zwykle liner do brwi Vipera (trzeba zamówić nowy, bo się kończy!), na rzęsach znowu nowość - tusz L'Oreala, o nim też będzie osobna notka, ale już teraz mogę Wam napisać, że tak go polubiłam, że odstawiłam żółtą maskarę Lovely. Na oczy powędrowało kilka cieni - między innymi Wild Shadow Pot z Max Factora w odcieniu Sapphire Rage, niebieski cień z paletki Del Mar ze Sleeka, podwójne cienie Wibo (niestety numerek się starł). 

Jak widać niebieskie cienie wcale nie muszą gryźć się z niebieską tęczówką, ja w takiej kombinacji czuję się bardzo dobrze i w ogóle nie widzę, żeby mi taki makijaż gasił oczy. Wystarczy pamiętać, że niebieski niebieskiemu nie równy i każdemu będzie pasować coś innnego - granaty, błękity, odcienie turkusowe, do wyboru do koloru!:)

Kończąc te filozoficzne rozważania o kolorach, chciałabym Wam życzyć miło spędzonego czasu wolnego, smacznego jedzonka i pięknej pogody. Tak nietypowo :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 kwi 2014

O takim jednym co się pięknie mieni | rozświetlacz MUA

Ekspresem dzisiaj będzie, ekspresem. Postawiłam przed sobą trudne wyzwanie, jakim jest przeniesienie wyników z badań w laboratorium z zeszytu do excela, żeby nie musieć na to patrzeć przez święta, także zarzucę Wam tu tylko recenzją świetnego rozświetlacza i chyba odłączę sobie interet, żeby nie kusiło. 

Kosmetyki MUA znam dość dobrze - sama posiadam dwie palety cieni, kilka pojedynczych cieni, kilka linerów, bazę pod cienie, a swojego czasu miałam okazję zmacać praktycznie cały asortyment, ponieważ podczas promocji -50% moja koleżanka wykupiła chyba połowę magazynu ;). Niedawno na blogu Edyty (klik) przeczytałam recenzję rozświetlacza MUA i od tamtej pory ciężko na niego zachorowałam. No i mam! Moje chorowanie uważam za w pełni usprawiedliwione, bo rozświetlacz Undress your skin to naprawdę cud, miód i orzeszki.

Zacznę od tego, że rozświetlacz wizualnie bardzo cieszy oko. Mimo, że opakowanie jest plastikowe i z serii tych "takie se", to wnętrze zachwyca. Tłoczenia są zwyczajnie ładne i sprawiają, że kosmetyk bardziej rzuca się w oczy. Odcień jest mocno nietypowy - niby to bardzo jasny beż, ale zostawia jednocześnie delikatną różową poświatę. Jest zdecydowanie chłodny i na pewno lepiej się w nim będą czuć osoby o chłodnym typie urody. Wykończenie to to, co podoba mi się najbardziej - pięknie błyszcząca tafla, chłodna, subtelnie połyskująca różem. Nie znajdziemy tu wielkich drobin, nawet tych mniejszych ciężko się dopatrzeć. Na twarzy wygląda dość błyszcząco lub delikatnie - w zależności od tego ile go zaaplikujemy na skórę. Ja wolę wersję minimalistyczną, lekko rozświetlone kości policzkowe to jest to co lubię. 


Sam kosmetyk jest dość miękki, ale jednocześnie niepylący. Łatwo nabrać go na pędzel i nie zrobić wokół siebie błyszczącej chmury. Z racji tego, że jest to produkt dość jasny i dość błyszczący, lepiej nakładać go na twarz oszczędnie, bo efekt mimo wszystko daje dość konkretny. Ja używam pędzla z miękkiego włosia i jedynie delikatnie omiatam szczyty kości policzkowych. Efekt można spokojnie stopniować, gdy uznamy, że tafla jest zbyt lekka. Trwałości nie mogę nic zarzucić - na skórze trzyma się spokojnie kilka godzin (różnie w zależności od tego jaki mam podkład). Współpracuje i z minerałami i z podkładami płynnymi. Czasem nabieram go małym pędzelkiem i wklepuję w wewnętrzny kącik oka, pod brew czy na łuk kupidyna i tu również sprawdza się świetnie. Nie spowodował u mnie żadnej niepożądanej reakcji skórnej. Wydajność zapewne mnie nie zawiedzie - mimo, że intensywnie miziam po powierzchni pędzlem, nie widzę zbytniego ubytku w tłoczeniach. Puder ma gramaturę 7,5 g i kosztuje około 16 złotych (do kupienia np. na cocolicie). 


Podsumowując - strzał w dziesiątkę, MUA po raz kolejny udowadnia, że mimo niskich cen, kosmetyki mają naprawdę niezłe. Do moich top trzy na pewno należą paletki, baza pod cienie (moja ulubiona!) i powyższy rozświetlacz, który szturmem wbił się w ranking. 

Znacie kosmetyki marki MUA? Może możecie coś polecić?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 kwi 2014

O szminkowej kompozycji prawie idealnej

Na baletnicę się nie nadaję kompletnie, pomijając już rozmiary odwłoka, który bardziej by się nadawał do brazylijskiej samby aniżeli do do pląsów w obcisłych białych rajstopach, gracji w ruchach u mnie tyle co nic. Jednak kiedy Sleek wypuścił serię paletek do ust to właśnie Ballet najbardziej zwróciła moją uwagę. Traf chciał, że chwilę po premierze trafiła do mnie Havana. Piękna, mocna, zdecydowana. Na jakiś czas o Ballet udało mi się zapomnieć, ale nie przestałam chcieć. Chciejstwo zostało zaspokojone, a ja dzisiaj mogę Wam napisać, czy paletka warta jest zainteresowania.


Kolorystyką na pewno zachwycone będę wielbicielki delikatnych odcieni. W Ballet znajdziemy cztery szminki, różniące się między sobą nie tylko kolorami, ale i właściwościami. Ja co prawda lepiej czuję się w mocno podkreślonych ustach, z racji tego, że kontury moich warg są bardzo nieregularne i rozmyte, a ciemna szminka świetnie maskuje tego typu niedoskonałości. Mimo to, z paletki Ballet jestem bardzo zadowolona, choć nie jest to zestawienie bez wad. Najsłabszym ogniwem jest odcień Tutu - jasny, beżowy z brzoskwiniowymi nutami, o mało szminkowej konsystencji. Najbardziej miękki, masełkowaty ze wszystkich odcieni, przez co ciężki do równomiernego rozprowadzenia. Pędzelkiem jest to praktycznie niemożliwe, dużo prościej jest wklepać szminkę w usta, a pędzlem poprawić sam kontur. Może i odcień jest warty takiego zachodu, ale na pewno nie dla mnie. Nie ta karnacja, nie te usta ;). Przy mojej cerze ten kolor wygląda po prostu źle, ale nie płaczę, bo i właściwości tej szminki są nieszczególne. Kolejny odcień to kolor stworzony dla mnie! Plie to kolor praktycznie dokładnie w odcieniu moich ust, jedynie odrobinę ciemniejszy. Świetnie się w nim czuję i bardzo często po niego sięgam, zarówno do mocniejszych jak i delikatnych makijaży oka. Dawno nie spotkałam się z kolorem tak naturalnym i tak dobrze wyglądającym na moich ustach. Właściwości też są o niebo lepsze - to taka typowa szminkowa konsystencja. Kremową, dobrze napigmentowaną szminkę łatwo nałożyć na usta pędzelkiem, wygodnie jest podkreślić kontur warg. Trwałość również na plus - wytrzymuje kilka godzin (oczywiście o ile nie jemy), nie rozmazuje się i zjada się bardzo równomiernie. Kolejny odcień kolorystycznie mi się podoba - to taki mocno brzoskwiniowy nudziak. Ciemniejszy niż Tutu i dokładnie odwrotny jeśli chodzi o właściwości. Swan Lake jest najbardziej suchy z całej czwórki, przez co dość ciężko nabiera się go na pędzelek, ale z pędzelka na usta już nie ma tragedii. Czasem mogą się pojawiać prześwity, ale wtedy dobrze wklepać szminkę pędzelkiem zamiast nakładać ją ruchem posuwistym. Trwałość dobra, szminka się na ustach trzyma dość długo, przy czym z racji swojej suchej konsystencji może nieco przesuszyć usta. Pirouette to jeden z ładniejszy odcieni różowego w mojej kosmetyczce. Dość jasny i raczej chłodny, ale nie "dodowaty" w najmniejszym stopniu. Konsystencja i właściwości niemal identyczne jak w przypadku Plie - szminka jest kremowa, mocno napigmentowana, równo pokrywa usta, nie rozmazuje się. Trwałości również nie można się przyczepić. Uwielbiam nosić ten odcień na co dzień, do bardzo skromnego makijażu oka, świetnie się też prezentuje w towarzystwie mocniejszej kreski. Uwielbiam! 
Poniżej możecie zobaczyć jak poszczególne odcienie prezentują się na ustach:


Na zdjęciu bardzo dobrze widać różnice w konsystencji poszczególnych odcieni. Wszystkie są bezdrobinkowe, kremowe, jednak Tutu jako jedyny zostawia błyszczące wykończenie, z kolei Swan Lake jest z całej czwórki najbardziej suchym, matowym egzemplarzem. Gdybym mogła wybrać ulubiony odcień z tych wszystkich, nie mogłabym się zdecydować. Zarówno Plie jak i Pirouette to szminki, które bardzo mocno polubiłam, noszę je ostatnio praktycznie na zmianę. Chętnie wyrzuciłabym Tutu i zastąpiła go ciepłym odcieniem różu. Do Swan Lake mam stosunek obojętny, nie mogę powiedzieć, że go nie lubię, ale nie porwał mnie tak jak wspomniane Plie i Pirouette. 
Dzisiaj, z racji porażającego lenia, który mnie dopadł znienacka, ograniczyłam makijaż oka do beżowego cienia i tuszu do rzęs, a usta pomalowałam szminką Pirouette. A, że miałam po powrocie do domu trochę czasu, chwyciłam za aparat (w końcu do mnie wrócił!) i się nieco pobawiłam :). 


Podsumowując - paletkę polubiłam bardzo, gdyby nie słaby odcień Tutu byłaby naprawdę idealna. To świetna kompozycja, bardzo naturalne kolory, dla kogoś kto lubi delikatny efekt ta paletka będzie perfekcyjna. Ja jestem na tak, paletkę eksploatuję intensywnie i pewnie prędko nie przestanę. Znalazłam w końcu cukierkowy jasny róż, który nie wygląda na mnie barbiowato, więc za to paletka ma kolejnego plusa. Cena początkowo wydawała mi się nieco wysoka (około 36 złotych), jednak biorąc pod uwagę, że w paletce mamy aż cztery odcienie (z czego tylko jeden średnio znośny) to cena już tak nie przeraża. Swoją paletkę dostałam od cocolity (link do paletki). 

Ps. Zauważyłam, że w poście porażająco często używałam słowa "szminka". Z góry przepraszam, dopiero teraz mi się przypomniało o ładnym synonimie "pomadka" :P.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 kwi 2014

Gumowy cudak - o przydatnym cosiu

Nie jestem kosmetyczną gadżeciarą, niespecjalnie ciągnie mnie do szczoteczek do mycia twarzy, stojaków do suszenia pędzli czy samomyjących rękawic. Czasem jednak trafia do mnie, mniej lub bardziej przypadkowo, coś, co choć z pozoru nie pożądane przeze mnie, staje się niesamowicie przydatnym "cosiem". Miałam tak z beauty blenderem, bez którego teraz nie wyobrażam sobie nakładania ciężkich, treściwych podkładów. Dawno już nie trafiłam na gadżet, który jakoś specjalnie by mnie zachwycił, poraził swoją funkcjonalnością i ułatwił moje kosmetyczne rytuały. Zmieniło się to jakiś czas temu. Na tego gumowego cudaka trafiłam kilka miesięcy temu, gdy razem z Eweską organizowałam mikołajkowe spotkanie. Na spotkaniu Ewes miała dla nas kilka prezentów od znajomej prowadzącej sklep internetowy. Czego w tych paczkach nie było! Rzęsy, kępki, pęsety i cała masa innych różności. W tym kawałek gumy z wypustkami i "chwytakiem", nad którym musiałam chwilę pomyśleć, żeby w ogóle dojść do tego, do czego toto służy. 

Od tamtej pory jesteśmy nierozłączni, a ja dorobiłam się drugiej sztuki. Dalej co prawda nie wiem ani jak się to nazywa ani jaki właściwie był cel wyjściowy, ale okazało się, że jest to bardzo pomocne gumowe coś. Jedna sztuka służy mi do mycia twarzy przy użyciu żelu. Dzięki delikatnym wypustkom uzyskujemy lekkie działanie peelingująco - masujące, skóra jest dokładniej oczyszczona. To dobre rozwiązanie dla osób, które mają wrażliwą skórę i przepadają za peelingami z ostrymi, ścierającymi drobinkami. Ponadto świetnie sprawdza się przy zmywaniu maseczek, które zastygają na skórze. Zawsze się męczyłam ze spłukiwaniem glinek, a przy pomocy tego cosia bardzo łatwo można pozbyć się maseczki z twarzy. Drugi egzemplarz to świetny czyścik do pędzli. Pędzle moczę, nakładam na nie odrobinę mydła i pocieram o powierzchnię czyścika. Takie rozwiązanie idealnie się sprawdza przy pędzlach upapranych podkładem. 

Same czyściki (no proszę - i udało mi się znaleźć jakieś określenie :P) są wygodne w użyciu, łatwo je chwycić w dłoń i zaczepić palcami. Odkąd trafiły na moją łazienkową półkę (na początku grudnia) nic się z nimi nie dzieje. Nie pękają, wypustki masujące nie odpadają. Czyszczenie ich jest również banalnie proste - ja je po prostu co jakiś czas wyparzam. 

Podsumowując - niby takie nic, a okazało się bardzo funkcjonalne i przydatne. Nie pamiętam ceny tego cosia, ale były to jakieś groszowe sprawy. Gdzie szukać? Allegro, ebay, wszelkie sklepy internetowe oferujące azjatyckie dziwności. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 kwi 2014

Makijażowo - Del Mar volume 1

To, że za paletkami Sleeka przepadam, wiedzą chyba wszyscy, którzy czytają mojego bloga. Paletek mam sporo, moja kolekcja ciągle się rozrasta, ale z reguły przygarniam tylko te sztuki, które od razu krzyczą do mnie "kup mnie, jestem taaaaka piękna!". Tym sposobem pominęłam np. popularną nie tak dawno paletę Garden of Eden. Choć ładna i przyjemna, mnie nie zachwyciła na tyle mocno, żeby poświęcić jej miejsce we wciąż kurczącej się szufladzie. Myślałam, że podobnie będzie z paletką Del Mar - na zdjęciach promocyjnych nie tylko nie zawołała do mnie, ale i nawet, zaryzykuję określenie, wydała mi się zwyczajnie brzydka. Pierwsze zdjęcia znalezione na blogach nie powalały, makijaże zresztą podobnie, podejrzewałam cienie o mocno średnią pigmentację i kredowość. Wydawało mi się, że paletka jakościowo będzie podobna do sleekowej Brights, a paletki tej nie cierpię i pluję sobie w brodę za każdym razem jak wpadnę na idiotyczny pomysł, żeby jej użyć. Jednak im dalej od premiery, tym częściej o niej myślałam. Dawno nie zaopatrywałam się w żadną nową paletę, a koniec końców - opinie o tej paletce były tak skrajne, jak to tylko możliwe. Od kompletnych pojazdów po jej jakości, po zachwyty. Jako, że jestem istotą bardzo ciekawską, Del Mar ciągle tkwiła mi w głowie. Z pomocą przyszła mi niezawodna cocolita i dzisiaj mogę już Wam napisać, do której grupy ja się zaliczam - do wielbicielek czy może do zagorzałych przeciwników. Z góry uprzedzam, że będzie to post długi, bo będzie to i recenzja paletki i sporo zdjęć, swatche, makijaż (na dodatek krok po kroku), więc proponuję udać się po herbatkę i rozsiąść się wygodnie.


Próbowałam, naprawdę próbowałam uchwycić na zdjęciach to co widzę, gdy patrzę na tę paletę. Jednak dawno nie spotkałam się z kosmetykiem tak ciężkim do uwiecznienia na zdjęciach. Cienie, kolory - na zdjęciach wyglądają po prostu tak sobie, nijako, podczas gdy na żywo paletka jest prześliczna. Pastelowa, kolorowa, bardzo wiosenna. Kolorystyka jest świetnie skomponowana - cienie nadadzą się zarówno do lekkiego, "mgiełkowego" kolorowego makijażu, jak i do mocnego, żywego czy nawet do zwykłego, neutralnego dzienniaka. No i w końcu w palecie zabrakło czerni! Najbardziej obawiałam się pigmentacji cieni - Sleek nie słynie zbytnio z dobrze napigmentowanych jasnych matów. Na szczęście okazało się, że cienie nie są kredowo suche jak w palecie Brights, są miękkie, nie sypią się, podczas swatchowania na dłoni nie robiły prześwitów. Oczywiście są tu cienie lepsze i gorsze. Najprościej będzie mi je opisać po kolei.


Lounge Lovers - niby taki banalny cień, ale tak ładny, że gdy nosiłam go na powiekach solo lub w towarzystwie czarnej kreski i wyglądał bardzo efektownie. Odcień beżowo - złotawy, połyskujący. Sam cień miękki, dobrze napigmentowany, bardzo przyjemny w blendowaniu. 
Poolside - matowy niebieski, średnio napigmentowany. Na swatchu wygląda tak se, jednak na oku zachowuje się dużo lepiej. Przy blendowaniu lubi blaknąć, więc dla lepszego nasycenia lepiej nakładać go ruchem wklepującym. 
Sunset Strip - dość energetyczny odcień pomarańczy. Myślałam, że to cień matowy, jednak zdecydowanie wypada jak satyna, czy to na ręce czy na oku. Dość dobrze napigmentowany, miękki, dobrze się go blenduje.
Ambience - jeden z gorszych cieni w tej palecie. Matowy, ciemny fiolet z domieszką szarości. Pigmentacja średnia, bez bazy ani rusz, a podczas rozcierania lubi znikać.
Chilled Out - prawie, że biel, ale jednak nie do końca. Również ni to satyna, ni to mat. Jak na tak jasny cień pigmentację ma dobrą. Fajny do rozjaśniania wewnętrznego kącika oka czy pod brew. 
Blue Marine - czyli po prostu przyjemny morski odcień, dość ciemny, bardzo dobrze napigmentowany. Jest dość miękki, więc dobrze jest strzepać pędzel z nadmiaru cienia, w przeciwnym przypadku może się osypać. Podobny odcień jest bodajże w palecie Darks. Lubię go używam nad linię górnych rzęs czy do przyciemnienia zewnętrznego kącika w bardziej neutralnym makijażu.
Opening Party - kolejny piękny cień (czego niestety kompletnie nie widać na zdjęciu). Fiolet, mocno połyskujący, wpadający w niebieski, bardzo "wróżkowy" odcień. Pigmentacja wydaje się średnia, jednak na oku cień jest mocno widoczny, mimo, że dość jasny. Świetnie wygląda połączony z Feel Euphoric - efekt jest nieco cukierkowy, ale naprawdę ładny.
On the Rock - kolejna satyna, tym razem koralowa. Mocno pigmentacja, przyjemna konsystencja i rozcieranie. Jeszcze nie znalazłam na niego pomysłu, ale spróbuję go połączyć kiedyś z szarością, żeby go nieco stonować. 
Talamanca - matowy (choć znów - to nie ten sam rodzaj matów co we wspomnianej Brights) odcień jasnego brązu. Pigmentacja średnia, ale cień dość prosty w obsłudze - syntetycznym pędzelkiem można uzyskać większe nasycenie koloru. Lubię go łączyć z Lounge Lovers i bielą - dzięki temu uzyskuję idealny, lekki makijaż na dzień.
Feel Euphoric - jasny odcień ciepłego różu, lekko połyskujący. Pigmentacja dobra, rozcieranie podobne jak w Lounge Lovers - cień się praktycznie sam blenduje. Bardzo polubiłam ten cień, przeprosiłam się z różem na moich powiekach.
Balearic Beat - limonkowy odcień zieleni. Bardzo dobrze napigmentowany, bardzo nasycony. Na swatchach wpada w żółć, w rzeczywistości jest odrobinę bardziej zielony. Nie robi prześwitów podczas rozcierania. Super wygląda na dolnej powiece, połączony z niebieskim i morskim. 
Paradise - kolejna perełka, czyli jeden z ładniejszych odcieni fioletu jakie posiadam. Matowy, dość ciężki w obsłudze (ale warto się trochę postarać) lawendowy odcień. Mocno nasycony, świetnie wygląda na powiekach. Lubi blaknąć podczas rozcierania, więc również sprawdzi się tutaj wklepywanie i pędzel z włosia syntetycznego.

Skorzystałam dzisiaj z tego, że nie musiałam doglądać w laboratorium moich kłaczków i przygotowałam makijaż krok po kroku z użyciem tej paletki. Do makijażu starałam się wykorzystać jak najwięcej cieni z palety, które dokładnie może zobaczyć poniżej:


Makijaż wyszedł bardzo kolorowy, jednak jeśli nie lubicie aż takich szaleństw na powiekach, możecie go bardzo łatwo zmodyfikować. Wystarczy, że zamienicie kolorową górną/dolną powiekę na któryś z neutralnych odcieni (Lounge Lovers, Chilled Out, Talamanca - razem czy osobno), zostawiając kolor na dolnej/górnej i makijaż od razu zrobi się "lżejszy". Ja akurat lubię poszaleć i łączyć ze sobą miks wielu kolorów, więc w stepie zobaczycie wersję "wypasioną" ;).


1. Na powieki nakładam bazę (u mnie MUA).
2. Cieniem Chilled Out rozjaśniam obszar pod brwiami.


3. Cieniem Feel Euphoric podkreślam górną, ruchomą powiekę, nie wychodząc zbytnio nad załamanie.
4. Zewnętrzną część górnej powieki pokrywam cieniem Paradise łącząc go delikatnie z różem.


5. Górną granicę cieni rozcieram puchatym pędzelkiem (tutaj mój ulubiony Ecotools) przy użyciu cienia Opening Party.
6. Zewnętrzny kącik przyciemniam cieniem Ambience (cieniując go w odwróconą literę V).


7. Zewnętrzną część dolnej powieki podkreślam morskim cieniem Blue Marine. 
8. Wewnętrzną część pokrywam cieniem Balearic Beat, a na granicę zieleni i morskiego nakładam odrobinę niebieskiego cienia Poolside. 


9. Cienie na dolnej powiece delikatnie rozcieram błyszczącym Lounge Lovers. 
10. Rzęsy podkręcam zalotką (u mnie Essence). 


11. Na rzęsy nakładam jedną warstwę tuszu (u mnie maskara Lovely). Rzęsy podkreślam delikatnie, tak aby jedynie je przyciemnić, nie chcę "zasłonić" wachlarzem ciemnych rzęs kolorowej powieki.
12. I gotowe!

Zdjęcia makijażu przy całej twarzy również mam, aczkolwiek proszę o wyrozumiałość, bo chwilowo pracuję na aparacie Osobistego, z którym to nie mogę się dogadać (z aparatem, nie Osobistym).


Nie jest to na pewno ostatni makijaż z użyciem tej paletki, który pojawi się na blogu, jednak chciałabym ją w tym poście - gigancie nieco podsumować. 
A więc (ach Joanno, nie zaczyna się zdania od "a więc" - jak mawiała moja nauczycielka w podstawówce) - paletka przypadła mi do gustu mocno. Maluję się nią już tydzień i praktycznie co dziennie udało mi się nią wyczarować coś fajnego. Podejrzewam, że jeszcze nie jeden i nie dwa makijaże przed nami ;). Nie dajcie zwieść się zdjęciom - te bardzo krzywdzą paletkę i odbierają jej dużo uroku, który można dostrzec na żywo. Nie sądzę, że paletka zrzuci z piedestału moje sleekowe top 3, jednak cieszę się, że ją mam i tej wiosny na pewno będzie królować na moich powiekach. 
Paletkę możecie kupić w sklepie cocolita (konkretnie TUTAJ), płacąc za nią 37,49 zł.

Czy jest na sali ktoś, kto dobrnął do końca posta?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 kwi 2014

Wybielający duet Lirene - żegnajcie przebarwienia

Gdy dostałam jakiś czas temu pakę pełną kosmetyków Lirene, moją uwagę od razu przyciągnęły dwa produkty, oba z nowej serii Wybielanie. Jestem dużą zwolenniczką wszelkich kosmetyków, których właściwości mają ujednolić odcień skóry, zredukować przebarwienia czy rozjaśnić cerę. Nie zmagam się co prawda z jakimś ogromnym problemem w tej kwestii, jednak moja skóra jest bardzo jasna i wszelkie, nawet drobne przebarwienia są na niej widoczne. Dodatkowo mam sporą tendencję do powstawania plamek od nawet najmniejszego kontaktu ze słońcem, więc chętnie sięgam po kosmetyki, które z tymi problemami mają walczyć. Lirene proponuje nam dwa produkty stworzone w tym celu - tonik 3w1 oraz drugi, również wielofunkcyjny kosmetyk łączący w sobie właściwości żelu myjącego, peelingu i maski.


Po kilku tygodniach stosowania zauważam już pewne zmiany na skórze, choć nie jest to efekt porównywalny np. do działania kwasów. Przede wszystkim zauważyłam zmianę na brodzie, gdzie miałam kilka plam "popryszczowych". Ponadto ogólnie odnotowałam rozświetlenie cery - może nie jest to wybielenie, ale skóra wygląda lepiej, ma równiejszy odcień, przebarwienia będące pozostałością po wypryskach stały się zdecydowanie mniej widoczne. Duet nie ruszył w żadnym stopniu moich piegów, ale nawet na to nie liczyłam - skoro kwasy sobie poradziły, to trudno, żeby dużo łagodniejszy kosmetyk je zniwelował. Poza tym lubię piegi, więc nie jest mi jakoś szczególnie żal ;). Oba kosmetyki mają przyjemne zapachy, takie dość orzeźwiające, dlatego bardzo przyjemnie stosowało mi się je rano. Żel/peeling/maskę stosowałam po prostu do mycia twarzy, nie mam pojęcia jak rozgraniczyć jego działania jako peelingu i żelu, dla mnie sposób użycia jest dokładnie taki sam. Czasem, gdy miałam więcej czasu zostawiałam kosmetyk na dłuższą chwilę na twarzy (maska), po czym masując skórę spłukiwałam (znów - peeling/żel). 


Żel ma świetną konsystencję - jest wystarczająco kremowy, ale jednocześnie zawiera dobrze ścierające, drobne drobinki. Bardzo podoba mi się to, co ten kosmetyk zrobił z moimi porami - mam wrażenie, że są naprawdę porządnie oczyszczone, nieco zwężone. Efekt jest na tyle mocny, że ja widzę go gołym okiem. Odkąd stosuję ten żel rzadziej sięgam po korund, który w dalszym ciągu jest dla mnie peelingiem numer jeden, jednak na chwilę obecną spokojnie mogę zmniejszyć częstotliwość jego stosowania. Po użyciu żelu skóra jest oczyszczona, nie jest podrażniona czy zaczerwieniona, jest sporo gładsza. Łatwo można go spłukać letnią wodą, znam peelingi, które trzeba spłukiwać długie minuty, tutaj sprawa jest dużo prostsza. Na opakowaniu znajduje się informacja, że żelu należy używać regularnie 2 - 3 razy w tygodniu, jednak ja sięgam po niego z reguły codziennie, góra co dwa dni i nie odnotowałam żadnego negatywnego wpływu na moją skórę. Żel nie przesuszył, nie podrażnił. Myślę, że dla osób, które lubią myć skórę kosmetykami ścierającymi będzie to dobry żel nawet na co dzień, w przypadku osób, które nie lubią bardzo mocnych peelingów - ten spokojnie nada się do stosowania raz czy dwa w tygodniu. Jego wydajność jest świetna - niewielka ilość starcza na twarz i szyję, pojemność jest całkiem spora (75 ml), obecnie zużyłam może połowę, więc liczę, że żel wystarczy mi na kolejne kilka tygodni. 


Z tonikiem sprawa wygląda podobnie - jestem z niego zadowolona. Ciężko mi ocenić działanie tych kosmetyków z osobna, ponieważ stosuję je w duecie. O ile po użyciu żelu dość łatwo było zauważyć efekt, jak choćby wygładzenie i oczyszczenie, tak przy toniku zaczynają się schody. Skład ma dość ciekawy, bo na drugim miejscu znajdziemy kwas migdałowy, nieco dalej pantenol, więc pod tym względem można uznać, że obietnica wyrównania kolorytu, oczyszczenia itd. to nie pic na wodę. Dla mnie jest to dobre uzupełnienie żelu/peelingu. Tonik "uspokaja" skórę, nie zostawia lepkiej warstwy, nie szczypie w oczy. Jego działanie jest bardzo odświeżające. O ile stosowanie kwasów przy np. katarze i podrażnionej skórze wokół nosa to była katorga, tak tonik jest w działaniu bardzo delikatny. Po przemyciu nim twarzy przez kilka sekund czuć delikatnie mrowienie na skórze. Mnie to uczucie nie przeszkadzało, wręcz wydawało się całkiem przyjemne, ale jest to oczywiście kwestia indywidualna, wiem, że są osoby, które za tym nie przepadają. Pojemność to 200 ml, tutaj na wydajność też nie mogę narzekać. 

Oba kosmetyki mają przyjemne wizualnie opakowania - prosty design, kolory (jak na blogu ;)), trafiają w moją estetykę. Tubka z żelem ma precyzyjny otwór, przez który łatwo dozować produkt, a zamknięcie butelki toniku jest dość solidne i nie stwarza ryzyka zalania kosmetyczki podczas przenoszenia go. Za tonik musimy zapłacić około 18 zł, za żel około 17 zł. 

Podsumowując - bardzo udany duet, przy mojej skórze sprawdził się na piątkę z plusem. Na pewno będę kontynuować stosowanie tego zestawu, choć planuję zmniejszyć częstość sięgania po żel na rzecz czegoś jeszcze delikatniejszego. 



Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...