WoleProstoHeader

31 mar 2014

Lakierowo - Punk Rock!

Mimo, że na moich paznokciach goszczą ostatnio bardzo spokojne, jasne kolory, to kiedy dostałam od Rimmela lakier z serii Salon Pro w odcieniu Punk Rock, który to lakier już dawno chciałam wypróbować, na chwilę zrezygnowałam z mięty, brzoskwini i jasnego różu, a na paznokcie nałożyłam kolor ciemny, bardziej mroczny i...trudny do zdefiniowania. Bo jego kolor po prostu ciężko opisać, Idalia miała rację pisząc, że ten kolor jest bardzo niejednowymiarowy. W niektórych momentach wygląda jak granat, w innych widać w nim więcej fioletu, a to wszystko jeszcze dodatkowo pomieszane jest delikatnie z szarością. 


Sam lakier jest bardzo przyjemny w obsłudze, pędzelek jest szeroki, a lakier ma odpowiednią konsystencję. Krycie jest wzorowe, jedna warstwa już daje dobry efekt, ja dołożyłam drugą tylko dla lekkiego "wyrównania". Nie wiem jak z wysychaniem, ponieważ użyłam wysuszacza (SH, Insta Dri). Trwałość przyjemnie mnie zaskoczyła, lakier zmyłam po bodajże 5 dniach i miałam jedynie delikatnie starte końcówki. Ogólnie sam produkt zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, na tyle, że mam ochotę sięgnąć po inne odcienie. 


Miałam wstawić dzisiaj kolejny post z serii "Tydzień w zdjęciach", ale naprawdę niewiele się w tym tygodniu działo i telefonem zrobiłam może z pięć zdjęć, więc nawet specjalnie nie mam w czym wybierać :P. Za tydzień postaram się rozszerzyć posta :)). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
30 mar 2014

Makijażowo - wiosna vol. 2

Pogoda nastraja optymistycznie, więc siłą rzeczy zaczęłam poszukiwać wokół siebie kolorów. Mam za oknem całą masę żółtych i różowych kwiatów - kicham od nich jak głupia, bo pylą jak wściekłe, ale i tak z radością wypisaną na kichającym obliczu, otwieram szeroko okna i cieszę się tymi wszechobecnymi kolorami. Dzisiaj skorzystałam z wolnego popołudnia i przeniosłam na powieki to, co widzę za oknami. Do tego dołożyłam równie wiosenny wianek i na chwilę przeistoczyłam się w Panią Wiosnę :).

Na twarzy mam:
krem CC Estee Lauder
kamuflaż Catrice
puder Prime and Fine z Catrice
bronzer Lily Lolo (South Beach)
Na brwiach:
liner do brwi z Vipery (03)
Na oczach:
baza MUA
cienie z palety Sleeka "Brights"
tusz Lovely 
Usta:
błyszczyk Joko (seria Marrakech Dream)
Na włosach:
opaska - wianek Glitter



Zostawiam Was z tym kolorowym akcentem na koniec przyjemnego jakże weekendu i pędzę zasiąść w ogródku piwnym na gliwickim rynku plotkując z koleżanką i łapiąc ostatnie promyki słońca.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

27 mar 2014

In love with ginger, czyli o świetnej szmince słów kilka

Uwielbiam pisać o kosmetykach fajnych. Dobrych, ciekawych, takich, które podbiły moje kosmetyczne serce. A gdy trafię na jakąś nowość, która niemal od razu przypada mi do gustu - radość jest podwójna. Dopiero co pisałam Wam o pudrze Catrice, który był właśnie takim przyjemnym zaskoczeniem, a dziś mam dla Was kolejną mini - recenzję kosmetyku, który do mojej kosmetyczki trafił zaledwie tydzień temu, ale od tamtej pory praktycznie nie znika z moich ust. A no właśnie - ust. Bo to o szmince będzie mowa, a konkretnie o szmince Rimmela, a jeszcze konkretniej o Moisture Renew w odcieniu pięknym, a konkretnie czerwonym, a jeszcze konkretniej o numerze 660 "In love with ginger".

Szminka trafiła do mnie w przesyłce z kilkoma nowościami Rimmela i od razu zwróciła moją uwagę. Opakowaniem, nazwą, no i oczywiście - pięknym odcieniem. Z tego co widziałam na instagramie, sporo osób już się nią zaczęło zachwycać, bez względu na otrzymany kolor. Ja nie będę wyjątkiem - szminka mnie kupiła od początku do końca. Kolor mnie nie przeraził, choć jest to czerwień dość mocna i dość jaskrawa. Na ustach jest zdecydowanie widoczna, ale ja dobrze czuję się w mocnych kolorach. Spodobał mi się również zapach, szminka pachnie jakby kremowo, mi ten zapach kojarzy się z kremem Nivea. Właściwości szminki są naprawdę przyjemne. Jest ona bardzo masełkowata, gładko sunie po ustach, dając uczucie lekkiego nawilżenia. Mimo to jest mocno napigmentowana, nie robi prześwitów, dokładnie pokrywa usta kolorem. Nie zastyga tak do końca, to śliskie wykończenia nadal jest wyczuwalne na ustach, dzięki czemu nie czuję takiego typowego dla niektórych szminek ściągnięcia. Zjadać zjada się bardzo powoli, nawet pijąc, jedząc wytrzymała mi na ustach kilka godzin bez nieestetycznego rozmazania się wokół ust. Po jakimś czasie znika ta masełkowata powłoka, ale kolor nadal trwa na ustach, tyle, że już bez tego mocnego połysku. Coś jak tint, tyle, że bez wysuszania i wżerania się barwnikiem głęboko w wargi. Bałam się, że przy tej dobrej trwałości będzie problem ze zmyciem (zwłaszcza, że czasami zmywam np. same usta, a resztę makijażu zostawiam; wtedy ciężkie do zmycia szminki powodują, że kolor jest wymieciony poza usta, a podkład w tych okolicach jest do poprawki), ale tutaj też przeżyłam miłe zaskoczenie - micel Garniera i jeden wacik sprawnie się ze szminką rozprawiły, nie rozbabrując jej po całej twarzy. Zdjęcia naustne oczywiście mam, jedno na zbliżeniu i jedno przy całej twarzy. Zdjęcia bez szału, ale robione na szybko przed wyjściem na uczelnię, więc nie rozkładam całego sprzętu. Także macie focie z rąsi :D. 


Na zdjęciach widać ten przyjemny połysk jaki daje szminka, mimo, że pomalowałam się nią dobrą godzinę zanim zrobiłam zdjęcia. Dość dobrze uchwycony jest też kolor. To po prostu jasna, dość intensywna czerwień, na moje oko zdecydowanie ciepła, lekko koralowa czy pomidorowa. U dziewczyn na instagramie widziałam też ładny róż i coś jakby fuksję i obu kolorów jestem ogromnie ciekawa, bo szminkę polubiłam na tyle, że chętnie zaopatrzę się w inne wersje kolorystyczne. 

Jak Wam się podoba? Jesteście "In love with ginger"?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 mar 2014

Prime&Fine czyli o nowości Catrice słów kilka

Skończył mi się ostatnio bardzo przeze mnie lubiany puder Glazela, którego to pudru używałam do wykańczania makijażu. Mimo, że mało jest podkładów, które na mojej skórze się świecą czy wymagają zmatowienia, nie wyobrażam sobie, aby podczas makijażu twarzy pominąć etap sypkiego/prasowanego pudru. Jest to dla mnie etap utrwalania makijażu, "łączenia" ze sobą wszystkich kosmetyków. Najchętniej sięgam po pudry transparentne, rzadko kiedy zdarza mi się używać innych. Czy będzie to forma sypka czy prasowana to już tylko moje chwilowe widzimisię, nie robi mi to specjalnie różnicy. Obecnie przestawiłam się podkład i korektor mineralny, więc szukałam produktu, który będzie dobrze współpracował również z tego typu kosmetykami (tak, minerały też zawsze na koniec delikatnie omiatam pudrem). Wymyśliłam sobie, że lepsza będzie tym razem forma prasowana i właśnie za taką zaczęłam się rozglądać. Puder, który kupiłam to właściwie czysto przypadkowy zakup, bo początkowo w ogóle o nim nie myślałam, ale w drogerii sięgnęłam po niego kierowana impulsem, tak zupełnie spontanicznie.


Puder Prime and Fine to nowość, która niedawno pojawiła się w szafach Catrice. Występuje w jednym odcieniu (transparentnym) i wg obietnic producenta ma ma matowić skórę i być wodoodpornym. Nie wiem w sumie czym mnie skusił, po prostu przeglądałam nowości i stwierdziłam, że może wypróbuję. I nie żałuję, puder okazał się fantastyczny i mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł wycofania go po pół roku. Co mnie tak urzekło? Dość by było powiedzieć, że wszystko, ale pewnie nic Wam to nie powie, więc postaram się być bardziej precyzyjna.

Puder zamknięty jest w zgrabnym, płaskim opakowaniu z lusterkiem. Żadnych udziwnień, prosty desing. Opakowanie zamyka się na zatrzask, samo się nie otwiera, więc bez obawy można je wrzucić do torebki. Na tyle znajdziemy wszelkie informacje, włączając w to skład, gramaturę czy czas zdatności do użycia. A co w środku? Przyjemnie jasne wnętrze, gładka faktura. Puder okazuje się być niepylący, bardzo łatwo nabrać go na pędzel, mimo, że podczas przejechania po powierzchni palcem, sprawia raczej wrażenie twardego. Jest dość miałki, nie jest kredowy suchy. Na skórze nie zostawia koloru, może minimalnie rozjaśnia (ale naprawdę minimalnie). Czy matuje? Tak, ale na szczęście nie jest to płaski mat, wykończenie określiłabym jako matowo - satynowe. 


To, co najbardziej mi się w nim podoba, to to, że świetnie "łączy" ze sobą kosmetyki, które już były na twarzy. Ujednolica, scala, nie wiem jak to określić. Mimo, że sam jest niewidoczny na skórze, to sprawia, że cera wygląda lepiej - jest gładsza, w jakiś magiczny sposób odbija światło tam gdzie trzeba. Stosowałam ten puder i z płynnymi podkładami i z minerałami i zawsze sprawdzał się tak samo dobrze. Jeśli chodzi o przedłużanie trwałości makijażu - robi to co musi, tzn. makijaż w ciągu dnia nie wymaga poprawek. Ciężko mi ocenić jego wodoodporność, bo nie wpadłam na to, żeby polać się wodą w pełnym makijażu na twarzy, a makijaż zmywam micelem i żelami, ale zauważyłam jedną dziwną rzecz - po pacnięciu kropelki wody na powierzchnię pudru, nie rozlewa się ona i nie wsiąka w puder, tylko można nią sobie "pływać" po powierzchni dalej w formie kropli. Więc może coś w tym jednak jest :). Zawsze nieco obawiam się matujących pudrów, bo moja sucha cera reaguje na nie różnie, ale na szczęście nie odnotowałam żadnego przesuszenia czy podrażnienia.


Podsumowując - polubiłam go bardzo, mimo, że używam dość krótko. Pomyślałam za to, że warto skrobnąć o nim parę słów z racji tego, że jest to nowość i nie każdy pewnie jeszcze o nim słyszał. Z tego co pamiętam, kosztuje około 20 złotych, czyli nie jest specjalnie drogi, zwłaszcza w stosunku do jakości. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 mar 2014

Tydzień w zdjęciach

Znowu mam trochę opóźniony zapłon, ale ponownie zostałam pokonana przez ten cholerny deszcz i niesprzyjającą aurę, do tego dalej walczę z magisterką i jak wracam z laboratorium (w dalszym ciągu śmierdzącego i to coraz gorzej :P) to nic mi się nie chce. Wczoraj miał być makijaż, ale zwyczajnie poległam - wystarczyło na chwilę wsunąć się pod kocyk z Kindlem w ręce i już w zasadzie było pozamiatane. Ale obiecuję, że nadrobię :).


1. Książka, która towarzyszyła mi w zeszłym tygodniu to nowa pozycja od Helen Fielding, czyli po prostu nowa część przygód szalonej Bridget Jones. Pierwsze dwie części wciągam w kilka godzin cyklicznie co jakiś czas, więc nie mogłam sobie odmówić przyjemności przeczytania nowej części. Ale czy taka to znowuż była przyjemność? Autorka ta sama, styl całkiem podobny, czytało się przyjemnie, jednak te dwie pierwsze części wyraźnie górują nad nową. Bridget nagle ma ponad 50 lat, dzieci, ale dalej jęczy i stęka o miłość. Przeczytać można dla rozluźnienia umysłu, ale cycki nie opadają z wrażenia.
2. Zakup tygodnia to zdecydowanie pilot do aparatu, czyli wkraczamy na nowy poziom fotograficznych autoportretów (pot. samojebek). Już go zdążyłam raz wypróbować i niesamowite jest, ile ten mały kawałek plastiku oszczędza czasu. 
3. Żeby nie było, że ja się w ogóle nie uśmiecham :D. Czasem się uśmiecham, choć zdecydowanie wolę siebie w pochmurnym wydaniu.
4. Wiosna, wiosna wszędzie. Nawet pod najgorzej pachnącym wydziałem Politechniki. I jakie ładne magnolie mamy. 
5. Zorientowałam się wczoraj, że mimo, że ta wiosna wszędzie itd., ja dalej mam na tapecie telefonu jakiś śniegowy bokeh :P. Poszperałam w zakamarkach grafiki google i teraz na ekranie kwitnie mi lawenda. Jakaś taka ładna jest. 
6. W sobotę pogoda jeszcze dopisywała, więc wybraliśmy się z Osobistym na spacer. Jakieś pół godziny drogi autem mamy miejscowość Rudy i przepiękny przyklasztorny park, idealnie nadający się na sobotnie spacerowanie. W zeszłym roku pojechaliśmy tam latem i to był najszybszy spacer w naszym życiu bo napadła nas chmara komarów i musieliśmy uciekać, więc trzeba korzystać teraz, póki te krwiopijne bestie jeszcze się nie obudziły.
7. W zeszłym tygodniu zaskoczyła mnie też paczka od Rimmela. W końcu mam ten wypasiony, pomarańczowy kubek :D. I kilka nowości czysto kosmetycznych oczywiście. Czerwona pomadka, która już mnie do siebie przekonała, tusz z ogromną (OGROMNĄ) szczoteczką, przyjemny liner, cienie i lakier, który chciałam mieć od dawna (Funk Rock). 
8. Udało mi się skończyć pierwszy poziom (alfa) treningu Focus T25. Dziś zaczęłam fazę beta i jestem bardzo ciekawa czym tym razem zaskoczy mnie Shaun T. To zdecydowanie mój ulubiony trener i trening, mimo, że czasem dosłownie musiałam wycierać podłogę z potu. Dorobiłam się też nowych butów, poprzednie doszczętnie zajechałam i po dłuższym czasie w nich myślałam, że zaraz mi się popękają wszystkie kości w stopach. Te zapowiadają się zdecydowanie lepiej, nogi same skaczą, buty mają dużo lepszą amortyzację i komfort ćwiczeń naprawdę urósł. 
9. W końcu zebrałam się w sobie i obejrzałam "Funny Girl". Podchodziłam do tego musicalu jak do jeża, ale te 2,5 godziny upłynęły mi migiem, a film uważam za absolutnie genialny i na pewno będę do niego wracać. Zdecydowanie warty obejrzenia, postać Fanny to moja nowa idolka, muzyka piękna, makijaże (:D) również, ląduje w moich top 10. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 mar 2014

Makijażowo - witaj wiosno!

Wiosna, ach wiosna. Mimo, że tęskniłam do zimy, wyczekiwałam śniegu i ogólnie złorzeczyłam na klimat za taką lipną zimową - niezimową pogodę, tak teraz zdecydowanie cieszę się z wiosny. A ta daje o sobie znać z każdej strony. Pod moim oknem zakwitł jakiś wściekle żółty krzaczek, pod wydziałem kwitną magnolie, trawka się zieleni, słońce grzeje, no żyć, nie umierać (byle nie padało). Zachęcona pogodą, wolnym dniem i jakimś dziwnym przyrostem sił witalnych, złapałam za pędzle i zmalowałam kolorowy makijaż. Ot tak, na powitanie wiosny. 

Na twarzy mam same kosmetyki mineralne:
Podkład Annabelle Minerals (Golden Fairest)
Korektor Annabelle Minerals (Medium)
Bronzer Lily Lolo (South Beach)
Rozświetlacz BareFaced Beauty (Jasmin)
Na brwiach:
Vipera mineralny liner do brwi (03)
Na oczach:
Baza MUA
Cienie Sleek (paleta Brights i Monaco)
Cienie MUA (Heaven&Earth)
Liner Rimmel (Scandal Eyes)
Tusz Lovely (żółty)
Na ustach:
Błyszczyk Vipera Splash (18)




Tym kolorowym akcentem życzę miłego weekendu :). Jutrzejszy makijaż (mam takowy w planach) będzie zgoła inny - mroczny, ciemny i inspirowany ostatnio widzianym filmem.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 mar 2014

e-makeupownia po raz ósmy

Nowy numer magazynu e-makeupownia już jest dostępny! Zapraszamy do obejrzenia bardzo wiosennych i bardzo kolorowych makijaży. Oprócz tego kilka makijaży ślubnych, trendy na wiosnę 2014, dużo inspiracji i kilka makijaży gościnnych. Mój udział tym razem nieduży, bo tylko dwa makijaże udało mi się zrobić ze względu na grafik. Ślub w klimacie retro i przedwiośnie to dwa tematy, którymi się zaopiekowałam, poniżej możecie zobaczyć co mi z tego wyszło :). Długo dumałam jak ugryźć oba te makijaże, bo początkowo na żaden nie miałam konkretnego pomysłu. Ślubny retro look kojarzył mi się bardzo naturalnie, w odcieniach brązów, beży, kremowych koronek, do tego herbaciana róża we włosach. Mocno podkreśliłam oczy, usta również zaznaczyłam dość wyrazistym kolorem. Chciałam aby zdjęcia również oddawały klimat, więc zrobione są w nieco innym stylu niż zazwyczaj. Przy przedwiośniu było nieco łatwiej, bo to temat, który od samego początku kojarzył mi się z połączeniem wiosennych kwiatów i śniegu. Miało być kolorowo, oko miało przypominać płatek dopiero co zakwitłego kwiatu, a to wszystko otoczył delikatnie osypany śnieżny brokat. Co z tego wyszło? Zobaczcie same:


Więcej zdjęć znajdziecie oczywiście w magazynie, który znajdziecie TUTAJ. A ja przy okazji chciałam pokazać Wam jeszcze okładkę najnowszego numeru, a na niej makijaż autorstwa naszej zdolnej Emilki:


Pogoda nas dzisiaj rozpieszcza, przynajmniej na śląsku, mam nadzieję, że i do Was dotarło to grzejące słoneczko :). Miłego weekendu!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 mar 2014

Pomarańczowo - miodowe otulenie

Uwielbiam pięknie pachnące kosmetyki do kąpieli i pod prysznic. Wersje zapachowe, po które sięgam, z reguły są ściśle związane z porą roku, pogodą czy moim nastrojem. Zimą lubię wszelkie jedzeniowe zapachy, wiosną kwiatowe, a latem mocno orzeźwiające, owocowe czy miętowe. Jednak trafiłam ostatnio na zapach, który świetnie wpasowuje się we wszystkie moje potrzeby i po który na dobrą sprawę chętnie sięgałabym przez cały rok. Wycisnęłam z niego parę dni temu ostatnie krople i od razu poleciałam po kolejną butelkę.


Miodowy Nektar do mycia ciała z Lirene znalazłam w ostatniej paczce od Pań Erisek. Nektary były dwa - wspomniany miodowy i migdałowy. Migdałowa wersja poleciała do mojej cioci, ja za to z dużą chęcią dobrałam się do tej pięknie pachnącej miodem i pomarańczami. Po opisie spodziewałam się raczej miodowego zapachu (który lubię raczej umiarkowanie), ale okazało się, że kompozycja zapachowa jest dużo bardziej udana. Ja wyczuwam głównie pomarańcze, jakąś śmietankową nutę i jedynie odrobinę miodu. Jak dla mnie bomba. Zapach jest dość intensywny, po kąpieli długo jeszcze czuć go w łazience, ale na skórze pozostaje jedynie chwilę. Szkoda, bo z jednej strony nie pogniewałabym się, gdyby jednak skóra pachniała nim dłużej, ale może i dobrze, bo nie gryzie się z zapachem balsamu czy perfum. A jak pozostałe właściwości?


Przede wszystkim żel jest bardzo kremowy, dość gęsty. Pieni się przyzwoicie, a piana jest równie kremowa jak sam żel. Oczywiście jeśli do tego produktu użyjemy dodatkowo myjki, to i wydajność się zwiększa i piany będzie więcej. Nie lubię produktów myjących, które wysuszają skórę i powodują natychmiastową potrzebę użycia balsamu. Tutaj ten problem nie występuje. Może żel nie jest wybitnie nawilżający, ale jednocześnie nie wysusza. Balsam po użyciu jest wskazany, ale nie niezbędny. Wydajność zależy od sposobu użytkowania, przy myjce czy gąbce jest dużo większa. Ciężko ocenić czy skończył się szybko, ponieważ upodobała go sobie cała moja rodzina. Teraz chyba będę musiała go chować :). 
Pojemność jest duża, bo butla ma aż 400 ml i kosztuje niewiele jak na taką pojemność, bo około 13 złotych.
Podsumowując - wspaniały zapach, przyjemne działanie, brak wysuszania skóry, do tego duża butelka i mała cena. Ja jestem na tak :).


Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 mar 2014

Tydzień w zdjęciach

Tydzień upłynął jakoś niespodziewanie szybko, ocknęłam się dziś rano z dziwnym poczuciem, że to już nie weekend i rzeczywiście ;/. Tydzień przesiedziałam w laboratorium, co powoli zaczyna mnie już męczyć i nudzić, za to weekend nadgonił i dostarczył wrażeń.


1. W sobotę udało mi się poznać na żywo sporą część ekipy z e-makeupowni. Z dalekich stron przyjechały do Katowic Kasia, Martyna, Karolina i Ania. Przez chwilę była z nami również nasza Pani Naczelna Eweska :). Było bardzo sympatycznie, te kilka godzin minęło mi jak z bicza trzasnął. 
2. Pogoda nam co prawda nie dopisała, w przeciągu godziny padał deszcz, grad, śnieg, a w międzyczasie bardzo nieśmiało przebijało się słońce. Dzisiaj nie jest lepiej, czyli ja się nadaję tylko do spania i chyba zaraz ten pomysł uskutecznię.
3. Ja i Ania z bloga Okiem i kredką malowanego :) Nie wiem na co ja się wtedy patrzyłam :P.
4. A tu z kolei przeciwna strona stolika - Kasia z tylkokasia bloguje i Martynka z Moja pasja, moje życie.
5. I małe katowickie zakupy. W Galerii katowickiej wyrósł mi przed oczami salon Golden Rose, a że już od dawna miałam ochotę na piękny złoto - różowy brokat z serii Galaxy, musiałam wstąpić. Do kompletu wzięłam jeszcze Jolly Jewels, który też już długo mi się plątał po głowie. 
6. W temacie zakupów pozostając (monotematyczny trochę ten fotomix) - potrzebowałam jakiejś maseczki do twarzy, bo moja skóra ostatnio szaleje. Zdecydowałam się na nieznaną mi firmę - Himalaya Herbals, zaraz kładę ją na twarz i wskakuję pod kocyk. Skończył mi się też puder do torebki, zależało mi na takim, którym będę mogła w razie potrzeby utrwalić minerałki, więc wybrałam nowość od Catrice - wodoodporny puder Prime and Fine. 
7. Jak nie kupuję kosmetyków i nie prowadzę akurat życia towarzyskiego, to oglądam serial. Niedawno zaczęłam "Spartakusa" i wsiąknęłam na całego. Zaraziłam tym serialem również Osobistego, który jakimś magicznym sposobem wyprzedził mnie i złośliwie podsyła mi wiadomości ze spoilerami. 
8. Jakiś czas temu pisałam Wam, że sprawiłam sobie komplet minerałów Annabelle Minerals, który to zestaw zawierał podkład, korektor i róż. Do pełni szczęścia brakowało mi jedynie bronzera, ale dzięki Karolinie i ten już mam. Co prawda nie AM, a Lily Lolo, ale po pierwszych testach jestem bardzo zadowolona z efektu. Planuję posta o mineralnym makijażu, więc na pewno pokażę jak cały komplet tych kosmetyków wygląda na twarzy.

Przede mną podobno trzy dni z lipną pogodą, więc moja aktywność życiowa pewnie nie będzie zbyt powalająca, ale postaram się tutaj wpaść z kilkoma recenzjami, zwłaszcza, że do mojego grona "ulubieńców" dołączyło ostatnio sporo kosmetyków. 

Pozdrawiam i życzę miłego (słonecznego!) tygodnia,
Panna Joanna
16 mar 2014

Lakierowo - 101 dalmatyńczyków i brzoskwinka

Witam w ten paskudny, deszczowy wieczór. Dzisiaj miałam w planach post serialowy, zdążyłam go nawet zapowiedzieć tydzień temu, ale czuję tak okropnie pozbawiona jakiejkolwiek weny, że no nie da rady ;). Jak już mam się rozpisywać, to wolę to zrobić dobrze i w jakiś ciekawy sposób, a po przespaniu całego dnia na pewno by ten post taki nie był. Ale przybywam z tematem zastępczym, ponownie lakierowym. Ostatnio znowu dostałam małego joba na punkcie lakierów do paznokci, co chwilę coś mi wpada w oko. Skusiłam się na kilka sztuk w ostatnich dniach, więc mam co pokazywać. Na dzisiaj przygotowałam zdjęcia manicure, który noszę już na paznokciach kilka dni i moje z niego zadowolenie w ogóle nie maleje. Niby proste, niby nic skomplikowanego, ale naprawdę dawno mi się nie podobało tak żadne połączenie. Wpadłam parę dni temu do Hebe, ciekawa czy pojawiły się już nowości Essence i Catrice (pojawiły się, a i owszem). Pokukałam co i jak, trochę się podenerwowałam, że w Hebe jest tylko jedna szafa Essence i w końcu przytuliłam dwa lakiery - jeden Colour&Go i jednego toppera. Lakier to dla odmiany coś jasnego i pastelowego, w sklepie wydawało mi się, że to taki typowy odcień baby pink, ale w normalnym świetle wyszło, że to jednak bardzo jasna brzoskwinka, choć na moje oko i tak niepozbawiona różowych tonów. Kolorek to Candy Love, nazwa urocza jak sam odcień. Topper to coś, co mnie porwało od razu - połączenie białych i czarnych kropek zatopionych w przezroczystej bazie z delikatnym srebrnym shimmerem. Nazwa dopełniła całości - na buteleczce jak byk stoi 101 dalmatons, a na odwrocie znajduje się nazwa Black Dress and White Tie. No cudaśnie po prostu. Od razu widziałam te dwa lakiery w duecie i trafiłam idealnie. 

Lakier Colou&Go to średniaczek, jeśli chodzi o przyjemność obsługi - potrzebowałam trzech cienkich warstw, by całkowicie pokryć paznokcie (choć pewnie dwie grubsze by dały radę, ale ja wolę kłaść cienkie warstwy). Konsystencja jest przedziwna, bo lakier jest jakby...lekko piankowy? No po prostu dziwny, nie sposób tego opisać. Sytuację ratuje wygodny szeroki pędzelek, fakt, że lakier nie bąbluje i nie rozlewa się na skórki. Topper to zupełnie inna bajka - zwykły pędzelek nabiera idealną porcję lakieru (o konsystencji jak najbardziej lakierowej), potrzebną do subtelnego usiania paznokci kropkami w dwóch kolorach. Kropki rozkładają się równomiernie co mnie bardzo cieszy. Początkowo chciałam tym dalmatyńczykowym topperem potraktować wszystkie paznokcie, ale postawiłam na lżejszy efekt i ostateczne topper wylądował na kciuki i palcu serdecznym.


Efekt jest naprawdę przyjemny, topper wygląda uroczo i pozwala zaoszczędzić sporo czasu, który musiałybyśmy przeznaczyć na ręczne robienie kropek. Jak dla mnie bomba. Na całość położyłam oczywiście wysuszacz Insta Dri, więc o wysychaniu ani trwałości się nie wypowiem.

Jak podoba się Wam takie połączenie? 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 mar 2014

Z serii "tanie i dobre" - błyszczykowa eksplozja owocowa

Leżały w szufladzie i leżały i jakoś specjalnie mnie do nich nie ciągnęło. Ale ostatnio znów chce mi się mocniej  malować oczy, przez co usta z reguły schodzą na dalszy plan. Mój ulubiony nudziakowy błyszczyk z Essence wyzionął ducha, więc szukałam czegoś lekkiego "do torebki". Z szuflady odkopałam dwa błyszczyki Virtual - Juicy Explosion i szybko się z nimi polubiłam.
Posiadam dwa kolory - Hot Kiss, czyli bezdrobinkowy landrynkowy róż i Rich Watermelon, posiadający delikatne drobinki odcień różu zmieszanego z brzoskwinią. Oba zamknięte w ładnym i kompletnie niepraktycznym opakowaniu :). 


Oba mają bardzo podobne właściwości, różnią się jedynie kolorem. Konsystencja jest taka, jaką lubię - raczej gęsta, nie lepiąca się jakoś straszliwie, ale i dobrze "przywierająca" do ust. Aplikator to zwykła, ciciata gąbeczka, taki typ również mi odpowiada. Oba kolory są zdecydowanie delikatne, bardziej transparentne aniżeli kryjące. Róż Hot Kiss jest bardziej widoczny na ustach, ale również nie jest to szalona żarówa. Usta po użyciu tych błyszczyków są po prostu ładnie błyszczące, pokryte taką typową błyszczykową taflą, delikatnie zabarwione. Ot, takie przyjemnie pachnące mazidło na dzień. A pachną naprawdę fajnie - ni to owocowo, ni to cukierkowo. Coś jak owocowa guma do żucia. Moje usta ostatnio borykają się z problemem przesuszenia i pękania (podobnie zresztą jak cała moja skóra ;/), a "ubrane" w te błyszczyki wyglądają po prostu zdrowo - są gładsze i nieco bardziej miękkie. Właściwości nawilżające tych mazideł nie są może na poziomie Carmexu, ale też nie zauważyłam pogorszenia stanu ust. Trwałość jest przeciętna - jeśli nie jemy i nie pijemy to trzymają się dobrze, natomiast przy spożywaniu czegokolwiek szybko znikają z ust. Przy czym to w końcu błyszczyk, a nie tint czy trwała szminka, więc generalnie - nie narzekam.


Od lewej: gołe usta, Rich Watermelon i Hot Kiss

Do minusów zaliczyłabym wspomniane już opakowanie, którego kształt uniemożliwia postawienie błyszczyka. Trochę też denerwuje mnie, że mało kosmetyku nabiera się na aplikator - przy czym to chyba nie wina aplikatora, a wąskiego otworu. Ja zazwyczaj muszę dwa - trzy razy zanurzać aplikator w opakowaniu, aby pokryć całe usta.
Podsumowując - przyjemne na co dzień, ładnie i naturalnie wyglądające na ustach, a do tego niedrogie (około 13 złotych). Pomijając te kilka wymienionych wcześniej niedogodności, całkiem fajne mazidła, które ostatnio często goszczą na moich ustach.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 mar 2014

Lakierowo - Paryska zieleń

Obiecałam, więc przybywam z prezentacją miętki. Miętka okazała się bardzo przyjemna w użyciu i bardzo fotogeniczna, więc zdjęć będzie sporo. Podczas sklejania zdjęć zorientowałam się, że lakiery marki Kinetics to tak naprawdę jakiś odłam Sense&Body, czyli firmy, której pędzle można znaleźć również w Hebe. 


Szukałam mięty i tylko po miętę sięgnęłam, ale już żałuję, bo to jeden z przyjemniejszych w obsłudze pasteli. Szeroki pędzelek sprawia, że maluje się bardzo wygodnie (uwielbiam szerokie pędzelki!), a konsystencja jest po prostu w sam raz - nie za rzadka, nie za gęsta. Na paznokcie nałożyłam dwie normalnej grubości warstwy i to w zupełności wystarczyło do pokrycia paznokci. Lakier sam w sobie ma spory połysk. Jest całkowicie kremowy - bez żadnych drobinek czy innych błyskotek. Nie wiem jak z wysychaniem, ponieważ ja zawsze używam wysuszacza i zawsze jest to Insta Dri z Sally Hansen. Trwałość to jak wiadomo rzecz względna - u mnie lakiery potrafią bez uszczerbku trwać nawet i tydzień. Jak będzie z tym - zobaczymy :).



Kolor jaki jest każdy widzi - dla mnie to taka pastelowa, akuratna mięta. Nie za dużo niebieskich tonów, ale też nie całkiem zieleń. Takiego koloru szukałam i cieszę się, że przypadkiem ten konkretny lakier dostrzegłam na półce w Hebe. Jak już wczoraj wspomniałam - normalnie lakiery Kinetics kosztują około 15 złotych, a aktualnie są w promocji (z kartą Hebe) i kosztują koło 10 zł. Ja się chyba wybiorę do Hebe (przypadkiem oczywiście) jeszcze raz, bo widziałam taką śliczną rozbieloną lawendę :D. 

Jak Wam się podoba Paryska zieleń? Czy tylko ja czując wiosnę przerzuciłam się na różniaste pastele?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 mar 2014

Tydzień w zdjęciach

Znowu późno, ale lepiej późno niż wcale :). Tygodniowe migawki tym razem dość biedne, bo i nie było zbyt wielu okazji do cykania zdjęć. Tydzień upłynął bardzo monotonnie, kolejny zapowiada się nieco ciekawiej, głównie z powodu sobotniego spotkania, ale o nim napiszę więcej za jakiś czas. Tymczasem:


1. Dzień kobiet był, to i kwiatek się znalazł. Koledzy z grupy zaskoczyli w tym roku i obdarowali swoje wspaniałe koleżanki :D. 
2. Robiłam makijaże, głównie do e-makeupowni, ale ten jeden akurat trafił do kosza, bo ja i aparat coś nie mogliśmy się dogadać. Żeby się tak całkiem nie zmarnował - wrzucam tutaj.
3. Robiąc ostatnio wiosenne porządki w szufladzie z lakierami, zorientowałam się, że jakimś cudem nie mam żadnego miętowego lakieru. A że mięta wiosną i latem to mój ulubiony (zaraz obok koralowego) kolor, musiałam uzupełnić ten rażący brak. Wpadłam jak burza do Hebe, pojopiłam się chwilę na Essiaka "Just what I mint", ale szybko wybiłam go sobie z głowy (trzy dyszki za jeden lakier do paznokci to nie jest moja ulubiona cena :P). Chwyciłam za to równie ładnego miętusa nieznanej mi firmy Kinetics (połowa ceny Essiaka) i poleciałam do kasy, gdzie okazało się, że lakier jest w promocji i tym sposobem "Paris Green" trafił mi się za dyszkę. 
4. Wiosennie na paznokciach, to i wiosennie na talerzu. Ostatnio połowę posiłków zamieniam na zieleninę. Tu ulubiona wariacja z fetą i suszonymi pomidorami.
5. Wiosnę czuć na całego. Niebo niebieskie jak się patrzy, tutaj akurat uchwycone w oczekiwaniu na autobus.
6. A prognozy prezentują się cudnie. Samo słoneczko jak siedzę na uczelni i deszcz w weekend, życie takie piękne.
7. "Kupię sobie coś kolorowego, wiosna idzie" i Asi definicja koloru ;]. W kwestii ubrań jestem nudna jak flaki z olejem, uwielbiam czerń, biel i szarość. Zdecydowanie wolę kolor w formie dodatków :D. Tylko teraz, skoro kupiłam znowu szaro bure ciuszki, pozostaje mi poszukać tych kolorowych dodatków.
8. Książka tygodnia to znów pozycja Moniki Szwai, tym razem nieco starszy "Romans na receptę". Mało co mnie tak odmóżdża i relaksuje :).
9. Piesio ostatnio coś nie wtryniał się do zdjęć, ale tak słodko spała, że musiałam ją uwiecznić :D. Szkoda, że przez zdjęcie nie słychać jak chrapała. 

Wracam do "Spartakusa", a Was zapraszam na jutrzejszą prezentację nowego miętusa na paznokciach :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna 
9 mar 2014

SeriaLOVE

Niedziela, jakże leniwy dzień tygodnia - czy tylko ja mam tak, że dzień ciągnie się niemiłosiernie do momentu, kiedy postanawiam zrobić coś produktywnego? Potem, z niejasnych powodów, czas zaczyna pędzić jak szalony, robi się wieczór, a ja zaczynam stękać, że już jutro znowu trzeba iść na uczelnię, a chcieć się nie chce. Dlatego nie chcę się dzisiaj wyrywać z żadnym konkretnym zajęciem, niech sobie ta niedziela powoli trwa, a ja tak ot, dla czystej rozrywki, napiszę sobie leniwego posta. O serialach już kiedyś pisałam, wtedy przedstawiłam Wam swoje ulubione sitcomy. Dzisiaj zmienimy nieco kierunek - na tapetę wezmę seriale bardzo przeze mnie lubiane, ale zdecydowanie nie sitcomowe. 

Na miejscu pierwszym serial, który znajduje się w moim top 3 wszech czasów. Zaczęłam go oglądać z Osobistym, kiedy produkcja serialu już się skończyła, więc mogliśmy sobie dowolnie dawkować odcinki. I całe szczęście, bo gdybym musiała czekać choćby tydzień między poszczególnymi epizodami, to najprawdopodobniej bym oszalała, zdobyła numery telefonów członków ekipy i nękała ich prośbami o jak najszybsze opowiedzenie mi co się będzie potem działo. Długo nie rozumiałam fenomenu tego serialu i długo mu się opierałam. W końcu z braku laku odpaliliśmy z Osobistym pierwszy odcinek i...nic. Nie obiecywałam sobie wiele, bo pierwsze trzy odcinki zwyczajnie mi się nudziły, obawiałam się, że w ogóle się nie wciągnę. Jednak twardo oglądaliśmy dalej i nawet nie zorientowałam się, że nie mogę się od tego serialu oderwać. Breaking Bad wciąga powoli, ostrożnie. Początkowo postacie irytują, wydają się przerysowane - ciapowaty nauczyciel, "joł - jołowaty" były uczeń, prawdziwa amerykańska żona, prawdziwy amerykański glina. To wszystko wtopione w pustynny krajobraz, który swoją "suchością" aż zieje z ekranu. Nie chcę pisać o zbyt wielu szczegółach, bo być może jest tu ktoś, kto serialu jeszcze nie widział. Zaczyna się niepozornie - średnio zamożne małżeństwo z dorastającym synem, kolejne dziecko w drodze. Mąż, chemik z wykształcenia, ciągnący dwa etaty. Spada na niego groźna diagnoza - rak. Brak odpowiednich środków na leczenie, brak nadziei sprawiają, że zdesperowany by zapewnić byt swojej rodzinie, sięga po rozwiązanie drastyczne. Poznajemy jego przyszłego wspólnika Pinkmana (uwielbiam!). Razem będą gotować. Ale mowa tu nie o wspólnej restauracji czy testowaniu nowych smaków. Walter, chemik, zabierze się za produkcję metaamfetaminy. Czystej, niebieskiej, szybko podbijającej miejscowy rynek. Jak ta ciapa odnajdzie się w, bądź co bądź, przestępczym, nierzadko brutalnym światku? Jak poradzi sobie ze swoim szwagrem, agentem wydziału zajmującego się narkotykami? To akurat warto zobaczyć na własne oczy. Na mnie ogromne wrażenie zrobiła przemiana głównego bohatera. Początkowo tylko wizualna. Ale potem, wraz ze zmianą zewnętrzną, Walter ewoluował. Przywdziewając kapelusz i stając się Heinsenbergiem, szybko pozbawi nas wspomnień o tej zagubionej życiowo sierocie stającej na skraju życia i śmierci. Serial wciąga i robi to z dużą intensywnością. Moja początkowa niechęć przemieniła się w uzależnienie. Musiałam dowiedzieć się co stanie się za chwilę, nierzadko podczas oglądania odcinków "chodziłam" po całym łóżku, łapałam się za głowę i szeroko rozwierałam oczy w szczerym zdumieniu. Wczoraj moja przygoda z tym serialem dobiegła końca, bo dobrnęliśmy do ostatniego odcinka. Żałuję bardzo, bo na pewno nieprędko znajdę godnego zastępcę Breaking Bad. Jeśli jeszcze nie widziałyście - koniecznie nadróbcie. 

Kolejny serial to kolejny hit ostatnich lat. Do Gry o tron również podchodziłam ostrożnie, ponieważ zdecydowanie nie należę do fanów fantastyki. Smoki, duchy i inne podejrzanie nierzeczywiste stwory? Nie, to nie dla mnie. Ja wolę scenerie osadzone w świecie obrzydliwie współczesnym, najlepiej nowojorskim ;). Jednak w pewnym momencie wszyscy wkoło dyskutowali, rzucali w siebie spoilerami i zawsze na pytanie "o czym rozmawiacie?" odpowiadali z potężnym zdumieniem "to nie oglądasz Gron o tron?". Ano, nie oglądałam. Ale przyszła sesja na uczelni, a ja jestem człowiekiem, który musi mieć wtedy jakieś alternatywne zajęcie, tak aby móc uspokoić swoje przeuczone sumienie (nie mogłam się uczyć, serial się przecież sam nie obejrzy). I tak pewnego dnia niechętnie zorientowałam się, że naprawdę, ale to naprawdę nie mam już czego oglądać i odpaliłam pierwszy odcinek. Poszło szybko - gdy zaczęłam oglądać akurat leciał w tv trzeci sezon (mniej więcej połowa), a ja po jakimś tygodniu miałam już nadrobione wszystkie odcinki i czekałam na nowe. Nie było to łatwe, bo odcinki są długie (około godziny), a jak już wspomniałam, serial zaczęłam oglądać w samym środku średnio przyjemnej sesji. Jednak kierując się zasadą "sen jest dla słabych", udało mi się nadrobić losy mieszkańców Westeros. A losy te były naprawdę wciągające. Kilka rodzin, kilka rodów, jeden żelazny tron, a to wszystko doprawione odrobiną magii, sporą dawką intryg - i tych czysto politycznych, i tych międzyludzkich. Przeplatające się historie, walka o władzę, krwawe i erotyczne sceny. To wszystko pięknie pokazane - zmienne krajobrazy, nadchodząca zima, pokryte śniegiem góry i gorąca stolica. Postacie są tu tylko i wyłącznie wyraziste. Królewskie małżeństwo - król Robert i jego sukowata (żadne inne określenie nie oddałoby mocy jej, no właśnie, sukowatości) żona, ich przepełniony brutalnością syn. Ten ostatni w pewnym momencie sprawiać będzie, że siedząc przed ekranem życzyć będziemy mu rychłej i bolesnej śmierci, najchętniej w towarzystwie paskudnej mamuśki. Z drugiej strony Starkowie - mężni, waleczni. Jeszcze kawałek dalej jasnowłose rodzeństwo i moja ulubiona postać - Daenerys. Wojna, bitwy, trudne relacje, to wszystko sprawia, że serial ogląda się jednym tchem. Odcinki, choć długie, nie męczą, a godzina mija jak szalona. Przyznam szczerze, że najpierw zabrałam się za serial, a dopiero potem za książkę (skądinąd, również rewelacyjną) i absolutnie tego nie żałuję. Serial jest na tyle dobry, że szkoda by mi było zrezygnować z tego elementu zaskoczenia, który co chwilę pojawia się, gdy oglądam serial. Po przeczytaniu książki z pewnością nie spadłabym z krzesła przy przedostatnim odcinku, niewiedza w tym przypadku była jak najbardziej wskazana. Czekam z ogromną niecierpliwością na nowy sezon, który pojawić się powinien już w przyszłym miesiącu. Na pewno będzie się działo!

Seriale tym razem tylko dwa, z bardzo prostego powodu - oba nie doczekały się w moim prywatnym rankingu wystarczająco godnego towarzystwa, które mogłabym z nimi zestawić. Następny odcinek serialowej serii już za tydzień - dla odmiany będzie bardziej...lekarsko :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna 
6 mar 2014

Pielęgnacyjnie - płyn micelarny Garniera w natarciu

Czy jest na sali ktoś, kto nigdy nie używał płynu micelarnego? Ja bez tego kosmetyku nie wyobrażam sobie demakijażu - płyn micelarny to zawsze pierwszy krok w oczyszczaniu twarzy/oczu z makijażu, rzadko kiedy zamieniam go na mleczko czy dwufazówkę. Mam kilka swoich sprawdzonych typów, w szufladzie piętrzy się solidny arsenał - kilka sztuk płynu Be Beauty, kilka płynów Lirene. Ten spory zapas absolutnie nie zniechęca mnie do poszukiwania kolejnych nowości. Jedną z ostatnich zdobyczy jest płyn micelarny Garniera, który ostatnimi czasy robi na blogach furorę.


Nie mogłam sobie odmówić przyjemności przetestowania tego płynu, zwłaszcza, że dużo osób porównuje go do słynnej Biodermy. W Rossmannie płyn micelarny Garniera często jest w promocji, ostatnio widziałam go za niecałe 15 złotych, co przy sporej pojemności (400 ml) nie jest obciążającą inwestycją. Płyn określany jest przez producenta jako kosmetyk wielofunkcyjny - ma usuwać makijaż, oczyszczać i koić skórę. Przeznaczony jest do skóry twarzy, a także do oczu i ust. Podoba mi się w nim to, że w przeciwieństwie do wszystkich innych używanych przeze mnie płynów micelarnych, ten jest całkowicie bezzapachowy. Ma też bardzo krótki i nieskomplikowany skład.


Ten krótki skład, brak zapachu sprawiły, że byłam święcie przekonana, że jest to produkt w jakimś sensie niesamowicie delikatny, a co za tym idzie - średnio skuteczny. Pomyliłam się jedynie co do tego drugiego - przy całej swojej delikatności, płyn jest bardzo skuteczny. Mimo, że podczas demakijażu niejednokrotnie mam wrażenie, że przemywam twarz wacikiem zwilżonym wodą (brak zapachu, brak szczypania w oczy, brak "mrowienia" podczas zmywania), to efekt za każdym razem mnie zaskakuje. Bez zbędnego tarcia, wciskania sobie wacików w oczodoły, makijaż znika jak za dotknięciem magicznej różdżki. U mnie nie powoduje najmniejszego szczypania w oczy. Zmywa praktycznie wszystko - tusz do rzęs, cienie na bazie, podkłady, szminki, linery. Nie używam wodoodpornych kosmetyków (wyjątek - liner do brwi, który jest odporny na wodę - z nim płyn sobie radzi) więc nie wypowiem się jak płyn z Garniera sprawdza się przy np. wodoodpornej maskarze. Zrobiłam mały test, żeby nie był gołosłowną - poniżej zobaczycie płyn w akcji.


Pomazałam po ręce kilkoma dość trwałymi kosmetykami, odczekałam kilka minut, żeby dodatkowo zdążyły przeschnąć. Wybrałam te mazidła, które z reguły stanowią problem podczas demakijażu - trwała szminka, żelowa kredka, wodoodporny liner do brwi, tusz do rzęs i bronzer w kremie. Drugie zdjęcie od lewej to efekt po jednokrotnym przejechaniu po dłoni wacikiem zwilżonym płynem Garniera. Specjalnie złożyłam wacik na pół, aby dokładnie było widać granicę zmytych kosmetyków. Jak widać, płyn nie poradził sobie tylko z jednym kosmetykiem - żelową kredką skin79. Kolejne zdjęcie to kolejne przejechanie wacikiem - tutaj kredka już puściła. Zdjęcie pierwsze z lewej i pierwsze z prawej to oczywiście efekt przed i po :). Jak widać - ze zmywaniem płyn radzi sobie niemal całkowicie bezproblemowo. Kolejną jego zaletą jest to, że nie zostawia na skórze żadnego lepkiego filmu, jak również nie powoduje "zamglenia" oczu (na pewno znacie to uczucie, brrr...). 


Opakowanie jak widać na załączonych obrazkach - proste, plastikowe, lekkie, wizualnie nie przeładowane. Podoba mi się to, że butelka jest miękka, a zatyczka dość mocna. Wydajność na plus - z racji tego, że płyn radzi sobie ze zmywaniem makijażu po prostu dobrze, nie trzeba zużywać go do demakijażu jakiś zatrważających ilości. Mimo, że pozostałe posiadane przeze mnie micele lubię, to chwilowo mam zamiar zostać przy płynie Garniera na dłużej. Ma kilka cech, które sprawiają, że góruje nad pozostałymi znanymi mi płynami - jest niesamowicie delikatny, nie zostawia lepkiej skóry no i jest bezzapachowy. 

Nie będę pytać czy znacie, bo sama widziałam ile o tym płynie pojawiło się ostatnio na blogach ;). Ciekawi mnie natomiast czym wyróżniać się musi Wasz idealny płyn micelarny. Podzielcie się informacjami w komentarzach!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 mar 2014

Pielęgnacyjnie - korund, czyli o produkcie, który zdetronizował wszystkie peelingi

Uwielbiam wszystkie zdzieraki do twarzy (do ciała zresztą też). Swojego czasu na mojej łazienkowej półce stało około dziesięciu różnych peelingów (w tym nieodżałowany morelowy St. Ives), a ja bardzo ochoczo z nich korzystałam. Wiem, że wiele osób uważa peeling za kosmetyk, po który wystarczy sięgnąć dwa razy w miesiącu i szafa gra, jednak ja jestem zdecydowaną zwolenniczką częstego pozbywania się martwego naskórka, zwłaszcza, że mam wrażenie, że moja skóra produkuje go jakieś straszne ilości. Po peeling sięgam więc z reguły dwa razy w tygodniu. Do niedawno moim zdecydowanym ulubieńcem był wspomniany już morelowy peeling z St. Ives. Później został on wycofany, a ja długo nie mogłam znaleźć godnego następcy. Wiem, że Soraya produkuje podobno identyczny peeling, ale ja się jakoś nie do końca mogę do niego przekonać, cały czas jednak wydaje mi się, że pierwotna wersja była lepsza. Później bardzo polubiłam się z peelingiem Botani, jednak jego cena skutecznie zniechęciła mnie do ponownego zakupu. I tak sobie testowałam różne nowości, aż w końcu przypomniało mi się, że ktoś/gdzieś/kiedyś polecał korund. Że podobno takie to dobre, takie ostre, a skóra taka gładka. Okazało się, że na stronach z półproduktami korund kosztuje jakieś grosze, więc niewiele się zastanawiając kliknęłam na próbę dwa opakowania - jedno zostało ze mną, drugie poleciało do cioci.


Korund dotarł do mnie zapakowany w dość praktyczny plastikowy pojemnik z solidnym zamknięciem. Masa to plus minus 100 gram, które podejrzewam, że starczą mi na długie miesiące, ponieważ jest to produkt niesamowicie wydajny, o czym zresztą potem dokładniej napiszę. Korund zamówiłam na stronie mydlandia.pl, ale zdecydowanie nie polecam tego sklepu - sporo się nadenerwowałam przy tym zamówieniu, bardzo długo na nie czekałam, sklep nie odpowiadał na maile, ani nie odbierał telefonów, dopiero po kilku mailach ze stanowczą prośbą o zwrot pieniędzy dostałam łaskawą odpowiedź, że zamówienie już zostało wysłane. Mniejsza zresztą o to, po prostu uczulam, aby jednak korundu poszukać na innej stronie z półproduktami.
A poszukać warto. Początkowo nie wiedziałam "jak to się je", ale szybko przekonałam się, że ten niepozorny proszek deklasuje wszystkie peelingi, z jakimi miałam styczność. Nawet ten cudowny morelowy St. Ives. Korund to  po prostu minerał w formie bardzo drobno zmielonego proszku. Mi swoją konsystencją przypomina sodę oczyszczoną. 


W stosowaniu ten niepozorny proszek okazał się być naprawdę niesamowicie wygodny. Wystarczy, że odrobinę proszku wymieszany z żelem do mycia twarzy (na upartego wystarczyłoby z wodą, ale jednak wskazany jest poślizg) i zaczniemy masować taką mieszanką zwilżoną skórę twarzy. Gdzieś tam wyczytałam, że najlepiej jeśli robimy to kolistymi ruchami, blablabla, ale wydaje mi się, że chyba każdy wie jak się peelinguje skórę i robi to tak, jak mu najwygodniej. Ziarenka, choć nieduże, wcale nie są delikatne. Korund naprawdę konkretnie trze i choć może nie wygląda - jest dość ostry (stąd ten zalecany poślizg w postaci żelu do mycia twarzy). Skóra po jego użyciu jest bardzo gładka, dokładnie "wyszorowana". Ciężko mi porównać jego działanie do jakiegokolwiek innego peelingu, bo mam wrażenie, że żaden nie równa się z korundem pod względem mocy i takiego dogłębnego oczyszczenia. Spodziewałam się jakiś delikatnych choćby podrażnień po jego użyciu, jednak na szczęście obyło się bez tego. Skóra co prawda bywa czasem lekko zaczerwieniona, ale to kwestia kilku minut i jest po sprawie. Ja lubię w następnej kolejności przetrzeć skórę hydrolatem (trzymam je w lodówce, więc taki zimny hydrolat dość szybko uspokaja skórę) i nałożyć maseczkę czy grubszą warstwę nawilżającego kremu - wtedy mam pewność, że rano obudzę się ze skórą miękką jak przysłowiowa pupa niemowlaka. 
Wydajność tego proszku jest ogromna - ja wyciskam na rękę porcję żelu do twarzy (aktualnie używam żelu Organique - Basic Cleaner, Mild Cleaner Gel) i na to wysypuję dosłownie odrobinę korundu (powiedzmy, że niecałe pół małej łyżeczki). Przy stosowaniu 1-2 razy w tygodniu, nie widzę większego ubytku w opakowaniu i pewnie długo jeszcze nie zobaczę. 


Podsumowując - polecam każdemu, kto lubi mocne peelingi. Cena jest zdecydowanie niewygórowana (nie pamiętam dokładnie ile płaciłam za jedno opakowanie, ale na pewno mniej niż 10 złotych), a działanie naprawdę bardzo dobre. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
3 mar 2014

Tydzień w zdjęciach

Wiem, że post z cotygodniową porcją zdjęć ukazuje się w tym tygodniu wyjątkowo późną porą, ale musicie mi wybaczyć - miałam dzisiaj dzień z serii "tak bardzo nic mi się nie chce" i w sumie sporą część tego dnia spędziłam na przytulaniu się do psa i rozmyślaniach o sensie egzystencji. Ale się pozbierałam (pies zrzucił mnie z kanapy), zrobiłam co miałam do zrobienia, a teraz mam chwilę, żeby w końcu zasiąść do komputera i wrzucić migawki z ubiegłego tygodnia.


1. Tak wygląda teraz większość mojego czasu - siedzę w laboratorium, mieszam, odlewam, mierzę i staram się nic nie stłuc. Nie mogę powiedzieć, żebym w tym ostatnim odniosła jakiś spektakularny sukces, ale cśiiii...
2. Jak się samo miesza to sobie siedzę. Tu akurat kontemplowałam nowo zakupione buciki, w celu zresztą takim, aby mi się wygodnie po tym laboratorium latało. Wygodnie było tak se, więc przysiadłam. I tu pytanie do Was - czy ktoś gdzieś widział w jakimś sklepie jakieś sensowne adidasy? Takie do łażenia na co dzień i najlepiej normalne kolorystycznie, bo ostatnio mam wrażenie, że ktoś się uparł i na siłę wciska w każde sportowe buty odblaski i inne paskudztwa, a buty z oczorzutną żółtą, różową czy zieloną podeszwą ubiorę po swoim własnym trupie, bo uważam to za paskudztwo konkretne.
3. Niedawno miałam urodziny, a że dobrze jest czasem porozpieszczać samą siebie, zrobiłam sobie spóźniony prezent urodzinowy ode mnie dla mnie :). Skusiłam się w końcu na minerały z Anabelle Minerals, za którymi chodziłam w kółko już od jakiegoś czasu. Zdecydowałam się na zestaw, w skład którego wchodził podkład w wersji dużej (wybrałam Golden Fairest i chyba strzeliłam w dziesiątkę, choć taki całkiem ekstremalnie blady, jak to wszyscy opisują, to on wg mnie wcale nie jest :P), korektor (wzięłam Medium), róż (przepiękny odcień Rose) i w ramach gratisu do zestawu można było dobrać pędzel (ja wybrałam flat topa). Pierwsze testy za mną i wstępnie mogę napisać, że jestem zachwycona, z kolorami trafiłam idealnie. Czuję, że moja skóra potrzebowała tego z okazji zbliżającej się wiosny.
4. Wiosennie robi się też już na moich paznokciach (nie patrzymy na suche skórki, walczę z nimi jak mogę). Ciemne granaty i szarości schowałam na dno szuflady i powyciągałam wszystkie pastele, mięty, brzoskwinie. Tutaj akurat jakiś zapomniany Wibo. 
5. Kolorów ciąg dalszy. Mój Kindle dostał od Osobistego ubranko w ślicznym morskim odcieniu. Teraz już będę zabierać go ze sobą wszędzie :D.
6. I będę katować Szwaję. Uwielbiam jej książki, bardzo pozytywnie nastrajają mnie do życia. W zeszłym tygodniu zaczęłam i skończyłam najnowszą powieść "Anioł w kapeluszu". Czytało się bardzo przyjemnie.
7. "Making of" - czyli kulisy powstawania zdjęć do nowych postów. Cały czas skutecznie wykorzystuję pudełko, w którym dostałam kosmetyki od Erisek - białe wnętrze pudełka wyłożone białym "materiałem" świetnie sprawdza się jako tło do zdjęć. Do tego pierścieniówka (nie zawsze chce się rozkładać soft boxy) i lecimy. Na dniach będzie o korundzie. 
8. Shaun T - nienawidzę Cię! Codziennie wyciskasz ze mnie siódme poty, a ja Ci nic złego nie zrobiłam :P. A tak na poważnie - uwielbiam <3. Przerobiłam Ewkę, Jillian, Mel B, "tifoczki" i inne, ale wszystko to się może wg mnie schować przy treningach z serii Focus T25. Z poziomu alfa moim zdecydowanym faworytem jest Ab intervals, lubię też Speed 1.0. Wywaliłabym stamtąd jedynie obie panie i zostawiła samych panów. Pani blond ma zbyt ekspresyjną mimikę jak dla mnie, przez co czasem mam wrażenie, że to nie trening tylko film o zabarwieniu erotycznym, a pani brunetka strasznie szybko macha kończynami i jestem zła bo za nią nie nadążam :P.
9. Ostatnio wprowadzam do swojego jadłospisu więcej warzyw. Szukałam w okolicznych sklepach warzywnych soków, ale guzik znalazłam. Z odsieczą przybyła Biedronka i jakaś wiosenna gazetka ze zdrowym żarciem - obkupiłam się w soczki (i bezglutenowy makaron, który okazał się przepyszny :D). Prowansalskie zioła zdecydowanie się wyróżniają. 

Kolejny tydzień zapowiada się spokojnie - chcę wprowadzić w życie plan jakiejś sensownej pielęgnacji, bo ostatnio trochę olałam swoją skórę, a ewidentnie przydałoby się jej trochę regeneracji po "zimie" ;). Kontynuuję też poszukiwania normalnie wyglądających adidasów (czy też po prostu butów o kroju sportowym), badania śmierdziuszkowych ścieków i czekam na tę wiosnę prawdziwą i zieloną (bo na zimę to już chyba nie ma co liczyć). 

Pozdrawiam i życzę przyjemnego tygodnia,
Panna Joanna
1 mar 2014

Włosowo - szampon Fibralogy, czyli jak dodać włosom trochę objętości

Przez moją łazienkę przewija się sporo kosmetyków do włosów. Lubię testować nowości, często zmieniam szampony, odżywki, rzadko zdarza mi się odstawić mój "zestaw", aby wprowadzić do pielęgnacji jednocześnie całą serię. Tym razem było inaczej - seria Fibralogy zaintrygowała mnie na tyle, że dałam szansę prawie wszystkim kosmetykom wchodzącym w jej skład. Nie narzekam na gęstość włosów, ale zawsze może być lepiej - gama tych kosmetyków spod szyldu Elseve ma za zadanie właśnie zwiększyć gęstość włosów, więc liczyłam na skumulowanie efektów przy jednoczesnym stosowaniu kilku kosmetyków z tej serii. O aktywatorze gęstości pisałam ostatnio, dzisiaj za to będzie o szamponie.


Szampon do włosów spełniać ma u mnie trzy zasady - dobrze oczyszczać nie robiąc jednocześnie siana z włosów, nie plątać włosów i być wydajnym. Ten z Elseve okazał się spełniać wszystkie trzy założenia. Przy moich dość szybko przetłuszczających się włosach radzi sobie naprawdę dobrze - oczyszcza na tyle konkretnie, że spokojnie mogę myć włosy co dwa, na upartego nawet co trzy dni. Jednocześnie nie robi mi z włosów siana (a często szampony mi robią takie kuku), nie plącze ich. Oczywiście ja i tak używam zawsze po myciu odżywki, ale zdarzyło mi się raz czy dwa pominąć ten krok i również nie miałam problemu z rozczesaniem włosów, a same włosy wciąż były gładkie i lejące. Szampon się bardzo mocno pieni, a piana jest kremowa i gęsta. Sam szampon również do najrzadszych nie należy. Jednak jest przy tej swojej gęstości bardzo wydajny, a to mi się zdecydowanie podoba. 
Zapach szamponu jest dokładnie taki sam jak innych kosmetyków z tej serii - dość mocny, jakby z kwiatową nutą. Utrzymuje się na włosach, ale z mniejszą intensywnością. Mój nos bardzo się lubi z tym zapachem, więc mnie nie męczy. 


Co z obiecanym pogrubieniem? Pogrubienia jako takiego może nie ma, ale zdecydowanie jest różnica w objętości fryzury. Włosy są odbite u nasady, nie są smętnie przyklapnięte. Ciężko mi powiedzieć jaki udział ma w tym sam szampon, ponieważ jak już wspomniałam - używałam go wraz z innymi kosmetykami z serii Fibralogy. Jednak gdy zdarzyło mi się go użyć solo efekt był w miarę porównywalny. Włosy nie zbijały się w "strąki", fryzura była taka lekka. 
Butelka ma pojemność 250 lub 400 ml, o ile się nie mylę, większe opakowanie to koszt około 13-14 złotych. 


U mnie się sprawdził i nie wykluczam, że sięgnę po niego ponownie. Czytałam na kilku blogach i na KWC, że szampon plącze włosy i je wysusza - ja tego nie zauważyłam, ale podkreślam raz jeszcze, że przy 90% myć używałam tego szamponu w duecie z odżywką czy maską. Włosy myję zawsze jednakowo - rozczesane moczę (myję głową w dół), szampon wmasowuję w skórę głowy (nigdy na długości i nigdy nie nie mamlam tak "reklamowo" włosów na czubku główy), płuczę, na długość nakładam odżywkę i tyle. Przy takiej kombinacji rzadko kiedy zdarza się, że włosy mi się splączą. Te dwa elementy (plątanie i wysuszenie) najpewniej zależą w dużej mierze od samych włosów i wspomnianego używania odżywki czy sposobu mycia włosów. 

Ps. U Was też już taka prawdziwa wiosna? Ja już widziałam pierwszych śmiałków w krótkich rękawkach!:) 

Pozdrawiam ciepło,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...