WoleProstoHeader

28 lut 2014

Makijażowo - pomarańcze w czekoladzie

Lubicie czekoladowo - owocowe połączenia? Jeśli tak, to mam dla Was propozycję makijażu, który łączy w sobie oba te elementy. Brązowe, przydymione oko, podkreślone bardzo mocno z dodatkiem równie mocnego akcentu na ustach w postaci soczystej pomarańczy. To wszystko na tle matowej twarzy, delikatnie muśniętej bronzerem.
Zdjęcia tym razem w innym klimacie, czy raczej - po prostu w klimacie. 



Co mam na sobie? Dzisiaj nieco mocniej, więc i lista dłuższa.
Twarz - kamuflaż Catice (Ivory), podkład Revlon Colorstay (150 Buff), puder fixujący Glazel, bronzer Kobo (ten taki podkład w kompakcie w najciemniejszym odcieniu)
Oczy - liner do brwi z Vipery, baza MUA, Maybelline Color Tattoo (On and on bronze), cienie Max Factor (55 Feral Brown, 107 Burnt Bark, 101 Pale Pebble), matowy brąz i matowy nudziak Glazel, tusz żółty Lovely
Usta - podkładowo masełko Nivea, szminka Color Richie L'oreal (405 Neonic Orange)

Odkopałam dawno nieużywane cienie z Max Factora, przypomniało mi się, że bardzo je lubię. Feral Brown (ten taki rdzawy brąz) zostawiłam na wierzchu, żeby mieć go pod ręką - idealnie sprawdza się w duecie z cieniem w kremie z Maybelline. Szminka L'oreala to również kosmetyk, po który dawno nie sięgałam. Z okazji nadchodzącej wiosny chyba się z nią przeproszę, bo choć kolor mocny i wyraźny, to czuję się w nim wyjątkowo dobrze. Warto czasem zrobić porządki w szufladkach z kosmetykami :).

A jakie jest Wasze ulubione czekoladowo - owocowe połączenie? Mi po głowie chodzi jeszcze równie czekoladowe oko w towarzystwie soczystych, malinowych ust.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 lut 2014

Makijażowo - oliwka na szybko

Nie byłam nigdy specjalnie przekonana do zieleni na oku, chyba, że była to zieleń trawiasta, soczysta i najlepiej matowa. Jednak z paletki PPQ Sleeka zerkała na mnie zieleń metaliczna, oliwkowa, z żółtymi nutami. Stwierdziłam, że cóż mi szkodzi - spróbuję raz jeszcze. Połączyłam ją z brązem i odrobiną złota, całość odgrodziłam od oka wyraźną, czarną kreską, dołożyłam do tego cielistą szminkę i gotowe.


I...sama nie wiem. O ile złoto i brąz to właściwie mój zestaw standardowy, tak do tej oliwki coś nie mogę się przekonać. Ale na pewno będę próbować, bo odcień sam w sobie bardzo mi się podoba, muszę tylko znaleźć na niego sposób. Jakieś propozycje?:)

Na twarzy - kamuflaż Catrice (Ivory), podkład Pharmaceris (Ivory), kulki rozświetlające Kobo, bronzer Joko (Marrakech Dream, wersja dla brunetek), róż Mary Kay (Sunny Spice).
Na oczach - Sleeki: PPQ, Showstoppers, Vintage Romance, żółty tusz Lovely
Brwi - liner Vipera (03)
Usta - pomadka Essence (In the nude)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 lut 2014

O kremie Mythos, z dentystyczną wonią w tle

Dawno już nie było nic o pielęgnacji do twarzy, więc najwyższa pora to nadrobić. Przy porządkowaniu moich aktualnie używanych kosmetyków zrobiłam sobie listę i mam nadzieję, że uda mi się systematycznie opisywać poszczególne jej punkty.
Dzisiaj będzie o kremie. O kremie, którego nie lubię, "bo nie" i nie wiem w sumie dlaczego, tzn. wiem, ale to za co go nie lubię nie jest aż tak istotne. Zakręcone?:) To zapraszam do dalszej, bardziej uporządkowanej części recenzji.



Mowa o nawilżającym kremie Mythos przeznaczonym do skóry suchej i normalnej. Zaczęłam go używać dość dawno i choć nie mogę powiedzieć, że jest to kosmetyk zły - dość szybko go porzuciłam. Dlaczego? O tym później.
Krem, wg informacji producenta, pozbawiony jest oleju mineralnego, silikonów i kilku innych potencjalnie nieszczególnych składników. Zawiera za to: masło oliwkowe, mirt, łubin, słonecznik, jojobę, granat, soję i masło shea. Ma przyjemną, dość lekką konsystencję, nie jest zbyt gęsty. Mimo pozornej lekkiej formuły przyjemnie koi skórę, niweluje uczucie ściągnięcia i suchości. Jego właściwości nawilżające określiłabym jako dobre. Przy mojej suchej skórze przydałoby się nieco mocniejsze działanie, ale i tak nie jest źle. Efekt takiego uspokojenia skóry utrzymuje się dość długo, a krem świetnie spisuje się jako kosmetyk pod makijaż - podkład czy puder się na nim nie rolują, trwałość makijażu nie ulega pogorszeniu. Nie zauważyłam w zasadzie żadnego negatywnego wpływu na moją skórę - krem mnie nie zapchał, nie podrażnił, nie wyskoczył mi podczas jego używania wysyp nieprzyjaciół. Nawet jeśli pojechałam nim zbyt blisko oczu, nie odczuwałam żadnego dyskomfortu czy pieczenia. Podoba mi się samo opakowanie - dość ciężki, solidny słoiczek, zabezpieczony "przykryciem" pod nakrętką. Jak z reguły w przypadku kosmetyki Mythos design jest posty i przyjemny. W czym więc problem? Pozornie banalny, ale jednak przeszkadzający. Zapach. W przypadku tego kremu jest on bardzo intensywny, wydawałoby się, że trudny do opisania, ale nie. Wg mojego nosa jest to po prostu kwintesencja zapachu...dentysty. Dosłownie. Nakładam go na twarz, a moja wyobraźnia przenosi mnie do gabinetu dentystycznego, moje uszy zaczynają słyszeć znienawidzony dźwięk wiertła dentystycznego, twarz zaczyna mi drętwieć, czuję zapach wierconego zęba. Przy większych ilościach kremu powracają wspomnienia leczenia kanałowego czy wycinania ósemki. Wydawać by się mogło, że skoro krem działa, to zapach to tzw. "pół biedy", ale nie. Dość długo utrzymuje się on na skórze, naprawdę ma sporą moc. Choć jego właściwościom naprawdę nie mogę nic odmówić, tak zapach zdecydowanie zniechęcił mnie do dalszego użytkowania i dość szybko odłożyłam go na półkę. Szukam dla niego nowego domu, najpewniej powędruje do osoby z zębami o zerowych skłonnościach do psucia, tak aby kosmetyk nie przywoływał nieprzyjemnych skojarzeń ;). 


Jeśli nie jesteście wrażliwe na punkcie zapachów, czy może nawet lubicie takie "lekarskie" wonie zdecydowanie polecam. W przeciwnym wypadku możecie wpaść w irytację, a jak powszechnie wiadomo - złość piękności szkodzi :). Gdyby był to krem bezzapachowy, jestem pewna, że naprawdę używałabym go z przyjemnością, niestety ten aromat jest dla mnie nie do przejścia dzień po dniu.
Opakowanie zawiera 50 ml kremu, za które zapłacić musimy niecałe 55 zł, aczkolwiek krem często jest w promocji (np. teraz kosztuje 42 złote). Do kupienia w sklepie Flax.

Skład dla zainteresowanych:


Jakie jest Wasze zdanie na temat zapachów w kosmetykach do pielęgnacji twarzy? Wolicie brak zapachu, zapach neutralny czy w ogóle nie zwracacie na to uwagi?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 lut 2014

Tydzień w zdjęciach

Kolejny tydzień i kolejna porcja zdjęć. Tym razem siedem dni minęło wyjątkowo szybko i dość intensywnie - powrót na uczelnię, koncert i babski wieczór, moje urodziny. Przede mną kolejne wyzwania - rozpoczynam badania w laboratorium do mojej pracy magisterskiej (ale mi się nie chceeee), prognozy pogody prezentują się znakomicie, więc pora wrócić do biegania w terenie (musiałam z tym czekać do konkretnej temperatury, nie mogę ani nie umiem biegać w zbytnim zimnie). Na pewno będzie ciekawie :).


1. Bardzo zaskoczona odebrałam przesyłkę od kuriera, której się kompletnie nie spodziewałam. Niespodziewajką okazał się nowy zapach Bath&Body Works "Forever Midnight". Pachnie naprawdę obłędnie! Jestem mocno wybredna jeśli idzie o zapachy, jest mnóstwo takich woni, od których wręcz robi mi się gorzej (avonowska Pur Blanca, bleh), ale ten niesamowicie mi się podoba i jestem pewna, że zostanie ze mną na dłużej.
2. Miniony tydzień pełen był niespodzianek - w piątek stuknęły mi 24 lata (zaczęłam dokładnie przyglądać się swojej twarzy w poszukiwaniu zmarszczek, smuteczek). Osobisty kompletnie zbił mnie z tropu wysyłając mi prezent... mailowo. Zawartością okazała się nowa książka Moniki Szwaji "Anioł w kapeluszu" w wersji ebookowej, przy czym nie miałam czytnika. Zdziwiona byłam nieźle, nawet zdążyłam zacząć podejrzewać Osobistego o głębię lenistwa, która to głębia sprawiłaby, że nie chciałoby mu się iść do księgarni, ale kilkuminutowym droczeniu się, okazało się, że jednak nie jest leniwy, ale dowcipny i wręczył mi mojego wymarzonego Kindla. Będę się zaczytywać!
3. O ile nie padnę przedwcześnie na zawał. Za mną pierwszy tydzień z Focus T25, oczywiście na poziomie alfa. Już teraz mogę powiedzieć, że to jeden z fajniejszych, ale i intensywniejszych treningów, z którym miałam przyjemność. Pierwszy raz przywdziałam dresik, tak jak zawsze przy Jillian, Ewce, Mel B, kimkolwiek, ale szybko okazało się, że nie tędy droga i poleciałam szukać krótkich gatków i bezrękawowej koszulki. I i tak spłynęłam potem. Zdecydowanie polecam wielbicielom ćwiczeń w domowym zaciszu. 
4. Kindle się powoli zapełnia, a ja wieczorami kończę "Inferno" Dana Browna. Wciągające, jak to u Browna. 
5. W międzyczasie testuję dalej aparat i wyżywam się artystycznie. Tutaj mała próbka "czegoś". Nie pytajcie co autor miał na myśli :P.
6. Znów mam lokatą fazę i co kilka dni funduję sobie eko - loczki. Te ze zdjęcia to efekt nakręcenia na mokre chusteczki. 
7. Wieczorny park w drodze na koncert, w tle Mickiewicz i ani pół żywego ducha. Nie powiem - szłam szybko.
8. A tu już mini - koncert w jednej z gliwickich knajpek, na gitarze przygrywał kolega ze studiów. 
9. Wiem, że mamy luty, wiem, że to w sumie środek zimy na upartego, ale dzisiaj było tak ciepło i tak przyjemnie, że nie mogłam się oprzeć i na popołudniowy spacer wybyłam w wyciągniętych z szafy "butkach - piździutkach", jak to mawia mój tata. 

Miłego tygodnia,
Panna Joanna
22 lut 2014

Moja wymarzona paleta Sleeka

Sleek ostatnio zalewa nas zapowiedziami nowości. Nie tak dawno wyszła na rynek paleta Vintage Romance, przed chwilą ukazała się Eden of Garden, a już pojawiły się zapowiedzi kolejnej, tym razem utrzymanej w bardzo wiosennej kolorystyce - Del Mar volume 1. O ile Eden of Garden odpuściłam sobie bez większego żalu, tak do tej nowej, kolorowo - pastelowej paletki, serce znów zabiło mi nieco mocniej. I tak zastanawiając się nad tym czy ją sobie kupić, moje myśli poszybowały w stronę posiadanych już przeze mnie paletek i naszło mnie na głębsze przemyślenia. 
W mojej kolekcji jest obecnie dziewięć paletek Sleeka, miałam jeszcze dziesiątą - Au naturel, ale wykończyła ją moja mama. I tak dzisiaj wyciągnęłam je przed siebie i zrobiłam im mały "przegląd".


Zaskoczyło mnie, że sporo cieni ma widoczne dno, kilka wręcz wyzerowałam (co wydawało mi się niemożliwe, a jednak). Doszłam do wniosku, że są to właściwie najczęściej używane przeze mnie cienie, rzadko kiedy sięgam po cienie pojedyncze, jedynie MUA (ale to też palety) i kilka pyłków dorównują Sleekowi częstotliwością stosowania. Nie będę teraz opowiadać o każdej palecie z osobna, bo już to kiedyś zrobiłam. Faktem jest, że cienie są po prostu przyzwoite. Są lepsze i gorsze sztuki, są palety neutralne i mocno kolorowe. Każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Ja lubię mieć wybór, poza tym używam cieni i w naturalnych kolorach i w odcieniach całej tęczy. Mój zbiór wygląda na dzień dzisiejszy tak jak na poniższym zdjęciu:


Nie umiałabym wybrać jednej ulubionej palety. Lubię je wszystkie (może poza Brights, za którą bym specjalnie nie płakała), używam wszystkich. Mam okresy, że sięgam codziennie po jedną i tę samą paletę, po to, żeby potem odłożyć ją na miesiąc do szuflady. W każdej z palet Sleeka jest przynajmniej jeden cień, który leży odłogiem bo coś mi w nim nie pasuje. Sporo kolorów się również powtarza w niektórych paletach. Wymyśliłam więc dla siebie może mało kreatywne zajęcie, ale miałam przy nim zaskakująco dużo frajdy. Przyjrzałam się dokładnie każdej mojej paletce i z każdej wybrałam najbardziej lubiany przeze mnie cień (z trzech najbardziej eksploatowanych obecnie palet wybrałam po dwa odcienie, żeby dobić do dwunastki). W ten sposób powstała "paletka", złożona z cieni, których na pewno bym używała. Taka moja wymarzona paleta Sleeka.


Co by się w niej znalazło? Górny rząd, od lewej: matowy ciemny chłodny brąz z Os So Special, matowy miodowy z Darks, brzoskwioniowo różowy błyszczący z Storm, malinowy ze złotymi drobinkami z Sparkle 2, chłodny róż ze złotym połyskiem z Os So Special, matowa zieleń z Brights. Dolny rząd od lewej: chłodny błyszczący brąz z Showstoppers, jasny błyszczący nudziak z Showstoppers, matowy chłodny jasny brąz z PPQ, błyszczące złoto z Vintage Romance, granat w fioletowym połyskiem z Vintage Romace, jasna błyszcząca lawenda z Monaco. 
Nie podaję nazw poszczególnych cieni, ponieważ pogubiłam praktycznie wszystkie folie z nazwami ;). 


Jak widać moja paletka byłaby dość stonowana - najwięcej tu odcieni brązu, beżu czy różu. Zielony cień jest najbardziej jaskrawym punktem zestawienia - lubię go dokładać jako akcent do spokojniejszego makijażu. Lawendowym cieniem lubię rozjaśniać wewnętrzny kącik, więc ten cień również znalazłby się w mojej palecie. Miodowym cieniem z Darks i tym szaro - brązowym z PPQ bardzo lubię podkreślać załamanie powieki. Pozostałe nadają się już u mnie do wszystkiego. Taka wizualizacja pozwoliła mi dość szybko stwierdzić, że paleta Del Mar chyba nie jest dla mnie. Nie mówię, że na pewno jej nie kupię, może swatche oczarują mnie na tyle, że stwierdzę, że jednak chcę ją mieć, ale póki co mój entuzjazm opadł. 

Ciekawa jestem jak wyglądałyby Wasze wymarzone palety. Jeśli macie ochotę, stwórzcie podobną wizualizację, chętnie pokażę ją na blogu. Może Wam również przejdzie ochota na jakiś zbyt pochopny zakup :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 lut 2014

Włosowo - o małym eksperymencie

Naszło mnie ostatnio na zmiany. Nieduże, powolnymi krokami, ale zmiany. Z czego się to wzięło? Wystarczyło trochę słońca i moje włosy oszalały. Z jasnobrązowego koloru nagle na głowie zaczął się robić...blond. Po raz kolejny. Albo to kwestia nadmiernej podatności moich naturalnych włosów na odsłoneczne jaśnienie, albo same podświadomie stwierdziły, że jestem mentalną blondynką* i w związku z tym dopasują mi kolor włosów do osobowości. Na żywo aż tak tej zmiany nie widziałam (wszak codziennie widzę swoje włosy), ale kiedy na zdjęciach z ostatniego makijażu zobaczyłam jaki mają kolor, srogo się zdziwiłam. Końcówki raziły wyraźnym blond odcieniem, a Osobisty pokusił się na stwierdzenie, że moje włosy wpadają w...zieleń. Długo, bardzo długo trzymałam się z dala od farb i chciałam, żeby tak pozostało, więc sięgnęłam po zdrowszą alternatywę. Początkowo chciałam sięgnąć po Khadi, ale zanim by do mnie dotarła minęłoby trochę czasu, a ja potrzebowałam czegoś na już, teraz, zaraz. Khadi i tak pójdzie w ruch, jak tylko do mnie dojdzie, a ja zrobiłam małą rundkę po drogeriach w poszukiwaniach...Venity. Tego ziołowego balsamu z ekstraktem z henny użyłam kiedyś raz i byłam bardzo zadowolona z efektu. Postanowiłam spróbować ponownie, po latach i zobaczyć jak tym razem zareagują moje włosy.


Kupiłam dwie tubki (Złoty brąz i Orzech laskowy) i wymieszałam w proporcjach 1:1. Taka ilość ledwie wystarczyła mi na moje włosy, gdyby była to farba - z pewnością byłoby to za mało. Potrzymałam papkę na głowie przez niecałą godzinę (pod czepkiem i ręcznikiem) i zmyłam. Kolor jaki wyszedł bardzo mi się podoba, jest niesamowicie naturalny. Końce nadal są minimalnie jaśniejsze od góry, ale kolor został mniej więcej wyrównany. Wiem, że to w sumie efekt na chwilę i środek dużo mniej inwazyjny niż farba, ale i tak nieco drżałam o to w jakim stanie będą włosy "po". Okazało się, że niepotrzebnie. Są miękkie, gładkie, lejące, czyli dokładnie takie jak wcześniej, a do tego niesamowicie się błyszczą. W słońcu czy sztucznym świetle ten blask jest tak mocny, że wg mnie wygląda aż "sztucznie". Za mną już trzy mycia i efekt nadal jest tak samo intensywny jak po użyciu (podobno balsam wymywa się średnio po 7 myciach, ale podejrzewam, że u mnie potrwa to nieco dłużej).
Sam produkt jest bardzo prosty w obsłudze - wyciskamy zawartość tubki, zakładamy rękawiczki i nakładamy ;). Konsystencja jest dość gęsta, kosmetyk nie spływa z włosów, ale łatwo nałożyć go na włosy. O ile w przypadku farb trzeba naprawdę uważać na dokładność nakładania, tak tutaj nie ma się co aż tak szczypać - ja po prostu wtarłam balsam w włosy, zebrałam wszystkie włosy na czubku głowy, pomiąchałam i wsadziłam pod czepek. 
Trzeba się liczyć z tym, że skoro balsam się wymywa, to podczas kolejnych myć z włosów będzie spływać kolorowa woda. 


Jestem bardzo zadowolona z efektu, ale i tak następnym razem skuszę się  na Khadi, myślę tylko jaki kolor wybrać :). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lut 2014

Szminkowa elegantka - Airy Fairy

Rzadko trafiam na kosmetyk do ust, który zachwyci mnie do tego stopnia, że noszę go non stop. Inaczej było w przypadku szminki, którą chcę Wam pokazać dzisiaj. Airy Fairy od Rimmela, bo o niej mowa, zachwyciła mnie już przy pierwszym użyciu i od tamtej pory trwam w niesłabnącym do niej uwielbieniu. 


Szminkę Airy Fairy zna, jak podejrzewam, większość z Was. Ja długo nie mogłam się do niej przekonać, ale podczas wizyty w drogerii, gdy nic ciekawego nie umiałam wypatrzyć na półkach, z braku laku sięgnęłam właśnie po nią. I szybko wiedziałam, że będę sobie pluć w brodę, że tak długo się jej opierałam. Jak dla mnie to kosmetyk prawie bez wad - aksamitna, dobrze aplikująca się na usta, kremowa, trwała, o pięknym kolorze i nie wysuszająca ust. Ideał :). Ma dość dobrą pigmentację, więc jest widoczna na ustach. Kolor to taki różowawy nudziak, dość jasny, ale nie zlewający się z twarzą (takim nudziakom mówię stanowcze nie). Moje usta są dość jasne, więc na u dziewczyn z ciemniejszymi Airy Fairy będzie pewnie bardziej różowa. Zaskoczyła mnie jej formuła. Nie wiem dlaczego, ale byłam przekonana, że szminka będzie "tępa", sucha, włażąca we wszystkie załamania na ustach. Tak się na szczęście nie dzieje. Szminka jest przyjemnie kremowa, gładko sunie po ustach. Nie jest matowa, na ustach delikatnie błyszczy (tak "na mokro", a nie za sprawą drobinek"). Przy tym wszystkim dość dokładnie pokrywa usta kolorem i jednocześnie nie traci trwałości przez swoją "masełkowatość" :). U mnie najlepiej sprawdza się w duecie z konturówką (ja używam Lost in the Rosewood z Catrice, dobrze pasuje do Airy Fairy kolorystycznie). Podczas noszenia nie ściera się, nie wchodzi w załamania ust, trochę inaczej wygląda sprawa podczas jedzenia czy picia, jednak pozwala ona na szybkie i praktycznie bezlusterkowe poprawki. 




Nie wiem czemu, ale na swatchu na ręce wychodziła mi zbyt brzoskwiniowo, podczas gdy więcej w niej różu aniżeli brzoskwini. Poniżej mała próbka koloru na dłoni i na ustach:


Nie pamiętam dokładnej ceny, ale było to coś w okolicach 16 - 17 złotych. Dla jednych pewnie niedużo, dla innych za dużo, ale zapewniam, że szminka naprawdę warta jest i więcej ;).

Znacie Airy Fairy? A może możecie polecić inne odcienie z tej serii?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 lut 2014

Tydzień w zdjęciach

Przyznaję - tydzień temu się zagapiłam i jak zorientowałam się, że właściwie już wtorek, a nie poniedziałek, to stwierdziłam, że nie będę burzyć porządku i zdjęciowe migawki tygodnia (teraz już właściwie dwóch tygodni) pokażę w tygodniu kolejnym. I oto jestem, taaa daaaam.


1. Na którymś z blogów przeczytałam, że przegląd zdjęć bez kibelkowej samojebki w lustrze się nie liczy. Proszę bardzo - jest łazienka, jest lustro (coś brudne :P), kawałek telefonu i ja. Zaliczone?:))
2. Walentynek nie obchodzę, ale wraz i tak dostałam walentynkę - bardzo miłą, bardzo pachnącą. Kurier wręczył mi ją w idealnym momencie, leżałam sobie zasmarkana pod kocykiem. Przesyłka poprawiła mi nastrój i zorganizowała czas na najbliższe 1,5 godziny. 
3. Pogoda doprowadzała mnie ostatnio do szału - mokro i pada, na chwilę ciepło, potem znowu mokro i pada. Bleh. Nie zachęca to specjalnie do wychodzenia z domu.
4. Ale, ale - raz mi się trafiło. Czekam od grudnia na zimę jak jakaś głupia, codziennie rano z nadzieją wyglądam za okno i liczę, że może tym razem w końcu zobaczę te leniwie spadające sobie z nieba płatki śniegu. I tak pewnego dnia pojechałam sobie załatwić coś na uczelnię i...dopadła mnie śnieżyca :). Śnieg sypał jak oszalały, ja nie nadążałam ze strzepywaniem go z twarzy. Była radość :D.
5. Nawet pies się zdziwił: "Aaaaa, śnieg pada, padaaa!".
6. Dostałam mega pakę od Erisek, część kosmetyków odłożyłam na bok (zrobię Wam konkursik, więc bądźcie czujne), a częścią już radośnie zaczęłam się smarować. Na zdjęciu Miodowy Nektar do mycia ciała - będzie z tego miłość <3.
7. W ciągu ostatnich dwóch tygodni w końcu udało mi się skompletować nowy sprzęcior. Mam wreszcie swojego wymarzonego Nikona, oślepiające softboxy. Już teraz mogę Wam zapowiedzieć, że będzie duuużo makijaży :). Aparat ma też funkcję kręcenia filmów, więc może spróbuję też coś podziałać w tym kierunku - za chwilę pierwsze próby, więc trzymajcie kciuki!
8. Ferie się kończą (teoretycznie), a mi rośnie stos książek do przeczytania. Mama znosi mi do domu Kinga, Osobisty zaopatrzył mnie w "Inferno" Browna, nie wiem za co brać się w pierwszej kolejności.
9. Pierwsze próby nowego sprzętu i moje, póki co, ulubione zdjęcie :).

Pragnę również poinformować, że udało mi się w końcu uporządkować bałagan na blogu - zakładki u góry już działają. W "Makijażowo" znajdziecie wszystkie posty z makijażami, w "Lakierowo" posty ze swatchami lakierów, do zakładki "O mnie" dodałam również profil urodowy. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się na bieżąco uzupełniać wszystko co trzeba :D. 

W nadchodzącym tygodniu czeka mnie powrót do szarej rzeczywistości - od środy zaczynam zajęcia na uczelni, musiałabym się w końcu zabrać za robienie magisterki (a nie muszę chyba pisać jak strasznie mi się nie chce?)...Na szczęście do weekendu już tylko 5 dni, a w piątek świętować będę urodziny - mam nadzieję, że szybko zleci :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna

16 lut 2014

Makijażowo - na przekór

Wczoraj zapowiadałam sesję, dzisiaj wrzucam. To będzie takie małe obalenie mitu o tym, że nie należy malować oczu cieniami o takim samym odcieniu jak kolor tęczówek. Moja siostra ma dziwaczny kolor oczu - w zależności od światła jej tęczówki są albo żółte albo zielone. Mnie kojarzą się z takim "wężowym" odcieniem. Wybrałam dla niej dość przekorny makijaż, bo właśnie...zielono - złoty. Cienie to paletka Sparkle ze Sleeka. Na twarzy cienka warstwa Colorstaya (150), rozświetlające kulki Kobo, bronzer Joko (Marrakech Dream) i róż Wibo (z edycji śniegowej). Na ustach błyszczyk Virtual, brwi to liner z Vipery, a na oczach żółty tusz Lovely.



I jeszcze zbliżenie na samo oko:


Jak się Wam podoba?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna 
15 lut 2014

Makijażowo - pierwszy powiew wiosny

W końcu udało mi się skompletować sprzęt - wczoraj nareszcie dotarły do mnie żarówki do softboxów, więc dzisiaj z okazji soboty postanowiłam wypróbować to wszystko w akcji. Pomijając wypadki oczywiste, jak choćby potykanie się o kable, muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona. Zdecydowałam się na żarówki 125W/600W, softboxy są dość spore (nie mam metra, więc nie zmierzę, ale możliwe, że to 60x40 cm), więc światła mam teraz aż nadto. Nie miałam gdzie się rozstawić ze sprzętem, moja stała miejscówka okazała się za mała, więc dzisiaj w roli pro tła - moja bardzo profesjonalnie pomalowana ściana :D.
A sam makijaż? Kolorowy, już powoli wiosenny. Pistacjowa zieleń, fiolet, trochę turkusu. Na usta powędrowała ulubiona ostatnio pomadka, Airy Fairy z Rimmela. Całość doprawiona prostującymi się powoli lokami. Wybaczcie średnie rzęsy, ale tusz mi się zesechł ;).


 

Rozpędziłam się i zrobiłam też kilka zdjęć nie - makijażowych. 


Jak już rozłożyłam się z kosmetykami i lampami, to w międzyczasie dopadła mnie jeszcze siostra i też zażyczyła sobie makijaż i sesję, więc jutro będziecie mogły pooglądać zdjęcia makijażu na...wężowych oczach :).

Zmiana na plus? Może macie jakieś sugestie? A może jest jakiś makijaż, który chciałybyście zobaczyć krok po kroku? Mam ostatnio jakąś wenę na malowanie :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 lut 2014

O wróżkowym pigmencie

Macie tak czasem, że widzicie jakiś kolor i dopasowujecie do niego jakąś absurdalną nazwę, która tak bardzo kojarzy się Wam z tym kolorem, że nijak nie możecie takiego bajkowego odcienia nazwać zwykłym fioletem, zwykłym różem czy czymkolwiek równie pospolitym? Ja mam tak bardzo często, przez co ciężko mi nieraz przekazać innej osobie, o jaki kolor tak właściwie mi chodzi. Takie właśnie mam odczucia, gdy patrzę na jeden z moich ulubionych cieni - w odcieniu...wróżki. 




Pigment Inglota z serii AMC o numerze 35, bo o nim mowa, kupiłam jakoś na początku grudnia. Miałam ochotę na jakiś "lepszy" cień do powiek, w mocno migoczącej wersji, który będę mogła stosować solo na dzień i przy delikatnym wzmocnieniu czernią czy innym ciemniejszym cieniem - wyczaruję nim makijaż wieczorowy. Zdecydowałam się właśnie na inglotowe sypańce - wcześniej czytałam o nich dużo dobrego. Wybierając się na stoisko, sądziłam, że dostanę oczopląsu i nie będę mogła wybrać jednego odcienia. Okazało się, że owszem - oczopląsu dostałam, bo wybór kolorów był duży, a same odcienie piękne, ale ten jeden konkretny od razu do mnie zawołał. Szybki swatch na ręce upewnił mnie w mojej decyzji, zapłaciłam więc i zadowolona udałam się do domu. Testy w normalnym świetle wypadły jeszcze bardziej pomyślnie - odcień okazał się właśnie tym, czego szukałam, mimo, że sama tak naprawdę do końca nie wiedziałam, czego chcę. Zachwyciła mnie jego wielowymiarowość - w zależności od tego, co oprócz niego znalazło się na powiece, cień pokazywał coraz to nowsze oblicza. W słoiczku to dość jasny, jakby lawendowy odcień z mnóstwem złotych drobinek. Po nałożeniu na skórę ciężko określić czy więcej w nim złota czy więcej fioletu. Jest dość grubo zmielony, ale łatwo nabrać go na pędzel i zaaplikować na powiekę. Nie jest ani nadmiernie suchy, ani zbyt "wilgotny", bardzo odpowiada mi jego formuła. Nie osypuje się (o ile strzepniemy nadmiar cienia z pędzelka), dobrze przyczepia się do skóry.
To co w nim jest piękne to właśnie ta nieprzewidywalność. Nałożony na gołą skórę lub zwykłą bazę jest jasny, właśnie taki wróżkowy. W towarzystwie ciemnego fioletu wychodzą z niego te początkowo niewidoczne fioletowe nuty. Jak nałożę go na bordowy podkład, pigment nagle okazuje się być cieplejszy, taki jesienny. Przy bardzo ciemnej bazie (np. na czarnym linerze), pojawia się...zieleń. Taka złota, głęboka. 


Jakość cienia jest wg mnie rewelacyjna - jest łatwy w użytkowaniu, a do tego bajecznie trwały. Nałożony na bazę (u mnie aktualnie Inglot), trzyma się bez zarzutu do zmycia. Nie roluje się, nie osypuje w ciągu dnia. Czasem zdarza się, że pojedyncze złote drobinki spadną na policzek, jednak nakładanie cienia delikatnie wilgotnym pędzelkiem rozwiązuje ten problem. O wydajności nie mam co mówić - mimo, że używam go już 2,5 miesiąca i bardzo często gości na moich oczach, ubytku praktycznie nie widzę. Mimo, że cena nie jest niska (nie pamiętam dokładnie, ale na pewno blisko 30 zł), na pewno skuszę się na inne wersje kolorystyczne. Póki co, najbardziej ciekawią mnie 50 i 67 :).


Od lewej - na gołej skórze, na bazie Inglota, na czarnym linerze.

Znacie te pigmenty? A może macie jakiś swój ulubiony odcień, który możecie polecić?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 lut 2014

Makijażowo - Be My Valentine

Z okazji jutrzejszych walentynek zapanował mały walentynkowy szał. Wszędzie widzę serduszka, pluszowe misie (oczywiście z serduszkami), czekoladki w kształcie serduszek, w radiu lecą romantyczne smęty, a ja boję się otworzyć lodówkę w obawie przed tym, że niedajboże wyleci z niej jakiś nawiedzony Kupidyn. Jak pewnie zauważyłyście (subtelność to moje drugie imię ;)), za walentynkami specjalnie nie przepadam, bo komercha, bo fajnie jest sobie okazywać uczucia na co dzień itd. itd. Jutrzejszy wieczór spędzę tak jak każdy inny piątkowy - w towarzystwie Osobistego, jakiegoś filmu i z jego kotem jęczącym pod drzwiami ;). Ale jednego nie mogłam sobie odmówić - makijażu. Kolorystyka walentynek, te wszędobylskie róże, czerwienie, fiolety, to zdecydowanie do mnie przemawia. A że miałam dzisiaj wolny, luźny dzień, chciałam wypróbować nowy sprzęt - wyciągnęłam kilka "walentynkowych" kosmetyków i stworzyłam makijaż bardzo romantyczny, bardzo różowy. Lubię taką kolorystykę, zwłaszcza w towarzystwie złota, więc niezastąpiony okazał się pigment TKB o nazwie, o zgrozo, "Be My Valentine". Ciepły, średni róż z bardzo widocznym złotym shimmerem. Do tego odrobina fioletu z paletki Sleeka (Vintage Romance - więc też całkiem...romantycznie), złoty pyłek z My Secret i wytuszowane rzęsy. Na usta nałożyłam pomadkę Essence "Wear Berries", twarz to standardowo kamuflaż Catrice, podkład Under Twenty, puder Affinitone z Maybelline, bronzer Joko (Marrakech Dream), róż Paese i rozświetlacz Essence (Into the wild). 




Pobawiłam się trochę aparatem, oświetleniem, więc zdjęcia mocno się od siebie różnią kolorystycznie. Powyższe robione przy pierścieniówce, na jasnym tle, poniższe w świetle dziennym, z rąsi ;), na tle ciemnym. 


Jestem mega zadowolona z aparatu, czekam jeszcze na żarówki, które powinny przyjść dzisiaj/jutro i będę też mogła działać z softboxami, które odziedziczyłam po Ewesce :). Słowem - będzie się działo!

Wszystkim tym z Was, które będą jutro świętować walentynki życzę miłej zabawy i dużo miłości, a tym, które walentynek nie obchodzą...życzę dokładnie tego samego :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 lut 2014

O tym jak przegonić wągry z nosa, czyli o plastrach oczyszczających Botanical Choice

Nie narzekam na cerę, tzn. narzekam, wszak jestem kobietą, ale jestem świadoma, że narzekać nie powinnam. Wiem, że nie jest źle, bo praktycznie nigdy w życiu nie borykałam się z trądzikiem, do tej pory, gdy wyskoczy mi jakiś pryszcz to zdarza mi się niemal ucieszyć (uwielbiam wyciskać ^^, wiem, że to brzydko i że nie wolno, ale cśiii), moja skóra jest jasna z kilkoma zaledwie przebarwieniami, nie przetłuszcza się, a większość kosmetyków kolorowych rzadko kiedy wymaga poprawek w ciągu dnia. Czyli generalnie - nic tylko się cieszyć. Ale wiadomo, jak to u kobiet bywa, nawet jak jest dobrze, to trzeba znaleźć coś, do czego można się przyczepić. I u mnie tym czymś są pory. Rozszerzone w okolicach nosa i na policzkach przy nosie, w mniejszym stopniu, ale wciąż, na brodzie. Nie wiem czy to domena wszystkich cer z rozszerzonymi porami, ale moje pory wprost uwielbiają się zapychać. Mimo dokładnego demakijażu, regularnych peelingów, wybierania w miarę możliwości lekkich kosmetyków - na nosie regularnie pojawiają się czarne kropki. Co mam wrażenie, że nieco ten problem zminimalizowałam, to znów się on nasila. Próbowałam wielu domowych metod. Najgorzej wypada w tym zestawieniu maseczka z żelatyny i mleka, która nie robi z moim nosem kompletnie nic, a śmierdzi przy tym przeokrutnie. Nieco lepiej sprawdza się parówka w połączeniu z peelingiem czy delikatnym mechanicznym oczyszczaniem. Do wszelkich drogeryjnych plastrów podchodziłam jak pies do jeża, bo parę razy zdarzyło mi się spróbować i zawsze kończyło się to fiaskiem. Do dziś. Jakiś czas temu Biedronka wypuściła kolejną już urodową gazetkę, w ofercie której były właśnie plastry do oczyszczania nosa. Nawet się nad nimi specjalnie nie rozwodziłam, stwierdzając, że na pewno będzie to kolejny bubel. Jednak, gdy przeczytałam wczoraj recenzję Idalii na temat tych plastrów i zobaczyłam zdjęcie prezentujące efekt, nie wiele myśląc poleciałam dzisiaj tych plastrów szukać. I mam!


Dostępne były początkowo dwie wersje - zwykła i z olejkiem z drzewa herbacianego. Tych drugich już  u mnie nie było, więc skusiłam się na dwa opakowania zwykłych plastrów. Mimo, że u Idalii zobaczyłam świetny efekt, nadal byłam nieco sceptyczna, jakoś nie wierzyłam, że u mnie plastry wyciągną tak dużo (czy nawet cokolwiek). Przystąpiłam więc od razu do działania i jestem tak zaskoczona tym, co z tego wynikło, że muszę się tym z Wami podzielić :).





W opakowaniu znajduje się sześć sztuk plastrów - każdy z nich zapakowany jest w osobną saszetkę. Plaster wygląda jak plaster - z wierzchu lekko mechaty, od strony folii klejący się. Nie ma tu żadnych filozofii. Użytkowanie plastrów jest naprawdę proste - oczyszczamy twarz, moczymy nos, odklejamy plaster z folii i przyklejamy go do nosa. Ja poszłam za radą Idalii i po oczyszczeniu skóry, na chwilę przyłożyłam do nosa zmoczony ciepłą wodą ręcznik. Ciepło powoduje otwarcie porów, a co za tym idzie - ułatwia plastrom oczyszczanie. Plaster trzymamy na nosie około 15 minut. Zapach plastrów jest raczej średnio przyjemny, ale na szczęście wyczuwalny tylko przez kilka pierwszych minut. Kształt plastra umożliwia dokładne zamontowanie go na nosie - mimo, że mój nos do małych nie należy, plaster dobrze się dopasował i idealnie przylegał do skóry. 


Po upływie 15 minut ponownie zmoczyłam nos wodą i odkleiłam plaster. Trzymał się dość mocno, ale jego zdejmowanie nie było specjalnie bolesne. Po zdjęciu od razu poleciałam ze zużytym plastrem pod lampę, żeby zobaczyć, co też on wyciągnął. I zdziwiłam się mocno, bo cały plasterek był wypełniony odstającymi igiełkami. Skóra na nosie zrobiła się zdecydowanie gładsza (wcześniej dosłownie było czuć te odstające łebki), początkowo była lekko zaczerwieniona, ale na szczęście nie trwało to długo. Pory były zdecydowanie oczyszczone, efekt widoczny był nie tylko na plastrze, ale i na samym nosie. Spryskałam twarz wodą termalną, żeby nieco załagodzić delikatne podrażnienie (bardzo mi to pomogło). Efektem jestem naprawdę zachwycona, w końcu chyba udało mi się trafić na plastry, które rzeczywiście działają, a nie tylko bezproduktywnie przyklejają się do skóry. Zrobiłam zdjęcie, ale nie udało  mi się uchwycić efektu tak dobrze jak Idalii (klik), ale jednak coś widać. Zdjęcie wklejam w małym formacie, żeby plaster upstrzony wągrami nie raził nikogo po oczach, ale polecam sobie zdjęcie otworzyć w nowej karcie i zobaczyć je w powiększeniu :).


Opakowanie kosztowało mnie 7,99 zł - uważam, że jest to naprawdę niewielka cena za sześć plastrów o takiej jakości. Miałam już ponownie zrobić sobie biedronkowy maraton żeby zrobić zapasy, ale na szczęście wyczytałam (znowu u Idalii ;)), że plastry są też dostępne w Hebe. 

Kogoś skusiły?:)

Pozdrawiam,

Odwągrowana Panna Joanna
11 lut 2014

O niezdecydowanym maśle słów wcale nie kilka

Taka miałam być regularna, taka rozpisana, a wyszło jak zawsze. Koło weekendu się trochę rozchorowałam (moje zatoki znowu zrobiły sobie imprezę, kto ma problem z zatokami, ten wie jaka to zabawa ;)), wczoraj miałam w planach "tydzień w zdjęciach", ale koniec końców, prawie cały dzień spędziłam poza domem - odwiedziłam Eweskę z Pędzlem malowane, wieczorem poleżakowałam u Osobistego i poniedziałek minął jak z bicza trzasnął. Nadrobię w najbliższych dniach, tym razem mogę to zagwarantować, ponieważ aż mnie ciągnie do wymyślania, focenia i innych blogowo pokrewnych czynności, ponieważ w końcu udało mi się spełnić moje małe marzenie - kupiłam nowy aparat! Od soboty testuję różne ustawienie, robię mnóstwo zdjęć na zapas, więc będę miała Was czym zasypywać w najbliższym czasie. Mam już też gotową cześć zdjęć do posta technicznego, tym razem traktującego o zdjęciach właśnie. 

Ale dzisiaj jeszcze przybywam z kosmetykiem sfotografowanym już dawno i równie dawno przeze mnie zdenkowanym. Trochę niechronologicznie ostatnio opisuję kosmetyki, ale sama nie wiedziałam jak "ugryźć" recenzję tego masła. Myślę, że po przeczytaniu mojej opinii na jego temat, będziecie wiedziały dlaczego :).


O waniliowo - kokosowym maśle Mythos czytałam tak wiele tak skrajnych opinii, że postanowiłam gdzieś w międzyczasie, że gdy tylko będę miała okazję - wypróbuję je na sobie. Tak ot, żeby się przekonać do którego "obozu" należę - wielbicieli czy zagorzałych przeciwników. Jedni masło chwalą - za zapach, za konsystencję, za działanie. Inni nie zostawiają na nim suchej nitki - za zapach, za konsystencję i za działanie. Najwięcej kontrowersji wzbudza chyba wspomniana już przeze mnie konsystencja - czytałam, że masło się w ogóle nie wchłania, że zostawia talkową powłoczkę, że rozsmarowuje się niemal jak pasta. Ciekawość wygrała, a masło w końcu stanęło na mojej półce. 


I mimo, że zużyłam całe opakowanie, nie potrafię się do tego kosmetyku jakoś konkretnie ustosunkować. Lubię je, za chwilę go nie cierpię, po czym znowu nakładam na skórę i lubię i tak w kółko. Początki były burzliwe - zapach w opakowaniu niemal mnie odrzucał. Ale spróbowałam i na skórze zapach zmieniał się nie do poznania - pudrowo waniliowa woń z ledwie wyczuwalnym (ale jednak odrobinę owszem) kokosem. Konsystencja okazała się, no cóż...masłowata. Kosmetyk jest gęsty, zbity, mocno kremowy. Z rozprowadzaniem nie miałam większych problemów - zdecydowanie nie była to pasta, guma ani nic tak skrajnie złego jak zdarzało mi się czytać. Ciężko mi ocenić wchłanianie, bo z tym było różnie w zależności od dnia. Nie mam pojęcia od czego to zależy, ale raz skóra dosłownie "piła" ten kosmetyk, by innego dnia babrać się po skórze przez dobre kilkadziesiąt minut. Nie było za to problemu z tłustą czy lepiąca się warstwą na skórze - jakiś film był wyczuwalny, ale jakby taki matowy? Lekko pudrowy? Może to ten talkowy efekt, który zauważyła bodajże Iwetto (dobrze pamiętam?;>), a może jeszcze coś innego. Mi to nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie, zdecydowanie wolę takie "wykończenie" masła, aniżeli świecącą się, tłustą warstwę. Właściwości masła były całkiem nieźle. Skóra była nawilżona, miększa, przyjemna w dotyku. Tylko, że znów pojawił się ten sam problem - po pewnym czasie miałam wrażenie, że moja skóra miała trochę dość tego masła i efekty już były takie sobie. Nie jest to zły kosmetyk, ale jednak przy mocno przesuszonej skórze może sobie zwyczajnie nie poradzić. Zmęczyłam do końca i bez większego żalu pozbyłam się opakowania. Bardzo polubiłam ten produkt za zapach, ale wolę jednak bardziej "stabilne" kosmetyki :).
Masło ma pojemność 200 ml i kosztuje około 35 zł (jednak często widuję je w promocji). Do kupienia w sklepie Flax KLIK


Ciekawa jestem czy któraś z Was używała tego kosmetyku :). Chętnie poczytam o Waszych wrażeniach.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 lut 2014

Pielęgnacja włosów nowocześnie - Aktywator gęstości od Elseve

Uwielbiam wszelkie do - włosowe kosmetyki, nigdy mi ich za wiele, a jak trafiam na jakąkolwiek włosową nowinkę, ciężko mi się powstrzymać. Kiedy więc Elseve wypuściło serię Fibralogy, wiedziałam, że przynajmniej część produktów z tej serii wypróbuję na własnych włosach. Koniec końców, skusiły mnie trzy kosmetyki - szampon, aktywator i odżywka do włosów. Nie ukrywam, że najbardziej ciekawa byłam aktywatora gęstości, bo też w sumie nigdy wcześniej nie słyszałam o tego typu kosmetyku. 


Zdaję sobie sprawę, że gęstość włosów to w dużej mierze kwestia genów i żadne kosmetyki do włosów nie zdziałają tu cudów, jednak przy właściwej pielęgnacji włosów możemy znacząco poprawić ich kondycję, gęstość, a zastosowanie odpowiednich produktów do włosów pozwoli na ich optyczne zagęszczenie. Sama nie narzekam na gęstość włosów, ale też nie pogardziłabym większą ich objętością, więc chętnie sięgam po kosmetyki, które unoszą włosy, odbijają je od głowy, sprawiają, że włosy są bardziej mięsiste i przez to grubsze. W swojej pielęgnacji staram się unikam takich produktów, które mocno obciążają włosy, sprawiają, że włosy są przyklapnięte, czy pozbawione objętości. 


Aktywator gęstości to kosmetyk, który wg obietnic producenta ma pogrubiać strukturę włókna włosa przy każdej kolejnej aplikacji. Działanie aktywatora opiera się molekułach Filloxane, które generują zwiększenie grubości włosa. Każdorazowa aplikacja ma wzmacniać efekt. Aktywator mieszamy z maską lub odżywką w proporcjach 1:1 i nakładamy na całą długość włosów po ich umyciu. Aktywator zamknięty jest w niewielkiej zakręcanej tubce z precyzyjnym aplikatorem, a sam kosmetyk ma wodnistą konsystencję. Mieszanie aktywatora z maską nie jest specjalnie problematyczne, o ile wpadniemy na to, żeby przed myciem włosów odkręcić tubkę. Ja zawsze najpierw nabieram na dłoń maskę do włosów, na to wyciskam odpowiednią ilość aktywatora, mieszam palcem i mieszankę nakładam na włosy. Spłukuję po upływie mniej więcej pół godziny, gdy mam więcej czasu - wtedy trzymam dłużej. Początkowo obawiałam się, że taka mieszanka może obciążać włosy, ponieważ aktywator ma jakby lekko oleistą formułę, ale na szczęście wszystko bez problemu się spłukuje i nie zauważyłam przyspieszonego przetłuszczania się włosów. 


A jak wygląda działanie? Nie spodziewałam się, że po zużyciu tubki moje włosy będą kilkukrotnie grubsze i rzeczywiście nie są. Jednak nie mogę zaprzeczyć, że ten kosmetyk *coś* robi, bo widzę różnicę w działaniu odżywki, której używałam z aktywatorem i bez aktywatora. Mam wrażenie, że aktywator wzmacnia działanie kosmetyku, z którym się go miesza. Włosy może nie były grubsze, ale były bardziej mięsiste, mocno nawilżone, odbite u nasady. Na szczęście obok tego nie sprawiały wrażenia spuszonych, co zdecydowanie nie byłoby pożądanym efektem. W ciągu ostatnich tygodni swoją pielęgnację oparłam głównie na produktach z tej serii, dzięki czemu teraz łatwiej mi ocenić ich wpływ na kondycję i wygląd włosów. A i z tego i z tego jestem ostatnio bardzo zadowolona (pomijając wizytę u fryzjera, po której musiałam wytoczyć naprawdę ciężkie działa, żeby trochę odratować włosy) i na pewno częściowo te efekty są wynikiem stosowania kosmetyków z gamy Fibralogy. 


Skład kosmetyku jest krótki i raczej nieskomplikowany. Podejrzewam, że za nawilżenie włosów, które jest zdecydowanie wyczuwalne po użyciu mieszanki z aktywatorem, odpowiedzialny może być kwas mlekowy. Ciekawa jestem, który ze składników ma odpowiadać za ten "zastrzyk" materii włosa, nie umiem znaleźć nic sensownego na temat drugiego składnika ze składu (jak ktoś się zna, to niech podpowie ;)), a możliwe, że to właśnie to. 
Zapach kosmetyku jest przyjemny, dość intensywny i taki sam jak pozostałych kosmetyków z tej gamy. Utrzymuje się dość długo na włosach, co mi nie przeszkadza, bo zdecydowanie moje nozdrza polubiły tę woń. Wydajność nie powala - przy długich włosach tubka starczy na około 10 razy, a mieszankę należy stosować  dwa razy w tygodniu. 
Czy wrócę do tego kosmetyku? Podoba mi się jego działanie, choć przypuszczam, że efekty wynikają ze stosowania całej gamy. A, że ja lubię odkrywać nowości i mam w szufladzie cały arsenał szamponów, masek i odżywek - nie wyobrażam sobie, żeby "na stałe" zatrzymać się przy jednej serii. Kupiłam więc ponownie ten aktywator, celem mieszania go z innymi posiadanymi przeze mnie maskami i odżywkami. Jestem bardzo ciekawa czy zauważę wzmocnienie działania innych kosmetyków do włosów. 


Znacie, używacie? Widziałam, że ta seria się ostatnio cieszy sporą popularnością na blogach, ciekawa jestem Waszych opinii na jej temat :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...