WoleProstoHeader

30 sty 2014

Właściwie o wszystkim i o niczym po raz kolejny

Przez blogi przetacza się ostatnio fala postów na temat współprac. Nie wiem skąd nagle taki boom, w końcu o tym, że blogerki mają możliwość współpracowania z firmami, czy to barterowo czy za wynagrodzeniem pieniężnym, wiadomo już od dość dawna. Tymczasem w przeciągu ostatnich dwóch - trzech tygodni, co rusz natykam się na pseudo poradniki (serio?:P), wyrzuty, że blogerki współpracujące barterowo psują rynek (po raz drugi - serio?:P), czy zupełnie odwrotnie - posty o tym, że najlepiej jakby nikt współprac nie prowadził, bo na pewno blogerka jest przekupna i jak dostała za darmo (czy jeszcze niedajboże, dostała za to wynagrodzenie) to na pewno napisze, że coś jest super, mimo, że w rzeczywistości okazało się to bublem nad bublami, sprawiło, że odpadła połowa twarzy i w ogóle blee (no i znów - serio?;]). Mogłabym się w tym momencie wypowiedzieć, ale jakbym musiała zacząć obalać wszystkie te "prawdy", o których ostatnio czytam, to nie starczyłoby mi dnia, a życie jest przecież takie piękne i przyjemne (zwłaszcza jak się zdało sesję i ma się ferie), więc po co zawracać sobie głowę pierdołami? Każda z nas robi co chce i co uważa za słuszne i z całym szacunkiem dla wszystkim wypowiadających się w tym temacie - nikomu nic do tego. Rzeczywistość sama dokonuje pewnej "selekcji naturalnej" i wierzcie mi - jeśli ktoś jest nieuczciwy i robi wszystkich w balona, prędzej czy później wypłynie to na jaw. Ja z mojej strony mogę Was zapewnić, że nawet jeśli produkt otrzymałam w ramach barteru czy dostałam pieniądze za napisanie recenzji czy przeprowadzenie akcji czy czegokolwiek - robię to w taki sposób, w jaki bym to zrobiła kupując produkt samodzielnie, o czym każda firma ze mną współpracująca jest informowana wcześniej. 
Żeby nie było, że ten post okaże się kolejnym okołotematycznym postem na temat współprac - dzisiaj chciałabym Wam pokazać, że współpraca potrafi być naprawdę przyjemna, zwłaszcza jeżeli prowadzona jest w sposób przemyślany, pomysłowy, firma posiada świetnego pr-owca itd., itd. Jakiś czas temu wraz z czternastoma innymi blogerkami brałam udział w akcji "Dekalog codziennej pielęgnacji" organizowanej przez Kolastynę. Akcja prowadzona była świetnie, a dialog między nami i Kasią która sprawowała nad wszystkim pieczę był po prostu wzorowy. Akcja była moim zdaniem o tyle przemyślana, że nie promowała w bezpośredni sposób marki - na pierwszy plan wysunął się sam "Dekalog", powstała świetna grafika zbierająca "przykazania" moje i pozostałych dziewczyn. Dla czytelników przygotowany był konkurs, ja miałam okazję przeczytać mnóstwo świetnych i pomysłowych odpowiedzi  na pytanie konkursowe, więc zakładam, że również i Wam akcja się podobała. Sama marka i jej promocja znalazły się jakby gdzieś z boku. Zgodnie z kilkoma osobami stwierdziłyśmy, że to jedna z lepszych akcji w ostatnim czasie i już powoli zaczynałam przechodzić o porządku dziennego, a Kolastyna po raz kolejny nas zaskoczyła, przesyłając nam spersonalizowane prezenty w ramach podziękowania za udział w akcji. Nie byłabym sobą, gdybym się nie pochwaliła co mnie dotarło, bo sam prezent był po prosty uroczy, a ja poczułam się niesamowicie dopieszczona :). 


Jako, że chciałabym poniekąd podsumować całą akcję - nagrody konkursowe dotarły już do wszystkich "moich" dziewczyn ;), bardzo dziękuję Wam za informacje, że przesyłki są już u Was. Samej firmie dziękuję za mega przyjemną współpracę. Mam nadzieję, że te wszystkie posty, aferki i inne, które ostatnio rzucają cień na blogowe współprace czy relacje na linii pr-owiec/bloger, nie sprawią, że wszyscy zostaną wrzuceni do jednego worka. Jak widać, współpraca może być prowadzona w kulturalny i bardzo przyjemny sposób. 

Wracając jeszcze na moment do tematu konkursu prowadzonego z Kolastyną - wszystkie Wasze odpowiedzi były bardzo ciekawe, dowiedziałam się paru nowych rzeczy i miło mi, że praktycznie wszystkie postarałyście się napisać coś fajnego. Tak po prostu. Nie na odwal się, nie byle jak, ale z sensem i ciekawie. Nawet odpowiedź, że ktoś nie wyobraża sobie pielęgnacji..."bez wody" wywołuje uśmiech na mojej twarzy, bo to niemal życiowa dewiza mojego Osobistego, który twierdzi, że w zasadzie wszystkie kosmetyki można zastąpić wodą. Jednak chciałabym pokazać Wam odpowiedź, która bardzo zapadła mi w pamięć i jestem pod dużym wrażeniem inwencji twórczej autorki :)

Autorką wypowiedzi jest Wioletta:
"Zapachy. Przez chwilę zastanawiałam się nad słusznością tej odpowiedzi - bo przecież są, zdawałoby się, ważniejsze rzeczy w codziennej pielęgnacji, niż to, że się jakoś pachnie. Ale sądzę, że pewne sprawy są tak oczywiste, że i bez pisania o nich nie przestaną być ważne... A są i takie, o których łatwo zapomnieć, bo wydają się mało znaczącymi dodatkami. A więc – zapachy… Każdy dzień może pachnieć inaczej; i każdego dnia ja mogę mieć na sobie inny zapach. Tuż po przebudzeniu przylega do mnie resztka sennej woni rozgrzanej skóry. Niedługo później otoczą mnie lekkie, mydlane nuty poranka. Codziennemu bieganiu towarzyszy zazwyczaj konkretny ton wody toaletowej albo lekkiej, kwiatowe mgiełki. Godziny sportu – to odświeżający antyperspirant. Popołudnia – rewia kuchennych aromatów, gdy na chwilę pozostaje przy mnie słodka woń ciasta, głęboki akcent ostrych przypraw albo swojski zapach domowego bulionu. Wieczorami lubię otoczyć się owocowymi zapachami, bo to relaksuje po dniach pełnych wrażeń. A noc może przynosić ciężką, uwodzicielską woń perfum, albo zapach ulubionego, czekoladowego płynu do kąpieli. Świat ma tysiące zapachów i one pojawiają się o każdej porze obok mnie, bardziej lub mniej wyraziste – i cieszy mnie myśl, że mogę je oswajać i przyjmować do siebie, ale też dodawać do nich dowolnie wybrane akcenty z całej palety perfum, mgiełek, kremów, wód i innych pachnideł. Myślę, że to coś niezmiernie ważnego, że możemy tworzyć takie kompozycje, i to właśnie uważam za niezbędny – choć pozornie niekonieczny – składnik codziennej pielęgnacji."

Pozdrawiam Cię Wiolu pachnąco :)

Panna Joanna 
29 sty 2014

Z techniczej strony - obróbka zdjęć, odc. 1

Ten post będzie długi, o czym uprzedzam na samym początku. Obiecałam jakiś czas temu serię "techniczną", dotyczącą robienia zdjęć, tła, obróbki itp. i dzisiaj chciałabym zaprezentować Wam pierwszy post z tej serii. Będzie ich na pewno kilka, ponieważ im dłużej nad tym myślę, tym więcej rzeczy chciałabym Wam pokazać, więc podzielę to wszystko na części. Zacznę trochę od "tyłu", czyli od obrabiania zdjęć. Chciałam zacząć od samych zdjęć, ale za jakieś dwa tygodnie zmieniam sprzęt, więc prawdopodobnie post zdjęciowy zostawię sobie do tego czasu. Uprzedzam też od razu, że nie jestem żadnym znawcą, swojego aparatu uczyłam się długo i dalej pewnie nie wyciągam z niego 100% jego możliwości, ale kilka lat pracy na nim nauczyło mnie co, jak, do czego i po co. Zdjęcia zawsze obrabiam, z reguły jest to wykadrowanie zdjęcia, lekkie rozjaśnienie, ale są też przypadki, kiedy zdjęcia wyglądały nieźle na aparacie, a po zgraniu na komputer okazały się ciemne i nijakie. Wtedy sięgam po cięższe działa i dzisiaj chciałabym Wam pokazać kilka przykładów.
Często pytacie w jakim programie obrabiam zdjęcia i czym je robię. Na chwilę obecną używam blisko siedmioletniej lustrzanki Olympus E-400 z obiektywem 1:3.5-5.6 ED 14-42 mm. Mimo, że dość długo mnie ten aparat denerwował, to teraz, gdy już w końcu doszłam do momentu, że mogę go wymienić na lepszy model, jakoś mi tak żal :P. Ostatnio pokazuje mi swoje lepsze oblicze i śmiga jak szalony. Programów do obróbki używam kilka. Najprostszy z nich i najczęściej przeze mnie używany to Photoscape. Tam zawsze zmieniam rozmiar zdjęcia, kadruję, rozjaśniam, wzmacniam kontrast itd. Drugi program, który równie często idzie w ruch to Photoshop. Tu już można się konkretniej pobawić, zmienić tło, coś przyciemnić, zmienić ustawienia "suwaków" - możliwości jest naprawdę sporo. 
Jako, że jednak Photoscape uważam za program o wiele łatwiejszy, bardziej intuicyjny, to o nim będzie traktować dzisiejszy post. Pokażę Wam przykładowe zdjęcia przed/po obróbce, przybliżę kilka jego przydatnych funkcji. Gotowe?:)

Częstym problemem, na który uskarża się chyba większość z nas, jest kiepskie światło, a co za tym idzie - ciemne zdjęcia. Ja bardzo długo męczyłam się z tym problemem, zdarzało mi się robić zdjęcia praktycznie wisząc za parapetem czy w ramach focha - robić zdjęcia tylko w słoneczne dni. Na szczęście Photoscape posiada kilka przydatnych funkcji, które w kilka sekund pozwolą nam wpuścić do zdjęcia trochę światła. 


Żeby rozpocząć obróbkę zdjęcia, wystarczy po prostu otworzyć program i przeciągnąć wybrane zdjęcie w jego okno. Zmiany rozmiaru czy kadrowania może Wam pokazywać nie będę, bo to akurat najłatwiejsze funkcje, widoczne i proste w obsłudze, więc przejdźmy do rozświetlania naszego zdjęcia. Wybrałam zdjęcie, które robiłam niedawno, przy pochmurnej pogodzie, bez użycia lampy pierścieniowej. Mimo, że stanowisko rozłożyłam sobie obok samego okna, zdjęcie i tak wyszło ciemne, szare i nie spełniające moich wymogów :). Żeby nieco je ulepszyć, działamy w następujący sposób:


Klikamy w przycisk "Jasność, Kolor", wybieramy którykolwiek z wykresów (i tak otworzą się nam w zakładkach wszystkie trzy - koloru, nasycenia i luminacji). Jako, że chcemy rozjaśnić zdjęcie, interesują nas dwa z nich - luminacja i kolor. 


Po wybraniu któregoś z wykresów, pojawi się nam okno z (cóż za zaskoczenie :P) wykresem. Wykres skomplikowany nie jest, zwykły liniowy, na "osiach" mamy pokazany gradient jasności/ciemności, którym warto się zasugerować. Aby rozjaśnić zdjęcie, "łapię" mniej więcej za środek widocznej linii i przesuwam wykres do góry, tak jak to widzicie na zdjęciu poniżej:


Warto mieć zaznaczony podgląd, ponieważ wtedy od razu widzimy efekt działań i możemy je na bieżąco modyfikować. Analogicznie - jeśli wykres przeciągniemy w dół, zdjęcie zostanie przyciemnione. Można się bawić jeszcze bardziej, bo gdy po raz drugi "chwycimy" linię w miejscu innym niż nasze zaznaczone kropki, pojawi się kolejna kropka, przez co możemy linię wykresu układać w dowolne kształty. Jednak ja z reguły ograniczam się do tego najprostszego działania, ewentualnie sam początek wykresu (kropka w prawym, górnym rogu) przesuwam lekko w lewo. Najlepiej samemu się pobawić i zobaczyć jak to działa. Im mniej zmodyfikujemy pierwotną linię tym mniejsze będą zmiany w oświetleniu zdjęcia, wyginając linię mocniej, jednocześnie bardziej rozjaśni/przyciemni się nasze zdjęcie.
Ja dodatkowo bawię się wykresem "koloru", który działa dość podobnie do "luminacji", jednak wprawione oko bez problemu dostrzeże różnicę w tych dwóch opcjach.


Tutaj postępujemy dokładnie tak samo, jak to zostało opisane wyżej. Łapiemy, ciągniemy, patrzymy czy się wystarczająco zmieniło, jak nie to ciągniemy dalej. Ot, tyle filozofii. 
Jako, że rozjaśnione zdjęcia lubią tracić na kontraście i głębi, możemy w programie naprawić oba te mankamenty. 


Ponownie klikamy w "Jasność, Kolor", wybieramy "wzmacnianie kontrastu" i jedną z dostępnych wartości wzmocnienia. Ja przeważnie wybieram poziom "średni", chyba, że obiekt, który jest na zdjęciu jest ciemny/kolorowy, wtedy wybieram poziom "wysoki". Z głębią postępujemy dokładnie tak samo:


Dla porównania, możecie zobaczyć jak prezentuje się "surowe" zdjęcie oraz po obróbce:


I kto powiedział, że potrzebne jest słońce?;)
Rozjaśnienie zdjęcie i wzmocnienie kontrastu można zrobić jeszcze w inny sposób, bardziej "skompresowany", ale i mniej dokładny, dający mniejsze możliwości zmian. Klikamy "Rozświetlenie":


I teraz mamy dwie możliwości - albo klikamy w strzałkę i wybieramy któryś z trzech poziomów (wtedy wszystko "ustawi" się automatycznie), albo klikamy w sam przycisk i wyskoczy nam taki panel:


Tutaj ustawiamy poziom rozświetlenia (poziom zaczyna się od 30%), rozmycie (której najlepiej zostawić ustawione na 0.0, ponieważ oprócz rozświetlenia, zdjęcie się nam rozmyje - kto by się spodziewał) oraz kontrast. Wszystkie zmiany ponownie możemy kontrolować na bieżąco, jeśli oznaczymy funkcję podglądu. Możemy też ustawić któryś z trzech trybów (normalny, głęboki i jasny) - ja polecam zdecydowanie ten normalny. Jeśli nie chcemy rozświetlać całego zdjęcia, w panelu znajduje się opcja "zaznacz fragment do rozświetlenia" - w tym przypadku ustawiamy jedynie rozmiar obszaru, a kursorem na zdjęciu możemy dowolnie ten obszar przesuwać. 
Po takiej obróbce zdjęcie zmienia się tak:


Kolejna z przydatnych funkcji to odwracanie bezwzględne. Pewnie nie raz zdarzyło się Wam fotografować np. butelkę szamponu czy tubkę z odżywką i fotografowany obiekt zamiast wyjść pionowo na zdjęciu, wyszedł niczym krzywa wieża w Pizie. Ta opcja pozwala nam wyprostować obiekt, w stopniu przez nas ustawionym. 


Wybieramy zakręconą strzałkę na panelu (obok mamy jeszcze opcje obracania zdjęcia i odbijania w pionie i poziomie) i wyskakuje nam takie okno:


Początkowo siatka ustawiona jest na 00.00 stopni, a przesuwając suwak w prawo i lewo poniekąd obracamy zdjęcie. Jeśli zakres nie pozwala nam na wyprostowanie obiektu w stopniu takim, jaki sobie założyłyśmy, operację tę można przeprowadzić kilkukrotnie. Ja chciałam obrócić obiekt w prawo, więc suwak przesunęłam właśnie w tym kierunku:


Ja akurat wybrałam średnio wykadrowane zdjęcie, ale przy mniejszym przekrzywieniu obiektu/większym obszarze tła wokół niego, bez problemu wyprostujecie obiekt do pionu :).


W Photoscape bardzo fajna jest też funkcja nakładania filtrów na zdjęcia, w różnych wersjach i stopniach "natężenia". Ja często korzystam z nich, gdy chcę stworzyć na zdjęciach jakiś konkretny klimat. Przykładowo, zdjęcia czarno - białego mani (czy zdjęcia makijażu w stylu Twiggy) potraktowałam filtrem Agfa (chyba mój ulubiony :)):


Wybieramy na panelu opcję "Filtr", następnie "efekt kliszy". Jeśli chcemy wybrać konkretny filtr, wystarczy kliknąć to, co nas interesuje, jeśli chcemy sprawdzić jak się będzie konkretny filtr prezentował na zdjęciu, powtórnie wybieramy "efekt kliszy" (wyskoczy nam panel z podglądem). Jest to dość przydatna opcja, ponieważ pozwala nam przełączać się między filtrami i ich mocą, a wiadomo, że taki filtr może różnie wyglądać w zależności od tego, jak prezentuje się zdjęcie wyjściowe.


Opcja, z której korzystam równie często, głównie przy obrabianiu zdjęć twarzy to "usuwanie niepożądanych kolorów". Na pewno nie raz i nie dwa, zdjęcia wyszły Wam zbyt żółte, ciepłe czy wręcz przeciwnie - niebieskawe, różowe, chłodne. Opcja ta pozwala na ściągnięcie nadmiaru którejś z tych barw ze zdjęcia. Poniżej dwa przykłady - zdjęcie chłodne i zdjęcie ciepłe. 


Niebieski czy różowy odcień na zdjęciu wskazuje na to, że zdjęcie wyszło nam zbyt zimne. Winą najpewniej jest złe ustawienie balansu bieli w aparacie, ale jeśli jest już późno, zdjęcia są zrobione i straszą trupim odcieniem - szybko można się tego efektu pozbyć. Klikamy "Jasność, Kolor", wybieramy "Usuń niepożądany odcień" i pojawia się nam panel:


Pierwszym suwakiem ustawiamy barwę jakiej chcemy się pozbyć (u mnie był to niebieski z domieszką różowego, więc w takim miejscu mniej więcej ustawiam suwak), następnie wybieramy poziom usunięcia. Przeważnie wystarcza delikatna korekcja, na poziomie 30-40%, jednak gdy zdjęcie wymaga mocnej zmiany, możemy ustawić poziom na 100% i w razie potrzeby powtórzyć całą operację raz jeszcze. Efekt:


W sytuacji odwrotnej, gdy na zdjęciu skóra wygląda zbyt żółto czy pomarańczowo, możemy zdjęcie odpowiednio "odcieplić". 


Tym razem poruszamy się w obszarze odcieni żółci czy pomarańczu na pierwszym suwaku, poziom, podobnie jak w powyższym przypadku, najlepiej ustawić na około 30-40%. Efekt:


Podane przykłady to garstka z możliwości. Wiele też zależy od tego jaki efekt lubimy i co chcemy uzyskać - na szczęście Photoscape pozwala na dowolne regulowanie mocy zmian. W programie możemy też usunąć efekt czerwonych oczu, możemy zamaskować plamki stemplem. Ponadto w programie w prosty sposób możemy wstawiać napisy, znaki wodne, doklejać nowe zdjęcia - we wszystkich tych opcjach mamy możliwość zmiany zaczernienia, czyli możemy ustawić dowolny obiekt jako częściowy przezroczysty, co też często jest przydatnym narzędziem. 

Mam nadzieję, że nie zrazi Was długość tego posta i że moje wskazówki choć dla jednej z Was okażą się pomocne :). W następnym odcinku - szybki przegląd funkcji Photoshopa. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 sty 2014

Kocie firmoowki | moja okularowa historia

Dawniej nie znosiłam okularów, a że nosić musiałam je cały czas od wczesnego dzieciństwa, łatwo można się domyślić, że byłam chronicznie nieszczęśliwa z ich powodu. To wewnętrzne nieszczęście trwało aż do czasów studiów, kiedy to małe sale lekcyjne zmieniły się w duże aule, a chcąc siedzieć na tyle daleko, żeby w miarę możliwości móc drzemać i jednocześnie widzieć cokolwiek jeśli zajdzie taka potrzeba - trzeba było się zaopatrzyć w patrzałki. Pierwszy model, który po tej długiej przerwie wybrałam u optyka to praktycznie bezoprawkowe oprawki. Długo się nimi nie nacieszyłam, ponieważ...zjadł je pies. Widocznie mojej psinie w wersji mądrej się nie spodobałam. Z braku laku konieczny był zakup kolejnych szkieł. Każdy, kto nosi okulary w naszym cudnym kraju, mlekiem i miodem płynącym, wie ile potrafią kosztować zarówno szkła, jak i jakieś sensowne oprawki - wybór miałam więc nieco okrojony z racji ograniczonego (skądinąd zjedzonego) budżetu. Wybrałam bordowe oprawki, które zresztą mam do dnia dzisiejszego, ale noszę rzadko, bo czuję się nieszczególnie przyjemnie w ich kształcie. I byłabym tak nadal trwała w nieszczęściu, tym razem spowodowanym tym, że się sobie w okularach nie podobam, ale nosić je muszę, bo podczas sesji przecież nie narysuję na kartce moich ślepiąt, ufnym wzrokiem proszących o ocenę "3", bo "panie profesorze, jakbogakocham, nie widziałam co pan tam wyświetlał". Uratowało mnie firmoo, pisząc do mnie już kawał czasu temu i oferując współpracę. Początkowo myślałam, że ktoś sobie ze mnie robi jaja, no bo jak to - okulary, za darmo, modne i w ogóle? No way. Ale zaczęłam myśleć, stanęłam pod ścianą, trzy razy pochyliłam głowę energicznie w przód, tak aby mi się klepki ponaprostowały i stwierdziłam, że cóż szkodzi? Tak zaczęła się owocna współpraca, która zaskutkowała tym, że zostałam posiadaczką dwóch kujonkowatych w swym kształcie oprawek wraz ze szkłami, które sprawdziłam pod kątem tego, czy jednak ktoś nie robi mnie w bambuko, mój Osobisty za trzecią propozycją od firmy stał się posiadaczem własnych, a do mnie dotarła właśnie trzecia para, tym razem w bardzo ciekawym kształcie, takim na który nigdy bym się pewnie nie zdecydowała, ale mając taką możliwość i nic nie tracąc postanowiłam zaryzykować. I w nowych oprawkach się zakochałam. Choć kształt mojej twarzy pozostawia wiele do życzenia i w większości okularów wyglądam po prostu jak niedowidzący księżyc w pełni, tak kocie oprawki sprawiły, że poczułam się jakbym cofnęła się do lat 50., potem wróciła i przeistoczyła się w coś na kształt sekretarki, o spojrzeniu ponętnym i nęcącym, a wizja księżyca w okularach odpłynęła w nicość. 
Pewnie część z Was zastanawia się po co taki długaśny wstęp. Po pierwsze - mam niedobór pracy twórczej, a po drugie - mogłabym napisać "dostałam nowe okulary, paczcie i podziwiajcie", ale jednak stwierdziłam, że dodam do tego trochę historii własnej, jeśli kogoś denerwują wpisy o samych okularach, to tutaj może sobie poczytać co nieco i pewnie, w porywach wiatru, udałoby się nawet zrobić jakąś analizę psychojakąśtam :). Ale teraz zostawię Was ze zdjęciami, pod zdjęciami poinformuję o tym co zawsze, czyli, że pierwsza para gratis i zaproponuję vouchery, także keep calm and patrzcie jakie mam fajne oprawki :D.



Parę informacji o samych oprawkach. Wybrałam ten model - KLIK, w wersji czarnej. Bałam się, że oprawki będą trochę za szerokie w swoim najszerszym punkcie, ale mimo tego kociego kształtu, nie wyglądają na twarzy dziwnie. Są solidnie wykonane, podobnie jak wszystkie oprawki firmoo, które miałam w rękach. W zestawie z okularami dostajemy standardowo - twarde etui, miękkie etui, ściereczkę i zestaw składający się ze śrubek i mikrośrubokręta. Okulary dotarły do mnie bardzo szybko (od złożenia zamówienia do czasu dostarczenia nie minął chyba nawet tydzień). Szkła mają antyrefleks (który na zdjęciach próbowałam jakoś zamaskować, bo zamiast oczu miałam dwie zielonawe plamy :P). 
I teraz dla odmiany informacje, które podaję Wam zawsze - jeśli prowadzicie bloga, możecie dołączyć do programu partnerskiego firmoo KLIK, jeśli chciałybyście zamówić oprawki, to przy zakupie pierwszej pary płacicie jedynie za wysyłkę. Jeśli interesują Was droższe oprawki, a nie chcecie przepłacać, to możecie poczekać dwa - trzy dni, a ja na facebooku przekażę Wam kod uprawniający do 30$ zniżki, który to kod będzie można wykorzystać pięciokrotnie. 

Oprawki, które wybrałam, cieszą się niemałym powodzeniem, więc wróżę im dużą karierę w blogosferze. A jak Wam podobają się kocie okulary?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 sty 2014

Tydzień w zdjęciach

Tydzień w zdjęciach powraca w końcu do życia, po dwutygodniowej przerwie mam dla Was nową, trochę większą porcję zdjęć pozbieraną z ostatniego okresu. Trochę się działo, mimo ogromu nauki pojawiło się sporo okazji do pstryknięcia zdjęcia. 


1. Pogoda szaleje ostatnio, pokazując nam niezdecydowanie godne niejednej prawdziwej kobiety. Nie tak dawno wracając z uczelni zobaczyłam na krzaczku...kwiatki. Różowe, kwitnące i takie wiosenne. Trochę zgłupiałam, w końcu mamy styczeń.
2. Na szczęście już parę dni później, zima jednak sobie przypomniała, że zima to zimno i śnieg i pokazała swoje prawidłowe oblicze. Ja na śnieg i jakąś normalną zimową aurę czekałam z utęsknieniem, więc pierwszy śnieg tej zimy wywołał u mnie wiele radości. Podobno tylko ja jestem taka szalona, że cieszę się na mróz i śnieg, ale wiecie...taki mamy klimat.
3. Na tym upłynęły mi ostatnie dni - lekko nie było, zużyłam dużo papieru i bardzo dużo kolorowych mazaczków, wypiłam hektolitry kawy i innych paskudztw, ale zaparłam się, że wszystko zdam w pierwszych terminach, żeby potem mieć święty spokój. No i mam :D. Będę Wam teraz spamować na blogu, moim i Waszych, aż będziecie miały mnie dość :).
4. W międzyczasie, gdy ja ciężko sapałam nad notatkami, mój pies leniuchował bardziej niż zwykle. Rankami notorycznie miałam przed oczami takie widoki. 
5. Zimą zawsze podziwiam kobiety, które na oblodzonych chodnikach popylają w obcasach czy, niedajboże, szpilkach. Nie dla mnie takie fikuśne obuwie, zdecydowanie bardziej lubię ciężkie buciorska, w których taranuję śnieg i lód leżące mi na drodze. Na zdjęcie moje ulubione, są już ze mną chyba z 5 lat i są dosłownie niezniszczalne.
6. W międzyczasie babcia miała urodziny, a, że zażyczyła sobie zdjęcia wnuczek aktualne najlepiej, trzeba było wyciągnąć aparat i zrobić sobie fotkę. Potem spotkał mnie szereg przygód z automatem do wywoływania zdjęć, w końcu trochę techniki itd.
7. A na same urodziny trzeba się było wybrać w wersji grzecznej, więc na włosy powędrowała lekka fala, na twarz lekki make up, do tego kołnierzyk i różowy sweterek i mamy Asię w wersji "jestem taka poukładana". 
8. Dotarły do mnie moje nowe firmoowki, wprost uwielbiam ich koci kształt. Te konkretne oprawki ostatnio widuję wszędzie, więc nie tylko mnie zachwyciły.
9. Dokonałam kompulsywnego zakupu nowego do - brwiowego mazidła. Tak po prostu, siedzę sobie, uczę się, a nagle w mojej głowie pojawia się wizja idealnego kosmetyku do podkreślania brwi i chcąc nie chcąc, poddałam się tej myśli i w sklepie ladymakeup wybrałam liner z Vipery, określany zamiennikiem Aqua Brow.
10. Zakupem całkowicie kontrolowanym będzie natomiast kolejna butelka wysuszacza Insta Dri. SV okazał się bublem, za to ID to mój numer jeden.
11. Przygotowania do balu rozpoczęte - mam już kieckę, buty i torebkę, za to kompletnie nie mam pomysłu na makijaż i fryzurę, buuuu.
12. Kosmetyczny, sentymentalny powrót. Mleczka Garniera używałam kiedyś długo i namiętnie, a teraz miałam okazję do niego wrócić. I szybko zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak długo tego kosmetyku nie było w mojej kosmetyczce? 

Pędzę wybiegać psa i zabieram się za robienie zdjęć blogowych, aparatowych tym razem :). Do następnego!

Pozdrawiam,
Panna Joanna

26 sty 2014

Styczniowy ShinyBox | zapowiedzi kilka

Witam się po dłuższej przerwie. Tym razem już feriowo (miejmy nadzieję :P), czekam na wyniki ostatniego egzaminu i mogę leniuchować do woli, więc przede mną upragnione 3 długie tygodnie, obfite w lenistwa wszelakie i w nadrabianie blogowych zaległości. Wczoraj zabrałam się za robienie zdjęć na bloga, żebym miała o czym pisać, ale prawie od razu padł mi akumulator w aparacie, więc "sesje" odwleką się w czasie, a ja zdążyłam zrobić jedynie kilka zdjęć najnowszego ShinyBoxa, więc siłą rzeczy, to o nim dzisiaj będzie krótka notka :). Na końcu zdradzę też Wam, co pojawi się za jakiś czas. 




Tym razem w pudełku znalazły się cztery produkty pełnowymiarowe i jedna próbka. Zawartość umiarkowanie przyjemna. Mamy tu krem pod oczy Bioliq - firma ostatnio robi się dość popularna, a kremy pod oczy mi się zawsze szybko kończą, więc chętnie wypróbuję, aczkolwiek już zdążyłam zauważyć, że krem jest raczej z gatunku tych bardzo lekkich. Produkt, z którego zdecydowanie się cieszę to oliwka do paznokci z Dellawell. Olejowanie paznokci to mój codzienny rytuał, więc nowa mieszanka olejków (o pięknym zapachu) na pewno się przyda. Kolejny kosmetyk, który również mnie ucieszył to kredka z Paese. Trafił mi się bardzo przyjemny, czekoladowy odcień z mnóstwem drobinek. Przyznam, że gdyby nie kolor, to z kredki raczej bym się nie cieszyła. Z dużą ulgą odnotowałam, że kredka nie jest czarna, kolejnej bym nie przeżyła. Pozostałe kosmetyki nie wzbudziły we mnie szybszego bicia serca, ale z góry ich nie skreślam - poużywam i zobaczę jak się sprawdzą. Peeling do stóp z Evree musi poczekaż aż wykończę moje setne chyba opakowanie peelingu z Be Beauty. Kosmetykiem próbkowym jest baza wygładzająca z Dermiki. O ile sama baza może być przyjemna, to problem pojawi się, jeśli okaże się ona jakaś ponadprzeciętna, ponieważ jest to edycja limitowana i mam nieco mieszane uczucia odnośnie umieszczania takich kosmetyków w boxach. 

Obecny box jest ostatnim przeze mnie testowanym, stwierdziłam, że chyba nadszedł dobry moment, żeby zakończyć moją przygodę z Shiny - mało kosmetyków "odkryłam", ponadto kosmetyki zaczynają się powoli "powtarzać": próbki kremów, kredki do oczu, kremy do rąk itd., a mnie zaczyna nieco męczyć zbieranie kolejnych próbek i kosmetyków, które zaczynają mi zalegać :). 

A co w najbliższym czasie? Wraca przegląd zdjęciowy, chcę też zrobić posta o tym jak robię zdjęcia na bloga i jak je obrabiam, pojawią się też recenzje kosmetyków Mythos i kilku włosowych kosmetyków. Na pewno zrobię też jakąś makijażową próbę, ponieważ z Osobistym wybywamy w sobotę na bal, a pomalować się jakoś trzeba. 

Co u Was nowego, co mnie ominęło ciekawego?:)))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 sty 2014

Makijażowo - Twiggy po raz drugi!

Psze Państwa, robię sobie 10 minut przerwy w nauce do egzaminu, więc nic bardzo twórczego nie zrobię przez ten czas, ale mogę za to szybko pokazać, co zrobiłam jakiś czas temu. Do e-makeupowni nowej (już jest! taki jakby nawet jubileuszowy numer) zmalowałam makijaż w stylu Twiggy. Już kiedyś taki zrobiłam, ale patrząc z perspektywy czasu, ten jednak wyszedł inaczej, trochę bardziej się postarałam. Zdjęcia też wyszły w całkiem innym klimacie. Zresztą, co ja się będę rozpisywać, "zmoś" się sam nie nauczy, więc zostawiam Was z fotograficzną prezentacją tematu:





Krok po kroku możecie zobaczyć w magazynie KLIK!


I tak ogólnie zachęcam do przejrzenia zawartości, magazyn zmienił nieco "wystrój", a na okładce zagościł makijaż zdolnej Patrycji, która dołączyła do naszej ekipy :)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 sty 2014

black&white - makijaż konkursowy

Witam po przerwie. Wiem, że się blogowo obijam, ale nic nie poradzę jeszcze przez chwilę, ponieważ moja uczelnia funduje mi ostatnio mnóstwo rozrywek w postaci kolokwiów, egzaminów i projektów, więc niestety jestem praktycznie odcięta od normalnego życia. Wczoraj np. zaczęłam kończyć i składać projekt, zeszło mi rana, więc dzisiaj prezentuję wariant Panna Joanna - zombie. Ale, że spać nie mogłam jak już wróciłam (projekt na szczęście przeszedł i nie muszę go już więcej oglądać), a do myślenia się dzisiaj zdecydowanie nie nadaję, pomyślałam, że może zrobi mi się trochę lepiej jak wyżyję się "artystycznie". Zaczęłam dumać  nad tym, co by tu wykombinować, przypomniałam sobie, że jakiś czas temu dostałam informację o konkursie organizowanym przez Pierre Rene, więc stwierdziłam, ze zaryzykuję i spróbuję swoich sił. 
Tematem konkursu jest makijaż w stylu Black&White. Ja poszłam na całość - jak miało być czarno - biało, to jest. Chciałam zrobić coś innego niż wszyscy. Widziałam już kilka świetnych prac, każda w zupełnie innym stylu, ale ja poszłam jeszcze inną drogą. Wypaprałam się przy tym niemiłosiernie, zużyłam niemal cały czarny sypki cień, sporo białego cienia w kremie, przestraszyłam kilka razy psa, rozsypałam biały brokat i stworzyłam wokół siebie ogromny rozgardiasz. Na sam koniec nie mogłam się domyć, więc moja skóra dodatkowo dostała to, czego od jakiegoś czasu już mocno potrzebowała - solidny peeling. Jaki jest efekt tego wszystkiego?


Po raz kolejny przekonałam się jaka jestem przeraźliwie blada - na pół twarzy nałożyłam biały cień w kremie i na większości ujęć niemal nie odznacza się on od koloru szyi. Czyżby czas na soczki z marchewki?:)

Z racji piątku przewiduję dziś małe odprężenie, ale od poniedziałku znowu możecie trzymać za mnie kciuki - jak dobrze pójdzie, to w najbardziej optymistycznej wersji wydarzeń, od przyszłego piątku będę miała już dłuuugie ferie.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 sty 2014

Black&white

Ostatnio znowu napadła mnie ochota na nietypowe ozdabianie paznokci. Praktycznie do każdego mani dodaję jakiś akcent - albo coś błyszczącego, albo jakiś wzorek. Tym razem zaszalałam po całości - czerń połączyłam z bielą, do tego dorzuciłam mat i trochę...brokatu. Efekt końcowy całkiem mi się podoba :).



Czarny lakier to Wibo seria Express Growth, biel to Bell (frenczowy), matujący top coat Lovely, brokatowy top L'oreal. 



Choć takie połączenie mi się podoba, to chyba pójdzie do zmycia, bo w głowie już mam kolejne pomysły i póki o nich pamiętam chciałabym je przenieść na paznokcie :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 sty 2014

O cieniach Glazel słów pochwalnych kilka

Zastanawiałam się ostatnio, o czym ciekawym mogłabym napisać. Powoli kończą mi się zdjęcia porobione "na zapas", a w szafkach nadal leży sporo fajnych kosmetyków, o których jeszcze na blogu nie pisałam. Ostatnio z racji jakiejś promocji, natknęłam się na kilku blogach na recenzje/posty zakupowe z kosmetykami Glazel w roli głównej. Ja o promocji na cienie tejże firmy dowiedziałam się za późno i trochę żałuję, ale za to uświadomiłam sobie, że moje Glazelowe kosmetyki są już ze mną pół roku, a ja niektóre z nich zdążyłam przez ten czas bardzo polubić, więc pora na porządną prezentację na blogu.


Trochę się tego nazbierało, a ja miałam niezłą zagwozdkę co wybrać w pierwszej kolejności, ale padło na cienie do powiek - a konkretniej całą paletę.


W mojej palecie mieści się sześć cieni. Co najbardziej rzuca się w oczy? Ich wielkość. Tak dużych wkładów jeszcze nie spotkałam w ofercie żadnej firmy. Na szczęście mimo tej wielkości, sama paleta jest zgrabna i poręczna, ma lusterko, więc naprawdę jest wygodna w użyciu. W mojej wersji znalazły się odcienie brązu, beżu i fioletów. Na zdjęciach średnio widać "moc" tych kolorów, ta będzie widoczna dopiero na swatchach.
Nie mam niestety pojęcia jakie to numery cieni - swoją paletę otrzymałam od firmy Glazel w ramach współpracy z magazynem e-makeupownia i nie było na niej oznaczeń. Mamy tu ciemny, dość neutralny brąz, czysty cielisty beż, beż złamany szarością (dla mnie to kolor cappuccino), ciemny śliwkowy fiolet, wrzosowy odcień fioletu (taki fiolet z domieszką szarości) i jaśniutki fiolet wpadający lekko w róż. 


Cienie mają przedziwną konsystencję. Są bardzo pudrowe, miękkie, suche, mi przypominają formułą kredę. I tu pewnie pies byłby pogrzebany, bo nie ma nic gorszego niż cień jak kreda, ale na szczęście obok tej dziwacznej konsystencji, cienie mają niesamowitą pigmentację. Łatwo nabiera się je na pędzel (choć ja preferuję do nich tylko pędzle z miękkiego włosia) i przenosi na powieki. Nie osypują się aż tak jakbym się spodziewała, właściwie jedynie ten najjaśniejszy fiolet sprawia trochę problemów. Dobrze czepiają się skóry, łatwo się je blenduje i co najważniejsze - podczas rozcierania nie tracą  na intensywności i nie robią prześwitów. Na bazie czy bez - kolory są bardzo mocne. Ich trwałość jest bardzo zadowalająca, ponieważ bez bazy trzymają się na oczach dobrze, a z bazą rewelacyjnie, dosłownie do samego zmycia, bez żadnych uszczerbków na makijażu. Dość dobrze ich formułę widać na swatchach (robionych na gołą, suchą skórę, bez użycia bazy, dosłownie lekko przetartych palcem po ręce):


Widać jak na dłoni (:D), że pigmentacja jest naprawdę rewelacyjna. Dokładnie tak samo cienie zachowują się na powiekach (znam cienie, które fajnie wyglądają tylko na ręce oO). Nie widzę w zasadzie żadnych minusów.
Jeśli chodzi o cenę - z tego co się orientuję, pojedynczy cień matowy kosztuje 23 zł, a paleta sześciu cieni matowych/perłowych 90 zł, więc generalnie bardziej opłaca się kupować palety. 

Podsumowując - jedne z lepszych cieni, z jakimi miałam okazję pracować. Paleta odkąd ją mam, codziennie jest w użytku, w beżowym cieniu widać już dno, w brązowym zbliżam się do drobnego prześwitu :). Oprócz cieni bardzo lubię samą paletę - to przy niej najczęściej się maluję, ponieważ ona sama jest bardzo solidna, a lusterko wystarczająco duże. 

Znacie cienie tej firmy? Może możecie polecić jakieś konkretne kolory?

Pozdrawiam,

Panna Joanna
8 sty 2014

Dekalog codziennej pielęgnacji - wyniki

Tak jak obiecałam - dzisiaj przybywam z wynikami konkursu z Kolastyną. Miałam ciężki orzech do zgryzienia, bo wszystkie Wasze odpowiedzi bardzo mi się podobały, nawet te najprostsze (też nie wyobrażam sobie pielęgnacji bez wody ;)), ale udało mi się wybrać dziesiątkę zwycięzców i poniżej możecie zobaczyć listę. Bardzo Wam wszystkim gratuluję i idę pisać do Was maile z prośbą o dane adresowe :).

Nagrody trafiają do....
1way to beauty
miapolkj
kosmetycznapasjaa
Anita B.
EwelinaHell
Monika Raciborska
Wioletta Wyroślak
Marta/Marta Kaszyńska
Madeleine
alicjamagdalena

Na Wasze dane do wysyłki czekam 3 dni, jeśli nie odpowiecie na mojego maila, będę musiała ponownie wyłonić zwycięzców :).

Przy okazji ogłoszenia wyników, chciałabym przedstawić Wam grafikę, jaka powstała w związku z akcją Dekalog Codziennej Pielęgnacji organizowanej przez markę Kolastyna.

Z dużym zaciekawieniem czytałam "dekalogi" pozostałych dziewczyn, a Kolastyna zrobiła świetną robotę zbierając to wszystko w całość. 

Znajdujecie w grafice jakieś Wasze własne pielęgnacyjne przykazania?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
7 sty 2014

Lakierowo - błyszczący granat

Ostatnio wyjątkowo upodobałam sobie pewien granatowy lakier. Noszę go na paznokciach bardzo często i równie często dokładam do niego jakiś błyszcząco - migoczący mani. W weekend po raz kolejny sięgnęłam po właśnie taką kombinację - do lakieru Denim Blues z Joko dołożyłam brokat z Wibo z serii "wow glitter" w wersji nr 3. 




Glitter choć początkowo wydawał mi się po prostu niebieski, na paznokciach pokazał swoje drugie oblicze. W rzeczywistości sporo w nim fioletu, a między niebiesko - fioletowymi drobinkami pojawiają się również zielone. Bardzo mi się podoba efekt jaki daje nałożony na ciemnoniebieski lakier - przyjemnie migocze w sztucznym świetle, ale i w cieniu widać, że coś się na paznokciu dzieje. Po udanych próbach z białym i niebieskim glitterem nabrałam ochoty na pozostałe dwa - róż i czerń. 

Zmykam do nauki na kolokwium, ale już jutro pojawię się, aby ogłosić wyniki konkursu z Kolastyną, jeśli brałyście w nim udział - oczekujcie :). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 sty 2014

Tydzień w zdjęciach

Poniedziałek mamy psze Państwa, więc pora na kolejny fotomix (ach ta moja wytrwałość). Tydzień ubiegły w stopniu znacznym zdominowany był przez lenistwo, sylwestrową zabawę, kilka fajnych prezentów i kilka równie fajnych spotkań.


1. Przedsylwestrowe przygotowania i "Ogniste sombrero". Nie lubię robić sałatek, ale przy tej jakoś sprawnie i szybko poszło, sałatka smakowała, a ja nie zrobiłam sobie krzywdy tym wielkim nożem, więc można odnotować to wszystko jako sukces :D.
2. O paletce MUA już pisałam - Osobisty postanowił zrobić mi niespodziankę i udało mu się jak nie wiem co, ponieważ paletka od dość długiego czasu wisiała na mojej "wish liście". Paletka była częścią rocznicowego prezentu (to już siedem lat za nami!) :).
3. W sobotę bawiliśmy się na parapetówce u kolegi. Kolega dostał od nas winko, które zdążył już otworzyć podczas imprezy i całe szczęście bo okazało się po prostu przepyszne. Spróbujcie kiedyś jak będziecie mieć okazję, pycha :).
4.  Dostałam swój własny podgłówek. Swojego czasu intensywnie grywałam w Angry Birdsy na wykładach (jak na nie chodziłam :P), a teraz jedno ptaszątko o wyrazie "twarzy" tak przyjaznym jak i mój, mam na własność. 
5. Z serii znalezione podczas porządków - mój pies ma niesamowicie rozwiniętą mimikę. To zdjęcie zawsze poprawia mi humor, ilekroć je widzę. I śmieję się razem z nią :).
6. Za oknem wiosna...A mi smutno, bo ja chciałabym już śnieg i mróz i śnieg i jestem naprawdę oburzona tym, co widzę za oknem.
7. Mój nowy rozpraszacz, czyli kolejna książka spod "pióra" Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk. I jak tu się uczyć, jak tu książka na mnie patrzy?
8. A uczyć się trzeba, bo na polibudzie nagle wszyscy powariowali i stwierdzili, że jużzarazteraz rąbniemy wam stos zaliczeń, więc siedzę sobie biedna i uczę się włoskiego, mimo, że tak naprawdę wybitnie mi się chce...
9. ...ale, że są rzeczy ważne i najważniejsze - najpierw pomaluję paznokcie, a potem zajmę się resztą, czyli nowy mani z błyszczącym akcentem już niedługo na blogu :).

A jak Wam minął poprzedni tydzień? Nowy rok dobrze się zaczął?:)

Ps. Jest już Was ze mną aż 2000! Dziękuję każdemu z osobna :)


Pozdrawiam,
Panna Joanna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...