WoleProstoHeader

30 gru 2013

Tydzień w zdjęciach

Kolejny poniedziałek, kolejny fotomix. W poprzednim tygodniu mój aparat zdominowały święta i powolne przygotowania do Sylwestra, więc czas minął nadzwyczaj szybko, a tu już za progiem Nowy Rok i nowe plany.


1. Początek tygodnia był pracowity. Musiałam zrobić zdjęcia makijaży do kolejnego numeru e-makeupowni, na zdjęcia czekały też kosmetyki Kolastyny do nowego projektu. Na zdjęciu widać bardzo profesjonalne umocowanie lampy do statywu z aparatem, jestę inżynierę...
2. ...za to artystyczną duszą ani trochę. Miało być subtelnie, miało być ładnie, a wyszło jak zawsze :P. To jedno z kilku ujęć dowodzących tego, że nie potrafię chwilę siedzieć nieruchomo. Na szczęście po dużym przesiewie, kilka fotek nadało się do publikacji.
3. Miałam okazję pokopać trochę w babcinej szafie. Szukałyśmy z babcią jakiegoś "czegoś" na pompon do czapki (nie cierpię czapek bez pomponów :P), a znalazłyśmy trochę...lisa. Lisi szal i lisia czapa zostały przymierzone, ja stwierdziłam, ze urodziłam się w złej epoce, zrobiłam pamiątkowe zdjęcie i lis wrócił do szafy. Ps. zdjęcie zrobione telefonem, trochę fotoszopa i wygląda chyba całkiem nieźle nie?:)
4. W wigilijny wieczór użyczyłam na stół mojego pojemnika na pędzle. Jako lampion (tzn. to jest lampion właściwie) sprawdził się wyśmienicie i okazał się niezwykle fotogeniczny ;).
5. W salonie nie mamy za bardzo miejsca na choinkę, więc żeby było bardziej świątecznie, na okno powędrowała dziwna kompozycja, lampkowo - stroikowa. Miało być klimatycznie.
6. Mój pies jest strasznym przytulasem, kompletnie niezdającym sobie sprawy z własnych gabarytów. Misio stwierdził, że nie będzie siedzieć na ziemi, a że kanapa była zajęta...wbiła się na kolana do babci. Można i tak.
7. Przygotowania do sylwestra czas zacząć. Dostałam polecenie przygotowania sałatki, ale okazało się, że jedyna sałatka, która mi wychodzi (gyros) jest już zarezerwowana przez kogoś innego. Na szczęście ciocia mieszkająca po sąsiedzku mnie poratowała i wpuściła mnie w swój kulinarny kajet :D. Wybór padł na ogniste sombrero - tego się chyba nie da zepsuć prawda?
8. Skoro już wymyśliłam co z sałatką, wypadałoby się w końcu zająć upiększaniem siebie. Kompletnie nie mam pomysłu ani na makijaż, ani na paznokcie...Jednak krążąc po Waszych blogach natknęłam się na piękny mani u Idalii i póki co mam faworyta w kwestii paznokci :D. Dawno nie widziałam czegoś tak ładnego i prostego zarazem.
9. Udało mi się też zaliczyć wyprzedażowe zakupy. Choć same wyprzedaże nie zachwyciły, to zupełnie przypadkiem dorwałam paletkę Lovely, którą bardzo chciałam mieć. Zapał do niej minął po pierwszym użyciu, o czym zdążyłam Wam już napisać, ale i tak cieszę się, że udało mi się ją "upolować":D.

A jak Wasze plany sylwestrowe?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 gru 2013

Naked dla ubogich? Lovely kontra MUA

Kiedy tylko Lovely wypuściło kolejną nowość, paletkę Nude make up kit, włączyło mi się zwyczajne chciejstwo. Na blogach co prawda czytałam, że paletka raczej szału nie robi, ale sama chciałam się o tym przekonać. Problem pojawił się już na samym początku, ponieważ paletka w zastraszającym tempie znikała ze sklepowych półek. Regularnie odwiedzałam dwa Rossmanny, jednak za każdym razem dowiadywałam się, że paletka była, ale wyszła. A że ze mnie jest stworzenie przekorne, im bardziej nie mogłam jej dostać, tym bardziej miałam na nią ochotę. W końcu mi się udało! Wczoraj wybrałam się pooglądać poświąteczne wyprzedaże. W drodze z centrum handlowego na przystanek (miałam niecałe 10 minut do odjazdu autobusu), na mojej drodze wyrósł Rossmann. Rzadko w nim bywam, bo jest mi on kompletnie nie po drodze, więc zdążyłam już niemal zapomnieć, że tam również jest ta drogeria. Ryzykując uciekniętym autobusem i wiedziona jakimś przeczuciem, skierowałam swoje kroki w stronę owego Rossmanna. Tam od razu udałam się pod szafę Lovely oczekując po raz kolejny pustej półki, jednak była tam i czekała na mnie. Porwałam więc ją ze sklepowej półki, pognałam do kasy i cudem zdążyłam na autobus. 


Paletka Lovely zyskała na blogach dużą popularność i ciekawy przydomek - "Naked dla ubogich". Jest to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że jednak ja osobiście jakiegoś szaleńczego podobieństwa do palety Naked nie dostrzegam. Owszem, mamy tu naturalną kolorystykę, prostokątne cienie ułożone są w jednym rządku, ale na tym mnie wg podobieństwa się kończą. Nie mam niestety na własność palety UD, więc nie mam możliwości porównania tych dwóch paletek, ale! Wpadłam na pomysł, aby paletkę Lovely porównać do innej palety utrzymanej w  podobnej kolorystyce i również określanej mianem tańszego odpowiednika palety Naked. Paletkę Undressed z MUA, bo o niej mowa, akurat posiadam, więc stwierdziłam, że może nawet bardziej pomocne okaże się porównanie dwóch tańszych wersji Naked. 


Paletka Lovely rzeczywiście wykonana jest raczej kiepsko, lekki, delikatny plastik wygląda jakby zaraz miał zejść z tego świata, ale za cenę niecałych 12 złotych nie powinniśmy spodziewać się cudów w tej materii. Na szczęście same cienie prezentują się o wiele lepiej. Kolorystyka utrzymana jest w bardzo naturalnej tonacji, mamy tu beże, brązy i szarości. Cienie są dość nierówne pod względem jakości. Najgorzej wypadają maty (w paletce jest ich sztuk 3), zdecydowanie lepiej prezentują się cienie metaliczne i perłowe. Maty są dość suche i raczej delikatnie napigmentowane, aczkolwiek nie będą to cienie bezużyteczne. Dobrze sprawdzą się przy rozjaśnianiu powieki, pod brwi czy do rozcierania ciemniejszych cieni. Cienie pozostałe są natomiast bardziej miałkie, miękkie, dobrze nabiera się je na pędzel. Są jednak na tyle miękkie, że czasem lubi się ich nabrać na pędzel zbyt dużo, więc pojawia się problem osypywania. Paletka ma kilka mocnych punktów - mi najbardziej do gustu przypadł brązowo - oliwkowy cień (6 od lewej), lekko różowy cień (6 od prawej), ostatnie 3 cienie również są przyjemne - złocisty brąz, chłodny brąz i nieźle napigmentowana czerń. Jest to w miarę uniwersalna paletka, będzie dobra dla osób, które lubią makijaże w naturalnej kolorystyce, uczących się malować. Ja zrobiłam nią od wczoraj dwa makijaże i jestem względnie zadowolona. Cienie dają raczej delikatny efekt, ale na bazie sporo zyskują. Trwałość jest niezła, po kilku godzinach od zrobienia makijażu zaczęły trochę blaknąć, ale nie zrolowały się, nie osypały. Paletka pewnie będzie u mnie pełniła funkcje palety wyjazdowej, takiej, której nie żal wrzucić do torby. 


Czy jest więc się do czego przyczepić? Moim zdaniem tak. Sama paleta jest licha i najpewniej coś się zaraz połamie. Cienie może i są niezłe, ale dla osób mających porównanie do czegoś lepszego, jak choćby Sleek czy Inglot, mogą okazać się niewystarczające. Samo podobieństwo do palety Naked jest tu raczej słabe. Cieni podobnych (bo identycznych nie widzę) naliczyłam cztery - pięć. Określenie "Naked dla ubogich" wydaje mi się tu więc nieco nad wyraz. Na poniższym zdjęciu możecie zobaczyć jak prezentują się swatche Nude make up kit z Lovely. Wykonane na bazie, ponieważ jest ogromna różnica w prezencji tych cieni bez i na odpowiednim podkładzie, a wolałabym je pokazać od tej lepszej strony.


Jak to wygląda w przypadku palety z MUA? Zdecydowanie lepiej. Paletka Undressed określana jest dupem Naked. Miałam w ręce obie palety jednocześnie i tutaj podobieństwo jest naprawdę ogromne. Na 12 cieni tylko jeden odbiega nieznacznie kolorystyką (klik). O jakości nie sposób tu mówić, ponieważ palety Naked nie używałam, ale z cieni MUA jestem naprawdę mocno zadowolona. Cienie są mniej miałkie od tych z Lovely, ale ciągle dobrze się je nakłada, blenduje. Znika za to problem z osypywaniem. Pigmentacja jest bardzo dobra również bez bazy, a trwałości nie mogę nic zarzucić. Używam ich już bardzo długo, część cieni zdążyłam już niemal zdenkować, co tylko potwierdza moje duże uznanie dla tej palety. Możemy nią wykonać również mocny makijaż, z czym z kolei mógłby być problem przy paletce Lovely. Bez bazy (!) cienie z Undressed prezentują się następująco:



Jeśli nie chcecie wydawać dużej ilości $ na paletę UD, ale jednocześnie zależy Wam na podobnej kolorystyce (niemal identycznej), to zdecydowanie paleta Lovely nie jest dla Was. Lepiej dołożyć te 10 złotych więcej i zainwestować w paletkę MUA. Z kolei gdy po prostu szukacie niedrogiej paletki utrzymanej w naturalnej kolorystyce, nie ma większego znaczenia po którą sięgniecie. Obie sprawdzą się w tej sytuacji dobrze. Przy czym - o ile paletka z MUA jest naprawdę jedną z moich ulubionych palet i zamierzam za jakiś czas kupić kolejną sztukę (i przy okazji skusić się na Undressed me too), tak nie sądzę, żebym za jakiś czas mogła tak określić paletę Nude od Lovely. Jest przyjemna, tania, można z niej coś wykrzesać, ale MUA moim zdaniem bije ją na głowę.
Porównanie obu palet wypada tak:


Podsumowując - Nude z Lovely nie skreślam, na pewno będę po nią sięgać z dużą częstotliwością, ale ten pojedynek wygrywa Undressed z MUA. Choć praktycznie dwukrotnie droższa, to wciąż jest tania, a cienie jakościowo przebijają Lovely. Również wykonanie samej palety (choć w MUA też nie zachwyca) jest zdecydowanie lepsze w przypadku paletki Undressed. 

Jeśli polujecie na Nude make up kit, chcąc kupić paletę, która godnie zastąpi Wam Naked od UD - mam nadzieję, że trochę pomogłam ostudzić Wasze pragnienia :). Lovely polecam tak czy siak, za takie pieniądze jest zdecydowanie warta uwagi, ale tytuł "Naked dla ubogich" zdecydowanie się jej nie należy :).

Ps. Ponieważ już dostałam kilka zapytań o dostępność palety MUA w Polsce, spieszę napisać, że można ją dostać na cocolita.pl, konkretniej nawet TU

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 gru 2013

Dekolag codziennej pielęgnacji i konkurs z Kolastyną (ZAMKNIĘTY)

Święta, święta i po świętach. Przed świętami obiecałam Wam małą niespodziankę, a że na dziś skończyliśmy już świętowanie, w końcu mam chwilę, aby tego niespodziankowego posta opublikować. O co dokładnie chodzi? Wraz z marką Kolastyna mam dla Was konkurs - do wygrania jest aż 10 zestawów kosmetyków Kolastyna, co zrobić aby wygrać i co dokładniej jest do wygrania, będziecie mogły przeczytać niżej. Tematem przewodnim całej akcji jest "Dekalog codziennej pielęgnacji" - będziecie mogły przeczytać jak wygląda moje pielęgnacyjne 10 przykazań, a ja chętnie poczytam jak prezentują się Wasze wskazówki odnośnie codziennej pielęgnacji.


Kosmetyków dostępnych na rynku kosmetycznym jest całe mnóstwo, coraz popularniejsze robią się również wszelkie półprodukty, z których same możemy sobie ukręcić kosmetyki. W czasopismach, w internecie, w telewizji i wszelkich innych środkach przekazu z każdej strony atakują nas informacje, wskazówki odnośnie tego, jak powinna wyglądać pielęgnacja skóry. Ogrom tych wszystkich rad może nieco przytłoczyć, a my chcąc się zastosować do nich wszystkich, w pewnym momencie z pewnością skończymy z łazienką pełną niepotrzebnych kosmetyków. 


Jak więc nie dać się zwariować i zrobić swojej cerze/włosom/paznokciom krzywdy? Przede wszystkim musimy poznać własną skórę, zorientować się jakie są jej główne potrzeby. Gdy już znajdziemy kilka kosmetyków, które nam służą, czasem lepiej jest przy nich pozostać czy choćby mieć je w pogotowiu, zamiast ciągle poszukiwać nowości. Ja długo nie wiedziałam czego tak naprawdę potrzeba mojej skórze, ale metodą prób i błędów doszłam do tego jak musi wyglądać mój pielęgnacyjny dekalog, aby cera nie wariowała, a włosy były lśniące i lejące. 

1. Punkt pierwszy, dla mnie bardzo istotny - demakijaż. Kiedyś używałam po prostu mleczka czy żelu do demakijażu. Teraz zmywanie makijażu wygląda u mnie zdecydowanie inaczej. Sięgam po płyny micelarne, makijaż oczu zmywam specjalnym płynem do tego przeznaczonym, obowiązkowo sięgam po żel czy piankę z użyciem wody, na koniec zawsze używam czegoś do tonizowania skóry. Ten punkt jest szczególnie istotny, gdy malujecie się dość mocno, używacie korektorów, podkładu, kamuflażu. Ważne jest aby dokładnie oczyścić skórę ze wszystkich tych kosmetyków.
2. Jak już przy oczyszczaniu jesteśmy - złuszczanie. Regularne stosowanie peelingów, czy enzymatycznych czy mechanicznych może znacznie poprawić stan skóry. Ja jestem wielbicielką wszelkiego zdzierania martwego naskórka, nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez dobrego peelingu. Jeśli danego dnia akurat nie robię peelingu, lubię trochę wspomóc zwykłe mycie buzi - żel do mycia twarzy nakładam na twarz gumową "szczoteczką". 
3. Nawilżanie. Ważne przy każdym typie cerze. Wiele osób z tłustą cerą lubi o tym zapominać, a taka skóra również potrzebuje odpowiedniej dawki nawilżenia. Moja sucha skóra nie potrafi się obejść bez mocno nawilżającego kremu. Stosowałam ich już wiele i jeszcze nie znalazłam *ideału*, ale mam kilka sztuk bardzo do tego ideału zbliżonego i staram się mieć je zawsze pod ręką. 
4. Kosmetyki to jedno, demakijaż to drugie. Ale nie bez znaczenia jest też to z czym "styka" się nasza skóra. Obowiązkowo myję pędzle do podkładu, pudru itd. po każdym użyciu, często zmieniam poszewki z poduszki. 
5. Ważne jest również nawodnienie skóry. Picie odpowiedniej ilości wody ma wpływ nie tylko na naszą figurę czy organizm, ale również na kondycję naszej skóry. 
6. Filtrowanie. Nasza skóra potrzebuje ochrony bez względu na to czy świeci słońce czy pada deszcz, czy mamy jasną czy ciemną karnację. Kremu z filtrem używam przez cały rok. Filtry pomogą nam uniknąć przebarwień, spowolnią proces powstawania zmarszczek. Przy cerach zwykłych i w zwykłych warunkach kremy z filtrem są *wskazane*, jednak gdy jesteśmy posiadaczkami alabastrowej skóry, stosujemy hormonalną antykoncepcję, używamy kwasów, filtry są po prostu niezbędne.
7. Nie zapominam o szyi i dekolcie. Błąd popełniany przeze mnie nagminnie do niedawna. Jednak, gdy jakiś czas temu więcej uwagi poświęciłam na pielęgnację tych partii - bardzo szybko zauważyłam poprawę stanu skóry. Stosuję standardowy zestaw, używam toników czy miceli do oczyszczenia, peelingu do złuszczenia i mocno nawilżających kremów. 
8. Skóra pod oczami wymaga szczególnej opieki. W tych rejonach skóra jest cieńsza, bardziej delikatna. Warto zainwestować w dobry krem pod oczy, taki, który odpowiednio nawilży skórę, będzie miał działanie przeciwzmarszczkowe (lepiej zapobiegać, niż leczyć :)). 
9. Z równie dużym zapałem podchodzę do pielęgnacji ciała i włosów. Włosy mam długie, więc poświęcam im wyjątkowo dużo uwagi. Trzy najważniejsze nawyki, które znacznie przyczyniły się do poprawy kondycji moich włosów to zmiana szczotki (na nieszarpiącą włosów), olejowanie oraz mycie szamponem jedynie skóry głowy. Czasem również robię sobie...peeling skóry głowy :).
10. Przede wszystkim zachowuję umiar. Nadmiar jeszcze nigdy do niczego dobrego się u mnie nie przyczynił. Mam kilka swoich pielęgnacyjnych trików, ulubionych kosmetyków i tego się trzymam.


Tak właśnie wygląda mój pielęgnacyjny dekalog. Bardzo jestem ciekawa, które z tych punktów praktykujecie u siebie, co uważacie za najbardziej istotne. Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach.

A teraz kolejna część posta - konkurs! Jak już wspomniałam do wygrania jest 10 zestawów kosmetyków firmy Kolastyna. W zestawie znajdzie się 6-7 kosmetyków, podobnych do tych, które widzicie na zdjęciu poniżej.


Aby zgłosić się do konkursu należy wypełnić formularz konkursowy. Wysłanie wypełnionego formularza oznacza zaakceptowanie regulaminu dostępnego na końcu posta. 
Konkurs trwa od dzisiaj (26.12.2013 r.) do 4 stycznia 2014 roku. Wyniki ogłoszę 8 stycznia. 


Regulamin konkursu:
Konkurs organizowany jest na łamach bloga joannapanna.blogspot.com.
Fundatorem nagród jest firma Kolastyna.
Nagrodę stanowi 10 zestawów kosmetyków firmy Kolastyna. 
W skład zestawu wchodzi 6-7 sztuk kosmetyków Kolastyna.
Nagroda nie podlega zamianie na inną ani na zamianę na nagrodę pieniężną.
Konkurs trwa od 26.12.2013 r. do 04.01.2014 r. Ogłoszenie wyników nastąpi 08.01.2014 r. na blogu joannapanna.blogspot.com.
Konkurs polega na odpowiedzi na pytanie "Bez czego nie wyobrażam sobie codziennej pielęgnacji?".
Nagrody zostaną wysłane przez firmę Kolastyna pocztą w ciągu 20 dni od daty zakończenia konkursu.
Na dane do wysyłki czekam 3 dni od daty zakończenia konkursu. 
Konkurs skierowany jest do obserwatorów bloga joannapanna.blogspot.com, zgłoszenie do konkursu jest jednoznaczne z akceptacją niniejszego regulaminu. Akceptując regulamin uczestnik zgadza się na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie danych osobowych (Dz. U. Nr.133 poz. 883).
Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych (Dz.U. 2009 nr 201 poz. 1540 z późn. zm.).
Niniejszy regulamin obowiązuje przez cały czas trwania konkursu. 

Do dzieła :))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 gru 2013

Tydzień w zdjęciach

Nie da się, nie dam! Już się miałam poddać i nie sklejać tego posta, dosłownie za 10 minut muszę wyjść z domu (wg Osobistego choinka sama się nie ubierze), ale "ja nie dam rady?". A dam.


1. Co jakiś czas wraca do mnie pomysł ścięcia włosów, jednak jeszcze zdecydowanie nie dojrzałam do takiej decyzji. Niby nie ręka, odrosną, no ale kurde szkoda :D. Na szczęście jestem człowiek sprytny i radzę sobie inaczej. Do perfekcji mam opanowane upięcia, które udają krótkie fryzury. Na zdjęciu właśnie jedna z takich opcji. I jakoś tak ogólnie - lubię to zdjęcie ;).
2. Byłam ostatnio przelotem w Pepco. Stojąc w kolejce, aby zapłacić za sweterek, w oczy rzuciła mi się opaska do włosów. Na zdjęciu wygląda średnio, ale na żywo prezentuje się naprawdę ładnie i świetnie pasuje do wszelkich luźnych koczków. Interes życia za 5 złotych.
3. W temacie czesania i włosów pozostając - to zdjęcie miało się pojawić już w ostatnim fotomixie, ale na śmierć o nim zapomniałam, więc nadrabiam w tym tygodniu. Nie umiem się czesać, ale rope braid wg instrukcji Karoliny ze stylizacji wyszedł mi za pierwszym razem. Tadaaaa!
4. Ostatnio przywędrowało do mnie sporo nowości, w tym właśnie te, które widzicie na zdjęciu. O kosmetykach Mythos słyszałam, czytałam, ale osobiście nie znałam. Teraz mam okazję to zmienić :). 
5. W prezencie od Lirene znalazłam bransoletkę, którą wyjątkowo sobie upodobałam i noszę ją teraz cały czas. 
6. Nigdy nie byłam fanką obrysowanego na czarno oka, ale coraz bardziej się przekonuję do takiego makijażu. Może i wyglądam w nim ponuro (chyba, że to znowu ta mina...), ale czuję się w nim naprawdę dobrze. 
7. Dopiero teraz widzę, jakie to zdjęcie jest paskudnie ruszone, cśiiii. W domu z okazji świąt pojawiły się już świąteczne akcenty. Lubię wszelkie zimowe, świąteczne ozdoby, przyjemnie ożywiają wnętrze. Tutaj akurat dzwoneczki w szyszkach wiszą sobie na lustrze. 
8. Choinka też musi być, nie ma innego wyjścia. Umilam sobie wieczory z książką/laptopem odpalając lampki na choince i zapalając którąś z ulubionych świeczek. Żyć nie umierać.
9. Kolorystykę świątecznych dekoracji przeniosłam do makijażu. Tu jedna z kilku prób makijażu świątecznego. Jak się znam to i tak do ostatniej chwili będę chodzić po domu w piżamie, ocknę się te 15 minut za późno i wieczerzę wigilijną spędzę w samym kremie na twarzy. 

Korzystając z okazji chciałabym Wam życzyć wesołych świąt, dużo spokoju podczas świątecznej gorączki, mnóstwa udanych prezentów i ogromu miłości wokół Was :). Do spisania następnym razem :).

Pozdrawiam świątecznie,
Panna Joanna
21 gru 2013

Niespodziewanka - niespodzianka, czyli post czysto chwalipięcki

Kto nie lubi niespodzianek? Ja uwielbiam. Zwłaszcza jeśli są to prawdziwe niespodzianki, takie, których kompletnie się nie spodziewam, a okazują się trafione w dziesiątkę. Wczoraj zaskoczył mnie kurier, wręczając mi paczkę. Przesyłek żadnych nie oczekiwałam, więc w głowie zaświtały mi dwie myśli - albo się ktoś machnął, albo to jakiś prezent. Nie pomyliłam się - po rozerwaniu opakowania moim oczom ukazał się pięknie zapakowany prezent (lubię takie szczegóły) i kartka z życzeniami. Nadawcą okazała się firma Lirene, konkretniej dwie przemiłe Panie opiekujące się marką - Ania i Magda. W czarnej tubie znalazłam nowość Lirene - balsam Rubin Charm, który pachnie tak pięknie, że nie spocznę dopóki nie znajdę perfum o takim zapachu oraz śliczną bransoletkę, którą już noszę na nadgarstku. Bardzo miły gest, sprawiło mi to dużo radości. Lirene - dziękuję :))).



Jeśli lubicie niespodzianki to mogę Wam zdradzić, że już za kilka dni na blogu pojawi się pewna niespodzianka, tym razem skierowana w Waszą stronę :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 gru 2013

Makijażowo - w świątecznym klimacie

Wciąż w kwestii makijażowo - paznokciowej pozostaję w świątecznej kolorystyce. Ostatni makijaż oparty był na dwóch kolorach - zieleni i czerwieni. Dziś do takiej mieszanki dorzuciłam jeszcze złoto i oto z tego wyszło. 
Makijaż wciąż jest mocny, ale nieco bardziej stonowany od ostatniej propozycji. Na powiekach mam dwa pyłki z My Secret, złoty oraz choinkowo zielony. Usta to tym razem matowy błyszczyk z Essence. Twarz, brwi, rzęsy - standardowy zestaw :).



Święta świętami, ale powoli trzeba już zacząć myśleć nad makijażami sylwestrowymi. Macie jakieś propozycje? Może widziałyście ostatnio coś ciekawego? Podrzućcie swoje inspiracje :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 gru 2013

Bitwa baz

Baz pod makijaż używam dość rzadko, ale jednak mimo wszystko są dni, kiedy czuję, że muszę coś nałożyć pod makijaż. Ostatnio często też maluję inne osoby i wtedy taka baza również idzie w ruch. Przez moją kosmetyczkę przewinęło się sporo baz, jednak chyba jeszcze żadna nie zachwyciła mnie na tyle, żebym nie wyobrażała sobie bez niej makijażu. Zdarzyło się kilka na tyle denerwujących, że miałam ochotę wyrzucić je ruchem pofruwistym za okno. Niemniej jednak, w kwestii baz - mam trzy, wyraziste typy. 


Dlaczego wyraziste? Bo dwie bardzo lubię, a jednej nie cierpię. Zacznę od tego co mnie drażni. Baza Smooth Make - up z Kobo trafiła do mnie w sierpniu i od tamtej pory miałam do niej kilka podejść i każde jedno kończyło się rzucaniem w jej stronę średnio przyjemnej dla ucha wiązanki. Baza jest okropnie lejąca, ma konsystencję rozwodnionego jogurtu. Z racji tego ciężko ją przetransportować z palców na twarz. Nakładanie jest po prostu męczące, bo baza zwyczajnie spływa z twarzy, mam wrażenie, że nie "przyczepia się" do skóry. Jak już poradzimy sobie jakoś z problematycznym nakładaniem, to czeka na nas szereg innych problemów. Skóra po jej użyciu jest lepiąca, świecąca. Baza za nic nie chce się całkowicie wchłonąć, więc pozostaje nam nałożyć podkład na tę lepką warstwę. Tu pojawiają się kolejne schody - jakakolwiek próba nałożenia podkładu na twarz kończy się tym, że podkład zaczyna się rolować, razem zresztą z bazą i zmuszone jesteśmy wszystko zmyć. Próbowałam używać jej na krem, nie na krem, na twarz suchą, na twarz spryskaną hydrolatem. Nie pomaga nic. Smooth Make - up Base trafia do grona bubli, których mam nadzieję nigdy więcej nie widzieć na oczy. 
Kolejna baza to właściwie nie do końca baza, ale jak baza sprawdzą się wyśmienicie. Serum redukujące pory Vitaceric marki Dr Irena Eris, bo o nim mowa, jest po prostu świetne. Lekkie, ma przyjemną, nie za gęstą i nie za rzadką konsystencję. Określiłabym je jako krem o lekkiej formule z dodatkiem żelu. W składzie znajdziemy silikony, ale akurat w przypadku bazy pod makijaż są one wg mnie całkiem wskazane. Nakładanie na twarz jest bez problematyczne, skóra po użyciu tego serum jest wygładzona i to w stopniu dość odczuwalnym. Podkład nakładany na to serum praktycznie sam sunie po skórze. Zmniejszona jest widoczność porów, podkład wygląda lepiej niż nałożony solo, przedłużona jest też jego trwałość. Używałam tego kosmetyku na swojej suchej skórze z tendencją do rozszerzonych porów i byłam z niego bardzo zadowolona, po dłuższym czasie używania zauważyłam niewielką (ale jednak) poprawę w kwestii zwężenia porów. Miałam też okazję z niej korzystać podczas makijażu na cerze tłustej i tu sprawdziła się nawet jeszcze lepiej. 
Kolejna pozycja, z której jestem zadowolona to Starter nawilżający pod makijaż z AA. W kategorii baza pod makijaż, to właśnie ten kosmetyk wymieniłabym jako ulubiony. Przy mojej suchej cerze sprawdza się rewelacyjnie. Gdy wiem, że czeka mnie kilkanaście godzin w makijażu na twarzy, zawsze sięgam właśnie po tę bazę. Tutaj mamy już do czynienia z konsystencją typowo żelową, silikonową, ale jednocześnie jest to wg mnie, przy całej swojej lekkiej formule, kosmetyk całkiem odżywczy. Rewelacyjnie się rozprowadza na skórze, szybko się wchłania, pozostawiając buzię gładką i lekko nawilżoną. Zostawia bardzo delikatny silikonowy film, ale tylko ułatwia to nakładanie podkładu. Używałam go z minerałami, z podkładami płynnymi i ani razu nie przytrafiło mi się, żeby podkład się na tej bazie zrolował. Trwałość makijażu również jest przedłużona. Posiadam również wersję matującą, ale wg mnie zdecydowanie lepiej sprawdza się ta nawilżająca, choć na matującą nie mogę narzekać. 

Na zdjęciu niżej możecie zobaczyć jak wygląda konsystencja wszystkich trzech kosmetyków (kolejność jak na zdjęciu wyżej):


Wyraźnie widać, że baza z Kobo zdążyła zacząć spływać zanim jeszcze cyknęłam zdjęcie (a robiłam to naprawdę szybko). Konsystencja matującego startego niewiele różni się od wersji nawilżającej. 

Podsumowując - Kobo leci do kosza, serum już się kończy niestety powoli (buuu), a nawilżającej bazy z AA mam na szczęście jeszcze całkiem spory zapas. 
A jakie są Wasze najbardziej lubiane/nielubiane bazy pod makijaż?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 gru 2013

Policzki muśnięte mrozem, czyli róże Lovely w akcji

Wiem, że pewnie większość z Was już ma powoli dosyć zimowej limitowanej edycji wypuszczonej przez Lovely, jednak dla odmiany ja dzisiaj chciałam Wam pokazać coś innego niż lakiery. Jako, że nic więcej z tej serii nie kupiłam, mogę obiecać, że to już ostatni post na ten temat :). No chyba, że w końcu uda mi się dorwać gdzieś paletkę, ale zaczynam w to wątpić. 
Róże może początkowo nie zachwyciły mnie tak mocno jak lakiery, jednak po kilku użyciach zdecydowanie nie żałuję, że wrzuciłam je do koszyka. 


Wybrałam dwa odcienie - Frozen Cheek czyli dość chłodny, landrynkowy róż i Snow Touch w odcieniu znacznie cieplejszym. Swatche na ręce pokazywałam Wam już podczas prezentacji zakupów (klik), dzisiaj natomiast chciałabym pokazać jak prezentują się na policzkach. Zdjęcia dość dobrze oddały efekt, jaki dają na skórze, pierścieniówka mi nieco pomogła w tym zadaniu. 



A jak róże wypadają jakościowo? Naprawdę przyjemnie. Mimo swojej wypiekanej formuły są dość miękkie i dobrze nabiera się je na pędzel (ja używam do nich najczęściej skunksa z Sense&Body). Na twarzy dają raczej lekki efekt, ciężko sobie nimi zrobić krzywdę, mimo to są widoczne na skórze. Oba mają dość błyszczące wykończenie, przy czym zdecydowanie przoduje w tym różowy Frozen Cheek. Oba bardzo mi się podobają, używam ich naprzemiennie od dnia ich zakupu. Frozen Cheek daje efekt policzków muśniętych mrozem (:D), a Snow Touch ze względu na swój lekko "herbatnikowy" kolor z powodzeniem może zastąpić nam również bronzer. Ich trwałość jest całkiem zadowalająca, u mnie zaczęły blaknąć po około 5-6 godzinach, ale nadal pozostał po nich delikatny kolor i błysk. Za tę cenę (niecałe 9 złotych) są naprawdę niezłe, ja się z nimi polubiłam :). 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 gru 2013

Tydzień w zdjęciach

Aż niedowierzam, że minął kolejny tydzień, a ja ciągle twardo trzymam się mojego postanowienia i z dużym zapałem dokumentuję na zdjęciach jak minęło mi te siedem dni. W ubiegłym tygodniu za wiele się nie działo, mootywem przewodnim tygodnia było hasło „nie chce mi się”. Nie chce mi się – wstawać rano z łóżka, nie chce mi się gotować obiadu, nie chce mi się iść na uczelnię, nie chce mi się wyprowadzać psa w mglisty, zimny poranek, nie chce mi się sprzątać, itd. ;).


1. To był zdecydowanie najlepszy lakierowy zakup ostatnich dni (a może nawet i tygodni?). Dwa błyszczące piaski od Lovely na pewno zdominują mój manicure w nadchodzącym czasie. Srebro nosiłam dzielnie kilka dni, teraz czas na złotko!

2. Ostatnio wyglądam tak – wory pod oczami, nieprzytomny wyraz twarzy i brak nawet delikatnego rumieńca na policzkach. Nie wiem czy to przesilenie zimowe czy jakaś inna cholera, ale jestem cały czas śpiąca…

3. Więc jak muszę, to ratuję się jak mogę. Nie przepadam specjalnie za energetykami, bo są z reguły przeokropnie słodkie, ale rzadko kiedy potrafi mnie dobudzić kawa. Blacka o smaku Mojito wciągnęłam podczas robienia projektu. Ale i tak szybko padłam :P.

4. Pisałam wyżej, że nie chce mi się sprzątać. A powinnam w końcu się za to zabrać. Rodzinka już syczy o świątecznych porządkach (seriooooo?), a u mnie jedyne uporządkowane miejsce to moja „toaletka”, w której i tak nie zaszkodziłoby przeorganizować co nieco. 

5. Pisałam też, że nie chce mi się gotować. A jeść trzeba… Na szczęście dla leni cierpiących na zimowe przesilenie (czyżby jednak?) można zamówić sobie żarełko pod same drzwi i wymaga to coraz mniej wysiłku. Ostatnio z siostrą wypróbowałyśmy serwis Foodpanda – działa :). Wystarczy podać miasto, adres i już możemy buszować wśród interesujących nas smaków. 

6. Moje kolejne starcie z kępkami i kolejne oblane. Nawet po zainwestowaniu w klej Duo, moje trzęsące się ręce nie opanowały umiejętności równego (albo przynajmniej takiego mniej wiecej równego) przyklejania kępek. Ale nie poddajemy się, tylko ćwiczymy dalej (chociaż się nie chce :P).

7. Po długich bojach dotarła do mnie przesyłka zamówiona podczas dnia darmowej dostawy w mydlandia.pl. Po braku kontatku ze sprzedawcą i dość ciekawym tłumaczeniu (ta….huragan) skąd opóźnienie, raczej nigdy już nic w tym sklepie nie zamówię. Dostałam co prawda dwa gratisy (podejrzewam, że w ramach rekompensaty), ale niesmak pozostał. 

8. Dlatego następnym razem korund zamówię gdzieś indziej. A że zamówię, tego jestem pewna, ponieważ tak rewelacyjnego peeligu jeszcze nie miałam. Na pewno pojawi się na jego temat osobna recenzja, ale już teraz mogę gorąco polecić go osobom, które lubią się konkretnie, ale jednocześnie dość delikatnie zdzierać. 

9. Mnie się nie chce wychodzić z psem w mglisty, zimny poranek i psu też się nie chce. Nie wiem skąd u niej to przeświadczenie o tym, że jest bardzo zmęczonym psem i musi sobie poleżeć (obowiązkowo na kanapie, obowiązkowo na poduszkach), ale podobno psy upodobniają się do swoich właścicieli, więc same rozumiecie :D.

W tym tygodniu na pewno nie ominie mnie świąteczne sprzątanie, czas też już powoli wyciągać choinkę i inne świąteczne ozdoby, więc następny fotograficzny mix będzie prawdopodobnie już w świątecznych klimacie.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 gru 2013

Lakierowo - złoty pył od Lovely

Lovely zaskoczyło mnie po raz kolejny. Myślałam, że ich zimowa kolekcja jest po prostu ładna, przyjemna dla oka, a okazuje się, że co jeden kosmetyk z tej serii jest bardziej "fotogeniczny" od poprzedniego. W sreberku na paznokciach czułam się świetnie, ale złotko krzyczało do mnie z półki, że teraz jego kolej. Nie oparłam się i dzisiaj zmieniłam nieco wystrój na paznokciach. Zdjęć będzie dużo, bo lakier fotografowało mi się naprawdę fantastycznie.


Nie będę kłamać - zmywanie srebra było koszmarem, ale sama jestem sobie winna, bo byłam leniwa i nie chciało mi się nakładać bazy. Teraz nie popełniłam tego błędu i na paznokcie najpierw nałożyłam warstwę lakieru podkładowego. Do pełnego krycia wystarczyły dwie warstwy. Piasek, jak to piaski z reguły mają, wysechł w tempie ekspresowym, po 10 minutach był całkowicie suchy. Lakier ma bardzo podobną (jeśli nie identyczną) strukturę co srebro - mnóstwo drobnego złota, przeplecione większymi drobinami (sporo chłodniejszymi), raz na jakiś czas trafia się jakiś "czarny pieg". Pędzelek jest szeroki, więc nakładanie jest bezproblemowe, lakier nie rozlewa się na skórki, ogólnie - jest bardzo przyjemny w użytkowaniu. Trwałość srebra mnie zaskoczyła - nosiłam je od środy do dziś i nie zauważyłam ani jednego odprysku czy startych choć minimalnie końcówek. Dla mnie bomba.






Wg mojego postrzegania kolorów, złoto to jest raczej chłodne, nie wpada mocno w żółć. Kolor jest po prostu świetny, to zdecydowanie mój typ na święta, choć mam plan by połączyć go z czerwienią :). 

A Wam jak się podoba? Jesteście na tak czy na nie?:)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 gru 2013

ShinyBoxy dwa - listopad kontra grudzień

Kolejne pudełko Shiny do mnie dotarło, pora więc na kolejne zestawienie z boxem z zeszłego miesiąca. W listopadzie pudełko nie powaliło mnie na kolana, ale byłam względnie zadowolona. Co z tego wynikło po miesiącu?
Czarny, sypki cień mineralny z La Rosa polubiłam bardziej niż mi się wydawało. Czarnych cieni mam pół szuflady, ale po ten akurat w ciągu ostatnich dwóch - trzech tygodni sięgałam najczęściej. Świetnie nadaje się do przydymionej kreski, raz czy dwa zrobiłam przy jego użyciu smoky eyes. Jestem zadowolona z jego jakości - łatwo się go rozciera, jest bardzo trwały. Na pewno zostanie na dłużej w mojej "podręcznej" kosmetyczce. Puder ryżowy z Marizy był mi znany już wcześniej, więc wiedziałam, czego się spodziewać. To po prostu dość dobry puder matujący, teoretycznie transparentny, w praktyce lekko rozjaśniający skórę. Kiedyś byłam z niego bardzo zadowolona, jednak odkąd używam pudru fixującego z Glazela, ciężko mi się przestawić na coś innego. Ponadto denerwuje mnie samoczynnie otwierające się opakowanie, zdecydowanie wolałabym aby wieczko było zakręcane albo zamykane na solidny zatrzask. W kosmetyczce zostaje, ale nie sięgam po niego z jakąś ogromną częstotliwością. Lakier La Rosa trafił mi się w pięknym odcieniu ciemnej czerwieni. Ja czerwień na paznokciach uwielbiam, więc lakier już miał swój debiut na paznokciach. Na dłoniach nosiłam go kilka dni i byłam zadowolona zarówno z aplikacji, efektu jak i trwałości. Obecnie mam go również na stopach i trzyma się naprawdę solidnie. Dobry, czerwony lakier to zawsze coś, co się przyda, więc tutaj także Shiny dostaje plusa. Na BingoSpa ostrzyłam ząbki już dość długo, więc gdy w pudełku znalazłam maseczkę do twarzy tejże firmy, byłam naprawdę wniebowzięta. Przyjemny zapach i konsystencja szybko zachęciły mnie do użycia, jednak równie szybko pożałowałam. Po jednorazowym użyciu dostałam strasznego wysypu, więc z powodów oczywistych maska poszła w kąt. Widocznie olej ryżowy, bądź jakiś inny składnik maski, wyraźnie mi nie posłużył. Balsamy z AA również znam dość dobrze, jednak tego konkretnego nigdy wcześniej nie miałam. Okazał się całkiem przyjemny, lekki, szybko się wchłaniał, ale jednocześnie dość dobrze nawilżał skórę. Żałuję, że jednak nie ma choć lekkiego zapachu, bo to z reguły właśnie zapachem kieruję się podczas wyboru balsamów czy maseł do ciała. Właściwości nawilżające, choć poprawne, na obecną porę roku, dla mojej suchej skóry, jednak okazały się nieco za słabe, więc pokornie wróciłam do bardziej treściwych kosmetyków.
Podsumowując - pudełko okazało się udane, właściwie wszystkie kosmetyki (poza maską, ale to raczej kwestia uczuleniowa) spisały się nieźle, a cień i lakier mocno zachęciły mnie do wypróbowania innych kosmetyków z asortymentu marki La Rosa. Ode mnie pudełko dostaje solidne 4+.

A jak wygląda sprawa w tym miesiącu? Tak sobie, jeśli mam być szczera. Po pudełku świątecznym jednak spodziewałam się chyba odrobinę więcej. Ale, że po dłuższym czasie zdarza się, że zawartość jednak zaskakuje, na razie wstrzymam się od konkretniejszej oceny.


W grudniu Shiny zostało ubrane w kolorystykę iście świąteczną. Zarówno pudełko jak i kartonik prezentują się po prostu bardzo pozytywnie, zdecydowanie podoba mi się taka odsłona boxa. Pudełka, z racji kolorystyki, wylądowały pod choinką, która dzisiaj stanęła w moim pokoju :D. A co w środku? W tym miesiącu wersji pudełka było kilka. Ja, znając już alternatywne wersje boxa, akurat ze swojej jestem całkiem zadowolona.


Cztery pełnowymiarowe produkty, jeden "zestaw próbek" i jedna zwykła próbka. 


Z Anatomicals (za którym przepadam średnio...) w pudełku można było znaleźć albo krem do rąk, albo balsam do ust. I kremów do rąk i balsamów do ust mam sporo, więc generalnie aż takiej różnicy mi to nie robi, jednak chyba, mimo wszystko, wolałabym balsam do ust. Krem pachnie całkiem znośnie, postawiłam go koło łóżka i za chwilę będzie miał swoją premierę. Kolejny kosmetyk to zdecydowanie największy plus grudniowego pudełka! Z Organique pojawiły się w nim: żel do twarzy, tonik lub peeling enzymatyczny. Mi się trafił żel do mycia twarzy i bardzo się z tego faktu cieszę. Toników mam całkiem spory zapas, peelingi wolę mechaniczne, a żel do twarzy został mi jeden i i tak musiałabym się za jakiś czas zacząć rozglądać za czymś dobrym. Żel z Organique już zdążyłam wypróbować i póki co przeczuwam dłuższy romans. Bardzo przyjemnie pachnie, delikatnie się pieni, nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry, ma naprawdę przyzwoity skład. Wróżę mu karierę na mojej łazienkowej półce :). W pudełku znalazł się również błyszczyk Loreala. Z tego co widziałam, w każdym pudełku był taki sam odcień - pomarańczowy, ale mocno transparentny. Błyszczyki z tej serii znam, miałam już przyjemność używać i bardzo lubiłam inną wersję kolorystyczną. Zimą wolę jednak szminki, bo moje włosy na wietrze czy szaliki kleją mi się do ust jak wściekłe, ale na pewno sięgnę po niego w jakiś bezwietrzny dzień. Kolejny produkt to bibułki matujące z firmy Marion. Nie używam bibułek, nie mam za bardzo co matowić, a wręcz przeciwnie, ale też nigdy nie miałam okazji używać takiego produktu. Zimą używam sporych tłuściochów na twarz, więc może akurat się sprawdzą? Ostatni produkt to albo zestaw trzech sporych saszetek z kosmetykami do włosów z Kerabond, albo masło do ciała z Farmony. Cieszę się, że trafił mi się właśnie ten zestaw próbek do włosów aniżeli masło, którego zapach znam i naprawdę go nie lubię. Lubię testować do - włosowe nowości, a tu mam od razu cały, trójfazowy zestaw, więc całkiem możliwe, że jutro zrobię moim włosom małe spa :). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Makijażowo - w odcieniach świąt

Święta kojarzą mi się głównie z bielą (jeśli już spadnie śnieg), zielenią choinki, czerwienią i złotem. Jakiś czas temu widziałam gdzieś (no właśnie - gdzie??!!) piękny makijaż, wyraźnie zainspirowany świątecznymi odcieniami. Wczoraj dotarło do mnie bardzo przyjemne dla oka grudniowe Shiny - w tym miesiącu pudełko również zostało "ubrane" w barwy czerwono - biało - zielone. Dzisiaj chwyciłam za pędzle i tak powstał bardzo prosty i bardzo świąteczny makijaż.


Na twarzy mam - kamuflaż Catrice, podkład Colorstay z Revlona, puder Glazel, bronzer Joko i czerwony róż ze Sleeka. Brwi to paletka do brwi z Oriflame i żel Wibo. Na oczach - biały i ciemnozielony cień z paletki Darks ze Sleeka, czerwony pigment Kobo, czerwony brokat no name, tusz Lovely. Usta to szminka Avon (2000 red).
Z racji tego, że nie jestem zagorzałą fanką klasyki, całkiem możliwe, że właśnie taki makijaż zagości na mojej twarzy w któryś świąteczny dzień. Wiem natomiast, że wiele z Was preferuje bardziej "eleganckie" makijaże, więc i taka propozycja na blogu się pojawi w najbliższych dniach. Tymczasem mam dla Was jeszcze dwa zdjęcia, w wersji bardzo uśmiechniętej, bo ostatnio często czytam/słyszę, że za rzadko się uśmiecham na zdjęciach i tym samym prezentuję minę pt. "zabiję Cię we śnie". Więc proszę bardzo - Asiowy wyszczerz :D. 


Przy okazji podaję wyniki mikołajkowego rozdania - zestaw wygrywa Inulec ;) Idę skrobnąć do Ciebie maila, gratuluję!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 gru 2013

Lakierowo - srebrny pył

Wczoraj pokazałam Wam jak prezentuje się kilka kosmetyków z nowej edycji limitowanej Snow Princess wypuszczonej przez Lovely, a dzisiaj chciałabym zaprezentować jedną z nowości w akcji. Jak nietrudno się domyślić, w pierwszej kolejności w ruch poszedł lakier do paznokci. Miałam ciężki dylemat, bo nie wiedziałam którą wersję wybrać - złoto czy srebro. W końcu stanęło na sreberku i na chwilę obecną mogę śmiało napisać, że ładniejszego lakieru jeszcze nie miałam. Na paznokciach wygląda po prostu obłędnie, miałam kiedyś dokładnie takie same bombki. Jest bardzo przyjemnym obiektem do fotografowania - jednocześnie błyszczy, ale mimo, że to srebro to jest dość dyskretny, nie daje "bazarowego" efektu. Moim zdaniem jest bardzo elegancki, paznokcie pomalowane na taki kolor stanowią ozdobę, dodatek, w moim przypadku po prostu zastępują biżuterię. Na paznokciach mam dwie warstwy, nie kładłam na nie żadnego topa, ponieważ piaskowe, lekko chropowate wykończenie bardzo dobrze komponuje się z kolorem lakieru. Kolor to prostu srebro - mnóstwo drobniutkich sreberek przeplecionych większymi płatkami, odbijającymi światło niczym lustro. Gdzieniegdzie pojawiają się również czarne punkty, ale w ilościach śladowych. Zdjęcia, choć wyjątkowo jestem z nich zadowolona, nie oddają do końca jego uroku :).






Jesteście na tak czy na nie?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 gru 2013

Królowa śniegu, czyli o kilku zimowych kosmetykach

Czekałam na tę limitkę odkąd zobaczyłam jej zapowiedź. Początkowo chciałam jedynie złoty piasek, potem podobało mi się dosłownie wszystko, jednak rozum zwyciężył i wybrał to, co było moim zdaniem w limitce najładniejsze. Wibo i Lovely ostatnio nadążają za trendami, najpierw blogosferę opanowały piaski, myślę, że jak ta limitka na dobre zagości w Rossmannach, to i na blogach zrobi się o niej głośno. A moim zdaniem warto, aby usłyszało o niej jak najwięcej osób, bo kosmetyki, choć tanie i zapakowane w zwykły plastik, mają w sobie to coś i idealnie komponują się z zimową aurą. 


Jak widzicie skusiłam się "jedynie" na cztery kosmetyki - dwa lakiery i dwa róże do policzków. Białego lakieru nie chciałam, bo widziałam na blogach, że słabo kryje, trzeci róż był taki jasno - pomarańczowy i nie do końca widziałam go na swojej twarzy, a nad wypiekanym pudrem myślałam i myślałam i w końcu bojąc się, że jednak będzie za ciemny - nie wzięłam. Żeby dopaść tę limitkę musiałam odwiedzić dwa Rossmanny, w pierwszym pani nie miała zielonego pojęcia o czym do niej mówię, więc lekko poirytowana powlokłam się do kolejnego, znacznie mniejszego. Tam w szafie też nie widziałam śladu po limitce, jednak Pani otworzyła szufladę pod szafą i kazała mi szukać czego potrzebuję. Limitka sobie tam stała zapakowana w folię i na mnie czekała, więc pokazałam Pani co chcę, wzięłam co potrzebuję i serdecznie podziękowałam (można? można!). Także jeśli w Waszych Rossmannach nie ma tej limitki w szafie - spytajcie, może też leży w szufladzie i czeka akurat na Was :).






Na razie wiele napisać o jakości tych kosmetyków nie mogę, ale po pierwszych testach mam wrażenie, że będę z nich zadowolona. Róże, mimo, że wypiekane, są dość miałkie i dobrze nabiera się je na pędzel. Początkowo miałam wrażenie, że tego różowego różu nie widać na policzkach i że daje on bardziej efekt rozświetlacza aniżeli różu, ale po bliższym przyjrzeniu mu się, okazało się, że te biało - złote smugi są dużo bardziej miękkie od samego różu i pędzel nabierał głównie właśnie tę błyszczącą warstwę. Po kilku maźnięciach palcem po powierzchni różu, udało mi się zetrzeć ten połysk (co nawet widać na zdjęciu) i potem już wszystko działało bez zarzutów. Jednak, mimo to, róże i tak należą do kategorii tych rozświetlających, więc fankom matowych wykończeń raczej bym je odradzała. Pigmentację mają dobrą, ale moim zdaniem lepiej będą wyglądać na jasnych cerach. Piasków jeszcze nie testowałam, właśnie na nie zerkam i usilnie zastanawiam się, którym pomalować paznokcie. Co wolicie zobaczyć najpierw - złoto czy srebro?:))

Jak podoba się Wam limitowana edycja "Snow Princess"? Jesteście na "tak" czy na "nie"?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
9 gru 2013

Mikołajkowe spotkanie śląskich blogerek urodowych - relacja

W końcu udało mi się opanować zdjęcia ze spotkania, porobić zdjęcia prezentów i posklejać wszystko do kupy. Siadam więc teraz w towarzystwie parującego kubka z karmelową herbatą i psa, który leży sobie obok i mnie grzeje i postaram się jak najlepiej oddać klimat Mikołajkowego spotkania śląskich blogerek, którego byłam współorganizatorką. Ostrzegam, że post będzie prawdopodobnie dość długi i napakowany dużą ilością zdjęć :). To już trzecie tego typu spotkanie, na którym byłam (oczywiście nie liczę tego miliona mniejszych spotkań z moją okoliczną ekipą :)), ale pierwsze, podczas którego stanęłam po tej drugiej stronie - organizatora. Chciałabym więc opisać też całe spotkanie również nieco z tej perspektywy, może komuś, kto kiedyś będzie chciał się zabrać za organizację takiego spotkania, coś z tych informacji się przyda. 

Spotkanie odbyło się w minioną sobotę w katowickim klubie Geneza. Nie mam niestety dobrego rozeznania w lokalach spoza Gliwic, więc miejsce wybrałam całkowicie w ciemno. Zależało mi przede wszystkim na w miarę jasnym, przestronnym pomieszczeniu, bez konieczności uiszczania kosmicznych kwot za rezerwację, najlepiej w pobliżu centrum, tak aby nikt nie miał problemów z dotarciem. Jedyny znany mi katowicki lokal to Kredens, jednak wolałam poszukać czegoś innego, ze względu na fakt, że w Kredensie jest po prostu *bardzo* ciemno i pamiętam jak rok temu na spotkaniu ciężko było we wnętrzu zrobić jakiekolwiek zdjęcie, a i rozkład stolików średnio mi się widział, ponieważ ciężko było wszystkim usiąść "w kupie" i w efekcie każdy stolik był trochę tak sam sobie. Na maraton po lokalach nie miałam zwyczajnie czasu, więc posiłkowałam się jedynie internetem i wszelkimi stronami typu gastronauci itp. W końcu zirytowana tym, że nic ciekawego nie mogę znaleźć, zadzwoniłam pod pierwszy numer jaki znalazłam i miałam dziwne przeczucie, że to będzie *to*. Pani właścicielce zadałam szereg pytań, na które mi odpowiadała bardzo cierpliwie i tak dowiedziałam się, że dostaniemy całą jedną salę (jasną!), nie musimy płacić za rezerwację, a dodatkowo lokal zostanie otwarty dla nas te kilka godzin wcześniej niż standardowo. Do samego końca nie wiedziałam jak to będzie wyglądać, ale okazało się, że trafiłam naprawdę dobrze. Geneza w środku prezentuje się bardzo przyjemnie, lokal rzeczywiście był wystarczająco jasny, osobna sala w której urzędowałyśmy, w zupełności nam wystarczyła. Po przybyciu na miejsce i wypakowaniu na osobny stolik upominków zarządziłam złączenie stołów. W sali były trzy spore stoliki, a my zmontowałyśmy z nich jeden duży i to była zdecydowanie dobra decyzja, bo w ten sposób mogłyśmy rozmawiać wszystkie ze sobą, bez potrzeby krążenia między stolikami. Obawiałam się nieco, czy wszystkie dziewczyny dotrą - pogoda była naprawdę średnia, wciąż szalały resztki huraganu, było bardzo zimno, ale na szczęście wszyscy szczęśliwie pojawili się na miejscu. Złożyłyśmy zamówienie na kawki, herbatki i jedzonko i szybko oddałyśmy się zdecydowanie najprzyjemniejszej części spotkania - plotkom. A te trwały i trwały. Ja miałam wrażenie, że nie zamyka mi się buzia ;). Okazało się, że sporo dziewczyn nie tylko hobbystycznie zajmuje się kosmetykami - kilka z nich również w sferze zawodowej i naukowej ma z nimi sporo wspólnego, więc dość długo dyskutowałyśmy o przeróżnych zabiegach, różnych "kwiatkach", jakie zdarzają się w salonach. W międzyczasie Ewelina i Milena pstrykały zdjęcia, które ja sobie ochoczo teraz podkradam:


Ja na większości tych zdjęć mam katastrofalne miny, bo cały czas mówię albo się śmieję. Mam nadzieję, że na zdjęciach widać, że dobrze się bawimy? Ode mnie dodam tylko, że wszystkie dziewczyny były absolutnie fantastyczne :). Poniżej lista blogów dziewczyn, które uczestniczyły w spotkaniu:
Asia joannapanna.blogspot.com/ - organizator
Ewelina pedzlem-malowane.blogspot.com/ - organizator
Agnieszka dressed-in-mint.blogspot.com
Asia bycpiekna24.blogspot.com
Joanna  asiablog.pl
Bożena e-lenabloguje.blogspot.com/
Iv pocketful-of-inspiration.blogspot.com/
Ania blog.makijazoczu.pl/
Naomi naomi-bloguje.blogspot.com/
Alexis93 mojakosmetycznapasja.blogspot.com/
Angees kolorowy-kuferek.blogspot.com/
Karolina karolinazientek.blogspot.com/
Basia dusiolek-makeup.blogspot.com
Siulka siulka.pl/
Margaaretkaa 
youtube.com/user/Margaaretkaa
Milena Sobieraj milenasobieraj.blogspot.com/


Przesiedziałyśmy w lokalu kilka dobrych godzin. Jak wchodziłam do środka to na zewnątrz nie było grama śniegu, a jak z niego wychodziłam, to okazało się, że śnieżyca zdążyła bardzo konkretnie zasypać Katowice ;).

Jako, że było to spotkanie mikołajkowe, postarałyśmy z Eweliną o jakieś drobne upominki. Dzisiaj w końcu udało mi się cyknąć tymże prezentom kilka zdjęć, więc na kolażu niżej możecie zobaczyć, co takiego przyniósł nam święty Mikołaj :).


Bardzo mocno, kolejny raz, chciałam podziękować Wam wszystkim za przybycie i mam nadzieję, że się Wam podobało. Liczę, że uda nam się spotkać jeszcze nie raz, nieważne czy w mniej czy bardziej zorganizowany sposób :). 
Podziękowania kieruję również do firm, które zechciały nam przekazać upominki, abyśmy mogły się z Eweliną pobawić w Panie Mikołajkowe :) - goodies, Floslek, AA Oceanic, Mary Kay, Miraculum i Promoto

Ktoś dobrnął do końca posta?:)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...