WoleProstoHeader

30 lis 2013

Kremowy ratunek dla dłoni?

Lenistwo dopadło mnie okrutne, przyznaję się bez bicia. Ostatnie dwa dni spędziłam pogrążona w stanie wyjątkowej niemocy. Dzisiaj próbuję się otrząsnąć z tegoż stanu, a mnie pisanie postów jest w stanie lekko ożywić. Ale, że wena raczej umiarkowana, więc dziś będzie lekko. I kremowo.


Od kremów do rąk jestem uzależniona. Nie wiem ile ich mam, wolę nie liczyć, nie wiedzieć. Faktem jest, że sama dość często je kupuję, jeszcze częściej dostaję w prezencie i tym sposobem każda moja torebka, każde miejsce w pokoju są zaopatrzone w co najmniej jedną tubkę, po którą mogę sięgnąć w dowolnej chwili. Moje dłonie do problematycznych raczej nie należą. Jedyne na co mogę się skarżyć to niemiłosiernie duża tendencja do wysuszania się i zadzierania skórek wokół paznokci. Z tym problemem jednak radzi sobie olejowanie, a ja wybierając krem, mogę się kierować jego zapachem, przyjemnością używania i innymi błahymi wytycznymi. Sytuacja zmienia się nieco zimą, przy mrozie moje ręce cierpią, a skóra razem z nimi. Jak w to wszystko wpisuje się krem z Lirene? 


Krem oznaczony jest jako przeznaczony dla zniszczonych dłoni, zawiera masło shea i jest...po prostu przyjemny. To tubka, którą eksploatuję obecnie najczęściej, ponieważ stoi sobie koło mojego łóżka. Sięgam więc po ten krem wieczorem, podczas oglądania seriali czy przesiadywania nad laptopem. W składzie rzeczywiście znajdziemy masło shea i to już na drugim miejscu. Krem ma lekką konsystencję, aby całkowicie się wchłonął potrzebuje kilku minut. Nie zostawia tłustej warstwy, przez jakąś chwilę czuć na skórze delikatny film, ale nie jest to typowy tłuścioch. Lubię go za ten brak tłustości właśnie, bo dzięki temu nie muszę czekać aż krem się wchłonie i mogę sobie, od razu po posmarowaniu rąk, wrócić do normalnego operowania dłońmi. Mimo tego, że nie jest tłusty, nie można mu odmówić właściwości nawilżających. Moja skóra ogólnie bardzo lubi się z masłem shea, a w przypadku tego kremu nie było inaczej. Skóra jest nawilżona, gładsza, wizualnie "ładniejsza". W przypadku jakieś napięcia skóry (spowodowanego np. zimnem), czy otarć naskórka, krem potrafi bardzo przyjemnie ukoić skórę i zniwelować te problemy.


Sam krem zamknięty jest w małej, zgrabnej tubce. Jego pojemność to 50 ml. Krem nie jest ani zbyt zbity, ani zbyt gęsty, więc łatwo wydobyć go z opakowania. Nie wiem właściwie dlaczego, ale ta tubka i jej estetyka bardzo mi się podobają, kojarzą mi się tak zimowo, skandynawsko. Za krem zapłacimy około 8 złotych.
Czy jest to mój ulubieniec? Nie postawiłabym go może na piedestale, nie zbudowałabym mu ołtarzyka, ale mimo to, lubię po niego sięgać. Znam wiele kremów o podobnych właściwościach, ale tego malucha obdarzyłam po prostu dużą sympatią. Obecnie szukam czegoś bardziej treściwego, ponieważ coraz częściej moje dłonie zderzają się z minusowymi temperaturami. W domowych warunkach pewnie nadal będę sięgać po krem Lirene, ale do smarowania rąk przed wyjściem na zewnątrz jednak poszukam czegoś mocno tłustego, oblepiającego i na pewno mniej przyjemnego w użytkowaniu niż Ratunek od Lirene. 
Podsumowując - jest to krem dobry, ale jednak przy mocno zniszczonych i suchych dłoniach może sobie nie poradzić. Ponadto, kremy *ratunkowe* jednak kojarzą mi się właśnie jako takie mocno odżywcze, a ten krem do takowych nie należy. Mimo to, przyzwoicie nawilża i z moimi dłońmi radzi sobie dobrze (poza skrajnymi sytuacjami). 


Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 lis 2013

Panna Joanna na instagramie

Nie powiem, że wcześniej o tym nie myślałam, jednak mój poprzedni telefon nie ogarniał takich atrakcji, a że wczoraj dorobiłam się nowego, dzisiaj mogę w końcu zaprosić Was na blogowego instagrama :). Na razie biednie wisi sobie tam jedno zdjęcie, ale postaram się nadrobić i jakoś zapełnić profil, co by wyglądało to trochę lepiej. 



Jeśli posiadacie tam konto, to dajcie na siebie jakieś namiary :)).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 lis 2013

Makijażowo - nowości w akcji

Ostatnie promocje przyczyniły się do lekkiego rozrostu ilości moich kosmetyków, a ja nie mogę się doczekać tego, aby je wszystkie wypróbować :D. Wczoraj zrobiłam sobie makijaż przy użyciu znacznej części z nich, a dzisiaj chciałabym Wam go pokazać.


Na twarzy i oczach niemal same nowości, ale po kolei.
Twarz - podkład Revlon Colorstay do cery tłustej (odcień 150 Buff), korektor w kremie Inglot nr 64, puder Affinitone (24 Golden Beige), róż Paese (na zdjęciach magicznie zniknął ;])
Brwi - zestaw standardowy (jak w tym poście)
Oczy - cień Maybelline Color Tattoo On and on bronze, tusz Wibo Dolls Lash (górne rzęsy), kredka Catrice (starty numer ;/) na linii wodnej + tusz Maybelline Colossal Color Shock (turkusowy) na dolnych rzęsach.
Usta - błyszczyk Bell French Chic

Bardzo chciałam wypróbować połączenie neutralnej góry i kolorowego tuszu na dolnych rzęsach. Efekt mi się bardzo spodobał i chyba często będę korzystać z tego tuszu. Obawiałam się nieco jak tak intensywny odcień niebieskiego (ten odcień turkusu bardziej wpada w niebieski niż zielony) zgra się z moimi niebieskimi oczami, ale bardzo fajnie podkreślił mi kolor tęczówek. Colorstay do cery tłustej okazał się całkiem innym podkładem niż ten do skóry suchej, rozprowadzanie, efekt, trwałość czy nawet różnica w odcieniu zdecydowanie przemawiają za wersję do skóry tłustej. Tusz Wibo Dolls Lash okazał się całkiem fajny, ale jednak u mnie wygrywa wersja żółta, czyli Pump up. Tyle na razie z wstępnych wrażeń :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 lis 2013

Metamorfoza brwi w siedmiu krokach

Brwi są moją zmorą - jasne, dość rzadkie, kompletnie niepasujące do mojej urody. Bez podkreślonych brwi czuję się bardzo niewyraźna i dokładnie tak też wyglądam. Mogę bez żadnych problemów wyjść z domu bez podkładu na twarzy, bez tuszu na rzęsach, ale brwi muszę choćby lekko maznąć. Na przestrzeni ostatnich miesięcy mój sposób na podkreślenie brwi zmieniał się jak w kalejdoskopie. Raz używałam kłaczków Divaderme, innym razem cienia Color Tattoo z Maybelline w odcieniu Permanent Taupe. W końcu miałam okazję podpatrzeć jak brwi na żywo maluje Margaretka, więc spróbowałam jej sposobem i od tego czasu zdecydowanie trzymam się tej metody. Dzisiaj odsłona tej metody w moim wydaniu, oczywiście odpowiednio zmodyfikowana pod potrzeby moich brwi. 
W pierwszej kolejności odkopałam swój zestaw do podkreślania brwi z Oriflame. Dawno już go nie używałam, a okazało się, że dwa odcienie, które znajdują się w opakowaniu, nie tylko nadawać się mogą do podkreślania brwi o różnej intensywności, ale również do cieniowania brwi, którego ja, nie wiedzieć czemu, wcześniej nie stosowałam. Poprawiłam więc swoją metodę o właśnie ten element, który okazał się mocno istotny i dzięki temu nawet mocno zaznaczone brwi wyglądają naturalnie. Dodatkowe elementy, które pojawiły się w makijażu brwi to cielisty cień, którym nie tylko rozjaśniam obszar pod brwiami, ale również rozcieram górny kontur brwi. Zrezygnowałam z jasnej kredki, którą aplikowałam pod dolny kontur na rzecz korektora. Dlaczego? Korektor ma większe krycie i precyzyjniej "układa" się pod konturem brwi. Ponadto, gdy ta dolna linia nie była zbyt równa, kredka tylko niepotrzebnie rozmazywała wszystko to, co było *pod* konturem, który chcemy wyznaczyć. Korektor natomiast potrafi to zakryć w wystarczającym stopniu. Co jeszcze zmieniłam? Zawsze przycinałam na równo te włoski, które rosną "do góry", przy nasadzie nosa. Teraz zostawiam je wolnorosnące i jedynie zaczesuję je żelem utrwalającym na bok. Przed nałożeniem cieni na brwi, nakładam na nie (oczywiście kawałek pod i nad również) odrobinę korektora. W przypadku, gdy korektor i podkład nakładam na samym końcu (np. przy smoky eyes czy jakichkolwiek mocniejszych makijażach), jest to dla mnie krok obowiązkowy. Gdy maluję się w odwrotnej kolejności (najpierw podkład/korektor, a potem dopiero cienie itd.), i tak muszę ujednolicić skórę w okolicach brwi. W związku z tym, że mój korektor (Inglot, korektor w kremie) jest dość tłusty, przed nakładaniem cieni ściągam nadmiar tej tłustej warstwy bibułką matującą i delikatnie przypudrowuję. Zapobiegnie to rozmazywaniu się cieni - raz mi się zdarzyło, że pominęłam ten krok i po przetarciu czoła palcami, zostawiłam sobie piękne brązowe smugi. Tak podkreślone brwi trwają u mnie do samiutkiego zmycia, bez żadnych uszczerbków w ich wyglądzie. 


Zdaję sobie sprawę z tego, że na zdjęciach krok po kroku, wydawać się może, że jest to mega skomplikowane i zajmuje mnóstwo czasu, ale zapewniam Was, że mój makijaż brwi to w porywach wiatru pięć minut. Wyżej widzicie swatche poszczególnych kosmetyków wraz z opisem, poniżej krok po kroku :).


Pierwszym krokiem, tak jak wspomniałam, jest pokrycie brwi korektorem/podkładem, czymś co ujednolici nam koloryt skóry, zakryje wszelkie zaczerwienienia (tych akurat w okolicach brwi mam całkiem sporo) i zrobi nam "bazę" pod makijaż. Ja korektor Inglota wklepuję palcami lub gąbeczką Beauty Blender.

Brwi zaczynam malować od zewnątrz. Zewnętrzną część brwi podkreślam ciemniejszym cieniem przy użyciu precyzyjnego, ściętego na prosto pędzelka (Sense&Body). Na całej wysokości brwi podkreślam równie mocno. 

Tym samym ciemnym cieniem i tym samym pędzelkiem rysuję dolny kontur brwi. Na tej wysokości brew powinna być najciemniejsza, a sam kontur powinien być możliwie jak najbardziej wyraźny. Wszelkie nierówności wyrówna nam za niedługą chwilę korektor. Ja kontur prowadzę dość prosto - zaczynam ze strony od nasady nosa, tam wyznaczam sobie początek konturu, cała reszta linii stanowi po prostu przedłużenie tego początku prowadzone pod lekkim skosem. Jest to dość istotne, ponieważ moje brwi naturalnie nie układają się w taką linię i kawałek brwi najzwyczajniej w świecie muszę sobie dorysować. Te z Was które nie mają takiego okrągłego konturu jak ja, będą po prostu podążać za naturalnym konturem brwi. 


Kolejny krok to jaśniejszy cień i mniej precyzyjny pędzel (u mnie Ecotools). Cały obszar brwi nad konturem wypełniam jaśniejszym cieniem. Jednocześnie staram się tak łączyć ciemniejszy kontur z jasnym cieniem, aby dokładnie połączyć te dwa odcienie. Żadna w tym filozofia, podobnie postępujemy w makijażu oczu, gdy chcemy aby przejścia były płynne. Ja staram się tak rozetrzeć kontur, aby brew była najciemniejsza przy dolnym konturze i "rozmywała" się ku górze. Górnej krawędzi brwi nie zaznaczamy - dorysowany górny kontur raczej w żadnym wypadku nie będzie wyglądać naturalnie. Część przy nasadzie nosa podkreślam "urywanymi" ruchami, nie chcę, aby początek brwi był pionową linią prostą, początek brwi również powinien być w miarę możliwości rozmyty, tym razem w bok (w stronę nosa). 

Kolejnym krokiem jest jeszcze dokładniejsze roztarcie górnej krawędzi, na upartego można ten krok pominąć, ale ja go stosuję, ponieważ w rozcieraniu zawsze dobrze jest sobie pomóc cielistym cieniem (u mnie Sensique, Velvet touch nr 117). Dużym i dość sztywnym pędzlem (u mnie Donegal) nabieram odrobinę cienia (naprawdę *odrobinę*) i delikatnie rozcieram górną granicę brwi oraz jej początek. 

W kolejnym etapie przechodzę do korektora, małego pędzelka (u mnie był to pędzel dołączony do żelowego linera z Maybelline ;)) i "sprzątania" pod brwią. Nakładam korektor pod samą brwią, staram się jak najdokładniej podkreślić kontur brwi. (nie wiem skąd w tym miejscu taka różnica w kolorach na oku i brwi, światło musiało mi ześwirować)

Znowu wracam do dużego pędzelka i cielistego cienia. Tym razem rozcieram korektor w dół, tak aby zniwelować jego widoczność pod brwią. Można zrobić to palcem, ale ja mam niezbyt precyzyjne paluchy i pędzelkiem jest po prostu łatwiej. 
W tym momencie makijaż brwi jest gotowy :). Ja czasem dokładam jeszcze żel utrwalający (wcześniej bezbarwny z My Secret, teraz brązowy z Wibo), przeczesuję brwi od nasady na zewnątrz. Efekt z żelem możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu w tym poście. Żel również można pominąć, ale jednak brwi podkreślone samym cieniem wyglądają dość "sucho" i trochę błysku, który nadaje żel, sprawia, że makijaż brwi wygląda jeszcze naturalniej.

Mam nadzieję, że ilość kroków Was nie zrazi i wypróbujecie ten sposób na sobie :). Naprawdę zapewniam Was, że to tylko tak strasznie wygląda, w rzeczywistości idzie ekspresem. Ja już chyba zostanę przy takiej metodzie, moje brwi w końcu są podkreślone mocno, ale jednocześnie wyglądają bardzo naturalnie.

A jaki jest Wasz sposób podkreślania brwi? A może nie malujecie ich w ogóle lub stawiacie na hennę?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 lis 2013

Tydzień w zdjęciach

Zapierałam się tydzień temu, że tym razem na dobre uda mi się przywrócić do życia serię "Tydzień w zdjęciach". Jako, że ostatnio trenuję swoją wytrwałość, dzisiaj zasiadłam do stworzenia zdjęciowego podsumowania minionego tygodnia. Co się działo u mnie ciekawego? Niby niewiele, ale tak przejęłam się faktem, że mam pewne momenty uwieczniać na zdjęciach, że tym razem wyszło mi całe dwanaście klatek zamiast dziewięciu.
1. W moich kosmetykowych komódkach zaczął się ostatnio robić spory bałagan, zabrałam się wiec za uporządkowanie zawartości szuflad. Tutaj akurat pojedyncze cienie, tych zwłaszcza nie potrafię utrzymać w porządku (dlatego wolę palety). Swoją drogą - biedronkowe komody na przybory szkolne idealnie nadają się do przechowywania kosmetyków :D.
2. Na uczelni *coś* zaczyna się dziać, co jakiś czas ktoś rzuca hasło "projekt", w końcu nadszedł czas, że trzeba coś zacząć robić. Wczoraj cały wieczór spędziłam nad projektem, w którym musiałam dla całej instalacji wodociągowej dobrać wszelkie niezbędne elementy wraz z ich wyceną. Zabawa przednia, czułam się jakbym układała puzzle. 
3. Ale, że znowu aż tak dużo zajęć nie mam, odwiedziłam bibliotekę i wypożyczyłam kilka książek. Tak ot, do poczytania wieczorem pod kocykiem.
4. W zeszłym tygodniu dotarł do mnie nowy ShinyBox, testy napoczęłam i już zdążyłam znielubić maseczkę z Bingo spa, którą miałam nadzieję polubić. Bywa i tak.
5. Za to genialnym kosmetykiem okazał się cień Maybelline Color Tattoo "On and on bronze". Od czterech dni gości ma moich oczach i wygląda cudnie. Potrafi zrobić cały makijaż, ale też świetnie się komponuje z kolorowymi cieniami. Zdecydowanie jeden z lepszych cieni w kremie :).
6. Pada śnieg, pada śnieg. W końcu zaczęło nieśmiało prószyć, a ja poczułam zimowy klimat na 100%. Dzisiaj już policzki mi się solidnie zaróżowiły.
7. A jak zima i grudzień za pasem, to i lampki. Robię sobie klimacik, lubię jak  mi się palą lampki, od razu ładniej i jakoś tak przytulniej jest w pokoju. Swoje lampki kupiłam w Pepco.
8. W Pepco skusiłam się też na świeczki - wersja jagodowa i żurawinowe podgrzewacze. I jedne i drugie pięknie pachną.
9. A przy wieczornym relaksie, przy odpalonej świeczce, sięgam po ulubioną ostatnio herbatę. Dilmah ogólnie lubię, a karmelowa wersja wymiata.
10. Moje setne podejście do brwi a'la Margaaretkaa :P. Ostatnio miałam okazję podpatrzeć jak Gosia maluje brwi, ale ciągle wychodzą mi koślawe i nie tak ładnie rozmyte na górnej krawędzi. Kiedyś się nauczę...
11. Jem sobie len. Ze wszystkim. Staram się go wciepywać do najrozmaitszych potraw, ciężko mi się jednak pije takiego samego glutka. Ale muszę przyznać, że efekty są, włosy w końcu przestały lecieć mi garściami. 
12. Dwa niezastąpione pędzle, których chyba jeszcze Wam nie pokazywałam. Oba firmy Sense&Body, kupione w Hebe za niewielkie pieniądze (skunks kosztuje coś około 10 zł, a cień do kresek około 5 zł). Skunksa używam do konturowania twarzy, a pędzlem do kresek podkreślam brwi. Jak macie u siebie Hebe, to bardzo polecam :).

Tak mi minął tydzień, a teraz w związku z tym, że pada śnieg, pozwolę sobie zostawić Was z tym postem i zimową nutą w tle :D.


Miłego tygodnia i pamiętajcie o czapce i rękawiczkach :),
Panna Joanna

Makijażowa metamorfoza po raz drugi

Dawno, dawno temu, ponad dwa lata temu, pokazywałam Wam makijażową metamorfozę mojej cioci (klik!). Dziś, gdy patrzę na zdjęcia z tamtego posta, widzę, że wiele rzeczy zrobiłabym całkiem inaczej. Wtedy miał to być użytkowy makijaż, konkretniej weselny, teraz dla odmiany miałam okazję się trochę bardziej "pobawić". Ciocia na co dzień się maluje bardzo delikatnie, a była ciekawa jak będzie wyglądać w mocniejszym makijażu. Korzystając więc dzisiaj z chwili wolnego, spakowałam lampę, aparat i oczywiście górę kosmetyków i zabrałam się do pracy.

W pierwszej kolejności pomalowałam oczy, przy smoky eyes nie trudno o zabrudzenie obszaru pod oczami, więc odwróciłam nieco kolejność, którą zazwyczaj stosuję podczas makijażu. Na oczy nałożyłam bazę (Inglot), następnie całą ruchomą powiekę pokryłam szarym linerem (Essence). Obszar pod brwiami rozjaśniłam cielistym cieniem, liner pokryłam błyszczącym szarym cieniem, a w załamanie nałożyłam odrobinę matowej szarości. Przy samej linii rzęs zrobiłam "rozmytą" kreskę czarnym cieniem. Dolną powiekę podkreśliłam matową szarością i czernią (wszystkie cienie na oku to paletka Showstoppers ze Sleeka). Rzęsy ciocia wytuszowała sobie sama, ale nie wiem niestety jakiego użyła tuszu ;). Po makijażu oczu przeszłam do makijażu twarzy. Niedoskonałości (naczynka, pojedyncze wypryski) zakryłam korektorem (Ingot w kremie, nr 64), korektor nałożyłam również pod oczy (wyciągnęłam go dość mocno poniżej cieni pod oczami). Następnie na całą twarz nałożyłam podkład (Pharmaceris, wersja matująca Ivory - tu mała ciekawostka, ja posiadam wersję kryjącą, ciocia matującą i po porównaniu odcieni tych podkładów, zauważyłam, że wersja kryjąca jest jaśniejsza), całość utrwaliłam pudrem fixującym (Glazel). Policzki podkreśliłam bronzerem Africa z W7. Przy użyciu paletki do brwi z Oriflame, nadałam kształt i kolor brwiom. Kontur ust obrysowałam konturówką z Catrice (Lost in the rose wood), a same usta pomalowałam różową szminką (Wibo, Eliksir nr 06). Gotowe :). Ciocia była zadowolona, mimo, że nie jest przyzwyczajona do tak mocnych, ciemnych makijaży to czuła się w nim podobno bardzo dobrze. 
Zdjęcia były robione z lampą pierścieniową i przy różnych ustawieniach aparatu, stąd tak duża różnica w odcieniu zdjęć.

Jak podoba się Wam kolejna metamorfoza?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 lis 2013

Lakierowo - wow, coż za glitter

We wczorajszych zakupach pokazywałam Wam m.in. dwa glittery z Wibo, jest to kolejna do - paznokciowa nowość, jaką wypuściła ostatnio ta firma. Początkowo chciałam kupić wszystkie 4 wersje, jednak rozsądek wygrał i wybrałam te dwa, które wg mnie najczęściej bym wykorzystywała. Wersja biało - srebrna mnie urzekła, mogłabym się tak ot, wpatrywać w te błyskotki, bardzo mocno kojarzą mi się z zimową aurą. Dlatego nie chcąc tracić czasu, już wczoraj wymyśliłam sobie, że użyję tego glittera na paznokciach i tak oto powstał prosty mani z bardzo błyszczącym akcentem. 




Jak widać drobiny brokatu są dość duże, mienią się na srebrno - biało. Dobrze przyczepiają się do lekko mokrego lakieru (u mnie nudziak z Wibo), ja całość dla utrwalenia pokryłam top coatem (SH Insta Dri). Widzę je w połączeniu z błękitem, granatem, czernią, szarością, mam też plan, żeby wykorzystać ten glitter w zimowym makijażu, bo drobiny są spore i bez problemu można pojedynczą drobinę chwycić np. pęsetą. Zdecydowanie nie żałuję zakupu i nie mogę się doczekać, żeby wypróbować inne połączenia kolorystyczne, no i oczywiście - aby sięgnąć po drugi, niebieski glitter. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 lis 2013

Wszyscy byli w Rossmannie, byłam i ja

Wszyscy dookoła piszą i mówią o jednym - trzy sieciowe drogerie od kilku dni wodzą nas na pokuszenie sporymi obniżkami. Mnie takie posty inspirują...do dalszych zakupów ;). Mimo, że w Rossmannie już byłam, to pewnie wybiorę się raz jeszcze, bo kilka rzeczy wpadło mi w oko podczas oglądania Waszych zakupów. Na zakupy wybrałam się wczoraj. Do Rossmanna, którego mam najbliższej dotarłam kilka minut po godzinie 10. Tłumów nie było, podejrzewam, że tak naprawdę mało kto wie, że taka promocja trwa. My jesteśmy zorientowane, na blogach pojawiło się mnóstwo informacji, temat przewijał się też na wizażu, facebooku itd. Ale widoczne do całej reszty, nie związanej z tymi portalami, informacje o promocji muszą najpierw dotrzeć pocztą pantoflową. Ja się cieszę, że na zakupy wybrałam się stosunkowo szybko, ponieważ szafy były pełne, ludzi nie było praktycznie wcale (oprócz mnie, koło kolorówkowych szaf, kręciła się tylko jedna osoba), a czytałam u kilku z Was, że w późniejszych godzinach bywało już ciężko - szafy zastawione koszykami, pełno "macantek" i spore braki. Muszę przyznać, że choć zakładałam, że pewnie kupię więcej niż zamierzam, to wyjątkowo udało mi się trzymać listy, ba!, nawet dwie rzeczy sobie odpuściłam. Co wylądowało w moim koszyku?


Tak jak planowałam - kupiłam dwa tusze z Wibo, Dolls lash i Pump up. Czerwony tusz ktoś już sobie wcześniej zdążył otworzyć, mimo, że wzięłam ten z niemal samego tyłu. Szczoteczka była dziwnie powyginana, a otwór upaprany tuszem, co niestety zauważyłam dopiero w domu. Na szczęście sam tusz jest nadal dość mokry, więc jedynie umyłam szczoteczkę ciepłą wodą, żeby przywrócić jej kształt i darowałam sobie wycieczkę do Rossmanna. Dalej już na szczęście obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Żel do brwi z Wibo wiele z Was odradzało, jednak ja postanowiłam spróbować i po pierwszych próbach mogę napisać, że nie powinnam tego żałować. Bałam się, że nie znajdę żadnej kredki Natural Glaze z Max Factora, bo podobno często są jej braki, ale u mnie ostały się trzy sztuki, więc jedną capnęłam. Cienie Color Tattoo na szczęście posiadają naklejkę, po której można poznać, czy ktoś wcześniej nie otwierał produktu, więc jedynie zerknęłam czy naklejka jest w całości i wrzuciłam do koszyka cień On and bronze. Zdążyłam się już malować tym cieniem i jestem nim oczarowana! Początkowo chciałam kupić wszystkie 4 glittery z Wibo, jednak po dokładnym przyjrzeniu się, stwierdziłam, że wezmę tylko dwa - biało - srebrny i niebieski. Czerń oprócz dużych drobin miała też taki lekki pyłek w sobie, a różowy glitter był "kanciasty". Te dwa, które wzięłam chcę wykorzystać do zimowo - świąteczno - karnawałowych stylizacji paznokci i makijaży. Na żywo prezentują się naprawdę pięknie, migoczą z dużą mocą :). Nie kupiłam w końcu żadnego lakieru do paznokci - dumałam koło szaf przeszło 20 minut i doszłam do wniosku, że...ja już chyba mam wszystko co mnie interesuje w tej materii. Możliwe, że skuszę się jeszcze na któryś z lakierów Rimmela lub brokatowca z Manhattanu. 
Po chcę wrócić? Chodzi mi po głowie jeszcze turkusowy tusz z Maybelline, nawet go wczoraj oglądałam, a potem w końcu odłożyłam na półkę i już wczoraj zdążyłam zacząć tego żałować. Kusi mnie też korektor z Bourjois z serii Healthy mix. Na razie oglądam co Wy kupiłyście, czytam opinie i myślę. Do Rossmanna być może wybiorę się jeszcze koło poniedziałku :).

A Wy zaliczyłyście już zakupy?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 lis 2013

Shiny, shiny, czyli ShinyBoxy znowu dwa

Ostatnio dokonałam podobnego myku - krótkie recenzje kosmetyków z miesiąca wcześniejszego zestawiłam z prezentacją nowego pudełka i taka forma chyba na dłużej zagości na blogu, choć nie ukrywam, że chciałabym znaleźć jakiś złoty środek w kwestii pudełek :). Pudełko z zeszłego miesiąca przypadło mi do gustu w stopniu umiarkowanym, podobnie jest zresztą teraz, aczkolwiek trochę za wcześnie przesądzać o jakości boxa listopadowego, bo przyzwyczajona już jestem do tego, że pudełka lubią być niepozorne i czasem zaskakują milej niż się spodziewałam. 
W zeszłym miesiącu było tak:


Po przetestowaniu produktów pudełko okazało się po prostu średnie. Zdecydowanym faworytem z październikowego boxa okazał się płyn do kąpieli z Organique. Jego pomarańczowo - korzenny zapach mnie kompletnie urzekł, kąpiel z dodatkiem tego kosmetyku była czystą przyjemnością. Zapach idealnie nadaje się na obecną i nadchodzącą porę roku - jest bardzo rozgrzewający, mi momentalnie na myśl przywodzi święta, pomarańcze z goździkami. Bardzo żałowałam, że butelka sięgnęła dna, a stało się to dość szybko, ponieważ kosmetyk nie jest pokaźnej pojemności, a i jego wydajność nie powala. Raczej nie kupiłabym tego kosmetyku, ponieważ jego cena do najniższych nie należy, a jak weźmiemy pod uwagę pojemność, to nie kalkuluje się to kompletnie (21,90 zł za 125 ml). Maseczka z witaminą E od The Body Shop nie zaskoczyła. Ot, zwykła maseczka, jakich wiele w drogeriach. Pojemność pozwoliła mi na dwukrotne jej użycie i w zasadzie po każdym z tych dwóch razów nie zauważyłam jakiś wielkich fajerwerków. Cera była nawilżona, trochę gładsza, ale prawdę mówiąc podobny efekt uzyskuję przy maseczkach Ziai, które są niemalże dziesięciokrotnie tańsze. Kolejnym kosmetykiem bez większego efektu *wow* jest 60 - sekundowa odżywka do włosów z Goldwell. Nie lubię wisieć nad wanną z nałożoną odżywką/maską przez długie minuty, więc to 60 sekund bardzo mnie zachęciło do wypróbowania odżywki. Ale moje włosy niekoniecznie się z nią polubiły. Nie twierdzę, że jest zła, po prostu u mnie się nie sprawdziła, moje włosy były po niej bardzo spuszone, mimo, że tendencji do puszenia się praktycznie nie mają. Nie wiem z czego to wynika, ale po trzech nieudanych próbach zrezygnowałam, odżywkę wrzuciłam do koszyka do użytku wszystkich domowników i widzę, że moja mama czasem ją podbiera. Z obecności Seche Vite w boxie ucieszyłam się jak dziecko, bo już bardzo długo chciałam go kupić, ale ciągle odkładałam to na później. I dobrze się stało, że najpierw miałam szansę na przetestowanie miniatury, bo teraz już wiem, że nie ma sensu zakup pełnowymiarowego opakowania. SV ściągał mi z końcówek dosłownie każdy jeden lakier, było widać jego granice na lakierze, ogólnie - poza tym, że dawał niesamowity połysk, niczego dobrego nie mogę o nim napisać. Właściwie cieszę się, że znalazłam ten top w pudełku, ponieważ teraz już wiem, że mam się trzymać od niego z daleka :). Szału nie zrobiły też płatki pod oczy z Syis. Byłam ich bardzo ciekawa, informacje na etykiecie obiecywały efekt botoksu i cuda na kiju. Płatki okazały się nic nie robiącym kawałkiem sztywnego materiału, ściągałam je spod oczu jeszcze szybciej niż je nałożyłam. Równie dobrze mogłabym sobie przykleić pod oczy kawałek plastra, efekt pewnie byłby podobny. Kompletnym nieporozumieniem była też wg mnie obecność w pudełku koronkowych bransoletek firmy Full of fashion - pomarańczowa poszła bodajże do kosza, czarną ktoś mi zabrał, a ja cieszyłam się, że zniknęły z mojego pola widzenia. 
Podsumowując - jeden świetny produkt, jeden przeciętny, jeden nieodpowiadający moim włosom, dwa buble, z czego jeden ustrzegł mnie przed zakupem, którego chciałam dokonać i dwie mocno średniej urody bransoletki. Bilans wychodzi raczej na minus.
A jak jest w tym miesiącu? Wydaje, że lepiej.
Tym razem mamy 5 pełnowymiarowych produktów, całkiem ciekawie skomponowanych. Nie wiem do końca o co chodzi z tym "by Dee Zee", bo to przeca jest sklep z butami jeśli mnie pamięć nie myli i w sumie oprócz tego, że na pudełku widnieje taki właśnie napis, a w środku znajdziemy kartkę głoszącą o 15% rabacie na hasło Shinybox, ja większego związku nie widzę. Pudełko po raz kolejny zyskało nową szatę, tym razem czarno - czerwoną. Ładniej niż przy bladoróżowej wersji, gorzej niż w zeszłym miesiącu. 
Zawartość za to całkiem przyzwoita. Cień z La Rosa byłby ciekawy, gdybym nie dostała go w wersji kolorystycznej *smolista, matowa czerń*, bo takich cieni mam naprawdę dużo i nie korzystam z nich powalająco często, ale za to widziałam, że np. niecierpek dostała piękny odcień. Coś wymyślę, może ogłoszę grudzień miesiącem smoky eyes. Puder ryżowy z Marizy już kiedyś miałam, nawet go lubiłam z tego co pamiętam, choć z ryżem jak się okazuje niewiele ma on wspólnego. Jednak jakoś udało mi się go zużyć w całości, więc możliwe, że i ten ruszę, choć chyba znalazłam swojego matująco - wykończającego Graala. Cień La Rosa nie był jedynym produktem tej firmy znalezionym w pudełku, znalazł się tam również ciemnoczerwony lakier. Czerwonych lakierów nigdy za dużo, a odcień jest naprawdę przyjemny dla oka. Na widok maski z Bingo Spa się ucieszyłam mocno, bo kosmetyki tejże firmy są mi obce (i w sumie nie wiem dlaczego). Maska zawiera 100% olej ryżowy, cztery ekstrakty, kilka parabenów i DMDM - Hydantoinę, której naprawdę wolałabym tam nie widzieć. Nie wiem jeszcze co zrobię z tym fantem. Balsamy z AA znam bardzo dobrze, więc ujędrniający balsam do ciała ucieszył mnie umiarkowanie. Ucieszył, bo balsamy AA lubię, umiarkowanie, bo balsamów mam obecnie na pewno za dużo. Oprócz tego w pudełku znalazłam próbki widoczne na ostatnim zdjęciu. Próbki, jak to próbki, powędrują do kartonika z próbkami. 

Pudełka ShinyBox można zamówić TUTAJ.
A Wam przypadło do gustu listopadowe pudełko?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 lis 2013

Mała rzecz, a cieszy

Wczoraj przed dentystą musiałam jakoś poprawić sobie humor, a nowego domu na pędzle szukałam już od jakiegoś czasu, więc gdy dojrzałam na półce te dwa...lampiony, nie mogłam się powstrzymać. Same zobaczcie jak przyjemnie się prezentują:


Mała rzecz, a cieszy, w końcu kto nie lubi ładnych rzeczy? 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 lis 2013

e-makeupownia po raz szósty

Już jest! Kolejny, tym razem świąteczno - sylwestrowy numer e-makeupowni. W środku jak zwykle wiele inspiracji, makijaże blogerek gościnnych, a także relacja z pierwszych warsztatów organizowanych przez magazyn. Tym razem w środku znajdziecie dwa moje makijaże - oba z mocnym akcentem na usta. Nietypowa wersja maijażu typu pin - up, wzbogacona o akcent w postaci złotych kropeczek, kolejny niekwestionowany hit jesieni, czyli winne usta. Zerknijcie koniecznie.
Klik w magazyn:

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lis 2013

Tydzień w zdjęciach

Biorąc pod uwagę, kiedy ostatni raz ukazał się post z cyklu "Tydzień w zdjęciach", powinnam założyć na głowę papierową torbę i udawać, że wcale mnie tu nie ma. Dawno nie zaniedbałam tak haniebnie żadnej serii, ale ostatnio się ponownie zabrałam za codzienne migawki, tak w ramach ćwiczenia własnego charakteru. I dzisiaj w końcu mogę pokazać Wam fotograficzną relację ostatniego tygodnia. 
1. Popularny ostatnio na blogach cykl "raw beauty" zapoczątkowany przez Agatę, co ma nosa, w końcu i mnie do siebie zachęcił. Fotka strzelona z samego rana, w 10 minut po przebudzeniu. Włos rozczochrany, twarz bez makijażu, nie bądźcie takie całkiem bezlitosne :).
2. Odkryty niedawno, jeden z piękniejszych (dla mojego nosa) zapachów. Tendre Jasmin z Yves Rocher mnie zachwycił bez dwóch zdań i ostatnio co dziennie otulam się jaśminową wonią.
3. Ze względu na coraz niższe temperatury i coraz większą zmienność temperatur (ponownie - mój organizm w całości nie lubi się z sezonem grzewczym), moje usta zaczęły cierpieć. Dlatego w każdej torbie, kieszeni w kurtce, koło łóżka, na biurku, wszędzie trzymam różnorakie nawilżające mazidła do ust. Na zdjęciu tylko kilka ulubionych.
4. Najsłodsza piżama jaką me oczy widziały. Dorwana w Tesco, przeceniona z 70 na niecałe 50 zł. Mięciusia, cieplutka, no i ten miś :D. 
5. Sezon świeczkowy trwa w najlepsze. Nigdy nie przywiązywałam specjalnej wagi do domowych zapachów, a teraz nie mogę się powstrzymać przed zakupem kolejnych. Na szczęście nie wpadłam jeszcze w woskową manię, a w świeczki zaopatruję się po taniości - w Biedronce czy Pepco. Te dwie większe ze zdjęcia to moje dwa ulubione warianty - granat z czymś (wyrzuciłam kartonik i nie pamiętam co to, to drugie "coś") i pieczone jabłko.
6. Ostatnio u Iwetto widziałam urocze zimowe, długie kolanówki. Dzisiaj dokładnie takie same sprezentowała mi mama. 
7. Wieczorami albo oglądam seriale (seria serialowa...wiedziałam, że o czymś zapomniałam...) albo sobie czytam. "Sztuka urody - kolor" autorstwa Beaty Kozak wydaje się być całkiem ciekawą propozycją, jednak ja dalej pojęcia nie mam nawet czy jestem chłodna czy ciepła, a co dopiero podział na wiosnę/lato itd., że o tych jeszcze bardziej skomplikowanych podziałach (typu klasyczna zima, południowa zima itp.) nawet nie wspomnę. Może po lekturze coś mi się wyklaruje.
8. W sobotę wybraliśmy z Osobistym do zabrzańskiego Wiatraka na koncert Meli Koteluk. Piękna oprawa koncertu, sama Mela i wyglądała i śpiewała zachwycająco. Jestem bardzo zadowolona, że Osobisty mnie wyciągnął, miał nosa. Cały urok psuły jedynie dwie nawijające jak katarynki babsztyle, które dokładnie cały koncert spędziły na krzyczeniu do siebie. 
9. Przygotowania do Mikołajkowego spotkanie w Katowicach idą pełną parą, zaczęły przychodzić do mnie paczki z pierwszymi prezentami. Mam nadzieję, że uczestniczki spotkania wyjdą zadowolone i uśmiechnięte, a ja nie mogę się doczekać, aż będę mogła się zabawić w Panią Mikołajową :D.

Kolejny tydzień szykuje się na szczęście bez większych wrażeń, jutro jedynie muszę przeżyć wizytę u dentysty, a później pójdzie już z górki. Tym razem mam ochotę na leniwy weekend i mimo, że dopiero poniedziałek, już zdążyłam zapowiedzieć Osobistemu, że zakopujemy się pod kocyk, odpalamy Breaking Bad i czekamy na ten śnieg, co to zapowiadają, że ma spaść :). A ja Wam mija czas? Utknęłyście w jesiennej szarudze, czy już powoli szykujecie się na zimę?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 lis 2013

Rossmannowe love - lista zakupów :)

Pytałam Was niedawno na fb, czy planujecie już zakupy podczas rossmannowej akcji -40% na kolorówkę. Wtedy informacja nie była jeszcze potwierdzona, a teraz już zaczynają pojawiać się daty. Wieść niesie, że promocja ma obowiązywać od 22 listopada (piątek) do 28 (czwartek). Ja szaleństw co prawda nie planuję, ale pewnie i tak się wybiorę do Rossmanna, więc stwierdziłam, że lepiej zawczasu się na taką okoliczność przygotować i idąc w ślady niektórych z Was, stworzyłam sobie "listę zakupów". 

źródła zdjęć: klik, klik, klik

Na pewno zrobię zapas mojego ulubionego tuszu z Lovely (Pump up mascara), zastanawiam się czy kupić dwie sztuki tego żółtego, czy żółty wziąć tylko jeden, a na wypróbowanie dołożyć wersję Dolls Lash ultra volume (miała któraś z Was ten drugi?). Cień Permanent Taupe z serii Color Tattoo bardzo lubię, więc korzystając z okazji chciałabym kupić kolor On and on bronze, który "chodzi za mną" już od jakiegoś czasu. Lakiery Wibo z serii Express Growth sprawdzają się u mnie świetnie, a Wibo wypuściło ostatnio kilka nowych kolorów, między innymi piękną czerwień z czerwono - złotymi drobinkami, kolor w sam raz na święta :). Ostatnio średnio co tydzień zmienia mi się koncepcja podkreślania brwi, ale mimo dużej ilości cieni do brwi wciąż brakuje mi jakiegoś żelu, który podkreśliłby strukturę włosków i utrwalił makijaż brwi. Pomyślałam więc, że być może skuszę się na Eyebrow Stylist z Wibo. Ostatni kawałek cielistej kredki z Basic poleciał do kosza, bo już nawet nie dało się go zastrugać, a z Schleckerów wycofali niestety szafy Basic, więc pozostaje mi poszukać zamiennika. Dużo dobrego słyszałam o cielistej kredce z Max Factora, więc być może sięgnę właśnie po nią. Wibo ostatnio rozpieszcza nas paznokciowymi nowościami, kolejnym produktem, który zagościł (no właśnie, czy te glittery już są dostępne w Rossmannach? miały być od listopada, ale nie wiadomo kiedy konkretnie) na półkach w szafach Wibo, są glittery w słoiczkach. Przyznam bez bicia, że kuszą mnie dokładnie wszystkie cztery wersje, widzę je nie tylko na paznokciach, ale również w makijażu. 

Jak widać na załączonym obrazku, większość produktów, które planuję kupić, to produkty firmy Wibo. Ostatnio bardzo się z tą firmą polubiłam, a że ich kosmetyki są tanie, to szkoda nie skorzystać - po 40% obniżce będą kosztować grosze. Pozostałe dwa produkty (kredka i cień) to już impreza powyżej 20 złotych, więc te 40% już pozwala zaoszczędzić co nieco.

A Wy już zrobiłyście listę zakupów?:)

Przy okazji pozwolę sobie poinformować o wynikach rozdania - odżywki Joko wygrywa Kamyczek! Kamyczku, lecę pisać do Ciebie maila :).

Pozdrawiam,
Panna Joanna 
13 lis 2013

Makijażowo - Wear Berries!

Kupiona wczoraj szminka natchnęła mnie do stworzenia makijażu. No dobra...tak prawdę mówiąc, to mam w piątek kolokwium, a nie chce mi się uczyć, więc musiałam się czymś zająć. Powyciągałam z szufladek dużo rzeczy, miałam w głowie milion pomysłów, a skończyło się na czymś bardzo klasycznym, bardzo odmiennym od moich początkowych zamiarów. Na całą twarz nałożyłam żółty podkład w kremie z Kobo, korektorem z Inglota zamaskowałam kilka niespodzianek na mojej twarzy (nie panuję ostatnio nad tym, co dzieje się na mojej twarzy...), nałożyłam cienką warstwę podkładu z Pharmacerisa, całość przypudrowałam pudrem z Kobo. Na policzkach mam bronzer Joko (Marrakech Dream) i róż Paese. Brwi to zestaw do brwi z Oriflame. Na oczach baza Inglot, cienie Sleeka (ciemna szarość i jasna szarość), tusz Lovely. Na ustach bohaterka dzisiejszego posta, czyli szminka Essence Wear Berries!. 
Nijak nie udało mi się uchwycić prawdziwego odcienia szminki, najbardziej zbliżony jest ten na pierwszym zdjęciu, choć szminka jest trochę ciemniejsza. Już teraz wiem, że będę ją często eksploatować, jest naprawdę piękna. W porównaniu do poprzedniej wersji szminek Essence, te nowe wypadają dużo lepiej - właściwości nawilżające nadal są spore, szminki są dość śliskie, nie wysuszają ust, ale jednocześnie są dużo lepiej napigmentowane od tych starych. Kusi mnie jeszcze kilka odcieni (Barely there, On the catwalk) i pewnie w najbliższym czasie się w nie zaopatrzę. 

Teraz to już chyba nie mam wyjścia i muszę zabrać się za naukę :). Nie żeby mi się chciało...

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 lis 2013

O wszystkim i o niczym po raz tysiącpięćsetstodziewięćsetny

Ostatni weekend minął mi bardzo pracowicie - będąc przelotem w jakimś sklepie, natknęłam się na świąteczne mikołaje, adwentowe kalendarze (czy Wy tylko ja za dzieciaka wyjadałam te czekoladki wszystkie na raz?:P), pierniki i inne okołoświąteczne bajery. Z nieznanych mi powodów dostałam przedziwnego joba i chyba wyczuwszy nadchodzącą zimę i święta i śnieg i tak dalej, zabrałam się do porządków życia. Po kilku dniach mam już opanowaną większą część mieszkania. W efekcie wczoraj miałam lakier tylko na paznokciach lewej dłoni, bo z prawej wszystko zlazło, takie środki czystości mi tatuś podsunął, że zabiły lakier ;). Ale nie ma tego złego, ostatnio dostałam dwa pikne lakiery od Joko, jeden bardzo kojarzący mi się z zimą i świętami i śniegiem i tak dalej - Emerald z serii New Vintage.
Co mnie zaskoczyło w tym lakierze? W pierwszej kolejności - opakowanie. Joko ma swoje charakterystyczne buteleczki lakierów i zdziwiło mnie, że nowa seria jest zapakowana w coś zupełnie odmiennego. Na szczęście nadal mamy tu szeroki pędzelek, niestety przycięty na prosto, a nie półokrągło. Mimo to, malowało się całkiem wygodnie. Kolor to taki...szmaragd, nie da się go inaczej opisać. Ciemny, bardzo ciemny, ale ciągle widać, że to nie czerń. Wyraźne nuty i zielone i niebieskie. Wykończenie żelowe, więc i krycie takie sobie - na paznokciach mam trzy bardzo cienkie warstwy (lakier jest dość rzadki, więc grubej warstwy i tak nijak nie można nałożyć). Dla przyspieszenia wysychania nałożyłam top coat wysuszający Sally Hansen Insta Dri, ale i bez niego lakier miał niesamowity połysk. Na zdjęciu lakier wygląda jakby był nierówno nałożony, ale to tylko kwestia dziwnego odbijania światła, na żywo niczego takiego nie widzę. Mam w planach nałożyć na niego na dniach brokat z Manhattanu (złoto - bladoróżowo - bladozielony), coś mi mówi, że będzie się fajnie komponować z taką ciemną, szmaragdową bazą.

Miało być o wszystkim i o niczym, więc do końca jeszcze daleko :). Zostawiamy sprawy lakierowe i przechodzimy do makijażowych. Ostatnio jestem wybitnie leniwa w tej materii i większość moich makijaży wygląda jak na zdjęciu poniżej - naturalne kolory, zaznaczone załamanie powieki i zewnętrzny kącik, na usta bezbarwna pomadka ochronna i na tym wena się kończy. Ale jeszcze chwilę i z radością będę sięgać po mocne róże, mój cudowny czerwony róż ze Sleeka i mam w planach mały przegląd makijaży "na zimowo" (zwłaszcza, że Margaaretkaa zrobiła mi odsypkę pięknego pyłku, który wygląda jak śnieg <3). Tymczasem dzisiaj...
...odkopałam paletkę Oh So Special i przypomniałam sobie czemu ja ją tak lubię :). 

Było o porządkach, było o nadchodzącej zimie - na chwilę się jeszcze tu zatrzymam. Przy okazji porządków, powyciągałam w końcu wszystkie swoje szaliki, kominy i nie wiedziałam za bardzo gdzie je upchnąć, żeby były zawsze w miarę pod ręką (wiecie - sytuacja typu "autobus odjeżdża za minutę, a wszystkie szaliki splątały się w szafce w wielki supeł"). A, że potrzeba matką wynalazku, znalazłam jakiegoś gwoździa, wbiłam go w ścianę, do kompletu porwałam z szafy wieszak i zrobiłam sobie niemalże szalikową ozdobę na ścianie (chyba mam jakiś problem z fioletem ostatnio, wszędzie go u mnie pełno). W temacie wystroju pozostając - biegnąc ostatnio przez Biedronkę, moje czujne oko dostrzegło świeczki, dużo świeczek. Stwierdziłam, że skoro już tak sprzątam, to pojadę po całości i dorzucę do pokoju jakiś klimacik. Wybrałam świeczkę w pięknym, bardzo zimowym (wielbiciele lata mnie zjedzą po tym poście :P) opakowaniu, pachnącą granatem i czymś jeszcze. Odpaliłam ją już dwa razy i zapach, którym otula całe pomieszczenie, tak bardzo mi się spodobał, że przy następnej wizycie w Biedronce na pewno zrobię zapas. 
A jak już o zakupach mowa...Dosłownie na moment wstąpiłyśmy z Gosią do Hebe, bo herbata się już skończyła, a czasu do autobusu jeszcze chwilę zostało i wyjść z pustymi rękoma się nam nie udało. Na dłuższą chwilę zawisnęłyśmy przy szafie Essence, konkretnie przy nowych szminkach i po wymazaniu całej ręki testerami, obie zdecydowałyśmy się na ten sam odcień "Wear berries", piękny, lekko fioletowy, taki w sam raz na teraz. Gosia się dalej maziała, a obok stała sobie szafa Bell. Zerknęłam na nią dosłownie połową oka. A że moje oczy potrafią być bardzo spostrzegawcze (patrz - świeczka w Biedronce) w niektórych warunkach (przeważnie nie wtedy, kiedy naprawdę by się to przydało), dostrzegłam uśmiechające się do mnie ślicznie mleczne błyszczyki z nowej (??) serii French Chic. Chwilę podumałam i zdecydowałam się na numer 04. 
Widzę, że wyszedł mi post gigant, więc kończę i zostawiam Was z moimi wypocinami :). Czasem człowiek musi sobie tak pogadać (popisać w zasadzie), tak ot, dla przyjemności, bo fajnie zrobić coś produktywnego leżąc pod kocem z karmelową herbatą, gdy obok miga sobie światło pięknie pachnącej świeczki.

Ps. Przepraszam Was wszystkich za deszcz w ten weekend, to moja wina - umyłam okna <ściana>. Swoją drogą, skubany zaczął padać dokładnie w momencie, gdy zamknęłam ostatnie umyte okno...

Pozdrawiam,
Panna Joanna
9 lis 2013

Komu, komu?

Po raz kolejny w biegu, między jednymi porządkami, a drugimi. Kilka dni temu dostałam przesyłkę niespodziewajkę od firmy Joko. W środku znalazłam między innymi dwie dopaznokciowe nowości - odżywki szybkiego reagowania. Jako, że ja takowych nie używam i u mnie na pewno będą się tylko kurzyć, postanowiłam puścić je w świat. Jeśli ktoś ma ochotę przygarnąć taki oto zestaw, wystarczy zostawić po sobie ślad w komentarzu, wyrazić chęć udziału i podać maila. Za tydzień w sobotę, 16 listopada, ogłoszę szczęśliwego zwycięzcę.


Żeby potem nie było niespodzianek - Aktywna kuracja utwardzająca ma w składzie formaldehyd, ja nie sięgnę więc po nią z oczywistych względów, jednak wiem, że ciągle wiele z Was używa formaldehydowych odżywek. Wolę uprzedzić, bo jednak równie dużo osób tego składnika unika :).

Pozdrawiam i czekam na Wasze zgłoszenia,
Panna Joanna
6 lis 2013

Kremowo - jesienna zmiana warty

No i niestety - przyszło nieuniknione, coś na co absolutnie nie czekałam z utęsknieniem, a co przyprawia mnie o ból głowy na samą myśl - listopad. Szarość, chmury, strugi deszczu, coraz większy ziąb wkradający się pod szalik (czapkę już też wyciągnęłam jakby kto pytał :P). Gdybym miała wytypować miesiąc, którego nie lubię najbardziej, bez zawahania wskazałabym właśnie na listopad. Moja skóra przeżywa katorgę - rozpoczęcie sezonu grzewczego to coś wyjątkowo nieprzyjemnego dla suchej cery - teraz odczuwam wszelkie jej niedogodności szczególnie mocno. Dlatego z niejakim żalem odstawiam bardzo przeze mnie ostatnio lubiany kremowy duet i ponownie wracam do sięgania po tłuściochy, które choć trochę ochronią moją skórę przed wszystkimi, już bardziej zimowymi, czynnikami. Kremy, o których dzisiaj napiszę, na okres wczesnojesienny były idealne. Tymczasem piękna, złota jesień odchodzi w niepamięć, a ja chowam kremy do szuflady by wrócić do nich na wiosnę.


Prezentowany dzisiaj duet to Pharmaceris seria E - Emoliacti. Krem nawilżający na dzień i krem odżywczy na noc bardzo dobrze się uzupełniają, stanowiąc duet, który moja cera bardzo polubiła.



Krem na dzień zamknięty jest w estetycznym opakowaniu typu air - less, mieszczącym 50 ml produktu. Krem ma przyjemną konsystencję, nie jest zbyt rzadki, ale jednocześnie nie jest aż tak gęsty i treściwy jak wersja na noc. Stosowałam go zgodnie z przeznaczeniem, czyli po prostu rano, po umyciu twarzy żelem do mycia czy przetarciu tonikiem. Krem dość szybko się wchłania i nie pozostawia po sobie tłustego filmu, twarz nie jest po jego zastosowaniu błyszcząca. Dobrze sprawdza się pod makijażem, podkład nie warzy się na nim, nie traci na trwałości. Po jego użyciu skóra jest nawilżona, gładka, uspokojona, krem świetnie rozprawia się z suchymi skórkami. Wg mnie jest kremem, który idealnie nadaje się właśnie na dzień - jest lekki, posiada filtr, wchłania się naprawdę ekspresowo, już po kilku minutach od jego aplikacji możemy zabierać się za makijaż. W ciągu dnia skóra nadal pozostaje pod jego wpływem, stopień nawilżenia jest wystarczający, aby spokojnie dotrwać do wieczora i aplikacji treściwszego nawilżacza.
Skład:


W składzie znajdziemy kilka całkiem przyjemnych rzeczy, mamy tutaj np. masło shea, na które moja sucha cera reaguje bardzo dobrze. Z kremem w wersji na noc polubiłam się również, przy czym z tej dwójki, właśnie wariant na noc jest jednak moim faworytem.



Tym razem opakowanie, choć utrzymane w podobnej stylistyce, jest inne niż poprzednika. Miękka, zakręcana tubka pozwala nam bez problemu odróżnić krem na noc od kremu na dzień, choć nie ukrywam, że jestem fanką opakowań typu air - less, ale jak widać - nie można mieć wszystkiego :). Ten krem jest zdecydowanie bardziej gęsty, treściwy, nieco tłustszy niż wersja dzienna. Mimo tej konkretnej konsystencji łatwo rozsmarować go skórze. Wchłanianie jest nieco wolniejsze, a i tak krem nie wchłania się całkowicie i zostawia po sobie delikatną, ale jednak tłustawą warstewkę. Jego działanie odżywcze jest bardzo odczuwalne - skóra jest miękka, wygładzona, nawilżona i natłuszczona. 
Skład:


Podsumowując - oba kremy bardzo dobrze spisały się na mojej skórze, przy czym gdybym mogła wybrać tylko jeden, postawiłam na wersję na noc. Kosmetyki jednak świetnie się dopełniają, więc z przyjemnością używałam ich obu i na pewno do nich wrócę. 

Pozdrawiam,
Zmęczona listopadem Panna Joanna
3 lis 2013

Makijażowo - paryski look

Nietypowo jak na mnie, dzisiaj drugi post. Pisany na "gorąco", bo właśnie na wizażu pojawiły się wyniki konkursu współorganizowanego przez wizaż właśnie i Sephorę. Nie liczyłam może jakoś szczególnie na wygraną, ale zestawów było aż 21 sztuk, przy czym 10 prac wybieranych było za "lajki" czyli brana była pod uwagę ilość ocen i średnia, a 11 pozostałych miało wyłonić jury. I tu zagadka dla Was, bo z kilkoma osobami się nad tym zastanawiamy i nie możemy znaleźć odpowiedzi - "co jury miało na myśli?".
Tutaj znajdziecie linka do wyników konkursu - KLIK. I choć nie przeczę, że jest tam kilka prac, które mi się podobają, tak przy znakomitej części, moja twarz wyrażała naprawdę duże niezrozumienie sytuacji. Przezornie (najwidoczniej) w wynikach podane zostały same nicki, bez zdjęć czy linków prowadzących do prac. Jednak wystarczy trochę pokopać i do prac można bez problemu dotrzeć. 
Niesmak pozostanie chyba na długo, z tego co wiem - nie tylko u mnie. Wizaż po raz kolejny strzela sobie w stopę, typując na zwycięzców prace niezgodne z regulaminem czy tematyką konkursu. 
Swojej pracy wcześniej nie pokazywałam na blogu, a że teraz już mogę to się pochwalę. Byłam zadowolona zarówno z makijażu, jak i zdjęć, więc szkoda, żeby się marnowały w konkursowej galerii ;).



Wyładowałam frustrację i już mi lepiej, dziękuję za uwagę :P.

Pozdrawiam,
Niewystarczająco paryska Panna Joanna :)

Lakierowo - Wibo EG 169

Zobaczyłam go pierwszy raz u Obsession i momentalnie zachciałam mieć go w swoim lakierowym zbiorze. Przy pierwszej sposobności pognałam do Rossmanna i chwyciłam go wraz z kilkoma innymi nowościami. I uwielbiam. Nie da się inaczej. 




Mam na paznokciach bazę, 3 warstwy lakieru (tyle wystarczyło do przykrycia białych końcówek), na całość położyłam Seche Vite. Lakier Wibo to purpurowa baza z mnóstwem drobnych, złotych drobinek. Niesamowicie pięknie połączenie, to będzie chyba mój ulubiony jesienno - zimowy lakier, kojarzy mi się mocno świątecznie. Dużo osób radzi, aby nakładać go na ciemną bazę - próbowałam i tak, jednak dla mnie efekt jest ładniejszy solo. Przy ciemnym lakierze podkładowym, lakier Wibo traci dużo uroku, ginie ten ciemny róż, efekt końcowy jest podobny do tego, jaki daje Fantasy Fire z Max Factora. Też jest ładnie, ale jednak dla mnie opcja na przezroczystej bazie jest przyjemniejsza dla oka. Trwałość lakieru jest dobra, ogólnie chwalę sobie lakiery z serii Express Growth, u mnie trzymają się około 5 dni bez odprysków. 
Wpływ SV jest dość mocno widoczny - oprócz niesamowitego blasku (który uwielbiam) jest też mocne ściągnięcie lakieru (czego nie znoszę). Długo już czaiłam się na ten top coat i cieszę się, że najpierw trafiła do mnie miniatura, bo jakoś nie do końca mogę się dogadać z tym kosmetykiem. Macie jakieś metody, aby pozbyć się tego ściągania lakieru z końcówek?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...