WoleProstoHeader

31 paź 2013

Makijażowo - na halloween

Mimo, że sama nie obchodzę, to Halloween wydało mi się idealną okazją do małego artystycznego wyżycia się. Od kilku dni, na polskich i zagranicznych blogach, oglądam wampirzyce, wiedźmy i inne bliżej niezidentyfikowane stwory i mi też zachciało się *czegoś*. Nie pytajcie co autor miał na myśli. Nie wiem.

Na twarzy mam podkład (Pharmaceris) zmieszany z białym cieniem w kremie (Essence, Ballerina Backstage). Do konturowania użyłam fioletowego, matowego cienia (Glazel). Cały makijaż oczy to paletka Sleeka Vitange Romance i złoty liner z MUA. Usta pokryłam podkładem i nałożyłam odrobinę złotego cienia, a od "wewnątrz" podkreśliłam usta fioletem.



Mogę iść straszyć dzieci?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 paź 2013

Energetyzująca samba brazylijska z guaraną, czyli o piance Lirene

Ostatnio pojawiło się kilka recenzji kosmetyków z laboratorium kosmetycznego dr Ireny Eris - od momentu, gdy kurier wtaszczył mi do mieszkania dwa kartony wypełnione kosmetykami tejże marki minęło już sporo czasu, więc do zaprezentowania Wam mam kilka mniejszych i większych perełek, a dziś o jednej z nich - piance myjącej z serii Young 20+, która nie dość, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, to jeszcze okazała się...wielofunkcyjna.


Pianka pochodzi z serii Young 20+. Wszystkie kosmetyki z tej serii mają bardzo przyjemną dla oka szatę graficzną i dość zdecydowane, ale ładne zapachy. To takie kosmetyki, po które chętnie sięga się rano, gdy połową mózgu jesteśmy jeszcze w objęciach Morfeusza i nie wiemy jak się nazywamy ani co się dzieje - kolorowe opakowania zachęcają do sięgnięcia po nie z łazienkowej półki, a wyrazista woń pobudza do życia. Z całej tej serii pianka jest chyba moim faworytem, przez te kilka miesięcy stosowania wyraźnie wysunęła się na prowadzenie. 


Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że jest to kosmetyk przeznaczony do mycia twarzy i oczu - producent nie wspomina nic o demakijażu. Mimo to, zdarza mi się jej używać również w tym celu. Twarz zwilżam wodą, wyciskam porcję pianki i aplikuję na całą twarz, włącznie z oczami. Pianka jest bardzo gęsta, jak ubita śmietana, mam wrażenie, że po nałożeniu na skórę robi się jej jeszcze więcej. Świetnie zmywa wszystko co mam na twarzy - podkład, tusz czy liner. Nie trzeba przy tym specjalnie się wysilać, pocierać, trzeć. Pianka, mimo, że świetnie zmywa makijaż, jest przy tym łagodna w działaniu, nawet jak dostanie się do oczu to nie powoduje szczypania czy zaczerwienienia. Potem wystarczy tylko przetrzeć twarz tonikiem i voila!


Producent obiecuje nam gruszki na wierzbie, ale oczywiście połowę z nich można spokojnie odłożyć na bok. Nie zauważyłam specjalnej poprawy stanu skóry czy nawilżenia, ale nie są to rzeczy, których wymagam od pianki do mycia twarzy. To w końcu kosmetyk, który ma kontakt ze skórą tylko przez krótką chwilę, więc nie ma co liczyć na "regenerację tkankową". Za to podstawowe działanie - mycie - jest spełnione na piątkę z plusem. Buzia jest dokładnie oczyszczona, odświeżona. Pianka nie wysusza, nie podrażnia. Jest niesamowicie wydajna - używam jej z dość dużą częstotliwością i ciągle mam wrażenie, że zostało jej sporo. Wystarczy wycisnąć z opakowania naprawdę niewielką ilość, aby umyć twarz.
Jednak nie to zastosowanie pianki mnie najbardziej urzekło. Zupełnie przypadkiem odkryłam, że pianka idealnie nadaje się do mycia...pędzli. Którejś niedzieli, podczas cotygodniowego dużego prania, zabrakło mi szamponu, którym zawsze myłam pędzle. Z braku laku sięgnęłam po piankę i oniemiałam. Domyła pędzle od podkładu, bronzera, ciemnych cieni, linera, szminki. Przy naprawdę minimalnym wysiłku. Moje pędzle są dość mocno eksploatowane, te najpotrzebniejsze myję na bieżąco, ale całość i tak zawsze piorę zbiorowo w weekend, zdarza się czasami, że muszę naprawdę konkretnie szorować, żeby je domyć. W przypadku tej pianki wystarczyło nałożyć jej odrobinę na pędzel, dwa razy przejechać po dłoni i spłukać. Domyło się idealnie. Dodatkowo odpadł problem z płukaniem - mydła czy szampony się pienią i podczas płukania czasami idzie dostać szału, usiłując wypłukać pianę, tutaj takiego utrudnienia nie ma. 


Podsumowując - do demakijażu świetna, do porannego mycia twarzy też, jeszcze lepsza do prania pędzli. Niesamowicie wydajna, o bardzo przyjemnej, gęstej  i zbitej konsystencji. Niedroga - za 150 ml zapłacimy około 16-17 złotych. Opakowanie zalicza się do tych "pozytywnych", dodatkowo ma bardzo wygodny dozownik. Moim zdaniem, kosmetyk jest zdecydowanie wart wypróbowania.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 paź 2013

Makijażowo - naturalnie

Macie czasem tak, że budzicie się po 12 godzinach snu wciąż niewyspane, za oknem jest szaro i pada deszcz, a jedyne o czym myślicie to "schowam się z powrotem pod kołdrę, może nikt się nie zorientuje, że zniknęłam"? Ja dokładnie tak czułam się dzisiaj. Budzik zadzwonił o 10, zanim doszłam do siebie i zwlekłam się z łóżka dochodziła 11. Po kilku dniach pięknej pogody, znów poczułam chłód, związany ze zmianą pogody ból głowy i ogólnie zniechęcenie życiowe do wszystkiego wokół. Wymyślny makijaż był ostatnią rzeczą, która chodziła mi po głowie. Ale, że trzeba było wyjść między ludzi, stwierdziłam, że dobrze jednak byłoby zrobić cokolwiek z moją twarzą. Postawiłam na sprawdzony make up no make up. Nałożyłam na twarz grubą warstwę kremu nawilżającego, po wchłonięciu się kremu, sięgnęłam po ulubiony podkład (bb krem Under Twenty). Przypudrowałam się matującym pudrem (Rimmel, Stay matte), na policzki nałożyłam odrobinę bronzera (Joko, Marrakech Dream) i musnęłam je różowym różem (Paese). Brwi maznęłam kłaczkami (brwi w butelce, Divaderme), na rzęsy nałożyłam jedną warstwę tuszu (Lovely, Pump up). Usta obrysowałam konturówką (Catrice, Lost in the rosewood) i wklepałam w nie balsam nawilżający (malinowa Nivea w puszce). Całość zajęła mi mniej niż 5 minut, humor mi się nieco poprawił jak spojrzałam w lustro. Na wszelki wypadek owinęłam się mięciusim kominem z H&M (znaczy się - był to szalik, ale babcia zszyła końce), z zamiarem schowania się w niego jak ktoś mnie wkurzy. 
Na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach, a Osobisty nakarmił mnie marcepanem w czekoladzie i świat znowu jest kolorowy :). Ale make up pozostanie na neutralnie.

Ktoś jeszcze cierpi na przesilenie jesienne?:P

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 paź 2013

ShinyBoxy dwa

Przed chwilę kurier wręczył mi październikowego ShinyBoxa, więc szybko chwyciłam za aparat i przybywam z krótką relacją. Zanim jednak przejdę do świeżego pudełka, chciałam w kilku słowach wspomnieć o wrześniowym. 


Wrześniowy Shiny spisał się połowicznie. Dwa pełnowymiarowe produkty, czyli kredkę Glazel i róż Paese znałam wcześniej i nie zawiodły mnie po raz kolejny. Kredki używam bardzo często do zagęszczenia linii rzęs, róż nie rzadko gości na moich policzkach. Natomiast pozostałe produkty...no cóż, szczęki z podłogi nie zbierałam. Szampon Phenome starczył mi na zatrważające dwa umycia włosów, więc poza faktem, że przyjemnie pachnie i dość dobrze oczyszcza, nic ciekawego powiedzieć nie mogę. Mleczko Scottish Fine Soap po drugim użyciu przyprawiło mnie o małego wnerwa - jest bardzo lejące, więc ciężko je w ogóle nałożyć. Pachnie po prostu mlecznie, mnie zapach ani nie zachwycił, ani jakoś specjalnie mi nie przeszkadzał. Właściwości nawilżające mleczka są wg mnie dość przeciętne. Na pewno nie poczułam się oczarowana tym kosmetykiem na tyle, aby kupić pełnowymiarowe opakowanie. Ostatnim z produktów z wrześniowego boxa była miniatura serum do włosów z Toni&Guy. Serum okazało się całkiem przyjemne. Dobrze dyscyplinowało puszące się końcówki, wygładziło włosy, zapach również można uznać za bardzo przyjemny. Ale właściwie - nic ponadto. Poprawny produkt, jakich wiele w mojej "włosowej szufladzie". Szczerze mówiąc - z dużymi obawami otwierałam październikowe pudełko, bałam się, że po raz kolejny Shiny wpakuje do środka kosmetyk tego typu. Ale na szczęście tym razem obeszło się bez :).
Jak widać, mój zachwyt jest raczej umiarkowany. Dwa kosmetyki, które faktycznie mi się spodobały, znałam i miałam już wcześniej, więc o żadnych wielkich odkryciach też nie mogę mówić. 

Przechodząc do pudełka październikowego:
W tym miesiącu pudełko zaskoczyło mnie odmiennym designem. Czarno - różowa odsłona podoba mi się dużo bardziej niż klasyczna wersja pudełka, mam nadzieję, że Shiny zostanie przy takim wystroju. Pudełko jest również opatrzone znaczkiem różowej wstążki, w środku znajdziemy ulotkę o badaniu piersi. Plus dla Shiny za taką inicjatywę. 
Sama zawartość okazała się...ciekawa. W pierwszej chwili nieco zirytował mnie fakt, że dwa z trzech pełnowymiarowych produktów to saszetki, jednorazowego użytku, więc cóż z tego za pełny wymiar? Ale pomijając ten jeden szczegół - jest nieźle. Mamy tu płyn do kąpieli z Organique (pełen wymiar), pięknie pachnący pomarańczami i przyprawami, zapach idealny na chłodniejsze dni. Zużyję z przyjemnością. Podczas aromatycznej kąpieli będę mogła nałożyć na twarz maskę do twarzy z witaminą E z The Body Shop (pełen wymiar ;]). Raczej nie przepadam za maskami w saszetkach, przeważnie o nich po prostu zapominam, aczkolwiek firmę TBS lubię, więc może jednak się przełamię i nie schowam jej na dno szuflady. Ostatnim z pełnowymiarowych produktów są płatki pod oczy firmy SYIS. Mają zapewnić efekt botoksu, zlikwidować zmarszczki mimiczne i podobno idealnie nadają się do zastosowania przed wielkim wyjściem. Spróbujemy, pożyjemy, zobaczymy. Oprócz trzech pełnowymiarowych produktów (właśnie zaśmiałam się pod nosem), w pudełku znalazłam również coś, co naprawdę mnie szczerze ucieszyło - miniaturę top coatu Seche Vite. Ten wysuszacz "chodził" za mną już bardzo długo, a ja jakoś ciągle odkładałam jego kupno. Teraz w końcu mogę przekonać się o jego magicznym podobno działaniu i jeśli spisze się tak jak oczekuję, wtedy spokojnie sięgnę po pełen wymiar. W pudełku znalazła się również miniatura balsamu na włosy Goldwell (jednak *coś* do włosów musiało być, nie ma lekko). Produkt zbiera dobre opinie, a jego pojemność jest dosyć spora, więc jako włosomaniaczka chętnie go przetestuję. Z pudełka wyciągnęłam też dwie bransoletki Full of Fashion, koronkowe, rzekomo podbijające ostatnio świat. Mnie się zwyczajnie nie podobają, pomijając już kolory, które mi się trafiły (czarna i pomarańczowa), tego typu "biżuteria" w ogóle mi nie leży. Prezentem była również próbka szamponu do włosów z serii Elestabion T od FlosLeku. Szampon jest mi dobrze znany, swojego czasu zużyłam go sporo, a saszetka powędruje do pudełka, w którym leżą sobie wszystkie próbki i być może pojedzie kiedyś ze mną na jakiś wyjazd. 

Jak widać, źle nie jest. Zdecydowani faworyci tego pudełka to płyn z Organique (dzisiaj pewnie go przetestuję) i Seche Vite. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 paź 2013

Włosiska - moja pielęgnacja

Czuję w kościach, że ten post będzie długi. Zabierałam się za niego naprawdę kawał czasu i teraz jak w końcu usiadłam to pewnie do jutra nie skończę, ale próbujmy :). W dużym skrócie - będzie o tym jakie są moje włosy, jak je pielęgnuję, jak czasami ich nie lubię i jak dużo częściej je uwielbiam. Opiszę kilka moich włosowych niezbędników i po krótce przedstawię co ja właściwie z nimi robię. A robię dużo. Mam na imię Joanna i jestem włosomaniaczką.


Na powyższym zdjęciu znajdziecie część (<ściana>) moich kosmetyków do pielęgnacji włosów. Odpuściłam sobie szampony, bo prawda jest taka, że i tak co chwilę je zmieniam, potem wracam do kilku wypróbowanych itd., a zużywam ich hektolitry. Postaram się więc jedynie nakreślić po jakie szampony sięgam - zawsze mam w domu co najmniej dwa rodzaje. Delikatny, z reguły przeznaczony dla dzieci, bez sls czy sles, o jak najprostszym składzie. Do moich ulubionych w tej kwestii należą szampon z Babydream i płyn do higieny intymnej z Facelle. Drugi typ to szampon oczyszczający, taki który lepiej poradzi sobie z moimi dość szybko przetłuszczającymi się włosami. Tutaj z wyborem jest różnie, ale lubię np. szampony Garniera (z serii Goodbye demage czy klasyczne Fructisy), Alterra, Nivea. Moje włosy za to wyjątkowo nie polubiły chyba wszystkich Gliss kurów, Garniera Ultra Doux z awokado. Przy sporadycznych problemach ze skórą głowy sięgam po bardziej "specjalistyczne szampony", miałam okazję wypróbować kilka szamponów z FlosLeku, Pharmacerisa i choć na dłuższą metę bym ich nie stosowała, to przy sytuacjach, gdy skalp wymagał interwencji (sucha skóra głowy, łupież, ranki) sprawdzały się naprawdę dobrze. Włosy myję przeważnie codziennie lub góra co dwa dni, a szamponów łagodnego i oczyszczającego, używam zamiennie. Gdy widzę, że włosy tym razem nie zostały sponiewierane, nie przetłuściły się za mocno - wtedy sięgam po delikatny szampon. Gdy czuję, że czas na bardziej konkretne oczyszczanie, stosuję normalny szampon. Ale tu też zdarzają się wyjątki - bywa, że przez miesiąc używam tylko jednego szamponu, by potem przestawić się na inny, moje włosy dość szybko się przyzwyczajają do szamponów. 

Po każdym myciu używam odżywki do włosów, oprócz tego stosuję metodę OMO, czyli odżywianie/mycie/odżywianie, prościej mówiąc - moczę włosy, nakładam odżywkę na długość, potem spieniony szampon (metoda kubeczkowa) nakładam na skalp, a piana podczas spłukiwania oczyszcza również włosy. Potem nakładam po raz drugi odżywkę, zostawiam na kilka minut i spłukuję. Odżywek mam cały arsenał, najbardziej lubię Ultra Doux z awokado (w przeciwieństwie do szamponu), odżywki Balea (kokosowa i przeznaczona do ciemnych włosów), uwielbiam odżywkę Alverde z amarantusem. Mniej więcej dwa razy w tygodniu zamiast odżywki wybieram bardziej treściwą maskę, moim absolutnym numerem jeden jest maska Alverde z hibiskusem i aloesem, ale chętnie stosuję też mlecznego Kallosa (mam jeszcze wersję o zapachu olejku arganowego, tę akurat lubię mniej).

Włosów nie suszę, chyba, że to sytuacja awaryjna i muszę zaraz natychmiast wyjść z domu, to wtedy podsuszam je chłodnym nawiewem. Latem, późną wiosną i wczesną jesienią, 
ogólnie gdy jest ciepło  - włosy myję rano i zostawiam do wyschnięcia, latem spokojnie wychodzę z domu w mokrych (:P). Zimą z kolei myję włosy wieczorem i również daję im wyschnąć, jednak zawsze robię to na tyle wcześnie, żeby zdążyły mi wyschnąć zanim położę się spać. Na noc włosy lekko zwijam w ślimaka na czubku głowy, nie potrafię spać w rozpuszczonych włosach. Włosy rozczesuję gdy są nadal mokre, ale już nie ociekające (nie trę włosów frotowym ręcznikiem, jedynie je odciskam i potem zarzucam ręcznik na ramiona, żeby reszta wody "skapała" na niego), przed rozczesaniem spryskuję je lekkim sprayem ułatwiającym rozczesywanie (Biosilk). Do czesania używam szczotki Detangler, niczego innego już nawet nie zbliżam w okolice włosów ;). Rano włosy jedynie przeczesuje tą samą szczotką, ale na szczęście przestały się już tak okropnie plątać jak swojego czasu, więc czesanie na sucho nie nastręcza większych trudności. Na długość używam jeszcze mieszanki olejków z Elseve, dosłownie kroplę wyciskam na dłonie i przejeżdżam nimi po "wierzchu" włosów, dzięki czemu dostają sporego błysku. Na same końce dodatkowo nakładam *coś* zabezpieczającego, typu jedwab z Green Pharmacy, serum z Indoli, w zależności od dnia.

Co oprócz odżywek i masek? Olejki, kremy, glutek z siemienia, siemię od wewnątrz, różne mieszanki. Moje włosy bardzo lubią olej kokosowy, olejek Alterry (migdały i papaja), często też nakładam w większych ilościach wspomniany już eliksir z Elseve. Bardzo pozytywnie jestem zaskoczona działaniem kremu z Isany z masłem shea i kakao, nakładam go na kilka godzin na włosy, po czym spłukuję, myję włosy szamponem i nie używam już odżywki. Nie dość, że włosy przepięknie pachną, to są mocno wygładzone, mięsiste, lejące. Lnianego glutka najczęściej dodaję do masek czy właśnie do kremu Isany, "suplemetentuję" się też siemieniem od wewnątrz, aczkolwiek póki co wiele na ten temat nie powiem, ponieważ jest to dość świeża sprawa, ale mam nadzieję, że siemię przyczyni się do powstania baby hair :). 
Gdybym miała wybrać dwa kosmetyki, które najlepiej działają na moje włosy i które wybrałabym, gdybym tylko te dwie sztuki miała zostawić w swojej pielęgnacji, byłyby to - maska Alverde aloes i hibiskus i olejek Alterry migdał i papaja. Moje zdecydowane muszmiecie. Szczotki Detangler też bym nie oddała, ale to nie kosmetyk, więc na listę też trafia :D.

Moje włosy są proste jak druty, ale wolę je w lekko pofalowanej wersji. Najczęściej noszę je właśnie w takiej formie - są delikatnie skręcone po "ślimaczku" w którym śpię. Gdy zależy mi na mocniejszym efekcie, nawijam włosy na chustę,  noszę taki zawijaniec przez dłuższą chwilę, a po rozpuszczeniu mam burzę loków. Jak najrzadziej staram się korzystać z lokówki, sięgam po nią jedynie w sytuacjach, gdy końce włosów wyglądają *dziwnie* (np. po zakręceniu na chuście) albo jak mam dość mało czasu na zrobienie fryzury. 

Kolor moich włosów jest już całkowicie naturalny (w końcu!). Po kilku latach farbowania udało mi się nareszcie wrócić do mojego odcienia - średniego brązu z dużym, złotym refleksem. Miałam już na głowie wszystko - blond, rudy, czarny, ciemnobrązowy. Najlepiej jednak czuję się w tym, co dała mi natura, choć i wersja czekoladowy brąz czasem chodzi mi po głowie. Przypominam jednak sobie wtedy, że farbowanie zdecydowanie nie służyło kondycji moich włosów i chęci mijają. Nie wykluczam, że za jakiś czas zdecyduję się na hennę, choć jest z tym sporo babrania. 

Długość na chwilę obecną oscyluje gdzieś w okolicach talii, z racji tego, że moje końcówki praktycznie przestały się rozdwajać, coraz rzadziej je podcinam, a i tempo przyrostu mam całkiem niezłe. Chciałabym jeszcze odrobinę je zapuścić, a potem utrzymywać zdobytą długość. Włosy podcina mi moja ciocia (nie ufam fryzjerom, nie wiem co jest trudne w zrozumieniu "3 cm, nie więcej", ale jeszcze nie trafiłam na fryzjera, który potrafiłby się pohamować i nie ciachnął co najmniej 10 cm), profesjonalnymi, fryzjerskimi nożyczkami. Pamiętajcie o tym, jakie znaczenie mają dobre, ostre nożyczki, gdy samodzielnie podcinacie włosy - tępe nożyczki zamiast ściąć zniszczone końcówki, jeszcze bardziej je dobiją. Włosy mam obcięte na prosto, jedynie sam przód mam bardzo delikatnie wycieniowany. Na ich gęstość i grubość nie narzekam, choć ostatnio borykałam się ze wzmożonym wypadaniem, więc teraz nieco walczę o odzyskanie gęstości.

Nic więcej nie przychodzi mi już do głowy, choć pewnie gdybym zaczęła myśleć, to jeszcze bym coś wymyśliła. Jak tak przeleciałam oczami po tym poście, to zorientowałam się, że wydawać by się mogło, że jest tego wszystkiego strasznie dużo. Jednak zapewniam Was - nie poświęcam włosom długich godzin, wystarczy nabrać pewnych nawyków i potem jakoś samo się dzieje. Jeśli będziecie miały jakiekolwiek pytania - bardzo chętnie na nie odpowiem. Wiem, że post wyszedł długi jak epopeja (wiedziałam, że tak będzie :P), więc dla zrównoważenia kilka zdjęć. Część z nich (te w trawie), pod koniec wakacji zrobił mi mój Osobisty, one chyba najlepiej obrazują długość, kolor i kształt moich włosów. Zdjęcie warkocza holenderskiego jest z dnia dzisiejszego, wspomniana ciocia dzisiaj mi go naplotła (jej pierwsze podejście :D).

Ktoś dobrnął do końca?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 paź 2013

O podkładzie, który zdetronizował wszystkie inne, przypadkiem

Wczoraj na fb zapowiadałam, że dzisiaj pojawi się recenzja mojego podkładowego objawienia. Zgodnie z zapowiedzią - przed Wami prezentacja niepozornego, zamkniętego w średniej urody tubce podkładu, którego właściwości zaskoczyły mnie tak bardzo, że na bok odstawiłam wszystkie inne napoczęte fluidy i bb kremy. Ostrzegam, że będzie dużo zdjęć i dużo ochów i achów, więc jak ktoś cierpi na przesyt słodkości to odradzam czytanie (choć brokatu i jednorożców nie będzie, o to możecie  być spokojne).


Krem początkowo zapakowany był dodatkowo w kartonik, ale ten dość szybko poszedł do kosza. W środku siedziała sobie miękka tubka, pstrokata i najzwyczajniej w świecie niezbyt ładna. Kosmetyk powędrował na dłuższy czas do szuflady, a ja zdążyłam o nim nawet po części zapomnieć. Dostałam dwa takie podkłady i jeden sprezentowałam siostrze, która po jakimś czasie coś tam bąknęła, że fajny i że go lubi. Z ciekawości odkopałam go z podkładowej czeluści, spróbowałam i...od tamten pory się nie rozstajemy :). 


Kosmetyk ma długą nazwę - Multifunkcyjny antybakteryjny krem BB lekki krem + puder. Producent obiecuje nam nawilżenie, matowienie, wygładzenie, maskowanie niedoskonałości, wyrównanie kolorytu skóry i przy tym wszystkim - naturalny wygląd. Jak nigdy w takie rzeczy nie wierzę, bo co za dużo to niezdrowo, tak tutaj, z ręką na sercu - to wszystko prawda. Krem ma niesamowicie przyjemną konsystencję, dość gęstą i bardzo kremową. Świetnie się go aplikuje na skórę, najlepiej sprawdzają się tu po prostu palce, ale i pędzle i jajo bb również dają radę. Mimo, że mam cerę suchą, to nawet jeśli nie użyję wcześniej normalnego kremu, podkład rozprowadza się bezproblemowo, a sam podkład można uznać za wystarczająco treściwy. Skóra po użyciu jest gładka, miękka, zaryzykuję nawet określenie nawilżona. Koloryt jest wyrównany, niedoskonałości zamaskowane, pory mniej widoczne. Krycie określiłabym jako średnie w kierunku mocnego, ja nie używam już dodatkowo korektora, chyba, że robię bardzo mocny makijaż oczu, to wtedy nakładałam odrobinę korektora pod oczy. Wykończenie nie jest może stricte matowe, ale bardziej...satynowe? Przy cerach mieszanych czy tłustych matujący puder sypki czy prasowany może być koniecznością, ja używam pudru fixującego bardziej z przyzwyczajenia niż konieczności. Odnośnie naturalnego wyglądu - z tym też się zgodzę, nawet gdy nałożę grubszą warstwę czy dwie cienkie, podkład nie tworzy maski, nie wchodzi w pory czy zmarszczki, rzeczywiście wygląda bardzo naturalnie. Trwałość również mnie zadowala - bez pudru utrwalającego trzyma się nieco krócej, ale i tak wystarczająco długo. W ciągu dnia nie warzy się, nie ściera. W żaden zły sposób nie wpłynął  na stan mojej cery - nie zapchał, nie wysuszył, nie podrażnił. 


Tak jak wspomniałam już wcześniej - opakowanie jest po prostu koszmarne, ale biorąc pod uwagę, że kosmetyki Under Twenty skierowane są raczej do nastolatek, nie czepiam się o to aż tak bardzo, choć sama osobiście preferuję inną estetykę. Tubka jest spora, ma aż 75 ml, to chyba jedna z większych podkładowych objętości z jakimi się spotkałam. 
Podkład występuje w dwóch wersjach kolorystycznych - 01 i 02. Ja mam odcień jaśniejszy i jest to naprawdę dobrze dopasowany do mojej cery kolor. Jest bardzo jasny, myślę, że wszystkie bladziochy będą z niego zadowolone, zwłaszcza, że podkład nie ma w zwyczaju ciemnieć po nałożeniu na skórę. Określiłabym go jako bardzo jasny beż z delikatnymi żółtymi (waniliowymi?) podtonami. 


Jak wygląda na twarzy pokazywałam Wam już wczoraj na facebooku, ale gdyby ktoś nie widział to wklejam i tu. Na skórze mam tylko jedną cienką warstwę podkładu Under Twenty, nie użyłam ani korektora ani pudru wykończającego.


Podsumowując -jest to jeden z lepiej wyglądających na mojej twarzy podkładów. Moja sucha skóra go bardzo polubiła i przede wszystkim właścicielkom takim cer bym go polecała. Jednak niech nie zraża Was, jeśli macie cerę tłustą czy dojrzałą - rażący napis Under Twenty może zniechęcać (albo przynajmniej powstrzymywać przed zakupem), a to błąd. Ostatnio poleciłam ten podkład mojej cioci, która jest posiadaczką skóry tłustej i dojrzałej i następnego dnia dzwoniła do mnie wychwalając ten kosmetyk pod niebiosa :). Także - nie ma reguły. Jeśli dodać do tego dużą pojemność (przypominam 75 ml) i bardzo przystępną cenę (około 15 zł), wychodzi, że trafiłam na prawdziwą perełkę. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 paź 2013

Cytrusowe wygładzenie - serum redukujące pory VitaCeric

Korzystając z wolnego dnia (no dobrze, uczciwie rzecz ujmując taki wolny to on nie miał  być, ale przywilejem studenta jest powiedzenie sobie rano "eeee, nie, nie idę" i nie pójście w istocie) ustawiłam swoje zdjęciowe stanowisko z zamiarem obfocenia wszystkiego, o czym mam zamiar pisać w najbliższym czasie. Z racji tego, że były to raczej przedmioty niewielkie, po raz kolejny skorzystałam z pomysłu Mallene na tło do zdjęć i tym sposobem mam mnóstwo zdjęć w przeróżnych "sceneriach", dzisiaj dodatkowo doświetlałam wszystko pierścieniówką od góry bo pada i ciemno jak w nocy, więc mam nadzieję, że będzie inaczej niż zawsze i choć trochę znośnie :). Nie przedłużając - pierwsza z kilku erisowo - lirenowych recenzji.


Jednym z kosmetyków, które już dawno dawno dostałam od eriskowej ekipy, było serum redukujące pory. Przeznaczone co prawda do cery mieszanej i tłustej, ale moja mimo, że raczej sucha, przejawia skłonności do rozszerzonych porów. 
Serum przeznaczone jest do stosowania na dzień. Ja sięgałam po nie rano, tuż przed zrobieniem makijażu. Stanowiło więc dla mnie coś w rodzaju bazy pod makijaż. Konsystencja serum jest lekka, mimo, że sam kosmetyk jest dość gęsty, ma zwartą konsystencję, nie spływa. Wchłania się bardzo szybko, do efektu lekkiego matu. Cera po użyciu jest niesamowicie gładka, zupełnie jakby serum w jakimś stopniu "wyrównywało" powierzchnię skóry. Ciężko odnieść mi się do jego właściwości nawilżających ponieważ nie stosowałam go solo, zawsze nakładałam je po jakimś czasie od użycia kremu. Podejrzewam, że cery tłuste i mieszane spokojnie będą mogły stosować je samodzielnie. Świetnie sprawdza się pod makijaż, ze względu na silikonową formułę podkłady bardzo łatwo się na nim rozprowadzają, a i trwałość makijażu wydaje mi się zwiększona. 


Co do samego działania, które obiecuje nam producent - serum na wpływ na wygląd porów. I robi to w sposób dwojaki. Po pierwsze, gdy nałożymy je na twarz, skóra jest dość mocno wygładzona, po dołożeniu warstwy podkładu, pory zdecydowanie słabiej rzucają się w oczy. Tak jednak działa większość silikonowych baz. Ale po dłuższym czasie regularnego stosowania zauważyłam, że nawet bez makijażu moje pory są lekko zwężone, nie stały się całkowicie niewidoczne, ale zdecydowanie odnotowałam poprawę. W tym czasie nie zmieniałam pielęgnacji, nie stosowałam też żadnych innych produktów mogących zadziałać korzystnie na zwężenie porów. Efekty może nie są z gatunku tych powalających, ale są, czyli nie można zarzucić tego kosmetykowi, że nie robi nic. Osoby, które nie lubią się z silikonami, raczej powinny trzymać się od tego serum z daleka - w składzie mamy je dość wysoko. Mi one krzywdy nie robią, nie zauważyłam zapchania czy wysuszenia skóry.
Bardzo przypadł mi do gustu zapach tego serum - wyczuwam jakieś bliżej nieokreślone cytrusowe nuty, zapach jest świeży i bardzo energetyzujący.


Sam kosmetyk zamknięty jest w cieszącym oko opakowaniu - już samo pudełko prezentuje się bardzo elegancko, a jego wnętrze, czyli prosta butelka to wisienka (pomarańcza?:)) na torcie. Ja jestem fanką minimalizmu, więc design tego opakowania bardzo mi się podoba. Cieszy mnie również pompka typu airless, kosmetyk dozuje się łatwo i bezproblemowo. Minusem może być nieprzezroczyste opakowanie - nie jesteśmy stwierdzić ile kosmetyku jeszcze zostało w buteleczce. 
Pojemność to 30 ml, cena - 85 zł. Wysoka, ale wydajność kosmetyku jest naprawdę bardzo dobra. 

Podsumowując - ja jestem zadowolona i nadal chętnie sięgam po ten kosmetyk. Szkoda, że w składzie wysoko umiejscowione są silikony, co pewnie dla wielu osób będzie przeszkodą, ale na szczęście poza nimi znajdziemy tam też kilka ekstraktów i innych bardziej pożytecznych składników.


Tradycyjnie zapytam - znacie, używacie? A może macie swoje sprawdzone sposoby na zwężenie porów? Chętnie poczytam :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

17 paź 2013

Firmoo po raz trzeci - męskim okiem

W swoich firmoowkach śmigam już bardzo długo, nie tak dawno do mojej pierwszej pary (klik) dołączyła kolejna (klik), a kilka tygodni temu na mailu po raz trzeci pojawił się mail od przedstawicieli firmoo. Tym razem stwierdziłam, że wystarczy już tej radości dla mnie i biorąc pod uwagę stan zużycia okularów mojego Osobistego, kolejną parę wybrałam właśnie dla niego. Dzisiejsza opinia, dla odmiany, nie będzie moja, a na okulary firmoo spojrzymy męskim okiem.
Okulary wybraliśmy po krótkiej naradzie, choć uczciwie rzecz ujmując - wypatrzyłam je ja :). Pierwszy raz korzystałam z wirtualnej "przymierzalni" na stronie firmoo, dla siebie przeważnie dobierałam okulary na oko, jednak mój chłopak wcześniej nosił okulary o całkowicie innym kształcie i dużo mniej widoczne, więc wolałam zerknąć, jak to plus minus będzie wyglądać. Mi się spodobało, Osobisty zatwierdził, zamówienie więc poleciało do Jessici i po niecałych dwóch tygodniach okulary dotarły. Jak zwykle w komplecie znalazł się pełen arsenał - twarde, solidne etui, miękkie z materiału, ściereczka i komplet w postaci śrubokręta i śrubek (wielkości mini ;)). Model okularów możecie zobaczyć TUTAJ - czarne, dość grube, klasyczne, jedynym kolorowym akcentem jest zieleń na zausznikach. Po raz kolejny moje oko mnie nie zawiodło i okulary leżały jak ulał. Jakość wykonania nie odbiegała od okularów, z którymi miałam styczność wcześniej. Luby również stwierdził, że okulary są dobrze dopasowane, lekkie, widzi przez nie niczym sokół, ogólnie rzecz ujmując - wrażenie zrobiły na nim bardzo pozytywne. Ze względu na sporą ilość czasu spędzanego przed komputerem czy prowadzenie auta - elementem niezbędnym są w okularach antyrefleksy, które szkła oczywiście posiadają. Nad wizualną częścią rozwodzić się nie będę, wszystko możecie zobaczyć na zdjęciach, które dzisiaj w pocie czoła pstrykałam, chcąc złapać jeszcze ostatnie promyki słońca :).

Jeżeli jesteście zainteresowane okularami z firmoo, to mam dla Was dwie propozycje. Po pierwsze - w przypadku, gdy prowadzicie bloga, możecie zapisać się do programu partnerskiego firmoo (klik). Dla pozostałych osób mam 5 voucherów o wartości $30 na okulary z klasycznej serii (klik). Kod, który podaję może być użyty tylko 5 razy, więc obowiązuje kolejność "kto pierwszy ten lepszy" - CHYLAKBLOGS4.

W dalszym ciągu obowiązuje też promocja "pierwsza para gratis" - gdy zamawiacie swoją pierwszą parę okularów, pokrywacie tylko i wyłącznie koszty przesyłki. 

Ktoś jeszcze nie ma firmoowek?:) 

Pozdrawiamy,
Panna Joanna i Pan Osobisty
15 paź 2013

Paris, Paris :)

Dawno już nie brałam udziału w żadnym konkursie, a dzisiaj zupełnie przypadkiem zmalowałam sobie makijaż, który bardzo dobrze wpisywał się w tematykę jednego takiego, prowadzonego obecnie na wizażu. Tematy są trzy - paryski look, business make up i smoky eyes. Moją pracę znajdziecie w zakładce "Paryski look":

[wizaz.pl]

...lub bezpośrednio przez linka KLIK! Wszystkie głosy mile widziane :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 paź 2013

Curling Pump Up - rzęsy w górę!

Najbardziej lubię pisać pozytywne recenzje, jeszcze bardziej te spontaniczne, gdy po zakupie jakiegoś kosmetyku jestem tak zachwycona jego działaniem, że od razu zapala mi się w głowie myśl "muszę o tym napisać na blogu!". Tak właśnie czułam się po wypróbowaniu tuszu do rzęs Curling Pump Up z Lovely. Wszystkie moje tusze, jakimś cudem, pokończyły mi się w tym samym czasie, a ja potrzebowałam na szybko zamiennika, który w jak najmniejszym stopniu obciąży mój portfel. Miałam w planach po raz kolejny sięgnąć po zielony tusz Wibo, ale przypomniałam sobie te wszystkie pozytywne recenzje żółtej wersji z Lovely i zachciało mi się czegoś nowego. Nie mogłam trafić lepiej.


Opakowanie nie powala, żółte, plastikowe, bez większych szaleństw. Szczoteczka silikonowa, lekko wyprofilowana, jakby spłaszczona z jednej strony, nie za duża. Zapowiadało się nieźle. Moje rzęsy ostatnio żyją nieco swoim życiem, sięgnęłam po kolejną odżywkę do rzęs i czekam na efekty :). Zależy mi przede wszystkim na wydłużeniu i podkręceniu rzęs, nadaniu im głębokiego odcienia czerni. Ten tusz dał mi dokładnie to, czego chciałam. Już jedna warstwa wygląda bardzo przyzwoicie, rzęsy są uniesione u nasady, lekko podkręcone i pogrubione. Czerń rzeczywiście jest czarna, a nie wypłowiała czy wpadająca w brąz. Dwie warstwy nadal wyglądają bardzo naturalnie, a trzecia daje już konkretną moc. Tusz dość szybko wysycha, więc z nakładaniem kolejnych warstw raczej trzeba się pospieszyć. Nie jest zbyt rzadki, ani zbyt gęsty, w odróżnieniu od zielonego Wibo, nie potrzebuje czasu, żeby się "uleżał" do odpowiedniej konsystencji, od razu jest taki akurat. Trwałość mnie bardzo zaskoczyła, tusz wytrzymał na rzęsach w niezmienionej formie długie godziny (plus minus około 12 godzin, dłużej nie miałam okazji mieć go na rzęsach), nie osypywał się. Na razie obawiam się jedynie tego, że podobnie jak Growing Lashes, jego przydatność do użytku nie przekroczy 1,5 miesiąca, ale całkiem możliwe, że nawet jeśli, to wybaczę mu to bez większego wysiłku. 
Podsumowując - dobrze wygląda na rzęsach, nie trzeba "odczekać" aż nabierze odpowiedniej konsystencji, na rzęsach trwa bez szwanku długie godziny, do tego wystarczy dodać śmiesznie niską cenę i wychodzi na to, że i tym razem kosmetyk opisywany na blogach i yt jako hit, i u mnie na dłużej zamieszka na kosmetycznej półce.
Poniżej oczywiście prezentacja naoczna:
Znacie, używacie? A może możecie polecić którąś z innych tuszowych propozycji od Wibo/Lovely? Dajcie znać w komentarzach!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 paź 2013

Makijażowo - Vintage Romance po raz pierwszy

Jakiś czas temu pisałam, że postaram się uwieczniać na zdjęciach makijaże wykonane paletką Sleeka Vintage Romance. Pech chciał, że praktycznie zaraz po tym się rozchorowałam, więc siłą rzeczy o makijażu nawet nie myślałam, potem jeszcze przez kilka dni mój nos i skóra wokół niego wyglądały jak potraktowane papierem ściernym, więc zdjęcia na jakiś czas sobie odpuściłam. Wczoraj udało mi się w końcu pstryknąć kilka zdjęć, na szybko przed wyjściem na uczelnię, stąd zdjęcia są jakie są, nie chciało mi się rozkładać lampy i całej reszty, więc wybaczcie foty z rąsi :P.
Na twarzy mam - Multifunkcyjny krem antybakteryjny BB z Under Twenty (moje ostatnie odkrycie, póki co - pokład idealny <3), puder fixujący z Glazela, bronzer Joko (Night in Venice), róż Paese nr 35
Brwi - Maybelliny Color Tattoo Permanent Taupe i kłaczki Divaderme
Rzęsy - tusz wydłużający Kobo 
Powieki - baza MUA, Sleek Vintage Romance (Romance in Rome, Lust in LA, Meet in Madrid, Love in London)
Usta - konturówka Catrice 020 Nude Religion, balsam do ust Decubal


Cień Romance in Rome to chyba jeden z najładniejszych cieni w mojej kolekcji, trzeba się co prawda trochę nim namachać, ale na powiece wygląda pięknie. Paletka póki co sprawuje się genialnie, używam jej dosłownie codziennie. Konturówki z Catrice to stosunkowo świeży zakup, skusiłam się na numery 020 i 030, gdy trwała wyprzedaż w szafach Catrice i Essence (zapłaciłam 3,99 zł za każdą) i był to strzał w dziesiątkę. Nie korzystałam do tej pory z konturówek, wolałam pędzelkiem i szminką obrysować usta, albo sięgnąć po transparentne kolory kosmetyków do ust, ale te konturówki mnie kupiły, oba kolory bardzo naturalnie wyglądają na ustach, nie wysuszają (ja nakładam na całe usta), łatwo nimi obrysować kontur ust, po prostu bomba :). 

Jako, że ciągle dostaję maile odnośnie spotkania blogowego - wszystkie nowe osoby dopisuję na listę rezerwową, powoli nie nadążam już z odpisywaniem na Wasze wiadomości, więc gdybym kogoś miała pominąć, to wolę tu też o tym poinformować :). Gdyby sytuacja się zmieniła, wtedy na pewno będę o wszystkim informować mailowo.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 paź 2013

Lakierowo - Wibo podwójnie

Dzisiejszy post jest nieco w biegu, pisany niemalże na kolanie, więc nie będę się rozpisywać - krótka prezentacja kolejnych dwóch lakierów Wibo. Wiem, że ostatnio lakierowe posty pojawiają się chyba najczęściej, ale za chwilę, na chwilę dam Wam od nich odpocząć, bo moje paznokcie właśnie poszły pod pilnik i czekam aż znowu urosną :) 
Na paznokciach nudziakowo - złoty duet, czyli Wibo Express Growth nr 396 i WOW effect matte gliters nr 1. 




Nudziaka polożyłam dwie warstwy, na serdecznym mam trzy warstwy złotka. Złotko lepiej kłaść na jakąkolwiek bazę, bo samo w sobie nie jest kryjące. Brokat może nie do końca jest matowy, ale nie jest też błyszczący jak większość brokatów, określiłabym jego wykończenie jako pół - matowe. Trwałość obu lakierów świetna, żadnych wytartych końców czy odprysków. Brokat zmywało się tak sobie, ale nie aż tak ciężko bym sięgała po folię aluminiową, więc nie jest źle :) 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 paź 2013

Orzeźwienie z mleczkiem do demakijażu L'oreal

Z czym kojarzą się Wam mleczka do demakijażu? Mi do niedawno tylko i wyłącznie z tłustą warstwą pozostawianą przez nie na skórze, "mgle na oczach", w ostatniej kolejności moje skojarzenia oscylują wokół uczucia świeżości.
Miło zaskoczyło mnie więc Orzeźwiające mleczko oczyszczające firmy L'oreal, bo choć ich pielęgnacja twarzy nie była mi dotąd znana, jakoś nie pokładałam dużej nadziei w kosmetyku, za którego formą przepadam raczej średnio. A zdziwienie było spore. 


Czym zaskoczyło mnie mleczko i czym się różni od innych, które stosowałam wcześniej i które w większości wypadków mnie nie zachęcały do ponownego po nie sięgnięcia? Przede wszystkim - naprawdę jest orzeźwiające. Pachnie bardzo delikatnie, jakby lekko ogórkowo. Ma odpowiednią konsystencję, nie jest zbyt gęste, ale i nie wylewa się z wacika. Co ciekawe, gdy nałożę mleczko na wacik, a potem "odbiję" sobie nadmiar mleczka na drugi wacik, mleczko jakby lekko wsiąka w waciki i tym samym przykładając później waciki do oczu, nie zalewam ich nadmiarem mleczka. 


Dozowanie kosmetyku jest również bardzo proste i przyjemne - mleczko zamknięte jest w plastikowej butelce, zamykanej na "zatrzask", butelka nie jest twarda, a otwór dozujący nie jest za duży, dzięki czemu dozowanie mleczka nie nastręcza trudności. Zamknięcie jest solidne - mleczka przeżyło już kilka podróży w mojej torebce, wrzucone tam praktycznie luzem i na szczęście nic się nie otworzyło. Pojemność kosmetyku to 200 ml. 


Kwestia najważniejsza, czyli działanie. To jest naprawdę dobre! Mleczko bardzo dobrze zmywa makijaż, również oczu. Nie ma potrzeby tarcia, aby dokładnie zmyć makijaż. Mleczka używam głównie do demakijażu, choć i rano zdarza mi się po nie sięgać. Po użyciu skóra jest dobrze oczyszczona, na skórze nie pozostaje żaden tłusty film, ale cera jest jednocześnie jakby lekko nawilżona, bardziej gładka. Nie jest to dla mnie kosmetyk do działania w pojedynkę - po użyciu mleczka zazwyczaj sięgam jeszcze po żel do mycia twarzy lub wykonuję delikatny peeling. Mleczko służy mi (podczas wieczornej pielęgnacji) tylko do demakijażu, natomiast rano sprawdza się, gdy chcę lekko odświeżyć skórę. Choć daje lekkie uczucie nawilżenia, nie wyobrażam sobie aby po jego użyciu nie sięgnąć po krem do twarzy. Nie taka w końcu jego rola :). Nie odnotowałam żadnych podrażnień czy szczypania w oczy, trochę obawiałam się też parafiny w składzie, ale jednak jest to produkt, który ze skóry jest poniekąd zmywany, więc krzywdy mi nie zrobił. 

Wydajność ciężko mi ocenić, ze względu na fakt, że butelka jest nieprzezroczysta, nie sposób zobaczyć ile jeszcze produktu zostało w środku. Natomiast śmiało mogę powiedzieć, że do demakijażu oczu i twarzy nie potrzeba zbyt wiele mleczka, więc mam nadzieję, że wystarczy na długo. Z orzeźwiającej serii jest jeszcze dostępny tonik (klik), na który mam sporą ochotę, myślę, że stanowiłby dobre uzupełnienie mleczka. Ceny obu produktów też zachęcają - koszt plasuje się w okolicach 15 zł. 


Pozdrawiam,
Panna Joanna

_________________________________________________________
Ps. Wczoraj wysyłałam maile do osób, które załapały się na główną listę Mikołajkowego spotkania. Jeśli nie macie maila w skrzynce odbiorczej - póki co znajdujecie się na liście rezerwowej. Gdyby zwolniło się jakieś miejsce, bądź gdyby lokal był w stanie pomieścić nas więcej - z osobami z listy rezerwowej również będziemy kontaktować się mailowo :)

6 paź 2013

Konkurs z Who? - wyniki

Zgodnie z zapowiedzią - dzisiaj przekazuję wyniki konkursu z Who?. Wasze pomysły na bransoletki bardzo mi się podobały, szkoda, że tylko jedna osoba może wygrać. Nie przeciągając - bransoletkę wygrywa:
 
Zaraz przekażę Twojego maila firmie Who? i oni się z Tobą będą kontaktować. Gratuluję!

Jako, że dzisiejszy dzień jest baaardzo leniwy, ja z powrotem pakuję się pod kocyk i wracam do spędzania dnia na nic nie robieniu. 

Ps. Jeszcze tylko krótka informacja dla zainteresowanych spotkaniem - prosimy o chwilę cierpliwości, jesteśmy z Eweską na etapie sporządzania listy, musimy ogarnąć obie nasze skrzynki odbiorcze :) Za niedługo będziemy się z Wami kontaktować mailowo, także sprawdzajcie co jakiś czas skrzynki ;)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
4 paź 2013

Mikołajkowe spotkanie śląskich blogerek - start!

Pisałam Wam ostatnio, że podczas niedawnej wizyty u Eweski omawiałyśmy pewien pomysł. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić tym, co wymyśliłyśmy :). Razem z Eweską postanowiłyśmy zorganizować blogerskie spotkanie - w Katowicach, 7 grudnia, pod szyldem "Mikołajkowe spotkanie śląskich blogerek". Z racji miasta spodziewamy się raczej blogujących dziewczyn ze Śląska, ale oczywiście pod tym względem nie przewidujemy żadnych ograniczeń -  zgłosić się może każdy. Przewidujemy plotki, duuużo plotek, o kosmetykach, makijażu i życiu, chcemy też zapewnić trochę rozrywek w formie "wykładów" czy prezentacji. Przewidywana przez nas ilość osób - około 15. Jesteśmy w trakcie załatwiania lokalu, więc na razie listę zamykamy po 15 osobie, gdyby okazało się, że pomieści się nas więcej - wtedy będziemy kontaktować się z osobami z rezerwowej listy. Chętne osoby proszę o kontakt albo na mojego maila (pannajoannablogspot@gmail.com) lub na maila Eweski (zych81@tlen.pl). Gdy będzie nas już komplet utworzymy wydarzenie na facebooku i w ten sposób będziemy się z Wami kontaktować - podejrzewam, że tak będzie najwygodniej, a Wy będziecie na bieżąco z godzinami, miejscem i będziecie przy okazji miały wpływ na przebieg spotkania :) 


My czekamy na wiadomości od Was, a ja tymczasem życzę Wam udanego weekendu (ciepłego i słonecznego!). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
3 paź 2013

Lakierowo - glamourowy piasek

Obiecałam, że pokażę i pokazuję. Wczoraj zaprezentowałam Wam pięć lakierów do paznokci firmy Wibo - większość z Was prosiła o swatche piasków, więc dziś pierwszy z nich - WOW glamour sand nr 3. 


Zdjęcia lakieru na paznokciach nie są może jakieś oszołamiające, ale robiłam je dzisiaj dosłownie w biegu przed wyjściem na zajęcia ;). Ciężko było uchwycić efekt, bo lakier choć jest faktycznie piaskowy i ma jakby "matowe" wykończenie, to jednocześnie jest naładowany drobinkami w odcieniach złota, borda i różu. Ten blask z matem się jakoś dziwnie znosiły na zdjęciach, stąd trzy fotki w kompletnie różnym oświetleniu. 




Kolor najlepiej oddaje środkowe zdjęcie, w rzeczywistości te złote drobinki są nieco bardziej widoczne. Malowało się nim wygodnie, jedna warstwa kryje wystarczająco dobrze, jednak ja z przyzwyczajenia nałożyłam dwie i nie zepsuło to piaskowej faktury. Lakier wysechł bardzo szybko, dosłownie po pięciu minutach już był suchy. Mnie się efekt bardzo podoba, pewnie po nałożeniu nabłyszczającego topa będzie równie ładnie. Nie wiem czy to mani tego doczeka, bo strasznie mnie korci, żeby je zmyć i pokombinować coś z nudziakiem i złotkiem :D

Ps. Znalazłam to dopiero teraz, ale muszę Wam o tym napisać - piasek z Wibo, który widzicie wyżej na zdjęciach jest identyczny z lakierem z IsaDory "Wine Crush" z ich piaskowej kolekcji. Zobaczcie same - KLIK!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
2 paź 2013

Lakierowo - nowości kilka

Od paru dni po blogach i internecie ogółem, krążą zdjęcia nowych kolekcji lakierowych firmy Wibo. Napatrzyłam się, nawzdychałam i stwierdziłam, że czas na małe zakupy. Sporo lakierów ostatnio puściłam w świat, drugie tyle powędrowało do kosza, więc moment na uzupełnienie lakierowej szuflady wydał się idealny. Wibo nowości wypuściło całkiem sporo, ja się z ich lakierami raczej lubię, więc nie wiedziałam początkowo na co się zdecydować. Wybierać było z czego - matowe piaski, glitterowe piaski, matowe brokaty (?), nowe kolory lakierów Express Growth. Na całe szczęście w zakupach towarzyszył mi mój Osobisty, więc starałam się zachować jakiś instynkt samozachowawczy (:P) i nie wrzuciłam do koszyka całej szafy, tylko grzecznie wybrałam to co mi się podobało na tyle, że wiedziałam, że tych akurat tam zostawić nie mogę.


Zdecydowałam się na dwa brokatowe piaski - numery 3 i 4, czyli ciemno bordową bazę z masą złoto - bordowego brokatu i czerń z niebiesko - różowymi drobinkami (przynajmniej ja tam tyle kolorów widzę :P), jeden matowy brokat w odcieniu złota (numer 1) i dwa lakiery Express Growth - nudziaka o numerze 396 i jagodowy ze złotym połyskiem (numer 169).

Express Growth nr 169

Express Growth nr 396

WOW effect matte glitters nr 1

WOW glamour sand nr 3 

WOW glamour sand nr 4

Mam teraz spory dylemat, bo nie mam pojęcia, który pierwszy powędruje na paznokcie. Jakieś sugestie?:)

A tak na marginesie - Mallene napisała dzisiaj posta, w którym opisała tak banalny sposób na urozmaicenie zdjęć, że aż rąbnęłam czółkiem w ścianę, wyrzucając sobie, że "jak ja mogłam na to nie wpaść sama?!". O szczegółach przeczytacie u niej (KLIK), a ja z tego miejsca chciałam Ci, Mallene, podziękować za to, że dzięki Tobie nie będę już biegać po całym domu w poszukiwaniu tła do zdjęć kosmetyków. 
Jak się Wam podoba efekt?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...