WoleProstoHeader

30 wrz 2013

Lakierowo - wrzosowy nieprzyjemniaczek

Tyle dobrego się naczytałam o lakierach Essie, tyle pięknych zdjęć widziałam, że gdy w końcu w moje ręce trafiły pierwsze essiaki, oczekiwałam co najmniej cudów nad cudami. Poprzeczkę miały postawioną bardzo wysoko, a ja spodziewałam się, że zatrząsną moim lakierowym świtem (:P). Cały ten około essiakowy nastrój potęgował fakt, że akurat gdy trafiły do mnie te lakiery, ja nie malowałam paznokci i przez jakiś czas jeszcze się na to nie zanosiło. Skręcało mnie więc, gdy patrzyłam na kostkę z czterema kolorami z letniej kolekcji, a moje smętne paznokcie odrastały, jak na złość, bardzo powoli. W końcu jednak nadszedł długo wyczekiwany dzień, pazury doszły do siebie, więc chwyciłam za lakier, który z całej czwórki podobał mi się najbardziej - jasny, wrzosowy Full Steam Ahead. Jaki był efekt tego romansu? Ano taki, że absolutnie nic mną nie zatrzęsło, a jeśli już, to tylko z irytacji. 
Lakier ma naprawdę piękny kolor - dla mnie to taki mocno rozbielony wrzos, na dłoniach wygląda po prostu schludnie i przyjemnie. Myślałam, że taki jasny kolor będzie potrzebował co najmniej trzech warstw, ale miło się zaskoczyłam - dwie cienkie wystarczą do pełnego krycia. Lakier nie smuży, ma bardzo dobrą konsystencję, dość szybko schnie. Po wyschnięciu sam w sobie ma piękny połysk. W czym więc problem? Lakier podczas wysychania tak okropnie bąbelkuje, że idzie się wściec. Nakładałam go już na paznokcie chyba z pięć razy, próbowałam na różnych bazach, bez bazy, z wysuszaczem, bez wysuszacza. I za każdym razem to samo. Podczas malowania, cud, miód i orzeszki, po wyschnięciu - koszmar. Dołożenie trzeciej warstwy tylko i wyłącznie pogłębia problem, a top coat niby wyrównuje powierzchnię, ale te "wypustki" i tak są w pewnym stopniu widoczne. Dałam mu już wystarczająco dużo szans, żeby bez żalu i wyrzutów sumienia odstawić go w kąt. Koralowy lakier z tej samej kolekcji już całkiem inaczej się zachowuje na moich paznokciach, pozostałych dwóch jeszcze nie wypróbowałam, ale już się boję...
Na zdjęciach mam jedną warstwę lakieru bazowego i dwie warstwy lakieru. Specjalnie nie użyłam żadnego topa, żebyście mogły zobaczyć jakie lakier tworzy piękne 'fale dunaju":




Prawda, że coś nie do końca?? Jakby jeszcze dodać kilka bąbli, to na upartego mógłby to być lakier piaskowy, betonowy, itp. :P Ja wracam pod kołdrę bo dalej sobie choruję i mam w planach w końcu zmienić wystrój bloga i trochę tu posprzątać, mam nadzieję, że mnie nie zmoże znowu ;)

Pozdrawiam,
Panna Joanna z pobąblowanym lakierem na paznokciach
28 wrz 2013

Konkursowo!

Witam się w sobotni poranek, nadaję do Was spod kocyka i w towarzystwie gorącej herbaty, bo oczywiście na sam koniec wakacji musiało się do mnie coś przypałętać i leżę chora (<waligłowąwścianę>). Jako, że wena nie dopisuje, a ja mam ograniczoną motorykę, dzisiaj mam dla Was konkurs :)
Pamiętacie mój wpis o bransoletce Who? Sporo z Was pisało, że się Wam ona podoba, więc teraz będziecie miały okazję wygrać i skomponować własną bransoletkę. 
Co można wygrać? Bransoletkę Silver Classic z napisem do 10 liter.
A co trzeba zrobić, aby wygrać? Wystarczy polubić profil Who? na facebooku (KLIK!) i zostawić po sobie ślad w komentarzu - podać maila i napisać jak wygląda Wasza wymarzona bransoletka. Weryfikacja polubienia na fb odbędzie się po losowaniu :) 

Konkurs trwa od dzisiaj (28.09.2013) do przyszłej soboty (05.10.2013), w niedzielę ogłoszę kto został zwycięzcą.

Do dzieła!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 wrz 2013

Who?

Nie wiem, czy już kiedyś o tym wspominałam, ale nie lubię biżuterii. Kolczyki noszę cały czas te same, proste, srebrne, malutkie kuleczki. Pierścionków i naszyjników po prostu nie lubię, przeszkadzają mi, więc tych nie noszę w ogóle. Na nadgarstek z reguły wędruje zegarek, czasem jakaś bransoletka. Bo właśnie bransoletki są biżuterią najbardziej przeze mnie pożądaną, choć nigdy nie mam na ręce więcej niż jedną. Ostatnio u Ewalucji natknęłam się na prezentację bransoletki firmy Who? i bardzo spodobała mi się koncepcja - prostota, delikatność, własny projekt, bardzo przystępne ceny. Czego chcieć więcej? Naskrobałam więc maila, podałam wymiary nadgarstka i propozycję wzoru. Kilka dni temu dotarła do mnie moja bransoletka. Znak nieskończoności i napis "love" na prostym druciku. Jest po prostu śliczna, napis jest bardzo dobrze dopracowany, a zapięcie solidne. 


Na ręce prezentuje się bardzo subtelnie:
Who? mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, chętnie dokupiłabym jeszcze bransoletkę na kolorowym sznurku, może teraz dla odmiany z imieniem?
Znacie Who? Jeśli nie, to za jakiś czas będziecie miały szansę poznać - wypatrujcie konkursu :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 wrz 2013

Pędzlem mistrza malowane, czyli jak pożegnać jesienną chandrę

Miałam okazję spędzić dzisiejszy dzień w towarzystwie zaiście fanstycznym. Rano wsiadłyśmy z Siulką i Gosią w samochód i pojechałyśmy do Eweski. W planach były plotki, makijaże, zdjęcia, winko i pewien projekt, o którym więcej usłyszycie już za jakiś czas. Eweska rozłożyła przed nami cały swój sprzęt i kufer, a my niczym dzieci w piaskownicy rzuciłyśmy się na zabawki :). Po raz pierwszy miałam okazję "oddać się pod pędzle" kogoś innego i było to bardzo przyjemne doświadczenie, dla odmiany stanąć po drugiej stronie. 
Wsiadając rano do auta, bez makijażu, bez życia, dotknięte syndromem "przyszła jesień, obudźcie mnie w maju", nie spodziewałyśmy, że wracać do domu będziemy piękne, zadowolone, delikatnie dotknięte działaniem pysznego, białego winka i głęboko w poważaniu mając nawet deszcz, który się rozpadał w drodze powrotnej. Chandra minęła jak ręką odjął, a ja ogłaszam zakończenie tygodnia paszteta, w którym tkwiłyśmy z racji tego, że jest szaro i buro, a my jesteśmy grube i brzydkie. Zresztą nawet jeśli jesteśmy, to mamy piękne zdjęcia, które będą pamiątką tego fajnego dnia :D Zobaczcie same:

I jeszcze Siulkowe, ukradzione :D


Tak więc deszcz może sobie padać do woli, a ja (już niestety ze zmytym makijażem), zasiadam z ciepłą herbatą, zabieram się za blogowe porządki i mam zamiar cieszyć się ostatnimi dniami wakacji przed ostatnim (nie wierzyłam, że dożyję!) rokiem studiów. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Wrześniowy ShinyBox

Kolejny ShinyBox trafił w moje ręce, tym razem wrześniowe pudełko ma wysoko postawioną poprzeczkę - wersja sierpniowa bardzo mi się podobała i mam nadzieję, że pudełka będą utrzymywać wysoki poziom. Co znalazłam we wrześniowym boxie?




Dwa pełnowymiarowe produkty - kredka Glazel i róż Paese są mi dobrze znane, już od jakiegoś czasu mam i jedno i drugie. Pozostałe kosmetyki to miniatury, mamy tu szampon Phenome, mleczko do ciała Scottish Fine Soaps i serum do włosów Toni&Guy. Z kredki i różu się cieszę, bo bardzo lubię te produkty, a czarna kredka i róż w ładnym, lekko cukierkowym odcieniu zawsze się przydadzą. Pozostałe kosmetyki wzbudziły we mnie póki co umiarkowany entuzjazm - więcej będę mogła o nich napisać po wypróbowaniu :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 wrz 2013

My precious...

Piękna, mocno napigmentowana, w mojej ulubionej kolorystyce złoto - fioletowej, śniąca mi się po nocach. Na zdjęciach promocyjnych Vintage Romance wzbudziła we mnie zachwyt, ale dopiero po zobaczeniu swatchy u Siulki, wiedziałam, że to jest TO. I właśnie TO wczoraj dotarło w moje ręce, a ja od wczoraj siedzę i się gapię. Po wstępnym zmacaniu mogę zaryzykować stwierdzenie, że paleta będzie zdecydowanie w top trzy sleekowych paletek, a może i nawet wysunie się na prowadzenie. Zresztą zobaczcie same:





Porobię nią makijaże przez kilka dni i postaram się je, w miarę możliwości, wszystkie uwiecznić na zdjęciach i na pewno pokażę Wam tę paletę w akcji.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 wrz 2013

Peeling w skarpetkach czyli jak rozprawić się ze swoimi stopami

Lojalnie uprzedzam, że post opatrzony jest zdjęciami stóp z odchodzącym martwym naskórkiem, więc osoby wrażliwe, jedzące, czy mające innej natury problemy odsyłam od razu na sam dół do podsumowania :)

Nie cierpię tych wszystkich stopowych rytuałów, tarek, zdzieraków i innych narzędzi tortur, a niestety przy moich buntowniczych stopach, takie akcesoria były niezbędne w ich pielęgnacji. Od dość dawna zmagałam się z pękającymi piętami, zrogowaciałą skórą i całą resztą atrakcji, których nijak nie mogłam się pozbyć. Propozycja wypróbowania ciekawego wynalazku, jakim jest peeling w skarpetkach, spadła mi jak z nieba - po lecie moje stopy przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Czy Magic Foot Peel faktycznie okazał się taki magiczny i zdziałał u mnie cuda? 

Peeling jest bardzo prosty w użyciu - z opakowania wyciągamy foliowe skarpetki, wyścielone materiałem nasączonym płynem. Zakładamy na stopy, wciągamy ciepłe skarpetki (dla ciepła i komfortu) i przez 1,5-2 godziny relaksujemy się. Następnie ściągamy skarpetki, stopy opłukujemy wodą i na tym koniec. Teraz pozostaje nam czekać.
Proces złuszczania zaczyna się po kilku dniach, przez cały czas oczekiwania na złuszczanie i samego złuszczania nie należy używać tarek, pumeksów itp. Złuszczanie trwa kolejne kilka dni, u mnie cały proces, od założenia skarpetek do całkowitego pozbycia się martwego naskórka, trwał mniej więcej 1,5 tygodnia. Warto o tym pamiętać, gdy taki zabieg chcecie sobie zafundować przed wyjazdem na wakacje - lepiej na czas złuszczania odpuścić sobie odkryte buty, bo odpadająca płatami skóra nie wygląda zbyt estetycznie. 
W moim przypadku przez pierwsze 3 dni nie działo się kompletnie nic. Byłam naprawdę przez chwilę przekonana, że ten produkt to zwykła ściema i zdążyłam kilka razy westchnąć nad swoim losem. Jednak czwartego dnia nastąpił przełom. Skóra na stopach była twarda, ekstremalnie sucha, aż ciągnęło po jej dotknięciu, widać było, że coś zaczyna się dziać. Kolejnego dnia złuszczanie zaczęło się na całego. Najpierw na piętach, potem bliżej palców. Skóra dosłownie pękała i zaczynała odchodzić od stopy. Chciałam udokumentować postępy w czasie zrzucania skóry, tak żebyście nie musiały wierzyć mi na słowo:
Największą zmorą było dla mnie to, że nie mogłam odrywać skóry, a kusiło mnie to strasznie. Przez kolejne dni proces złuszczania naskórka się pogłębiał, skóra odpadała, a mnie zaczynało trochę irytować to, że trochę już to trwa, a końca jeszcze nie widać. Stwierdziłam, że może i nie wolno mi używać tarek i zrywać skóry, ale mogę wymoczyć stopy. I zdecydowanie Wam to polecam - skóra po takiej półgodzinnej kąpieli w ciepłej wodzie z dodatkiem olejku mocno zmiękła i zaczęła konkretnie odchodzić z miejsc, gdzie się jeszcze na to nie zapowiadało (zeszła nawet spomiędzy palców!), wystarczyło energicznie wytrzeć takie namoczone stopy szorstkim ręcznikiem i wszystko co mogło odpaść, odpadło.
Taką kąpiel powtórzyłam jeszcze dwa razy, zanim udało mi się pozbyć wszystkiego, co chciałam. Mniej więcej po 1,5 tygodnia miałam już święty spokój i stopy gładkie jak nigdy wcześniej. Skóra na stopach była jak  nowa - miękka, gładka. Różnica była wyczuwalna nie tylko namacalnie, również wizualnie stopy sporo zyskały. Od tamtej pory zmagałam się jedynie z dość dużą dziurą (eh....) w pięcie, bo choć naskórek z pięty zszedł, tak pęknięcia niestety to nie uleczyło i musiałam swoje odczekać. Teraz już stopy wyglądają jak nówki nieśmigane, pięta się zarosła, skóra nadal jest jak pupa niemowlaka, a pedicure jest czynnością przyjemną i łatwą. Oczywiście podjęłam wszelkie kroki, aby taki stan utrzymać jak najdłużej - na noc nakładam grubą warstwę kremu i bawełniane skarpetki, co tydzień robię stopom konkretniejsze spa - moczenia, olejki, peeling, tarkę (profilaktycznie, zanim pięty znowu skamienieją). 

Podsumowując - jestem naprawdę zachwycona efektem. Ten peeling to była jedna z tych rzeczy, które chciałam wypróbować na sobie, nie wierząc do końca w jego "cudotwórcze" działanie. Wiem, że do niego na pewno wrócę za jakiś czas, choć mam nadzieję, że odpowiednia pielęgnacja pozwoli mi maksymalnie wydłużyć czas oczekiwania na moment, gdy będzie to konieczne. Jedyne do czego mogę się przyczepić to cena - za opakowanie (jednorazowego użytku, przypominam) musimy zapłacić 99 złotych. Choć produkt i jego działanie są wg mnie warte tej ceny, to pewnie sama w przyszłości sięgnę po jakąś tańszą wersję, żeby nie rujnować portfela w aż takim stopniu.

Jak zwykle zapytam - znacie, używałyście, jesteście zadowolone w takim stopniu jak ja?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 wrz 2013

Lakierowo - benzynowy żuczek

Jestem już, jestem i pędzę z nowym postem (w końcu!). Egzamin napisany, wydaje mi się, że całkiem nieźle (ale, bądźmy szczerzy - już nie raz mi się tak wydawało i guzik z tego było), więc jak poszło tak dobrze, jak mi się wydaje, to od jutra będę miała jeszcze prawie dwa tygodnie wakacji (jeah). Biorę się za nadrabianie zaległości, a mam ich sporo - post o włosowej pielęgnacji, kolekcja róży wraz z ich prezentacją na licu, efekty po zastosowaniu peelingu kwasowego do stóp, cała masa nowości kosmetycznych, które czekają w kolejce na swoją prezentację czy recenzję, no i oczywiście makijaże i pazurki. Dzisiaj, trochę przekornie, zacznę od końca - daaawno nie było na blogu o żadnym lakierze, bo i długo ich nie używałam, ale w końcu mogłam do nich wrócić i zrobiłam to z ogromną przyjemnością.
Wyczuwam już jesień w powietrzu, najchętniej zakopałabym się pod kocem z ciepłą herbatą i Supernaturalem (sic! seria serialowa...), zaczęłam więc sięgać po typowo jesienne kolory, a schowałam na tył szuflady wszelkie niebieskie, zielone i żółte tworki. Wczoraj wygrzebałam lakier, o którym na śmierć zapomniałam (może czas zacząć spożywać jakieś suplementy na poprawę pamięci). Lakier Miss Sporty z serii Metal Flip (numer 040) łypnął na mnie z pudełka benzynkowym błyskiem, a ja stwierdziłam, że na obecny stan ducha, ten lakier będzie idealny. Zresztą zobaczcie same (zdjęcia robione w różnym oświetleniu, próbowałam jak mogłam uchwycić ten duochromowy blask):




Lakier wygląda na paznokciach tak...żuczkowato. W zależności od padania światła jest albo ciemnofioletowy albo lekko zielonkawy/ w odcieniu starego (bardzo starego) złota. Prezentuje się naprawdę pięknie, wczoraj zamiast się przykładnie uczyć, to jopiłam się na paznokcie ^^. Sam lakier ma dobre krycie, na zdjęciu mam dwie cienkie warstwy nałożone na bazę. Pędzelek jest szeroki (takie lubię najbardziej), więc malowanie stanowiło czystą przyjemność. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to fakt, że lakier bywa upierdliwy - podkreśla wszystkie nierówności na płytce itp., więc przed użyciem dobrze jest porządnie wypolerować pazurki. Ja na całość dodatkowo pokryłam top coatem nabłyszczającym. Nabrałam ochoty na inne kolory z tej serii, ktoś może coś ciekawego o nich powiedzieć?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 wrz 2013

E-makeupownia po raz piąty!

Już dzisiaj możecie zobaczyć kolejną odsłonę magazynu. W środku jak zawsze dużo dobrego, makijażowe ostatnie podrygi lata, inspiracja projektantami, wywiad z naszą redaktor naczelną i Maxineczką, relacja z pewnego spotkania blogerek. 
Tym razem zobaczycie aż trzy makijaże mojego autorstwa - makijaż z wybiegu Cavalliego, pomarańczowe usta i "jak podkreślić niebieskie oczy nie sięgając standardowo po brązy i złoto".




Po więcej zapraszam jak zwykle na e-makeupownia.pl 

Ps. Wiem, że ostatnio znowu więcej mnie nie ma niż jestem, ale mam nadzieję, że po piątku się to zmieni. Trzymajcie kciuki, bo piszę tego dnia egzamin z chemii fizycznej, a już raz przy nim poległam :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna


14 wrz 2013

O sierpniowym ShinyBoxie słów kilka

Słów kilka pochlebnych, bo sierpniowe pudełko jest wg mnie chyba najlepszym spośród tych, które do tej pory otrzymałam. W zasadzie tylko jeden kosmetyk mogłabym określić jako nietrafiony, reszta jest w ciągłym użyciu i spisuje się dobrze. Dla przypomnienia - co znalazło się w sierpniowym pudełku:
1. Mój zdecydowany ulubieniec - krem do rąk firmy Deba. Na chwilę obecną to krem do rąk, po który sięgam najchętniej i najczęściej. Pięknie pachnie, jakby brzoskwiniowo? Ma ciekawą konsystencję - jest bardzo rzadki, lekki, momentalnie się wchłania, nie pozostawiając tłustego filmu. Mimo tego naprawdę przyzwoicie nawilża. Dla osób, które nie lubią ciężkich, tłustych kremów, to będzie idealny kosmetyk. Zmniejsza uczucie szorstkości, napięcia, skóra po jego użyciu jest miękka i gładka. Lubię po niego sięgać w ciągu dnia, kiedy nie chcę czekać aż krem się wchłonie. Podejrzewam, że po jego wykończeniu kupię kolejną tubkę, jak tylko dowiem się gdzie ;)
2. Kolejny kosmetyk z tego pudełka, który postawiłabym na podium. Serum na końce włosów z Indoli to, obok jedwabiu z Green Pharmacy, jeden z fajniejszych kosmetyków przeznaczonych do zabezpieczania końcówek włosów spośród wszystkich, których miałam okazję używać. Jest bardzo kremowe, na początku byłam przekonana, że będzie obciążać włosy, ale na szczęście tak nie jest. Moje końcówki ostatnio się nieco mocniej puszą, a to serum świetnie je ujarzmia. Nabłyszcza, wygładza, ale nie sprawia, że zamiast włosów zwisają nam z głowy smętne strąki. Ciężko mi określić czy poprawiła się kondycja końców włosów, bo regularnie już od dłuższego czasu stosuję podobne kosmetyki, ale po zmianie na Indolę, nie nastąpiło pogorszenie. Chętnie kupię ponownie.
3. Trójeczka to właśnie ten nietrafiony kosmetyk, o którym wspominałam wyżej. Przyznaję z ręką na sercu, że nie sięgnęłam po ten antycellulitowy koncentrat chłodzący z Mariona ani razu. Stosuję obecnie balsam i serum ujędraniające z innej firmy, większej pojemności i nie do końca mam pomysł co zrobić z pięcioma małymi ampułkami. 
4. Ale wracając do przyjemniejszych rzeczy - maseczka z Dermedic z serii Hydrain3 jest jedną z niewielu tubkowych maseczek w moim zbiorze. Z reguły sięgam po saszetki. Kosmetyki firmy Dermedic znam i bardzo lubię, a maseczka nie odbiegła od tej reguły. To bardzo przyjemny produkt, po który chętnie sięgałam, gdy czułam, że moja skóra potrzebuje dodatkowej dawki nawilżenia. Po jej użyciu skóra jest miękka, jakby "odprężona", gładsza. Nie jest to może moja ulubiona maseczka, ale jeśli nie jesteście wielbicielkami saszetkowych masek i szukacie przyzwoitego nawilżacza w tubce - spokojnie mogę ją polecić.
5. Ostatni kosmetyk z pudełka to płyn micelarny z Bielendy. Płyny micelarne ogólnie bardzo lubię, wolę je od klasycznych mleczek do demakijażu, często używam ich też w zastępstwie tonika. Producent tego płynu obiecuje cuda, wianki, ale myślę, że część z tych obietnic spokojnie można włożyć między bajki. Dla mnie to po prostu dobrze zmywający makijaż płyn, który nie szczypie i nie zostawia klejącej warstwy na skórze. Poradzi sobie z cięższym podkładem czy czarnym linerem bez konieczności tarcia. Dla mnie jednak oczyszczenie nie jest na tyle wystarczające, że mogłabym zrezygnować z żelu czy pianki do mycia twarzy. 

Podsumowując - dwa świetne produkty, dwa przyzwoite i jeden niewypał, czyli reasumując - jest naprawdę dobrze. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 wrz 2013

Naocznie - tusz Noir Excess

Szukam tuszu idealnego, szukam ciągle i coś znaleźć nie mogę. Zdarzało mi się już ocierać o ideały, ale na ten jeden, jedyny jeszcze nie trafiłam. Ostatnio miałam okazję wypróbowania nowości od L'oreala. Tusz po części mi znany, bo miałam jego poprzednią wersję - Volume Million Lashes. Tym razem pod lupę wzięłam wariant Noir Excess. Czy był to najlepszy tusz do rzęs z jakim miałam do czynienia?

Zacznę może od tego, że poprzednia wersja nie należała do moich ulubionych, moje rzęsy nie potrafiły dogadać się ani z konsystencją, ani ze szczoteczką. Maskara powędrowała więc do mojej mamy, a ja na długo o niej zapomniałam. Ten tusz zainteresował mnie tą zapowiadaną czernią, która miała mocno podkreślić rzęsy. 

Okazało się, że szczoteczka jest bardzo podobna (jeśli nie identyczna) do swojej poprzedniczki, więc już tu zaczęły się schody. Jednak postanowiłam spróbować, liczyłam na jakieś zaskoczenie pod względem konsystencji. I rzeczywiście, wg mnie konsystencja tego tuszu, jak i jego formuła, odbiegają nieco od tego co pamiętam. Tusz na początku był nieco za rzadki, to zdecydowanie jest to egzemplarz z gatunku tych, które muszą swoje odleżeć. Jak już trochę poleżał to zabrałam się za malowanie. I niestety - nie mogę powiedzieć, że to mój ulubiony tusz do rzęs, choć do najgorszych też nie należy. Na rzęsach wygląda całkiem nieźle, choć mam wrażenie, że nie wyciąga z moich rzęs tyle ile się da. Zresztą zobaczcie same:
To co widać po zastosowaniu tuszu - lekkie pogrubienie, uniesienie i całkiem przyzwoite wydłużanie rzęs. Brakuje mi trochę podkręcenia i nieco większego wydłużenia. Tusz faktycznie jest dość mocno czarny, choć pewnie gdyby mocniej pogrubiał, ten efekt byłby bardziej widoczny. Na zdjęciach widzicie dwie warstwy, dołożenie trzeciej niestety skutkuje okropnym posklejaniem i owadzimi nóżkami na końcach rzęs. Trwałość jest naprawdę rewelacyjna, tusz nie kruszy się, ani się nie spływa (choć wodoodporny nie jest, na basen go nie polecam - raz zapomniałam zmyć i byłam pływającą pandą). Fakty drugorzędne - szczoteczka jak dla mnie jest jednak nieco za duża, nie do końca wygodnie mi się nią operowało, za to zapach tuszu jest dokładnie taki jaki lubię - intensywny, przyjemny, jakby lekko kwiatowy? 
Podsumowując - dla mnie to taki tusz na 4 z minusem. Znam mascary, które lepiej radzą sobie z moimi rzęsami. Tusz powędrował więc do mojej przyjaciółki i z tego co wiem, ona jest z niego bardzo zadowolona. Tusz kosztuje około 50 złotych.

Tradycyjnie pytam - znacie, używacie, lubicie?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 wrz 2013

Się kwaszę!

Koło kwasów chodziłam już dość długo, jednak najpierw albo brakowało mi odwagi na tego typu eksperymenty, a jak już w końcu ją w sobie znalazłam, to okazywało się, że lato trwa w najlepsze i z kwasami muszę poczekać. Wczoraj jednak stwierdziwszy po wieczornym spacerze z psem, że ewidentnie nadeszła jesień i jakoś tak zimno i na pewno będzie padać (no i pada!), odpakowałam pudełko z peelingiem kwasowym firmy Le'Maadr i przystąpiłam do działania. Kosmetyk nałożyłam zgodnie z zaleceniami producenta, jednak przytrzymałam go odrobinę dłużej - około 10 minut. Zabieg mam zamiar powtarzać codziennie przez najbliższe dwa - trzy tygodnie, więc początkiem października możecie spodziewać się recenzji. Przyznam, że liczę na to, że peeling faktycznie zdziała takie cuda, jakie miałam okazję wyczytać na blogach, bo moja cera po lecie jest w naprawdę fatalnej kondycji. Przez ostatnie dni katowałam ją miękką, górską wodą, a moja skóra bardzo agresywnie reaguje na wszelkie zmiany wody, więc na dzień dzisiejszy wyglądam jak muchomor. Sporo krostek, cała masa piegów od ostatniego wrześniowego słońca łapanego na górskich szczytach i wiele innych atrakcji. 



Znacie ten kosmetyk? Używacie kwasów? Chętnie poczytam Wasze wszelkie wskazówki, z racji tego, że to mój pierwszy raz :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 wrz 2013

Dzień Blogera - czyli jak zwiedzić Cieszyn żeby zadowolić blogerkę urodową

Relacja z wypadu miała ukazać się wczoraj, że niby dzień blogera i tak dalej, jednak po sprawdzeniu prognozy pogody okazało się, że akurat na dzisiaj przewidziane jest gwałtowne ochłodzenie i deszcze, więc rozsądniej było wczoraj korzystać z resztek pogody, a pisanie zostawić sobie na dziś. I rzeczywiście - od rana za oknem chlupocze woda lejąca się z nieba, jest ciemno jak w...po prostu ciemno, a biorąc pod uwagę fakt, że siedzę właśnie w grubym swetrze i pod kocem, w gwałtownie ochłodzenie również jestem w stanie uwierzyć. Ale wracając do rzeczy przyjemnych - wczoraj, z racji tego, że zapragnęliśmy być turystami, zaplanowaliśmy małą wycieczkę do Cieszyna. Że niby rynki takie ładne, że zamek na górze, że połączenie autobusowe wygodne. Szybka wizyta u wujka googla upewniła mnie, że mój kosmetyczny instynkt łowcy ma się dobrze i działa - w czeskim Cieszynie, na rynku jak byk stoi sobie drogeria DM. Uprzedziłam Osobistego, że choćby oba rynki i wszystkie zamki i rotundy miały runąć, nie ma takiej siły, żebym ja do tej drogerii nie zajrzała. Osobisty popatrzył z politowaniem, ale nie kręcił nosem, więc wczoraj kilka minut przed 11 wsiedliśmy w rozpadającego się pksa i ruszyliśmy okrywać Cieszyn. Miasto przywitało nas piękną pogodą, słońce przygrzewało aż miło, ruszyliśmy ochoczo na rynek by nieco ochłonąć po turbulencjach, jakie zafundował nam lokalny przewoźnik. A, że była sobota, a z sobotami różnie bywa, pogoniłam lubego i popędziliśmy na czeski cieszyński rynek, żeby czasem DMu nie zamknęli mi przed nosem (prawdopodobnie nie przeżyłabym tego). I tu po raz kolejny zadziało przeznaczenie - po zerknięciu na drzwi drogerii okazało się, że czynna jest do godziny 13. Szybki rzut okiem na zegarek uświadomił mnie, że na zakupy mam dokładnie...15 minut. Miałam na szczęście listę zakupów, ale okazało się, że nie była ona przydatna ani trochę. Z racji tego, że nie wiedziałam w końcu co mam ze sobą zrobić, poleciłam Osobistemu aby ruszył między półki, szukał wszystkiego co ma napis "Balea" lub "Alverde" i krzyczał. Jednocześnie musiałam pakować do koszyka, pilnować limitu pieniężnego i szukać. Zadanie okazało się trudne, na szczęście Osobisty okazał się moim osobistym bohaterem i był bardzo pomocny. Nie dawał mi czasu do namysłu, tylko wydawał komendy typu "pakuj do koszyka", "nie wiesz co to jest? nie szkodzi, później powąchasz, bierz". Przy kasie z lekkim niepokojem zerkałam na kasę, ponieważ miałam przy sobie jedynie 400 koron, a niekoniecznie miałam ochotę okładać którykolwiek ze zdobytych w pocie czoła kosmetyków. Na szczęście w końcu okazało się, że zakupy kosztowały mnie dokładnie 376 koron, więc nie dość, że nie musiałam niczego odkładać, to jeszcze zostało nam na Lentilki (nawiasem mówiąc - podczas gdy u nas dopiero po południu tak naprawdę zaczyna się życie, tak znalezienie w Czechach sklepu otwartego dłużej niż do 12 okazało się graniczyć z cudem). Zapakowaliśmy zakupy i ruszyliśmy zwiedzać miasta - ja z uśmiechem na ustach, Osobisty z wyrazem lekkiego politowania na twarzy. Udało nam się w końcu zobaczyć oba rynki, zamek na górze, rotundę, musiałam też wdrapać się na jakąś wysoką wieżę, która wyglądała jakby mogła się rozpaść (nie ufam drewnianym konstrukcjom). Żeby wejść na sama górę trzeba było wspiąć się po milionach drewnianych, zbyt krótkich, zbyt śliskich schodków, co i tak okazało się bułką z masłem, gdy przyszło nam po tych samych schodach schodzić w dół. Potem jakby specjalnie dla nas, dla ochłody, lunął rześki, letni deszcz. Pobiegliśmy więc szukać suchego miejsca, gdzie dają jeść i już najedzenie, nazwiedzani i zaopatrzeni w dużo fajnych kosmetyków ruszyliśmy na dworzec. Tym, że źle sprawdziłam rozkład i na autobus musieliśmy czekać godzinę w sumie nie powinnam się chwalić (jestę debilę), ale jak już relacjonować to wszystko. Zostawiam Was ze zdjęciami z wypadu i wracam do wąchania kosmetyków (a przyznać muszę, że pachną obłędnie):
 
 Polski cieszyński rynek i kawałek starówki


 Widok z Góry zamkowej i wieży


 Przejście na drugą stronę granicy i Olza


 Panna Joanna odkryła DM

W moich DMowych zakupach skupiłam się głównie za włosach, więc do koszyka wleciały aż 4 odżywki - z amarantusem z Alverde, z hibiskusem i aloesem z Alverde, kokosowa z Balei oraz przeznaczona do brązowych włosów również marki Balea. Oprócz tego kokosowy szampon i suchy szampon z Balei, dwa pięknie pachnące żele pod prysznic z limitowanej edycji i wrzucone do koszyka w ostatniej chwili - borówkowe masło do ciała z Balei. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...