WoleProstoHeader

29 sie 2013

Jedziemy na wakacje!

I jak zwykle trzeba się spakować, czego serdecznie nie znoszę. W pokoju piętrzą się stosy wszystkiego, nawet przy dobrych chęciach nie można określić tego artystycznym nieładem. Torba po raz kolejny się skurczyła, kosmetyczka ledwo się dopina, a ja próbuję wytłumaczyć sobie, jak bardzo niezbędne są te wszystkie rzeczy, które musiałabym w końcu wepchnąć jakoś do torby. Wydaje mi się, że pada, ale nie dziwi mnie to - w końcu kiedy, o losie, musiałeś zepsuć pogodę jak nie na dzień przed wyjazdem? Ale my się deszczu nie boimy, torbę jakoś domkniemy i jutro mkniemy do Brennej! To już nasz trzeci wypad do tego miasteczka i na pewno nie ostatni. Po kilku dniach przenosimy się do Zakopanego i wracam do Was dopiero w drugiej połowie września :) Jeśli znajdzie się w międzyczasie czas (masło maślane), to postaram się do Was coś skrobnąć - a tymczasem małe wspominki z ostatnich wyjazdów:
Psinka ze zdjęć wyżej do suczka właścicieli domu, gdzie po raz kolejny będziemy wynajmować pokój - niemal taki sam przytulas jak moja Dina.

Przy okazji zapytam jeszcze - polecacie jakieś fajne filmy? Zabieram się właśnie za kompletowanie czegoś na wyjazd, do pooglądania wieczorem we dwoje :) Nie muszą to być komedie romantyczne, dobrym thrillerem czy strzelaniną też nie pogardzę :)
I drugie pytanie - prawdopodobnie wybierzemy się na wycieczkę do Cieszyna. Podczas kiedy mój Osobisty opowiadał coś o rynkach i zamkach, mi przed oczami zaczął wirować z zawrotną prędkością szyld DM. Wolałabym wcześniej wiedzieć co tam można fajnego dostać - wiem, że Alvedre i Balea, ale może polecicie coś konkretnego? Z góry dziękuję :)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 sie 2013

Magic Foot Peel - wyniki!

Przepraszam Was za tę małą zwłokę, ale dość intensywny weekend spowodował, że nie miałam czasu aby usiąść i poczytać Wasze odpowiedzi. Dzisiaj nadrobiłam i mam przyjemność ogłosić, że peelingi Magic Foot Peel zdobywają:

Przeszkoda,
Ev

Lecę wysłać do Was maile, a potem zabieram się do notki opisującej moje wrażenia po użyciu tego peelingu :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 sie 2013

Leniwa sobota, czyli post zakupowy

Jest sobota, więc dzisiaj będzie na leniwie. Wpadłam ostatnio do Hebe z racji tego, że akurat byłam w pobliżu - nie było więc siły, żebym chociaż nie zajrzała do środka. Trafiłam na wyprzedaż w szafach Catrice (wycofywane produkty przecenione na 7,99 zł) i Essence (3,99 zł). Pooglądałam, pomyślałam i w końcu nie zdecydowałam się na nic (pewnie gdyby w Hebe była druga szafa Essence to bardziej bym poszalała). Za to spotkało mnie wielkie szczęście w postaci niemal pełnego limitkowego standu z My&my ice cream. Przypomniałam sobie od razu te miliony pochlebnych recenzji skierowanych w stronę rozświetlających kulek i bez większego namysłu wpakowałam je do koszyka. Żeby pełni szczęścia stało się zadość, jeszcze raz wpatrzyłam się w szafę i zobaczyłam matowe błyszczyki z limitki Guerilla Gardening. Tu co prawda trafiłam na dziurę w głowie i nie mogłam sobie nic konkretnego na ich temat przypomnieć, ale że kolory wyglądały zachęcająco - wzięłam. Zupełnie przypadkiem trafiło do mnie masełko z Nivei w wersji Vanilla&Macadamia - nie łudziłam się, że jeszcze zostały jakieś sztuki w okolicznych Biedronkach, ale trafiłam na pełne pudło. Mam już wersję malinową, kupioną dość dawno w Rossmannie i jestem z tego masełka bardzo zadowolona, na tyle, że zużyłam już prawie całą puszkę, więc długo się nie zastanawiałam, tym bardziej, że cena była sporo niższa niż we wspomnianym Rossmannie. 

Kulki z miejsca mi się spodobały - nie dość, że opakowanie jest po prostu urocze, same kuleczki prezentują się bardzo ładnie, to jeszcze efekt na twarzy jest dokładnie taki, jaki chciałam żeby był. Kulki nadają się do nakładania na całą twarz - spokojnie mogą zastąpić puder wykończeniowy, skóra jest po ich zastosowaniu rozświetlona, ale nie świecąca. Kulki na szczęście są dość twarde i niepylące, ale jednocześnie bardzo łatwo nabrać je na pędzel. Zapowiadają się naprawdę dobrze, mam nadzieję, że będzie mi się ich przyjemnie używało :)




Błyszczyki też już zdążyłam wypróbować i nawet uwieczniłam te próby na zdjęciach - z różowym na pewno się nie będę rozstawać na co dzień, a czerwień zostawię na większe okazje. Oba nakłada się bezproblemowo, gładko suną po ustach, równo się rozprowadzają i nie włażą w załamania. Trwałość całkiem przyzwoita, w różowej i piłam i jadłam i zjadła się tylko odrobinę, a kolor na ustach i tak został, także jestem całkiem zadowolona w tym względzie. Mają wygodny aplikator, nabierający wystarczającą ilość produktu. Bardzo podoba mi się też zapach - lekko budyniowy? Dość intensywny, ale po nałożeniu na usta, po chwili znika.
O masełku wiele nie ma co pisać - pachnie bardzo przyjemnie, dobrze nawilża usta. Jest miękkie i nie ma problemu z nabraniem go na palec. Lekko rozjaśnia usta, podobnie jak wersja malinowa. Dobry nawilżacz do ust za nieduże pieniądze. 
Życzę miłego weekendu i zmykam zrobić sobie cotygodniowe, sobotnie spa :)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 sie 2013

Włosowo - odżywczy Eliksir Elseve

Bardzo lubię wszelkie "wygładzacze" do włosów - od zwykłego jedwabiu, przez wszelakie sera, aż po różnorakie olejki. Moim włosom służą silikony, więc specjalnie od nich nie stronię. Mam włosy w dobrej kondycji, jednak czasem potrzebują one wygładzenia i większego blasku, a w takim wypadku tego typu kosmetyki do włosów bardzo dobrze się u mnie spisują.
Ostatnio sięgnęłam po nowość L'oreala - Eliksir Odżywczy dla wszystkich rodzajów włosów Elseve. W skład serii wchodzi jeszcze Eliksir Upiększający dla włosów farbowanych.


Eliksir Elseve zamknięty jest w dużej (100 ml), solidnej, szklanej butelce z pompką. Opakowanie i design są mile dla oka, jednak butla z racji materiału jest narażona na stłuczenie, więc trzeba uważać, zwłaszcza podczas używania, gdy nasze ręce są śliskie. W podróż też raczej ciężko będzie zabrać całą butelkę - ja mam w planie na wyjazd przelać sobie trochę olejku do mniejszego, plastikowego opakowania. Pompka działa bez zarzutu, nie zacina się, nie trzeba pompować w nieskończoność aby wydobyć produkt. Mi na moje długie włosy starcza jedna pompka olejku.


Producent informuje nas, że produkt można nakładać na suche włosy bądź wilgotne. Ja robię to i tak i tak. Gdy nałożę eliksir na włosy mokre, to czuję większy komfort podczas rozczesywania włosów, są one bardziej śliskie, mniej splątane. Po wyschnięciu przejeżdżam jeszcze dłonią po wierzchu włosów - wtedy robią się one bardziej błyszczące i zdyscyplinowane. Włosy wyglądają jak taka tafla - błysk, który nadaje ten eliksir, w połączeniu z wygładzeniem włosów, daje naprawdę mocny efekt. Kosmetyk bardzo ładnie pachnie i ten zapach delikatnie utrzymuje się na włosach, co mi bardzo odpowiada. 


Skład eliksiru jest naprawdę imponujący - na początku mamy emolient o pośrednim działaniu nawilżającym, potem silikon, a dalej już niemal same ekstrakty i olejki i jest ich naprawdę dużo. Przy regularnym stosowaniu nie zauważyłam może jakiegoś głębokiego nawilżenia włosów (ale też moje nie są w złym stanie, więc generalnie działanie tego kosmetyku się u mnie objawia przez samo wygładzenie i nadanie błysku), ale zdecydowanie mniejsze problem mam z łamiącymi się końcówkami włosów. Kiedyś same końcówki już po miesiącu od podcięcia nadawały się do kolejnego podcinania, a teraz, póki co - nie czuję takiej potrzeby. Wiadomo oczywiście, że rozdwojonych końcówek żaden kosmetyk nie "sklei", ale miło, że zabezpiecza te zdrowe na tyle, że nie sprawiają problemów.
Wydajność jest bardzo dobra, u mnie w domu używają go trzy baby (wszystkie jednakowo zadowolone) i zużycie jest minimalne, więc podejrzewam, że starcza na długo, co poniekąd rekompensuje jego cenę. Eliksir kosztuje około 40 złotych (w promocji około 30), a więc nie jest to cena bardzo niska, jednak mamy tu do czynienia z dużą pojemnością przy dobrej wydajności. 

Podsumowując - ja jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona, mimo, że dostrzegam pewne jego minusy. Wolałabym aby opakowanie, choć ładne i estetyczne, było jednak lżejsze, nie pogardziłabym też niższą ceną, choć nie wykluczam, że gdy wykończę ten eliksir to kupię kolejne opakowanie. 

Znacie, używacie? Podzielcie się wrażeniami :)

Pozdrawiam,

Panna Joanna
21 sie 2013

Konkursuję z Remingtonem :)

Pamiętacie moją "stylizację" włosową, która zainspirowana była fryzurką Jennifer Lawrence? Na fanpejdżu Remingtona pojawiła się już galeria konkursowa, w której znalazła się również i moja praca. Nie wiem czy pamiętacie moje potyczki z własnymi włosami podczas robienia tej fryzury - jeśli nie, to zapraszam TUTAJ


W związku z tym, że możemy "promować" swoją pracę wśród czytelniczek naszych blogów - poniżej zostawiam linka do mojej fryzury - jeśli polajkujecie to absolutnie się nie obrażę :D


Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 sie 2013

Sierpniowy ShinyBox

Idę dzisiaj jak burza z postami. Dopiero co opublikowałam 50 faktów o mnie, a już spod palców wychodzi mi kolejny post, tym razem o nowym pudełku Shiny. W tym miesiącu pudełko dotarło do mnie z małym opóźnieniem, ale za to w środku znalazłam mały bonus.







Po raz kolejny moje odczucia są mieszane. Micel z Bielendy nie cieszy mnie jakoś porażająco, ale wynika to z tego, że obecnie w kolejce do użycia czeka na mnie zapas jakiś 5-6 płynów micelarnych różnych firm i kolejny zapas wycofanego micela z Biedronki, którego w końcu nie wycofali. Niemniej jest to produkt, który prędzej czy później się może przydać. Serum na końcówki włosów z Indoli - bardzo lubię tego typu produkty do włosów, więc chętnie przetestuję, tym bardziej, że firma i produkt są mi jeszcze nieznane. Krem do rąk firmy Deba to produkt, o którym przy wypakowywaniu pudełka pomyślałam "tylko nie kolejny krem do rąk!", ale po jednorazowym posmarowaniu się nim szybko odszczekałam. Ciekawa konsystencja, wchłanianie wręcz błyskawiczne i nieziemski zapach. Produkty Dermedic znam bardzo dobrze, ale akurat tej maseczki nie miałam jeszcze okazji wypróbować, więc maseczka mnie ucieszyła. Koncentrat antycellulitowy z Marion to wg mnie pomyłka - taka ilość na długo nie starczy, sama forma kosmetyku do mnie nie przemawia. Zobaczę jeszcze co z tym zrobię. Prezentem w sierpniowym boxie była próbka peelingu organicznego z BioPlasis. Ciekawa jestem tego "zniewalającego aromatu olejków eterycznych", więc chyba dzisiaj zrobię sobie z nim seans. W moim pudełku w tym miesiącu znalazł się dodatkowy kosmetyk - próbka emulsji z filtrami Synchroline. Może się przydać. Ogólnie - zawartość ciekawa, większość kosmetyków na pewno wypróbuję :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Tag: 50 faktów o Pannie Joannie

...czyli jak zabić nudę w deszczowy dzień, gdy forma umysłowa nie pozwala zbyt wiele ;) Na Waszych blogach z przyjemnością czytałam tego taga, więc pomyślałam, że zrobię go i u mnie. Nie wiem czy wymyślę aż 50 rzeczy, ale spróbować można.



1. Jestem okropnym nerwusem. Bardzo łatwo się denerwuję, bardzo dużo rzeczy mnie denerwuje. 
2. Uwielbiam spać i nie cierpię porannego wstawania. Najbardziej wyspana czuję się, gdy obudzę się sama z siebie i mogę sobie poleżeć jeszcze godzinkę dochodząc do siebie. 
3. Brzydzę się wszystkich robali, oślizgłych zwierzątek i większości gryzoni. Przeważnie uciekam w popłochu, nie ma to jak śliczny, puchaty piesek.
4. Panicznie, ale to panicznie boję się kleszczy. Jak byłam w ostatnie klasie podstawówki zachorowałam na zapalenie opon mózgowych. Z racji tego, że kleszcze mogą wywołać odkleszczową wersję tej choroby, mam małą obsesję na ich punkcie. Na spacer do lasu zawsze staram się ubrać dość "dokładnie", a tak co chwilę macam główę, kark i inne miejsca, gdzie mógł spaść kleszcz.
5. Jestem typem "zbieracza" - ciężko mi wyrzucić np. ciuchy, w których już x czasu nie chodzę i pewnie nigdy więcej ich nie włożę, ale "może akurat się jeszcze przydadzą".
6. Nie lubię sprzątać, ale lubię mieć porządek. Najlepiej sprząta mi się jak nikogo nie ma w domu - puszczam wtedy głośno muzykę i jestem w stanie wyszorować każdy kąt. Nie umiem utrzymywać porządku w szafie - wystarczy, że raz coś ciepnę byle jak i potem już leeeeci.
7. Kompletnie nie znam się na elektronicznych rzeczach, jak coś mi się zepsuje to biegnę do taty lub Osobistego, sama nie tykam takich rzeczy, bo jest szansa, że jeszcze bardziej to zepsuję.
8. Bo wokół mnie ogólnie dużo rzeczy się lubi psuć. Przypadki chodzą po ludziach, a w szczególności po mnie. 
9. Będąc w podstawówce bardzo lubiłam się uczyć. Już w wakacje przeglądałam książki i byłam takim trochę kujonkiem :D W gimnazjum mi przeszło i zostało mi do dziś. Studia mnie już kompletnie zniechęciły do nauki, zwłaszcza, że na moim kierunku muszę się uczyć mnóstwa niepotrzebnych i bzdetnych przedmiotów. 
10. Nie lubię swojego nosa, jest za duży, garbaty i wygląda jak urwany Babie Jadze. 
11. Nie umiem się czesać. Nie potrafię nawet zrobić prostego przedziałka. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że moje włosy są niezwykle uparte i jeśli jakiś chce wisieć w prawo, to za nic nie da rady przerzucić go na lewo. 
12. Jestem inżynierem, skończyłam Inżynierię Środowiska na Politechnice Śląskiej. Obecnie robię magisterkę na tym samym kierunku i zupełnie nie wiem dlaczego :P Nie lubię swojej uczelni, gdybym cofnęła się w czasie, nigdy po raz kolejny świadomie nie wybrałabym tej uczelni.
13. Jestem uparta. Jak muł. Jak się zaprę to koniec. 
14. I zawsze mam rację. Po prostu zawsze.
15. Bardzo szybko oceniam ludzi, mam jakąś...intuicję, która mi podpowiada czy będę w stanie znaleźć z kim wspólny język.
16. Odkąd pamiętam zawsze lepiej dogadywałam się z facetami, do dzisiaj mi zostało. Wyjątek stanowią rozmowy na tematy okołokosmetyczne - tutaj zdecydowanie stawiam na ploty z kilkoma bliskimi mi blogerkami :D
17. Mam dokładnie jedną bliską przyjaciółkę i w zupełności mi ona wystarcza. 
18. Nie lubię większości dojrzałych owoców, za nic nie tknę żółtego banana, lubię wyłącznie te lekko zielone i nierozmymlane. Jedyny wyjątek to truskawki - te uwielbiam, gdy już są mocno czerwone.
19. Przez całe życie słodziłam - herbatę i później kawę. Piłam hektolitry słodkiej herbaty. Jakieś 1,5 roku temu odstawiłam cukier z dnia na dzień i dzisiaj nie wypiję posłodzonej kawy ani herbaty. 
20. Jestem czekoladożercą, nie istnieje dla mnie pojęcie "kostka czekolady". Czekolada to "tabliczka" :P
21. Mam słomiany zapał. Bardzo często zabieram się za jakiś "projekt" czy cokolwiek i porzucam go szybciej niż na niego wpadłam.
22. Nie lubię "babskich" piw typu Redd's czy Karmi. Wyjątek robię tylko dla jabłkowego Radlera - mniam!
23. Bardzo lubię śpiewać, ale praktycznie nigdy nie robię tego przy ludziach. Natomiast gdy nikt mnie nie słyszy śpiewam ile mogę :D
24. Nie lubię brytyjskiego akcentu. Ani brytyjskiego humoru. Jedyna jego odsłona, która do mnie przemawia to serial "Co ludzie powiedzą?".
25. Nie oglądam polskich filmów ani polskich seriali. 
26. Za to zagranicznych oglądam sporo. Filmów umiarkowanie dużo, a seriali zdecydowanie za dużo. 
27. Słucham różnych gatunków muzyki, nie gustuję w jednym konkretnym nurcie. Gdy jakaś piosenka wpadnie mi w ucho to morduję ją tak długo aż będzie mi się nią odbijać. 
28. Uwielbiam męskie głosy, zdecydowanie bardziej lubię słuchać śpiewających mężczyzn aniżeli kobiet.
29. Lubię malować paznokcie u rąk, ale nie lubię malować tych u stóp.
30. Nie potrafię określić czy jestem umysłem ścisłym czy humanistycznym. Lubię pisać i czytać, ale to tyle z rzeczy humanistycznych, z kolei z rzeczy ścisłych zawsze świetnie radziłam sobie z matmą i niczym innym.
31. Mam trzy kolczyki i to właściwie jedyna biżuteria jaką noszę. Nie lubię pierścionków, łańcuszków itp. Jeśli bransoletka to tylko jedna, cienka albo maksymalnie neutralna. Nie cierpię się obwieszać.
32. Nie lubię lata latem i zimy zimą, czyli jestem statystycznym Polakiem :D Teraz nie mogę doczekać się zimy, śniegu i świąt, a jak tylko śnieg spadnie to zmieni się on w mojej głowie na "to białe cholerstwo" i będę czekać na słońce.
33. Nie mam prawa jazdy i może to i lepiej. Raz siedziałam za kółkiem i niewiele brakowało, a złamałabym przyjaciółce obie nogi. 
34. Nie mam za grosz orientacji w terenie. Jestem w stanie zgubić we własnym mieście, gdzie mieszkam już 23 lata. 
35. Mam lęk wysokości, ciężko mi się wychylić przez okno już na drugim piętrze. Za to uwielbiam przesiadywać na parapetach, widocznie lubię dreszcz emocji.
36. Mam też problemy z przestrzenią osobistą, nie lubię skupisk ludzi, jak mam wsiąść do zatłoczonego autobusu to wolę iść piechotą. Nie lubię jak się mnie unieruchamia, zawsze muszę mieć możliwość swobodnego ruszenia głową i kończynami. 
37. Nie mam za to problemów z nieśmiałością. Myślę, że jestem bardzo otwartą osobą, łatwo zawieram znajomości.
38. Jestem zodiakalną Rybą, więc w wodzie powinnam czuć się jak...ryba. Umiem pływać, ale na basenie zawsze pływam na "zewnętrznym pasie", żeby w razie czego móc złapać się brzegu. W jeziorach i tym podobnych akwenach trzymam się obszaru, gdzie mogę wyczuć dno pod nogami. Widocznie boję się, że się utopię ;]
39. Miewam prorocze sny - przed maturą z polskiego przyśnił mi się temat. Rano jeszcze czytałam streszczenie książki. Okazało się, że temat był inny, ale oparty dokładnie na tej samej książce.
40. Jestem bardzo pamiętliwa. Mnie podpada się tylko raz. 
41. Blok, w którym mieszkam od urodzenia przeżył już zalanie, pożar i zawalenie (po zawaleniu przez rok mieszkałam gdzieś indziej czekając na odbudowę). Cieszymy się z sąsiadami, że w naszych rejonach nie ma tornad.
42. Nie cierpię chodzić do lekarzy, do tej pory najczęściej trafiam na zwyczajnych konowałów. Mistrzem w tej dziedzinie jest laryngolog, do którego poszłam ze względu na chroniczny ból głowy w okolicach zatok, wieczny katar - przepisał mi Ibuprom.
43. Dziwnie reaguję na sam widok owoców kiwi - momentalnie zaczynają mnie boleć dziąsła. 
44. Przez 6 lat uczyłam się języka niemieckiego i po tych 6 latach jedynie, co potrafię powiedzieć to to, że nic nie rozumiem. Bardzo nie lubię tego języka.
45. Bardzo szybko się zniechęcam. Jak chcę się czegoś nauczyć czy coś zrobić i nie wychodzi mi to "zaraz, natychmiast" to jest przeogromna szansa, że rzucę to w kąt. A jak jednak muszę to zrobić (rzeczy typu projekty na studiach) i wciąż nie wiem jak, to szansa, że się nad tym rozpłaczę jest jeszcze większa. 
46. Nie lubię mieć niezaplanowanego czasu. Nie potrafiłabym spontanicznie wyjechać w jakąś podróż, muszę mieć czas, żeby dokładnie się do niej przygotować.
47. Jestem bardzo wrażliwa na krzywdę zwierząt. Widok wychudzonych psów, czy przywiązanych do drzewa w lesie powoduje u mnie małą histerię, nie potrafię tego potem wyrzucić z głowy. Dlatego bardzo często zdarza mi się blokować na fb posty osób, które co rusz wrzucają na swoją tablicę zdjęcia skrzywdzonych zwierzaków. 
48. Kiedyś przez pewien czas nie jadłam mięsa. Potem do niego wróciłam. Ostatnio coraz intensywniej zastanawiam się nad tym, żeby spróbować raz jeszcze.
49. Przez całe dotychczasowe życie chciałam mieszkać w mieście, najlepiej jakimś ogromnym. Jednak od jakiegoś czasu bardziej ciągnie mnie w stronę odludzi.
50. Nie potrafię kucnąć inaczej niż opierając stopy tylko na palcach. Gdy tylko próbuję postawić pięty na ziemi, przewracam się.

Nie wierzę, że dobrnęłam do końca - myślałam, że znalezienie tych 50 rzeczy będzie trochę łatwiejsze ;)

Biegnę obrabiać zdjęcia do kolejnych postów, a Was zostawiam z tą przydługą lekturą.
Pozdrawiam,
Panna Joanna

Konkurs - przypominajka

Już tylko dwa dni zostały Wam na wzięcie udziału w konkursie, w którym do wygrania są dwa peelingi Magic Foot Peel, więc jeśli jeszcze się nie zgłosiłyście, wciąż macie okazje :)



Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 sie 2013

Paznokciowa transformacja - aktualizacja

Pamiętacie mój ostatni wpis dotyczący paznokciowych zmagań? Pisałam wtedy o moim najnowszym odkryciu - olejowaniu paznokci. Dzisiaj, na własnych paznokciach, chciałabym Wam pokazać, że to działa. Mam świadomość, że estetyka tych zdjęć (zwłaszcza pierwszych dwóch) może być daleka od ładności, ale dokładnie tak wyglądały moja paznokcie, więc proszę o delikatność w wypowiedziach, ponieważ sporo mnie kosztuje, żeby je tak obnażyć. Olejowanie rozpoczęłam mniej więcej miesiąc temu. Na początku wakacji stan moich paznokci osiągnął apogeum - nie dość, że dwa paznokcie, które po roku wciąż były odklejone, stopniowo nadal się "cofały", to moja płytka była strasznie sucha, przebarwiona od lakierów, paznokcie łamały się jak szalone. Powiedziałam sobie "stop" i wyciągnęłam ciężkie działa. Paznokcie zostały skrócone na zero, problematyczne paznokcie stopniowo wycinałam na głębokość odklejenia, tak aby pobyć się odklejonej płytki. Zaopatrzyłam się w kilka olejków, zrobiłam mieszankę i codziennie po kilka razy nakładałam oleje na paznokcie. Jaki efekt udało mi się osiągnąć? Zobaczcie same:
Pierwsze zdjęcie to stan sprzed kuracji olejami. Paznokieć na środkowym palcu już był trochę wycięty, ale do końca jeszcze było daleko. Po kilku dniach udało mi się całkowicie wyciąć odklejoną płytkę. Drugie zdjęcie to jakieś 1,5 tygodnia stosowania olejowej mieszanki. Paznokieć powoli odrasta, widać, że prawdopodobnie będzie przyklejony do macierzy. Zdjęcie to ostatnie to zdjęcie z wczoraj - paznokieć odrósł już niemal w całości, cały przyklejony do macierzy, brakuje bardzo niewiele aby wyrównał się z pozostałymi paznokciami. Pierwszy raz od 1,5 miesiąca nałożyłam na paznokcie odżywkę. Udało mi się pozbyć przebarwień na płytce, udało mi się wygładzić skórki i co najważniejsze - udało mi się w końcu wyleczyć chore paznokcie. Na drugiej dłoni efekt jest równie dobry, tam borykałam się z problem na paznokciu palca wskazującego, jednak odklejenie było nieco mniejsze niż na ręce lewej, więc pokazuję tę bardziej "spektakularną" przemianę. Zdaję sobie sprawę, że mój obecny stan paznokci to dla wielu z Was stan, w którym startujecie w walce o zdrowe, piękne pazurki, jednak ja o takim stanie dosłownie marzyłam przez ostatni rok. Z dumą noszę teraz na paznokciach przezroczysty lakier, wgapiam się w normalnie wyglądającą płytkę i w końcu wrzuciłam głęboko do szuflady duże opakowanie plastrów, którymi owijam palce przez ostatnie półtora miesiąca. 

Moje postanowienia pielęgnacyjne się teraz wiele nie zmienią - nadal mam zamiar intensywnie olejować paznokcie, do pielęgnacji włączyłam odżywkę do paznokci (obecnie kupiłam taką niebieską z Sensique, z racji tego, że nie zawiera toluenu i formaldehydu; czytałam co prawda, że cudów nie robi, ale zależy mi tylko na nadaniu paznokciom połysku zanim wrócę do malowania lakierami oraz ewentualnie - do stosowania pod kolorowe lakiery), za jakiś czas mam zamiar wrócić do malowania paznokci. Z pewnością będę też robiła sobie kilkudniowe przerwy od malowania paznokci - zauważyłam, że zdecydowanie "golizna" im służy :) 

Ps. Właśnie siedzę z peelingiem Magic Foot Peel na stopach, ciekawa jestem efektów. Jeśli jeszcze nie zgłosiłyście się do konkursu, gdzie do wygrania są dwie sztuki tego kosmetyku - zapraszam serdecznie KLIK!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 sie 2013

Konkurs - wygraj peeling do stóp!


Słyszałyście już o peelingu do stóp w...skarpetkach? Magic Foot Peel to firma, która oferuje właśnie taki kosmetyk - 7 dniowa kuracja ma na celu złuszczenie całego martwego naskórka, a stopami gładkimi niczym pupa niemowlaka mamy cieszyć się przez kolejne 7 tygodni. Co o produkcie pisze producent?
"7-dniowa kuracja dla stóp Magic Foot Peel zawiera aktywny kompleks na bazie kwasów owocowych, który złuszcza nadmiernie zrogowaciały naskórek. Wspomaga odnowę i wygładzenie skóry stóp. Zaletą kosmetyku jest wpływ kwasów o działaniu złuszczającym. Odpowiedzialne są za to kwasy: glikolowy, mlekowy, salicylowy, cytrynowy i mocznik.
Jak działają skarpetki Magic Foot Peel? Wygodne w użyciu skarpetki, założone na około 90- 120 minut pozwalają na relaks, lub wykonanie dodatkowych czynności domowych. Kolejne dni to czas samoistnego złuszczania naskórka i doprowadzanie stóp do gładkiej postaci. Po 7 dniach znikają uporczywe nagniotki i zrogowacenia naskórka, a przez kolejne 6-7 tygodni zachowują piękny i zdrowy wygląd. Zawarte środki nawilżające powodują, że skóra nie będzie przesuszona po złuszczeniu, ale miękka i delikatna. Wpływ na to mają kolagen, kwas hialuronowy, wyciąg z aloesu oraz ekstrakt z ogórka."
Ja sama nie miałam jeszcze przyjemności używania  tych peelingujących skarpetek, dopiero dotarło do mnie moje opakowanie, ale jestem strasznie ciekawa efektów. Moja skóra na stopach jest problematyczna, ostatnio te problemy się mocno nasiliły - moją największą zmorą są pękające pięty i bardzo konkretnie narastający naskórek. Moja pielęgnacja opiera się głównie na tarkach, pilerkach i tym podobnych, ale i to nie zawsze pomaga. Skarpetkom Magic Foot Peel stawiam więc bardzo wysoko poprzeczkę i mam nadzieję, że sobie poradzą i moje stopy w końcu uzyskają upragnioną miękkość. Na razie odkładam zrobienie zabiegu, z racji tego, że stopy przez kilka dni (w recenzjach czytałam, że nawet do dwóch tygodni) się łuszczą, zrzucając "starą skórę", a jednak sezon na noszenie okrytych butów trwa w najlepsze i nie chciałabym paradować w trampkach, gdy temperatura znów przekroczy 30 stopni ;) 

Nie przeciągając - mam dwa zestawy takiego peelingu również dla Was! 


Co wystarczy zrobić? Warunkiem udziału w konkursie jest obserwowanie bloga oraz odpowiedź na pytanie konkursowe. W komentarzach pod tym postem napiszcie pod jakim nickiem mnie obserwujecie, na jakiego maila wysłać informację o wygranej oraz oczywiście - odpowiedź na pytanie. Udział w konkursie mogą wziąć osoby pełnoletnie, nieletnie powinny mieć zgodę rodzica/opiekuna. Wysyłka odbywa się jedynie na terenie Polski. Konkurs trwa od dzisiaj (15.08.2013 r.) przez tydzień, czyli do 22.08.2013 r. Wyniki ogłoszę w ciągu trzech kolejnych dni. Fundatorem nagród jest firma Magic Foot Peel, nagrody są dwie - dwa skarpetkowe peelingi, po jednym dla każdej zwyciężczyni, o wartości 99 zł każdy. *

Pytanie konkursowe:
Jak dbasz o swoje stopy?

Chętnie poczytam o Waszych metodach walki ze stopami, może sama będę mogła wykorzystać jakiś pomysł :)

Do dzieła!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

*organizator zastrzega sobie prawo do zmiany regulaminu konkursu
12 sie 2013

Jak Panna Joanna fryzurę zrobić próbowała

Jestem fryzurowym gamoniem, przyznaję się bez bicia. Mimo, że mam bardzo długie włosy, w dodatku proste, nie potrafię z nimi kompletnie nic zrobić. Z reguły noszę je rozpuszczone, czasem zwijam je na czubku głowy w fantazyjną cebulę, jak cebula nie chce być fantazyjna to robię tzw. skarpetkowego koka. Na tym moje umiejętności się kończą. Wszelkie upięcia, bardziej skomplikowane warkocze to dla mnie czarna magia, jeśli nawet wpadnę na to jak zrobić daną fryzurę, to najprawdopodobniej i tak rozsypie mi się ona w rękach. Ot, takie ze mnie antytalencie. Kiedy więc na wrocławskim spotkaniu blogerek dostałam lokówkę firmy Remington z karteczką, że zapraszają mnie do udziału w konkursie na "Stylizacje gwiazd" ,pokręciłam z głową. Z politowaniem dla samej siebie. Niemniej jednak, szkoda by było zrezygnować z okazji wypróbowania lokówki Keratin Therapy. No i był to jakiś rodzaj motywacji do tego, żeby w końcu spróbować coś zrobić z moimi włosami. Co z tego wyszło? Lepiej nie pytajcie ;) Moją inspiracją miała być fryzura Jennifer Lawrence. Dokładnie ta:


Jak zobaczyłam zdjęcie tej fryzury, to miałam ochotę natychmiast ogolić się na łyso, żeby mieć wymówkę dlaczego nie mogłam wziąć udziału w konkursie. Siulka mnie próbowała przekonać, że fryzura jest prosta i na pewno sobie poradzę. Shame on you, Siulka!:P Mimo to - zobowiązałam się, więc dzisiaj przedstawiam Wam moją wersję fryzury. Całość będzie dość humorystyczna, mam nadzieję, że dokładnie tak do tego podejdziecie :)
1. Dokładnie rozczesujemy włosy. Robimy to jak najdłużej, bo z rozczesanych dokładnie włosów na pewno dużo łatwiej stworzyć skomplikowaną fryzurę. Tak naprawdę staramy się odwlec w czasie moment zaplatania.
2. Robimy przedziałek mniej więcej na środku głowy. Nie musi być równy, równego i tak nie uda się zrobić. Byle by włosy mniej więcej po równo opadały na lewo i prawo. (nie mam tak szerokiego przedziałka, to lampa robi jakieś dziwne rzeczy :P)
3. Nagrzewamy lokówkę. Ja wybieram najniższą temperaturę (130 stopni) bo mimo, że jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się spalić włosów, to żyję w wielkim strachu, że kiedyś na pewno tego dokonam. W końcu wypadki chodzą po ludziach, a zwłaszcza po mnie. Wybieramy nie za gruba pasmo z jednej strony i nawijamy je na lokówkę.
4. Po 10 sekundach uwalniamy włosy z lokówki i cieszymy się, że mamy loka. Można uznać, że coś jakby nie było wyszło, więc w razie fali krytyki ten etap wciąż będzie tym, którym jeszcze można się chwalić. Ładny loczek mi wyszedł, prawda?:)
5. Tę samą czynność powtarzamy z drugiej strony, oczywiście po czasie orientujemy się, że nie sprawdziłyśmy czy pasma są mniej więcej jednakowej grubości. Ale who cares...
6. Dorabiamy jeszcze po jednym loku z każdej strony. Ten etap tak właściwie nie jest jakiś bardzo konieczny. ale moje włosy są z natury tak śliskie (same kłody pod nogi), że gdybym ich nie skręciła to bym je sobie potem mogła co najwyżej puścić wolno, a nie zwijać w jakieś ślimaczki. 
7. Teraz robimy coś, co nie miało szans powodzenia. Z boku głowy bierzemy jedno pasmo, zwijamy je kilka razy wokół własnej osi. Następnie z dołu dobieramy kolejne pasma i zawijamy do pierwotnego pasemka. Robimy tak mniej więcej do połowy głowy, spinamy wsuwką. Z drugiej strony robimy dokładnie to samo. Całość łączymy na środku w dość niskiego kucyka. To jak wyglądają włosy nad tą całą konstrukcją nie stanowi dla nas zmartwienia - wiadomo było, że w porównaniu do naszej fryzury, ptasie gniazda to ład i porządek. Potem się zaczesze. 
8. Zwisającą część kucyka zwijamy w koczka. Ja oczywiście pomogłam sobie koko - wypychaczem (to cudowny wynalazek, taki push - up do włosów :P). Tutaj nawet przypadkiem (jakbogakocham, przypadkiem) wyszło mi coś jak u Jennifer - koczek jest większy u góry, a na dole się jakby zmniejsza. Przypadki chodzą po ludziach, więc trzeba się cieszyć.
9. Gdy całość już dobrze się trzyma, rozczapirzamy to wszystko palcami, tak żeby włosy wyglądały na nieco "poluzowane". Włosy nad koczkiem (te co tak sterczały każdy w inną stronę) zaczesujemy szczotką w dół. Tym sposobem góra się wygładzi, a ten cały bałagan przesunie się nad sam koczek. W tym miejscu nie mamy już wiele pola do manewru, więc wpinamy tak kwiatka, motyla, cokolwiek. U mnie akurat był to malutkim beżowy kwiat. W końcu fryzura miała być inspiracją, więc można dodać element własny. Cieszymy się, że to już koniec i ponownie mamy ochotę ogolić się na łyso.


Konkurs odbędzie się na łamach fanpejdża Remingtona na fb, jak zostanie udostępniona galeria prac to podam do niej linka, liczę, że dostanę dzięki Wam choć jednego kciuka w górę, żebym nie musiała się wstydzić przed całym internetem :))

Ps. Jeśli myślałam, że nie lubię robić stepów do makijaży, to zmieniam zdanie. Robienie zdjęć podczas robienia fryzury to zło. W najczystszej postaci.

Pozdrawiam,
Uczesana Panna Joanna

10 sie 2013

Lipcowy ShinyBox - garść recenzji

Przyznam szczerze, że w tym miesiącu pudełko Shiny mnie zaskoczyło swoją zawartością. Spodziewałam się, że kilka produktów będzie leżeć i się kurzyć, podczas gdy inne zużyję z przyjemnością, a wyszło prawie dokładnie odwrotnie :) Dla przypomnienia - tak prezentowało się lipcowe pudełko:


Najbardziej cieszyła mnie próbka (całkiem spora) wody termalnej Uriage. I rzeczywiście - kosmetyk ten okazał się idealnym pomocnikiem w ostatnie upały. Używałam tej wody jako odświeżającą mgiełkę, jako tonik. Często też spryskiwałam nią twarz po zrobieniu makijażu, aby pozbyć się mocno pudrowego, płaskiego wykończenia. Bardzo podoba mi się to, że po jej użyciu nie trzeba osuszać skóry. Próbka wystarczyła mi na dość długo, biorąc pod uwagę częstotliwość użytkowania. Jak tylko będę znajdować się gdzieś w pobliżu Superpharmu, to na pewno wstąpię po pełnowartościową sztukę.


Ucieszyły mnie też miniatury balsamu i żelu z L'Occitane. Kiedyś już miałam podobny duet i bardzo miło go wspominałam. Jednak tym razem stała się rzecz ciekawa, bo po zaledwie dwóch użyciach zapach zaczął mnie po prostu męczyć. Nie wiem z czego to wynika, ale woń cytrusowo - werbenowa najzwyczajniej mnie odrzucała. Nie męczyłam się więc specjalnie, może jeszcze kiedyś mi się odmieni ;)


Kosmetyki Grashki były dla mnie nowością, nie miałam wcześniej styczności z tą firmą, więc byłam ich bardzo ciekawa. I nie zawiodły mnie. Zarówno cień, jak i baza bardzo szybko wkupiły się w moje łaski. Łatwością użycia, pigmentacją, efektem.


Baza bardzo dobrze sprawdziła się przy większości moich cieni do powiek, nie miałam z nią żadnych problemów. Podbijała kolor cieni, przedłużała ich trwałość, nie rolowała się. Ma przyjemną konsystencję, dzięki czemu bardzo łatwo wklepać ją w powiekę. Bardzo pozytywne zaskoczenie, mojej ulubionej bazy z MUA nie przebiła, ale jest całkiem przyzwoita i używam jej dość często.


Cień również uważam za całkiem udany. Producent zaleca nakładanie go na mokro, ale nawet nałożony na sucho, na samą bazę, radzi sobie dobrze. Kolor to ciepły, rudawy brąz, dobrze wygląda nałożony na całą powiekę, podbija odcień mojej tęczówki. Trwałość na bazie jest bez zarzutu, cień nie migruje, nie roluje się, nie blaknie. Nakładany na sucho lubi się czasem osypać, więc mimo wszystko - wolę go nakładać wilgotnym pędzelkiem. 


Dodatkiem do lipcowego pudełka były dwa kosmetyki Wibo - lakier Extreme Nails oraz podwójne cienie (niestety bez oznaczenia koloru na opakowaniu). Nie spodziewałam się po nich zbyt wiele, ponieważ z lakierami EN miałam już kontakt i wiem, że ich jakość jest bardzo zróżnicowana w zależności od koloru. A cienie zbierają raczej słabe recenzje, więc tu też nie miało być fajerwerków. Ale...


...oba kosmetyki, wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, sprawdziły się naprawdę nieźle. Lakier użyłam jedynie do pedicuru, z racji tego, że nie maluję obecnie paznokci u rąk, ale jego kolor mnie oczarował. Kremowy, miętowy, bardzo błyszczący. Dawno nie spotkałam się z lakierem, który bez użycia top coatu miałby tak ładny połysk. Jego trwałość też mnie zadowoliła - na paznokciach u stóp trzymał się na pewno ponad tydzień. 
Cienie miałam oddać (i pewnie w końcu to zrobię) cioci, jednak coś mnie tknęło i najpierw je wypróbowałam. I bardzo, ale to bardzo się zdziwiłam. Pigmentacja niewiele różni się od mojego ulubionego Sleeka. Ciemniejszy cień ma większe nasycenie, ale i z jasnoniebieskiego da się sporo wyciągnąć. Oba mają satynowe wykończenie, nałożone na bazę trzymają się bez zarzutu. Granatowy cień mogłyście zobaczyć w poście z makijażem turkusowo - złotym. To właśnie ten granat nałożyłam na zewnętrzną połowę górnej powieki:
Ostatni kosmetyk z lipcowego ShinyBoxa to krem do mycia twarzy i ciała z Uriage. Ten produkt póki co wylądował w pudełku z próbkami, które prawdopodobnie pojadą ze mną na wakacje. Gromadzę sobie takie większe próbki w razie gdybym miała problem z domknięciem wakacyjnej kosmetyczki. 


Tak prezentowała się zawartość pudełka, które dotarło do mnie w ubiegłym miesiącu. Wkręciłam się już trochę w tę pudełkową zabawę i w połowie każdego miesiąca wyczekuję niecierpliwie kolejnego boxa, zastanawiam się co w nim znajdę. Ostatnio nawet ćwiczę moją silną wolę i walczę ze sobą, aby nie zaglądać na blogi, na których prezentacja pudełka pojawiła się, zanim do mnie dotarł mój box :D Ciekawe co znajdzie się w sierpniowym Shiny? Ja bardzo :) Wysyłka rusza 12 sierpnia, więc pewnie we wtorek pochwalę się Wam kolejnym pudełkiem.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
9 sie 2013

Makijażowo - zadziorna romantyczka

Upał w końcu nieco zelżał, więc po przebudzeniu się i wyczuciu zza okna przyjemnego chłodku, zerwałam się z łóżka i złapałam za pędzle. Już od jakiegoś czasu miałam ochotę na mocne oko, w klasycznej czerni, w połączeniu z mocnymi, krwistymi ustami. Żeby nie było zbyt nudno, postanowiłam dołożyć do tego romantyczną fryzurę i tym sposobem uzyskałam mocno kontrastową stylizację. Na zdjęciach całość skojarzyła mi się z zadziorną panną młodą, w końcu kto powiedział, że zadziorność wyklucza się z romantycznością?:)




Makijaż był też okazją do wypróbowania kilku nowych kosmetyków. Na twarz powędrowały: baza Kobo, podkład Glazel, puder fixujący Glazel, wypiekany puder z Glazel w charakterze bronzera i złote kulki brązujące z Glazel jako rozświetlacz (nawet go widać na zdjęciach :D). Na oczach - ulubiona baza MUA, czarna kredka Glazel, czarny cień z paletki Sleeka Darks, cielisty cień z Sensique, tusz Kobo. Na ustach jedyna słuszna czerwona pomadka - Avon 2000 Red. 

Lubicie połączenie mocnego oka z mocno podkreślonymi ustami?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
7 sie 2013

Włosowo - "Żegnajcie uszkodzenia" czyli nowość od Garniera w natarciu

Gdy włosomaniactwo zaczyna osiągać stopień wysoki, nie pozostaje nic innego, jak tylko się temu poddać. Jeszcze jakiś czas temu moja pielęgnacja nie była zbyt skomplikowana, ot zwykły szampon, czasem odżywka czy maska, nie zastanawiałam się specjalnie nad tym, jak dbać o włosy. Dużo czasu zajęło mi rozpoznanie, co tak naprawdę służy moim włosom, niejednokrotnie po drodze popełniałam pomyłki, ale o tym szerzej opowiem w dużym włosowym poście, do którego ciągle się zbieram. Przez moją kosmetyczną półkę przewija się sporo nowych kosmetyków, lubię testować nowości, ideału jeszcze niestety nie znalazłam, więc ciągle poszukuję. Przez długi czas myślałam, że moim włosom nie służą "tradycyjne" szampony do włosów, czyli takie, jakie najłatwiej znaleźć na drogeryjnych półkach, które w swym składzie mają dość mocno oczyszczające detergenty. Sięgałam więc po łagodniejsze kosmetyki, przeznaczone dla dzieci, bez sls, czy sles w składzie. I to był błąd. Moje włosy są przetłuszczające się przy głowie i suchawe na końcach, a taki lekki szampon nie był w stanie dokładnie oczyścić skóry głowy i w efekcie czułam się jak z niedomytymi włosami. Szybko zaczynały znów być tłuste przy nasadzie, przyklapnięte. Z pokorą wróciłam więc do normalnych szamponów, używając ich naprzemiennie z tymi delikatniejszymi. I takie rozwiązanie sprawdza się u mnie najlepiej, choć teraz gdy panują te nieziemskie upały, zdecydowanie bardziej wolę mocne oczyszczenie. Najchętniej sięgam po te szampony, które dodatkowo nie wysuszają końców włosów i mają jak najbardziej orzeźwiające zapachy. Ostatnio w moje ręce trafiła nowość Garniera - szampon Goodbye Damage.
Szampon ma bardzo energetyzujący, świeży zapach - w taką pogodę takie zapachy spisują się najlepiej, dają mi zwiększone uczucie świeżości (wszystkie "słodyczowe" zapachy odstawiam jak najdalej ;)). Opakowanie jest typowe jak dla szamponów Garniera - prosta butla, tym razem w odcieniu żywej pomarańczy, a nie tradycyjnej zieleni, zamykana na solidny zatrzask. Butelka jest miękka, bez problemu można wydobyć szampon do ostatniej kropli (nie cierpię zbyt twardych, czy niedajboże szklanych opakowań w tego typu kosmetykach). Pojemność to standardowo 250 ml. 
Na odwrocie opakowania znajdziemy wszystkie niezbędne informacje - od obietnic producenta po skład kosmetyku. Producent obiecuje nam podwójne działanie naprawcze - wzmocnienie włosa od wewnątrz i uszczelnienie od zewnątrz. Formuła szamponu zawiera  Keraphyll i olejek z owoców amli. Czy szampon wywiązuje się z powierzonych mu zadań? I tak, i nie. Przede wszystkim - zapewnienie o zredukowaniu rocznych zniszczeń w jeden tydzień można od razu włożyć między bajki. Nawet jeśli zastosujemy szampon, maskę, odżywkę, serum czy cokolwiek innego - nie ma takiej siły, aby po tygodniu nasze włosy całkowicie odzyskały formę. Ale od razu założyłam, że jest to niewykonalne, więc można powiedzieć, że pod tym kątem szampon mnie nie rozczarował :) Zależy mi przede wszystkim na mocniejszym oczyszczeniu skóry głowy bez dodatkowego przesuszania samych włosów. I w tej kwestii nie mogę temu kosmetykowi nic zarzucić. Oczyszcza dobrze, włosy są świeże i świeżość tą zachowują, jednocześnie nie odnotowałam problemów z suchością włosów. Nie lubię szamponów, które podczas mycia plączą włosy - nie zawsze mam czas na użycie odżywki i włosy pozbijane w trudne do rozczesania, matowe strąki nie są mile widzianym efektem mycia. Tu tego problemu nie ma - spokojnie mogę zrezygnować z odżywki, włosy może nie są potem jakoś specjalnie błyszczące i lejące, ale ich stan jest po prostu normalny. Rozczesanie włosów nie stanowi problemu, a po wyschnięciu są one miękkie i sypkie. Jak wspomniałam - wolę użyć dodatkowo odżywki, więc działanie "odżywcze" tego szamponu jet raczej przeciętne.
Szampon wystarczył mi na dwa tygodnie stosowania, ale używałam go codziennie i przy bardzo długich włosach, więc jego wydajność określam jako dobrą.
Podsumowując - mi ten szampon przypadł do gustu, w skali 10 - gwiazdkowej oceniłabym go na 7. Regeneracja włosów przy nim raczej nie następuje, ale nie pogarsza ich kondycji, jest przyjemny w użytkowaniu, wydajny i niedrogi (około 10 złotych). Nie wiem czy sięgnę po niego ponownie już teraz, bo na swoją kolej czekają spore zapasy, ale chętnie do niego wrócę, gdy będę w drogerii szukać szamponu. 
Miałyście już styczność z tą serią od Garniera? Jeśli tak, to jak wrażenia?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 sie 2013

W walce o zdrowe paznokcie - olejowanie

Próbowałyście kiedyś olejowania paznokci? Przyznam, że od początku wakacji mocno walczę o kondycję swoich pazurków, zmagam się z "pamiątkami" po odżywce 8w1 już cały rok (!!!) i w czerwcu postanowiłam, że w ciągu wakacji raz na zawsze się z nimi rozprawię.

Na zdjęciu paznokcie sprzed kuracji 8w1, marzę, żeby wrócić do takiego stanu

Za mną ponad miesiąc bez lakierów, dwa odklejone od macierzy paznokcie zostały wycięte na tyle głęboko, żeby pozbyć się odklejonej części. Mimo, że przez jakiś czas wstyd mi było pokazywać się z takimi knypciami wśród ludzi i najchętniej chodziłabym z palcami obklejonymi plastrami, widzę, że jest znaczna poprawa. Dalej wygląda to średnio, ale paznokcie odrastają przyklejone (a to dla mnie najważniejsze). Jakim cudem to, czego nie mogłam osiągnąć przez cały rok, nagle ruszyło z miejsca w przeciągu zaledwie miesiąca? Przede wszystkim odstawiłam wszystkie lakiery - tak krótkich paznokci i tak nie byłoby sensu malować. Wcześniej używałam kryjących, głównie ciemnych lakierów bo  "gołe" paznokcie wyglądały tak fatalnie, że najnormalniej w świecie było mi wstyd je pokazywać. Ten czas bez malowania bardzo im służy, pozbyłam się przy okazji przebarwień od lakierów. Starałam się bardzo często kremować dłonie i krem wcierać również w płytkę. Co kilka dni robiłam paznokciom "kąpiel" w ciepłej oliwce. Standardowo zakraplałam pod płytkę olejek z drzewa herbacianego. Jednak moment przełomowy nastąpił w momencie, gdy na spotkaniu z Bożeną usłyszałam od niej o olejowaniu paznokci. Po powrocie do domu wyguglałam sprawę i trafiłam na wizażowy wątek o olejowaniu. Efekty, jakie osiągnęła autorka wątku mnie zwaliły z nóg. Poczyniłam więc odpowiednie zakupy i przygotowałam własną olejową mieszankę. Wykorzystałam pustą buteleczkę po top coacie z l.a.colours. Bazę w mojej olejowej odżywce stanowi olejek Alterry w wersji "Papaja i migdał" (~50%), do tego dodałam 5 rybek z GALa (w wersji z witaminami A+E), oprócz tego około 10 kropel olejku rycynowego oraz tyle samo olejku arganowego. Taką mieszankę nakładam na paznokcie co najmniej dwa razy dziennie, jednak staram się robić to po prostu jak najczęściej (oglądam serial, czytam książkę, wychodzę na spacer). Szybko weszło mi to w nawyk, nie bez znaczenia jest fakt, że ta "własnoręcznie robiona odżywka" ma piękny zapach, więc bardzo przyjemnie mi się jej używa. Nakładam ją pędzelkiem na całą płytkę i skórki oraz staram się wlać ją również pod paznokieć, tak aby jak najwięcej jej przeniknęło do macierzy. Efekty pojawiły się niemal od razu - najpierw na skórkach, które zostały mocno nawilżone i przestały się zadzierać. Potem zauważalne stało się nawilżenie samej płytki, była bardziej błyszcząca, wyglądała jakoś zdrowiej. Najprzyjemniejszym skutkiem jest ekstremalnie szybki (jak na moje warunki) przyrost paznokci. Nadal piłuję je na zero, ponieważ czekam aż  te dwa problematyczne paznokcie odrosną do normalnej długości, ale teraz muszę to robić dosłownie co drugi dzień, ponieważ wolny brzeg rośnie jak szalony. Paznokcie zrobiły się też zaskakująco twarde, mimo, że opiłowane są na prosto, a nie na okrągło jak do tej pory, nie wyginają się, nie kruszą po bokach (wcześniej nawet jak miałam krótkie paznokcie, musiałam je piłować w owal, ponieważ nie byłam w stanie utrzymać innego kształtu), przestały się rozdwajać. Zauważam też początki przyrostu, na razie co prawda powolne i dosyć nieśmiałe, ale jednak. Mówiąc prościej - zaczęła mi się wydłużać różowa część płytki. 

Dawno żaden pielęgnacyjny czy kosmetyczny wynalazek nie dał mi tyle radości z widocznych efektów. Wiem, że to dopiero początki, ale to jak szybko pojawiła się poprawa, tylko i wyłącznie zachęca mnie do dalszej walki. Moja mieszanka zostanie ze mną na długo i będzie mnie czynnie wspierać w zmaganiach. Mam silną motywację, bo na komodzie czekają na mnie cztery nowe lakiery Essie z letniej kolekcji i naprawdę, ale to naprawdę nie mogę się doczekać aż w końcu będę mogła pomalować nimi paznokcie. Już teraz zaczynam się rozglądać za dobrą bazą pod lakiery, może możecie coś polecić?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 sie 2013

Wrocławskie spotkanie zaliczone!

Czwartek rano, budzik nastawiony bezstresowo na 10, tylko po to, żeby nie przespać całego dnia. Telefon - nie odbieram, bo się rozbudzę. Dzwoni drugi raz, zrezygnowana unoszę rękę na porażającą wysokość pół metra nad poziom poduszki. Gosia krzyczy do słuchawki, że w sobotę jadę z nią na spotkanie blogerskie do Wrocławia, bo akurat zwolniły się dwa miejsca i ona zaraz dzwoni do Siulki i na 11 mam być gotowa. Przecieram oczy, próbuję zrozumieć o co chodzi, bo wiadomość dotarła do mnie może w 30%. Coś tam mamroczę, że tak w ogóle to miałam jechać nad jezioro i gdzie niby mamy jechać? I z jakiej okazji? Gosia z cierpliwością tłumaczy i koniec końców umawiam się z nią na sobotnią wycieczkę w nieznane (tak, nigdy nie byłam we Wrocławiu). Wstaję z łóżka, udaję się do toalety, spoglądam w lustro i co widzę? Czoło, na co dzień gładkie i bezproblemowe, jest usiane pryszczami. Dużymi, ropnymi, bleh. Myślę - ususzę i do soboty znikną, a ja będę wyglądać jak człowiek. W sobotę nie dość, że nie wyglądało to wcale lepiej, to efekt pogorszył się do stanu "wyglądam jakbym nadziała się na śrubokręt". Ale zachowuję spokój, w końcu pod makijaż idzie wszystko schować. Makijaż zrobiony, strój podróżny wciągnięty, torba spakowana, Siulka trąbi, potem trąbi Gosia. Podróż czas zacząć. Do przejechania ponad 160 km, pozytywnie nastawione wsiadamy do auta, otwieramy wszystkie okna i wjeżdżamy na autostradę podążając za instrukcjami Krzysztofa Hołowczyca. Na miejsce docieramy spocone, ze spłyniętymi makijażami, głodne jedzenia i głodne wrażeń. Doprowadzamy się do stanu używalności, w tym czasie reszta dziewczyn udaje się na spotkanie z fryzjerem. Po szybkiej dyskusji my stwierdzamy, że tę rozrywkę sobie odpuścimy i czas ten przeznaczamy na chwilę oddechu i szybki obiad. Po powrocie pozostałych uczestniczek spotkanie rozpoczyna się na dobre. Zamieniamy ze sobą kilka słów, zamawiamy drinki (przepyszne mojito!) i z uwagą wysłuchujemy prezentacji przedstawicieli kilku firm.
1. Pani ze Star Nail opowiada o profesjonalnych produktach do paznokci. 
2. Przedstawiciel Slice również przedstawia nam ofertę marki i obdarowuje nas kosmicznie wyglądającymi urządzeniami, które po bliższym obejrzeniu okazują się być pęsetami.
3. Przesympatyczna przedstawicielka Embryolisse. Po spotkaniu zgodnie z dziewczynami stwierdziłyśmy, że prezentacja wypadła bardzo amerykańsko.
4. Marta uważnie notuje wszystkie informacje.
5. Przepiękne siostry, czyli Natalia i Klaudia.
6. Pół - grupowe zdjęcie :)
7. Mojito klasyczne i truskawkowe, oba niesamowicie orzeźwiające.
8. Na stole na chwilę zagościły torby z upominkami, by za moment zniknąć pod stołem i zrobić miejsce na dalszą imprezę.
9. Losowanie prezentów, czyli Sara, Roksana i Marta w akcji. Marta wyciągnęła z puli moje nazwisko w momencie, kiedy losowane były....rolki BlackWheels. Jutro udaję się na pierwszą przejażdżkę, mam nadzieję, że nie połamię nóg!

Spotkanie było naprawdę sympatyczne, poznałam dziewczyny, których wcześniej nie miałam przyjemności znać. Plotkowałyśmy, dyskutowałyśmy o kosmetykach, z zachwytem grzebałyśmy w kuferki Gosi. Bardzo żałowałyśmy, że musiałyśmy uciekać dość szybko, ale czekała nas jeszcze długa droga powrotna, którą i tak byłyśmy mocno zestresowane, bo w drodze do Wrocławia, z racji bardzo wysokiej temperatury, autko zaczęło trochę wariować. (Tu mała anegdotka - zaczynają nam migać jakieś lampki, a to że silnik ma za ciepło, a to że chłodnica coś za bardzo się nagrzała. W aucie siedzą trzy kobiety i nie wiedzą co robić;. Dzwonię do taty, mówię co jest grane i pytam co robić. Fachowym tonem wyjaśnia, że gdzieś tam, jakieś kable, coś połączyć, uruchomić wiatrak. Krzyczę "tu są trzy baby, mów co mamy zrobić, żeby nie zepsuło się jeszcze bardziej". Odpowiedź mojego rodzica "poszukajcie szybko jakiegoś faceta". Koniec anegdotki.) Zanim ruszyłyśmy w podróż powrotną, wstąpiłyśmy na moment na wrocławski rynek. Trochę wstyd by było pojechać do Wrocławia i nawet rynku nie zobaczyć, choćby przelotem. Przyznaję, że ma swój urok. Dużo ludzi, ktoś puszczał ogromna bańki, ktoś kąpał się w fontannie. Klimat zgoła inny niż w moim mieście.
Podróż powrotna minęła nam o wiele spokojniej, obyło się bez niespodzianek, Gosia bezstresowo mknęła A4 i szczęśliwie dowiozła nas pod mój dom. Przepakowałyśmy auta, pożegnałyśmy się, a ja po szybkiej kalkulacji objętości moich rąk i siły moich mięśni, zadzwoniłam po tatę, żeby pomógł mi z "bagażem". I tu teraz następuje część "kontrowersyjna", jeśli wziąć pod uwagę wydarzenia i aferki, które w ostatnich dniach opanowały urodową blogosferę. Nie chcę pisać na ten temat osobnego posta, bo uważam, że szkoda na to miejsca na blogu, ale przy okazji tej relacji chciałam wtrącić krótką opinię dotyczącą tego wszystkiego, co może miałyście okazję czytać na blogach czy fb. Ja wychodzę z założenia, że jesteśmy ludźmi dorosłymi, myślącymi i mamy pełną świadomość decyzji, które podejmujemy. Jeśli komuś coś nie pasuje, ma z czymś jakikolwiek problem - nikt nie każe się angażować w sprawę. Mnie nikt nie zmuszał do podróży do Wrocławia, dostałam propozycję, zgodziłam się i pojechałam. Na spotkaniu dostałyśmy bardzo dużo prezentów. Na tyle, że musiałam dzwonić po wsparcie, aby wnieść to wszystko do domu. Czy mam z tym jakiś problem? Nie. Jestem człowiekiem, lubię dostawać prezenty. To co nie pasuje mi pod względem składu czy dopasowania do mojej cery rozdam rodzinie i koleżankom. Jestem pewna, że wszyscy się ucieszą. Całą resztę chętnie przetestuję, będę mieć poniekąd materiały do dalszych publikacji na blogu. Może przy okazji odkryję jakąś perełkę, gdy to się stanie - chętnie się podzielę z Wami moim odkryciem. Mogłabym tego tematu nie poruszać w ogóle, pokazać zdjęcia prezentów i podziękować sponsorom, ale to, czego nie lubię najbardziej, zaraz obok chamstwa, to hipokryzja. Tyle ode mnie w temacie. 


A co dostałyśmy w ramach upominków? Same dobroci, do dziś nie mogę się nadziwić, jakim cudem dziewczynom udało się zorganizować tak fajne kosmetyki - większość to dla mnie nowości, znalazłam w torbach również kilka kosmetyków, które bardzo chciałam wypróbować, ale nie miałam do nich dostępu czy odstraszała mnie wysoka cena.

Zdjęcia bardzo podglądowe, konkretniejsze znajdą się na pewno w recenzjach, gdy te się pojawią. Niesamowicie uszczęśliwiła mnie lokówka firmy Remington - być może w końcu robienie loków okaże się łatwiejsze. Bardzo ciekawa jestem też kosmetyków rosyjskich, lakierów Essie, których do tej pory nie znałam, kremu Fridge, który mnie fascynuje już od dłuższego czasu, bardzo ucieszyły mnie też pachnące kosmetyki od Bath&Body Works, do których nie mam dostępu. W paczkach znalazło się też trochę biżuterii (jej część już trafiła do mojej siostry), koszulka z Sinsaya, której na zdjęciu nie ma, ale którą właśnie na sobie mam :) Jest tego dużo, ale myślę, że jakoś to ogarnę, mam też w planach skompletowanie tzw. wyjazdowej kosmetyczki :) Póki co muszę posprzątać, bo moja komoda aktualnie wygląda tak:



Może widzicie na zdjęciach jakieś kosmetyki, które znacie i które możecie polecić? Przyznam, że z całej tej masy miałam wcześniej jedynie jeden kosmetyk i nie wiem nawet w co ręce włożyć ;) 

Lista uczestniczek spotkania:
Klaudia, kadik-babik.blogspot.com
Natalia, nataszkowiecbabik.blogspot.com
Anna, anuszka13.blogspot.com
Marta, youtube.com/user/msdoncellita
Sara, mishmashfashion.blogspot.com
Roksana, r-roksi.blogspot.com
Anna, modnania.blogspot.com
Natalia, fashionsmachines.blogspot.com
Maria, miss-shonali.blogspot.com
Gosia, youtube.com/user/margaaretkaa
Kasia, siulka.pl

no i ja :)

Sponsorzy upominków (celowo nie piszę sponsorzy spotkania ;]):


Atmosfera na spotkaniu była bardzo przyjemna, organizatorki dbały o nas, pytały jak nam się podoba. Z tego miejsca chciałam im bardzo podziękować za miłe spotkanie, a całej reszcie również przekazuję serdeczne pozdrowienia i mam nadzieję, że jeszcze uda nam się kiedyś spotkać - tym razem zapraszamy na Górny Śląsk :) 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 sie 2013

Wkrótce...


Dwie nowe pięknoty, ktoś zgadnie co to?
Już wkrótce prezentacja na licu :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...