WoleProstoHeader

31 lip 2013

Makijażowo - hit za grosze

Może nie dokładnie za grosze, ale za naprawdę niewiele. Będąc ostatnio przelotem w Naturze zajrzałam bez entuzjazmu do wyprzedażowych półek (choć nigdy nie udało mi się tam znaleźć nic sensownego). Tym razem jednak, w oczy rzuciły mi się pigmenty Essence z serii Breaking Dawn part 2. Kolory w opakowaniu wyglądały na całkiem ciekawe, a że kosztowały zaledwie 2,49 zł wzięłam wszystkie trzy, które były dostępne. Wczoraj poczyniłam już pierwsze ich testy i chciałam pokazać Wam efekty.
Kolory, które wrzuciłam do koszyka to Jacobs Protection czyli szara baza z mnóstwem wielokolorowego brokatu (piękny!), Alice had a Vision czyli głęboki, ciemny śliwkowy fiolet oraz Edwards Love czyli ciemna, choinkowa zieleń z lekką domieszką szarości (na swatchu trochę przekłamany odcień). Pigmenty, jak to sypkie cienie, lubią się trochę sypać, więc wszystkie trzy wklepywałam lekko zwilżonym pędzelkiem. Nakładane na sucho nadal są intensywne, ale tracą moc podczas rozcierania, a z szarości znika cały brokat. Natomiast przy nakładaniu na mokro tych problemów nie ma. Kolory są bardzo mocno napigmentowane, migoczące, idealne do mocnego makijażu oka. Nie wiem jak z ich trwałością, ale podejrzewam, że na bazie nie powinny się rolować czy znikać. Wczoraj miałam chwilę, więc zrobiłam na szybko dwa makijaże z użyciem fioletu i szarości z brokatem.
Do powyższego makijażu użyłam wklepanego na mokro Alice had a Vision. Pigment powędrował na górną ruchomą powiekę i na dolną, a następnie roztarłam go różowym cieniem. 
Tutaj z kolei całą powiekę górną (wyciągając ponad załamanie) i dolną pokryłam morskim cieniem a na ruchomą górną powiekę wklepałam szary brokatowy cień Jacobs Protection. Mieni się jak zwariowany.

Na zieleń szukam jeszcze pomysłu, bo solo go nie widzę, jak coś nim zmaluję to pokażę :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
30 lip 2013

Sleekowe trio do modelowania twarzy

Sleeka znam i bardzo lubię. Ich paletki to moje ulubione cienie, sympatią darzę również róże i szminki w kremie. Kiedy w ofercie firmy pojawiło się trio do konturowania, wiedziałam, że trafi do mojej kosmetyczki. Trafiło i zostało w niej na dłużej.
Trio zamknięte jest w charakterystycznej dla Sleeka czarnej kasetce z lusterkiem. Jak zwykle denerwuje mnie fakt, że kasetka bardzo szybko się brudzi i z reguły upaprana jest odciskami palców. Na odwrocie znajdziemy kilka informacji o produkcie oraz skład.

Moja wersja to Medium, czyli dla karnacji średniej. Początkowo miałam obawy czy czasem nie będzie za ciemna, jednak trafiłam idealnie. W środku znajdziemy bronzer o pięknym, czekoladowym odcieniu, róż (tu akurat to trochę nietrafione określenie) w kolorze złotawej miedzi i rozświetlacz o neutralnym odcieniu.

Pigmentacja produktów jest bardzo mocna, jednak używając miękkich pędzli na pewno nie zrobimy sobie krzywdy. Bronzer ma odcień idealny - jest matowy, ciemny, w odcieniu mlecznej czekolady. Takiego odcienia jeszcze w swoich rękach nie miałam, zazwyczaj bronzery były jaśniejsze, bardziej ciepłe. Ten jest po prostu idealny. Używam go pod kości policzkowe, żeby wymodelować twarz. Zdecydowanie jest zbyt ciemny, aby mógł udawać opaleniznę na całej twarzy, ale do modelowania jest idealny. Rozświetlacz i róż mają wykończenie satynowe, lekko błyszczące. Są bardziej miękkie i jeszcze lepiej napigmentowane w stosunku do bronzera. Rozświetlacz jest beżowy, czasem w zależności od światła sprawia wrażenie lekko złotawego, choć wg mnie jest to najbardziej neutralny odcień z możliwych. Nakładam go nad róż i bronzer oraz na środek nosa, czoła i brody, żeby rozświetlić skórę. Róż ma odcień nietypowy jak róż. Przez chwilę się go bałam, ale okazało się, że przy moim typie urody, taki kolor bardzo dobrze wygląda na policzkach. Nakładam go w ilościach niewielkich, nad bronzer. Dobrze wygląda przy opalonej lekko skórze i w towarzystwie złotawych czy rozświetlających makijaży oczu. 


Trwałość jak u Sleeka - bardzo dobra. Wszystkie trzy pudry nakładam na puder wykańczający makijaż. Nie zauważyłam, żeby robiły mi się plamy czy żeby kolor schodził z policzków. Pod koniec dnia może są jedynie odrobinę bledsze, ale wciąż trzymają się w miejscu i są widoczne. Nie odnotowałam również żadnych problemów z cerą podczas ich używania, a goszczą na mojej twarzy naprawdę często. 


Podsumowując - bardzo jestem z tego zestawu zadowolona i często go eksploatuję. To bardzo fajne rozwiązanie np. na wyjazdy, kiedy ogranicza nas miejsce w kosmetyczce - kasetka z trzema kosmetykami jest niewielka i zajmie mało miejsca. Ze mną ten zestaw na pewno pojedzie na wakacje i nie tylko :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 lip 2013

Makijażowo - turkus oprószony złotem

Ilość cieni do powiek: ciężka do zliczenia (ponad 10 paletek i pudełko pełne luźnych cieni), wena na malowanie: 0, kroki podjęte dla zmiany tej sytuacji:1, wielkie porządki:1, ilość przerw podczas sprzątania: 1546, ilość zapełnionych worków na śmieci: 3

Nie wiem czy to upały czy pospolite lenistwo, ale mój makijaż ostatnio jest mniej niż minimalistyczny. Korektor pod oczy, puder, kłaczki na brwi i tusz. I tyle. Sięgnięcie do pudła z cieniami, potem kolejny ruch ręką konieczny do podniesienia pędzli - komu by się chciało. Jednak wczoraj z racji zdenerwowania pewną opinią (nie znam się, to się wypowiem) i faktem, że akurat wychodziliśmy z Osobistym na spotkanie ze znajomymi (zrobiłam sałatkę gyros i z tego co wiem - dzisiaj wciąż wszyscy żyją; być może jest dla mnie nadzieja i kiedyś w końcu nauczę się gotować), postanowiłam przezwyciężyć siłę grawitacji i pomachać trochę pędzelkami. Miało być mocno, turkusowo i pasować do opalenizny. Efekt mi się spodobał. Na tyle, że wczoraj po powrocie z imprezy, celując wacikiem w oko (to nie takie łatwe, jak oczy się uparcie same zamykają), postanowiłam, że jak tylko ogarnę przeogromny bałagan w moim pokoju (patrz wyżej) to zrobię stepa i makijaż odtworzę, a także uwiecznię na zdjęciach, celem przekazania go szerszym rzeszom. 
Lecimy rzędami od lewej od prawej:
1. Na powiekę nakładam bazę pod cienie i całość pokrywam jasnym, matowym cieniem.
2. Połowę ruchomej powieki podkreślam matowym, turkusowym cieniem.
3. Drugą połowę podkreślam granatowym cieniem.
4. Załamanie powieki zaznaczam błyszczącym brązem.
5. Rozcieram brąz ku górze pomagając sobie złotawym cieniem.
6. Dolną powiekę zaznaczam tym samym brązem co załamanie powieki.
7. Wewnętrzny kącik rozświetlam złotem, tym samym złotem rozcieram brąz na dolnej powiece.
8. Przy samych rzęsach maluję miękką kreskę czarnym cieniem.
9. Tuszuję rzęsy.
Tak, czytam właśnie Dziennik Bridget Jones. Znalazłam właśnie swoje odbicie. 

Pozdrawiam,
Wymalowana w końcu Panna Joanna
26 lip 2013

E-makeupownia - numer 4

Widziałyście już nowy numer e-makeupowni? Jeśli nie - zapraszam KLIK! W magazynie tym razem królują gorące klimaty, wybierzemy się też w małą, makijażową podróż dookoła świata. Z racji tego, że podczas przygotowań do tego wydania, ja byłam w trakcie sesji na uczelni, mój udział w obecnym numerze nie jest tak duży jakbym chciała, ale i coś mojego autorstwa znajdziecie w środku :)
Ps. Dzisiaj w końcu skończyłam praktyki, daję sobie weekend na pozbycie się wstrętu do komputera i obiecuję, że wrócę na dobre :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 lip 2013

Dzikość kolorów od Max Factor

Ostatnio pokazywałam Wam tuszową nowość od Max Factor, dzisiaj natomiast chciałabym przedstawić Wam nowe cienie z tej samej kolekcji - Wild Shadow Pots.


Cieni jest 12 sztuk, mamy tu kolory bardziej spokojne, w odcieniach beżów, brązów czy szarości, ale i bardziej żywe, takie jak zieleń czy piękny, intensywny niebieski. Cienie zamknięte są w zgrabnych, zakręcanych opakowaniach. Wielki plus za przezroczystą nakrętkę - dzięki temu bez problemu wyłowimy z kosmetyczki konkretny cień. Cienie ważne są 36 miesięcy od otwarcia i zostały wyprodukowane w Irlandii. Ciężko opisać te cienie jako całość - ich jakość jest moim zdaniem bardzo zróżnicowana, więc najprościej będzie jak opiszę je Wam każdy z osobna.
101 - Pale Pebble - typowy, lekko satynowy nudziak, idealny do rozjaśniania łuku brwiowego czy wewnętrznego kącika oka. Dość twardy i suchy, mało miałki, nie osypuje się. Najlepiej nakładać go sztywnym, w miarę twardym pędzelkiem. Pigmentacja z serii "lekkich".
50 - Untamed Green - jeden z lepszych w tej kolekcji. Dobrze napigmentowana, żywa zieleń ze srebrnymi drobinkami. Pięknie wygląda na oku, świetnie komponuje się z niebieską tęczówką. Cień jest dość miękki, miałki, dobrze nabiera się na pędzle. 
10 - Ferocious Black - ciemnoszary/czarny, bardzo dobrze napigmentowany cień. Napakowany sporą ilością srebrnych drobinek. Miękki, podobny w konsystencji do zieleni. Świetny do smoków czy roztartych, miękkich kresek. Lubi się czasem osypywać, więc trzeba uważać.
60 - Brazen Charcoal - jedna z ładniejszych szarości w moim zbiorze. Pigmentacja średnia, ale i kolor w sumie mało intensywny. Konsystencja taka pół na pół - ani miękki, ani twardy. Najlepiej nakładać go na mokro, wtedy zyskuje piękny błysk. Bardzo lubię nakładać ten cień na całą powiekę.
45 - Sapphire Rage - zdecydowanie najlepszy cień z całej kolekcji. Bardzo mocno napigmentowany niebieski z delikatnymi drobinkami. Miękki, dobrze zmielony, świetnie nabiera się na pędzle i nakłada na powiekę. Na mokro zyskuje na mocy, ale i na sucho sporo można nim zdziałać. Często nakładam go na dolną powiekę przy lekko podkreślonej brązami górnej.
25 - Savage Rose - również bardzo lubiany przeze mnie cień. Połyskujący róż, dość chłodny, czasem wpadający w beżowo - łososiowe nuty. Miękki, lekko osypujący się. Dobrze wygląda w towarzystwie Brazen Charcoal.
107 - Burnt Bark - kolejny ulubieniec. Chłodny brąz, satynowy. Miękki, dobrze napigmentowany. Nadaje się do szybkiego makijażu - wystarczy nałożyć go na całą ruchomą powiekę i spojrzenie jest ładnie podkreślone.
116 - Wicked White - zdecydowanie najsłabsza sztuka. Biała, delikatna perła, o bardzo średniej pigmentacji. Cień jest twardy, ciężko go nabrać na pędzel.
20 - Golden Amazon - przyjemne, lekko oliwkowe złotko. Fajnie prezentuje się w duecie z brązem i przy opalonej skórze. Konsystencja ponownie taka fifty - fifty, ale na twardszy pędzelek bez problemu można go nabrać.
65 - Defiant White - kolejny słabszy cień i ponownie biel. Tym razem mocno drobinkowa, na skórze zostawiająca w zasadzie sam ten błyszczący pył. Raczej twardsza, ale nie aż tak jak Wicked White, z osypującymi się drobinkami. 
55 - Feral Brown - śliczny rudy brąz o rewelacyjnej pigmentacji. Pewnie nie do każdego typu urody, ale ja się z takimi odcieniami bardzo lubię. W opakowaniu wygląda jakby miał dużo srebrnych drobinek, ale na oku są one niemal niewidoczne. Cień jest miękki i dobrze się go nabiera, nakłada i rozciera. 
05 - Fervent Ivory - bardzo podobny do Pale Pebble, ale bardziej miękki, lepiej napigmentowany i bardziej drobinkowy. Świetnie nada się do mocniejszego rozświetlenia oka, świetnie wygląda przy podkreśleniu nim całej powieki i mocno wytuszowanych rzęsach. 

Swatche bez bazy, na sucho:

górny rząd od lewej: 10, 45, 25, 50, 101, 116
dolny rząd od lewej: 60, 55, 107, 20, 05, 65


Jak widać cienie są mocno zróżnicowane pod względem jakości. Ja od siebie polecam niebieski, zielony, rudawy, jasną szarość, oliwkowe złoto i chłodny brąz. Reszta poruszyła mnie nieco mniej, natomiast oba białe cienie zdecydowanie odradzam. Czerń również jest dość ciekawa, ale tylko wtedy, gdy lubicie mocno drobinkowe cienie. Oba beżowe cienie są raczej przeciętne, ale jak ktoś nie ma dużych wymagań to również dadzą radę. 

Cienie nakładałam zawsze na bazę i trzymały mi się bardzo dobrze. Nie rolowały się, nie schodziły ani nie blakły. Problem pojawiał się przy czerni, jaśniejszym cielaku - z racji sporej ilości drobinek, często znajdowałam je pod okiem, na policzkach. Na całe szczęście dość łatwo można się ich pozbyć, niemniej jednak trochę mnie to denerwowało. Często też nakładałam niektóre odcienie na mokro - wtedy zwiększała się nie tylko ich pigmentacja, ale również błysk. Poniżej możecie zobaczyć kilka przykładowych makijaży z zużyciem tych cieni:
Podsumowując - z cieni jestem zadowolona połowicznie, przy czym połowę cieni bardzo polubiłam i na pewno będę z nich często korzystać, a pozostała połowa specjalnie mnie nie porwała. Cienie kosztują około 30 złotych. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 lip 2013

Wkrótce...

Szykuję dużego posta o mojej pielęgnacji włosów - ciekawe?:)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 lip 2013

Dzika objętość od Max Factor

Elementem obowiązkowym w moim makijażu zawsze były podkreślone rzęsy, mogę spokojnie wyjść z domu bez podkładu, ale tuszu do rzęs nie odpuszczę. Przez moje ręce przewinęło się już ich tyle, że pewnie nie byłabym w stanie zliczyć. Jedne pasowały moim rzęsom bardziej, inne mniej. To czego wymagam od tego kosmetyku to uniesienie, podkręcenie, wydłużenie i w miarę staranne rozdzielenie rzęs. Nie lubię jak robią mi się owadzie nóżki, jak tusz zamiast na rzęsach błąka się pod oczami, jak spływa pod wpływem kropli wody. Bliski ideału pod względem efektu był zielony tusz Wibo, jednak zaczęło mnie denerwować, że jego żywotność wynosiła jakieś 2 tygodnie, po czym zaczynał wysychać, przez co się kruszył, a po miesiącu był już w zasadzie do kosza. Moim ostatnim odkryciem był tusz Clump Defy od Max Factora. Używałam go ponad 3 miesiące i dopiero przed kilkoma dniami stwierdziłam, że wystarczy już tej eksploatacji i z żalem się z nim pożegnałam. Robił wszystko to, czego chciałam, a jego wydajność niesamowicie mnie zaskoczyła. Kiedy więc niedawno trafiła do mnie kolejna tuszowa propozycja od Max Factora, czułam, że się nie zawiodę. I nie zawiodłam się.
Wild Mega Volume to nowość w asortymencie Max Factora. Tusz zamknięty w radośnie zielonym opakowaniu kryje w sobie szczoteczkę z miękkiego włosia (żadne silikony czy plastiki) - tego rodzaju szczoteczki lubię najbardziej. Szczoteczka jest ciekawie wyprofilowana - w kształt zbliżony do ósemki. Tusz ma za zadanie nadać naszym rzęsom maksymalnej objętości i pokryć je głęboką czernią. Po samym kształcie szczoteczki wiedziałam już, że na pewno będzie pięknie podnosić i podkręcać rzęsy. I rzeczywiście - w tym względzie maskara sprawuje się na medal. 
Początkowo tusz wydawał mi się nieco zbyt mokry, ale wystarczył tydzień, żeby nabrał odpowiedniej konsystencji - do tej pory spotkałam się tylko z jednym tuszem, który od razu miał idealną konsystencję i był to wspomniany wyżej Clump Defy. Przez otwór w opakowaniu nabiera się optymalna ilość kosmetyku - nie za dużo, nie za mało. Ten otworek lubi się nieco brudzić, ale przy jasnym opakowaniu to w zasadzie nic dziwnego. Kształt szczoteczki i jej wielkość bardzo mi odpowiada. Łatwo nią manewrować i bez problemu dociera nawet do rzęs w kącikach oka. Średnio maluje mi się nią natomiast dolne rzęsy, aczkolwiek jest to dla mnie bez większego znaczenia, ponieważ dolnych rzęs przeważnie nie podkreślam w ogóle. Już pierwsza warstwa sprawia, że rzęsy stają się widoczne, uniesione, wydłużone i bardzo czarne. Jest to dla mnie pozytywne zaskoczenie, bo rzadko trafiam na tusz, który po dosłownie jednym przejechaniu szczoteczką po rzęsach od razu jest tak widoczny w działaniu - przeważnie trzeba się trochę bardziej namachać. Dołożenie drugiej warstwy pogłębia efekt, ale trzeba jednak z tym uważać - na moich rzęsach lepiej wyglądała pierwsza warstwa, z racji tego, że nie było wtedy tak mocno widać pogrubienia rzęs, a taki efekt właśnie najbardziej lubię. Druga warstwa sprawia, że spełniona zostaje podstawowa obietnica producenta, czyli wspomniane już pogrubienie. Czyli przyczepić się nie można, natomiast dawkować sobie tusz należy w zależności od preferencji. Mnie tusz lubi się czasem odbić na górnej powiece, ale nie jestem w stanie stwierdzić czy to kwestia szczoteczki czy mojej opadającej powieki, ponieważ zdarza mi się to niemal przy każdym tuszu. W ciągu dnia się nie kruszy, nie spływa pod wpływem łzawiących oczu. 
Poniżej zdjęcia prezentujące tusz na rzęsach:
Jak widać na załączonych obrazkach - efekt jest widoczny, ale nie przesadzony czy teatralny. Taka wersja idealna jest na co dzień - solo czy do jasnego makijażu. Gdy chcemy optymalnie uwidocznić rzęsy wystarczyć dołożyć kolejną warstwę:
Podsumowując - ja jestem tym tuszem szczerze zachwycona, dla mnie daje optymalny efekt. Ponadto używam go już jakąś chwilę i jego właściwości (po tym pierwotnym podeschnięciu w pierwszym tygodniu) się nie zmieniają, więc liczę, że posłuży mi równie długo jak Clump Defy. Z tego co widziałam zbiera bardzo dobre noty na KWC (KLIK), więc widać, że nie tylko ja tak bardzo go polubiłam. Na jego korzyść przemawia również cena - kosztuje 35 złotych, a więc nieco mniej niż pozostałe tusze tej marki. Ja najprawdopodobniej sięgnę po niego ponownie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lip 2013

Lampo, lampo, powiedz przecie - kto świeci najjaśniej na świecie?

Nabytek bardzo świeży, mocno wyczekiwany i postawiony przed szeregiem moich wymagań. Nie wiem czy już kiedyś Wam o tym pisałam, ale mam bardzo, ale to bardzo ciemne mieszkanie. Z racji tego, że mamy kolorowe ściany (u mnie dość ciemny, chłodny fiolet, u rodziców turkus, kuchnia w kolorze ciemnego aloesu itd.), w większości wysokie meble, dużo drzew za oknem, efekt jest taki, że czasem aby zrobić jasne zdjęcie musiałam biegać od okna do okna z lustrami, domowej roboty blendami i to i tak nie zawsze gwarantowało sukces. O ile w warunkach na zewnątrz mój aparat sprawdza się świetnie, tak w ciemnych pomieszczeniach lubi niestety strzelać fochy. Pewnego dnia, gdy klęłam na czym świat stoi, bo makijaż na konkurs poszedł do kosza, wpadł mi do głowy zakup lampy pierścieniowej. Że niby będzie jaśniej, mniej nerwowo, może ostrzej, nie trzeba będzie czekać ani na pogodę ani na dobrą porę dnia, no i te fajne błyszczące kółeczka w źrenicach. Pomysł przedyskutowałam z moim Osobistym, poczytał, stwierdził, że niegłupie. Podobno te wszystkie lampy to jedno i to samo, ale wolałam się poradzić moich niezawodnych dziewczyn z e-makeupowni i zapytać je o zdanie. I tu po raz kolejny trafił mi się tzw. farcik - Eweska zaproponowała, że może odsprzedać mi swoją lampę. No i skorzystałam. Wczoraj lampa do mnie dotarła, rzuciłam się więc do odpakowywania (a Ewes najwyraźniej bardzo bała się o bezpieczny transport lampy, bo tak solidnie ją opakowała, że mordowałam się z 15 minut). Wczoraj i dziś poczyniłam pierwsze próby i mogę stwierdzić tylko jedno - jestem skończonym debilem. Nie mam pojęcia czemu wcześniej nie wpadłam na pomysł zaopatrzenia się w taką lampę. Naprawdę.
Moja wersja to lampa pierścieniowa fluorescencyjna ze światłem stałym 28W. Jest spora (prawdę mówiąc - byłam przekonana, że będzie mniejsza) - spokojnie mieści się w jej średnicy duży aparat. Lampa ma wygodny "uchwyt"/"rączkę", który/która jest bardzo elastyczna i wygina się pod dowolnym kątem (coś jak przy lampkach biurkowych). Uchwyt ten montujemy na statywie i możemy pstrykać. Proste. Mój statyw akurat ma jakąś nie taką wypustkę i o ile aparat się montuje na nim świetnie, tak lampa ni cholery nie weszła. Ale w końcu jestę inżynierę, więc statyw do lampy zmontowałam w jakieś 30 sekund przy użyciu krzesła i sznurówki. Poniżej pokażę Wam kilka porównań zdjęć z/bez lampy. Lewa strona to oczywiście sam aparat (na ustawieniach takich, żeby robił jasne zdjęcia), prawa - z lampą na tych samych ustawieniach aparatu. Wszystkie zdjęcia są surowe, więc nie patrzymy na wory pod oczami itp. :)

 
Widać różnicę? Mam nadzieję, że lampa pozwoli mi zaoszczędzić tyle czasu ile liczę, o wiele mniej czasu będę musiała poświęcać na obróbkę zdjęć. Jeszcze dwie foty, takie ot, bawiłam się :)
Moje oko i cienie Max Factor w akcji:


Moja siostra i jej zielone oczy (tak, wiem - nie jesteśmy do siebie ani trochę podobne :P):


Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 lip 2013

Lipcowy ShinyBox

Tak, tak, u mnie też :) Pewnie widziałyście już zawartość na blogach pozostałych subskrybentek/ambasadorek ShinyBoxa - nie pospieszyłam się dzisiaj jakoś specjalnie, ale wciąż cierpię na lekką awersję do komputera. Jednak zebrałam się w sobie i przybywam z krótką relacją na temat lipcowego pudełka. 
Po pierwsze - smutno mi, że ShinyBox powtórnie stał się biały. Wersja jubileuszowa podobała mi się o wiele bardziej. Te kolorowe paseczki, ten brązowy dół. Jakoś tak ładniej było. Teraz też brzydko nie jest, niemniej jednak to pudełko najprawdopodobniej jakoś stuninguję. ShinyBox od samego wejścia zaleca nam "cieszyć się latem" - ja się bardzo cieszę, ale przysięgam - jeszcze raz zdarzy się tak, że od poniedziałku do piątku będzie piękna pogoda, a potem na weekend się zesmoli, to mi żadna ilość kosmetyków nie pomoże i wkurzę się konkretnie. Ale próbujemy nastawiać się pozytywnie, w życiu potrzebne jest pozytywne myślenie, bo inaczej człowiek robi się nerwowy, a na czole wyrasta wielka, pozioma zmarszczka od myślenia nad sensem życia. 
Tym razem pudełko zawiera łącznie cztery pełnowymiarowe produkty i cztery miniatury. Zawartość oceniam wstępnie jako obiecującą - na pewno sześć na osiem kosmetyków wypróbuję z dużą chęcią. Bardzo ciekawi mnie woda termalna z Uriage, kosmetyki z Grashki - moja baza pod cienie powoli dogorywa, a cień ma mój kolor, lakier z Wibo (który w komplecie z duo cieni Wibo był prezentem do lipcowego pudełka) w pięknym miętowym kolorze najpewniej zagości na stopach (nie chcecie wiedzieć jak wyglądają moje paznokcie u dłoni...robię im detoks totalny, licząc, że w końcu pozbędę się przykrych wspomnień po "odżywce" sami-wiecie-której), kosmetyki z L'oocitane o pięknym zapachu werbeny i cytrusów już miałam okazję poznać, ale chętnie znów zużyję mleczko do ciała i żel pod prysznic, bo bardzo mi kiedyś tam dawno przypadły do gustu. Krem do mycia twarzy i ciała z Uriage jakoś mnie nie porwał, liczyłam, że trafi mi się druga wersja, czyli krem, który też już znam i mile wspominam. Cienie z Wibo to trochę nie moja bajka ze względu na kolory, ten duecik najpewniej powędruje do mojej cioci, która bardziej niż ja lubuje się w niebieskościach (tzn. ja nie lubię wcale, a ona bardzo). 
Podsumowując - mnie się box podoba, zawartość uważam w większości za udaną. Ośmielę się zaryzykować stwierdzenie, że z tego boxa jestem troszkę bardziej zadowolona niż z czerwcowego, ale najpierw muszę sprawdzić te kosmetyki w akcji :)

A Wam jak podoba się zawartość?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 lip 2013

Kosmetyczny duet do stóp na ciepłe dni

Kosmetyków (a zwłaszcza kremów) do stóp mam bardzo dużo, podczas weekendowych wielkich porządków (dwa worki śmieci) natknęłam się na dwa, o których jeszcze nie pisałam, a które bardzo lubię. Oba produkty to znana mi świetnie firma Floslek. 
Latem kosmetykiem niezbędnym jest dla mnie spray/dezodorant do stóp. Z racji wysokich temperatur, butów noszonych na gołą stopę kosmetyk taki stosuję za każdym razem gdy wkładam buty. Czego oczekuję po tego typu kosmetykach? Uczucia świeżości, niwelowania potliwości stóp. Czy Odświeżający dezodorant do stóp Flosleku spełnia te zadania? Spełnia i to bardzo dobrze. Ma bardzo odświeżające działanie - nie daje co prawda uczucia chłodu, ale jest taki przyjemny, mentolowy zapach sprawia, że czuć świeżość. Bardzo dobrze spełnia najważniejsze zadanie jakie przed nim stawiam - zmniejsza problem z poceniem stóp. Mój problem w tej kwestii jest raczej przeciętny, jednak wiadomo, że latem takie problemy stają się bardziej uporczywe. Działanie tego kosmetyku czuć kilka godzin po aplikacji. Oprócz eliminowania problemu samego w sobie, kosmetyk zapewnia ochronę pośrednią - mentolowy zapach skutecznie niweluje nieprzyjemne zapachy. Opakowanie jest bardzo poręczne - lekka, plastikowa butelka o pojemności 150 ml ma wygodny, niezacinający się psikacz. Kosmetyk jest bardzo wydajny - używam go odkąd nastał sezon "baletkowy" i widzę jak powoli znika (wciąż mam ponad połowę butelki). Nie jestem w stanie ocenić jego działania przeciwgrzybicznego ponieważ nie borykam się z takimi problemami. Pękania taki produkt raczej nie jest w stanie wyeliminować, tu lepiej sprawdzą się kremy, tarki itp.
Podsumowując -dla odświeżenia przy problemie potliwości stóp lub nawet i bez niego - świetny. Koszt to niecałe 16 złotych.
A jeśli już o kremach do stóp mowa:
Krem, który widzicie na zdjęciu wyżej zużyłam już jakiś czas temu. Sobie zostawiłam pół opakowania, druga połowa powędrowała do mojej cioci, więc poniższa opinia będzie poniekąd naszą wspólną. Krem do stóp i pękających pięt zapobiegający rogowaceniu i pękaniu pięt to kosmetyk, któremu postawiłam wysoką poprzeczkę, z racji tego, że moje pięty są chyba najbardziej irytującą mnie częścią mojego ciała. Mimo smarowania, dbania i chuchania moje pięty są niemal kwadratowe, z dnia na dzień potrafią mi popękać jak wściekłe. Moczenie stóp, tarkowanie, nawilżanie to moje regularne zabiegi. Ten krem spisał się naprawdę dobrze i po skończeniu połówki opakowania nawet chciałam kupić go ponownie, jednak w tym czasie dostałam inny krem no i w końcu pomysł zarzuciłam (ale pewnie do niego jeszcze wrócę). Krem bardzo wyraźnie pachnie olejkiem z drzewa herbacianego, mi ten zapach nie przeszkadza, bo sam, czysty olejek często stosuję w pielęgnacji, więc jestem przyzwyczajona, natomiast wiem, że może drażnić. Dobrze natłuszcza, pozostawia na skórze lekki film, skóra jest po użyciu gładsza, bardziej miękka. Wiadomo, że pęknięć nam nie poskleja, ale bardzo łagodzi istniejące już stany i przyspiesza ich gojenie. W składzie rzeczywiście znajdziemy wspomniany już olejek, który jest znany ze swoich właściwości antybakteryjnych, więc przy problemach grzybicznych prawdopodobnie również mógłby pomóc. Jest dość gęsty, przez co całkiem wydajny. Miękka tubka mieści w sobie 100 ml produktu i kosztuje około 10 złotych. Podsumowując - mi odpowiadał bardzo, gdyby nie ogromne zapasy kremów do stóp to kupiłabym go ponownie. 

Ps.Wiem, że miało mnie być więcej na blogu, a w ostatnich dniach znów był tu mały zastój, ale trafiłam na najnudniejszą praktykę świata, gdzie przez kilka godzin siedzę i klepię w komputer - efekt jest taki, że na komputer patrzeć już nie mogę, a i mój kręgosłup dość mocno się buntuje. Na szczęście już jutro podobno koniec z przepisywaniem umów, więc liczę, że dojdę w końcu do siebie :) 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 lip 2013

O kosmetykach z Shiny Boxa słów kilka

Minął już niemal miesiąc odkąd trafiło do mnie moje pierwsze pudełko Shiny Box, nastał więc dobry moment, żeby napisać kilka słów na temat kosmetyków które znalazłam w środku. Będą to raczej takie mini - recenzje, pierwsze wrażenia i ocena typu "czy sama kupiłabym ten kosmetyk". Czerwcowe pudełko prezentowało się następująco:


Z pięciu kosmetyków, które znalazłam w pudełku, nie zachwyciły mnie dwa z nich i to od nich zacznę.


Maska trafiła mi się w wersji oczyszczającej i choć początkowo nawet się ucieszyłam, bo miałam ostatnio problemy z cerą, to radość szybko minęła. Maska nie zrobiła po prostu nic. Maska jest w formie nasączonego płata, który nakładamy na twarz i leżymy sobie i czekamy na efekty. Tu efektów nie było, plus taki, że maska była dość zimna, a akurat był straszny upał, więc rozgrzana skóra została trochę ukojona. Może ten brak efektów to trochę wina niedopasowania rodzaju maski do typu skóry, pewnie z wersją nawilżającą polubiłabym się bardziej.


Pomadka Manifesto firmy Paese trafiła do mnie w wersji 901 - czyli bardzo jasnego, nudziakowego odcienia. Początkowo się ucieszyłam, że taki delikatny kolor, ostatnio zdecydowanie częściej używam takich lekkich kolorów niż np. czerwieni. Pomadka ma dość fajną konsystencję, po zrobienia swatcha na ręce liczyłam, że efekt na ustach będzie równie przyjemny. Niestety - z racji tego, że pomadka w płynie jest dość gęsta, a kolor jest bardzo jasny, ciężko ją równomiernie nałożyć na usta. Podejrzewam, że przy ciemnych kolorach byłoby lepiej, tu niestety widać każdą smugę, pomadka wchodzi we wszystkie bruzdy. Miałam do niej chyba ze trzy czy cztery podejścia i za każdym razem był ten sam problem. Kończą mi się powoli pomysły jakby ją nakładać, żeby było dobrze...jakieś sugestie?? Znając już kłopoty z aplikacją, pewnie skusiłabym się na jakiś ciemniejszy kolor, łatwiejszy do opanowania.


Bardzo lubię wszelkie suche szampony, moim zdaniem to świetny sposób na odświeżenie fryzury, przy moich przetłuszczających się włosach sprawdzają się naprawdę dobrze. Spray z Kms California jest połączeniem lakieru z suchym szamponem. Bardzo byłam ciekawa jego działania i nie zawiodłam się. Świetnie odświeża fryzurę i jednocześnie trzyma ją w ryzach. Po użyciu włosy są uniesione u nasady, wyglądają na bardziej "puszyste". Nie jest to może efekt, który trzyma się dwa dni, ale w sytuacjach awaryjnych na kilka godzin, czy nawet profilaktycznie - daje radę. Jedyny minus to fakt, że nie jest zbyt wydajny, te 75 ml zużyłam w niecały tydzień. Z tego co widziałam, produkty tej firmy do najtańszych nie należą, ja pewnie zdecydowałabym się na alternatywną, tańszą wersję, z racji tego, że tego typu produkty bardzo szybko się zużywają.


Krem do stóp firmy Organique polubiłam bardzo, stoi sobie nawet koło łóżka, żebym o nim pamiętała co wieczór. Ma przyjemny zapach, bardzo odświeżający. Nakładany na skórę daje efekt chłodzenia, dzięki czemu świetnie sprawdza się podczas upałów. Nawilża przyzwoicie, przy mojej problematycznej, suchej skórze i pękających piętach daje radę. Wydajność ma dobrą, choć u mnie akurat kremy do stóp idą jak woda :) To mój pierwszy kosmetyk tej firmy i zdecydowanie zachęcił do mnie do przejrzenia ich asortymentu.


Ostatni kosmetyk to peeling cukrowy firmy Green Pharmacy. Moja wersja to Miód i Rooibos - pachnie obłędnie, jak prawdziwy miód. Ma całkiem ostre drobinki, które niestety dość szybko rozpuszczają się na skórze. Jest śliski, ale jednocześnie zbity, łatwo wydobyć go z opakowania i nałożyć na skórę. Efekt wygładzenia skóry jest odczuwalny - skóra jest miękka, gładsza, śliska. Nie wiem niestety na ile to zasługa rzeczywistego zdzierania martwego naskórka, a na ile parafiny obecnej w składzie, która lubi dawać właśnie takie złudne uczucie. Znika z opakowania dosyć szybko - z racji tego, że drobinki się szybko rozpuszczają, zużywa się trochę szybciej niż by mógł. Firmę Green Pharmacy lubię, pewnie gdybym zobaczyła go w drogerii to bym po niego sięgnęła.

Podsumowując - box całkiem udany, z kosmetyków w większości jestem zadowolona :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
9 lip 2013

Kosmetyczny orgazm, czyli eriskowe paczki w natarciu

Jeszcze nigdy, przenigdy, moja kosmetyczna dusza nie czuła się tak rozpieszczona jak dnia dzisiejszego. Panie Eriski uszczęśliwiły mnie paczkami tak dużymi, że aż musiałam poprosić kuriera o wniesienie obu kartonów do mieszkania. Nie wiem czym się smarować w pierwszej kolejności...

Set z nowościami:




I kosmetyki dobrane specjalnie do mojej skóry:




Jutro szykuje się wielkie sprzątanie w szafkach z kosmetykami :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 lip 2013

Trochę blasku

Zimą zawsze sięgam po chłodne, wręcz lodowe rozświetlacze, mieniące się srebrnymi kryształkami dobrze komponują się z chłodnym różowym czy czerwonawym rumieńcem. Latem natomiast, gdy moja skóra nabiera ciemniejszego koloru (opalam się na ciemny brąz wpadający mocno w żółty odcień, co jest ciekawe biorąc pod uwagę, że zimą mam kolor mleka ;]), chętniej wybieram cieplejsze rozświetlacze, wpadające w złoto i lepiej wyglądające w towarzystwie skóry muśniętej bronzerem. Dziś chciałabym pokazać właśnie taki złoty rozświetlacz, który ostatnio coraz częściej gości na moich policzkach.


Mowa o pasiastym rozświetlaczu Peach Shimmer firmy Sleek, który posiadam w wersji wkładu. Ciężko było uchwycić jego kolor na zdjęciach, w rzeczywistości paski wydają się wpadać w odcień chłodnego złota, jednak po nałożeniu na skórę złoto zdecydowanie bardziej wpada w ciepłe nuty. 


Kosmetyk daję piękną taflę, ale trzeba bardzo uważać z ilością, ponieważ jest mocno perłowy, więc najlepiej nakładać go oszczędnie, miękkim pędzlem, ewentualnie na koniec jeszcze rozetrzeć. Nie jest to produkt nadający się do konturowania twarzy, na to jest zbyt jasny, zbyt błyszczący, zbyt mało brązowy i zbyt bardzo złoty. Idealnie sprawdza się natomiast nałożony na szczyty kości policzkowych czy do muśnięcia dekoltu. Dobrze wygląda w towarzystwie mocno podkreślonych bronzerem policzków. Puder ma dość miałką, jakby mokrą konsystencję, łatwo nabiera się go na pędzel, nie pyli.


Na powyższym zdjęciu widać jak mocny daje blask po delikatnym przejechaniu po nim palcami, niżej z kolei możecie zobaczyć, jak wygląda jak już go rozetrzemy.


Trwałości nie mogę nic zarzucić, na mojej skórze trzyma się spokojnie kilka godzin (5-6). Nie spowodował u mnie żadnego uczulenia czy zapchania. Jego wydajność jest bardzo duża, na pewno jeszcze długo nie dobiję dna. Oryginalne produkt zapakowany jest w czarną kasetkę z lusterkiem, a gramatura to 8,2 g. Cena to około 30 złotych. 

Nie jest to może mój  ulubiony rozświetlacz, jednak ostatnio, gdy udało mi się w końcu złapać trochę koloru, często jest w użyciu. Do nakładania używam pędzla z Essence do różu, ma on na tyle miękkie włosie, że wystarczy, że musnę nim rozświetlacz, strzepnę i przejadę po policzkach - subtelny złoty błysk gwarantowany.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 lip 2013

Serialowe Love - sitcomy

Cześć, jestem Asia i jestem serialomaniaczką. Można powiedzieć, że jestem na tym punkcie nieźle świrnięta, gdy "odkryję" jakiś serial, to tak długo nad nim ślęczę, aż będę mogła śledzić go na bieżąco. Efekt jest taki, że jest 2 nad ranem, a ja muszę obejrzeć "jeszcze jeden odcinek". Nie ma nic gorszego niż być w tyle i usłyszeć od życzliwego kolegi co stanie się 10 odcinków później. Jako, że nastał okres wakacji, pewnie wiele z Was ma teraz więcej czasu niż w ciągu roku szkolnego/akademickiego, więc pomyślałam, że zrobię taki krótki przegląd przez oglądane przeze mnie seriale. Jako, że post wyszedłby zdecydowanie zbyt długi, gdybym miała opisywać wszystko co oglądam, seria będzie podzielona na kilka części (odcinków :P). Dziś startujemy z częścią pierwszą. 



Serialem, który jako jedyny widziałam  w całości już kilka razy jest "Friends". Od paru lat utarła mi się taka tradycja, że gdy nadchodzą wakacje, ja wracam do "Friendsów" i oglądam ich od początku do końca. Wydaje się tego dużo, bo aż 10 sezonów, jednak odcinki są krótkie (20 minut), więc leci szybko. I tak co rok. W tym roku jeszcze nie wystartowałam z maratonem, mam zamiar zrobić to dzisiaj, jak tylko skończę pisać tę notkę.
Serialu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, to opowieść o grupie przyjaciół mieszkających po sąsiedzku w Nowym Jorku. Przesiadają w kawiarni Central Perk, w mieszkaniu Moniki i Rachel (później - Moniki i Chandlera). Najbardziej zaskakuje mnie fakt, że wśród swoich znajomych jestem w stanie znaleźć odbicie dokładnie każdej jednej postaci. Uwielbiam pedantkę Moniką, uwielbiającą sprawować kontrolę nad wszystkim i wszystkimi, uwielbiam Rachel, która wprowadza sporo zamieszania wśród grupy i lubuje się w ładnych ubraniach i butach, uwielbiam Phoebe, typową blondynkę, którą najprawdopodobniej chciałabym udusić, gdyby była taka wśród mojej bliskiej paczki. Nie mniejszą sympatią darzę trzech panów - lekko głupkowatego Joey'ego o dobrym sercu, sarkastycznego i kpiącego Chandlera oraz pociesznego Rossa. Dla mnie to jeden z najlepszych seriali, moje top 3, zawsze poprawia mi humor i pewnie jeszcze nie raz i nie dwa będę do niego wracać.
Big Bang Theory to serial, z którym się chyba najbardziej utożsamiam. Penny jest moim niemal idealnym odzwierciedleniem, zagubiona wśród świata naukowców, związana z jednym z nich i nie rozumiejąca ani słowa z tego, co do niej mówią. Często łapię się na tym, że będąc na piwie z moim chłopakiem i jego znajomymi, gdy zaczynają rozmawiać o swoich studiach, mam dokładnie ten sam wyraz twarzy co Penny (w zasadzie zawsze :P). Serial jest świetny,  nie da się nie polubić kolorowego maminsynka Howarda, Rajesha, który nie potrafi odezwać się w towarzystwie kobiet (chyba, że jest po alkoholu), szalonego Sheldona z jego licznymi maniami i niechęcią do jakichkolwiek kontaktów cielesnych z innymi ludźmi, Leonarda zapatrzonego w swoją dziewczynę i ledwie wytrzymującego dziwactwa swojego współlokatora. Niemniej sympatyczne są dwie "świeższe" bohaterki - Bernadette, żona Howarda o wyjątkowo irytującym, piskliwym głosie i Amy, "dziewczyna" Sheldona urwana jakby z innego pokolenia i w swoich dziwactwach niesamowicie zgrana ze swoim niemniej dziwnym chłopakiem.
Serial zawsze oglądam ze swoim chłopakiem, to taki "nasz" serial, zawsze żałuję, że odcinek trwa tylko 20 minut i chcę więcej.
How I met your mother zaczęłam oglądać za namową mojego chłopaka i dość szybko się wciągnęłam. Pamiętam, że jak zaczynałam to akurat trwała sesja, ale absolutnie nie przeszkodziło mi się to zrównać z bieżącymi odcinkami. Przyznam, że serial w pewnym momencie nieco mi się nudził, ale w końcu za nami już 8 sezonów, ten ostatni był już mocno względny, ale przecież muszę się dowiedzieć jak to koniec końców było z tą matką. Polecam jednak głównie ze względu na pierwsze 6-7 sezonów, bardzo przyjemne, zabawne i idealne na nudne wieczory. Wyjątkowo zgrana para, Lily i Marshall nieustannie wspierają Teda w poszukiwaniu tej jednej jedynej, Robin, po tym jak już przestała być tą chwilową jedną jedyną, również dołącza do grupy wsparcia. Wieczny kawaler (jak się okazuje - już niedługo) Barney odziany w garnitur i jego liczne metody na podryw to kolejny jasny punkt tego serialu. Kolejny serial, który skupia się na grupie oddanych sobie przyjaciół, zabawnych sytuacjach i życiowych zawirowaniach. Lubię bardzo, choć przyznaję, że to dobrze, że zbliżający się dziewiąty sezon będzie ostatnim.

Tyle na dziś, ciekawa jestem czy znacie powyższe seriale. Może możecie polecić coś podobnego do nich?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...