WoleProstoHeader

30 cze 2013

O emolientowych kosmetykach recenzji kilka

Wczoraj, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, udało mi się wykończyć niemal jednocześnie trzy produkty i to w dodatku z tej samej serii. Stwierdziłam, że to idealna okazja, żeby zrecenzować te kosmetyki i oto jestem ;) 
Kosmetyki serii Emoleum firmy Floslek stosowałam już od kilku dość długich tygodni i żegnam  je ze sporym żalem, bo zdecydowanie zdążyłam je już mocno polubić, więc całkiem możliwe, że za jakiś czas wrócę do któregoś z nich. Z serii emolientowej stosowałam trzy produkty - krem do twarzy, balsam do ciała oraz olejek myjący. Z całej trójki zdecydowanie najbardziej przypadł mi do gustu olejek myjący i to od niego właśnie zacznę swoje wynurzenia.


Olejek z założenia miał służyć do mycia ciała, ale na samym początku zdarzyło mi się go użyć do twarzy i efekt tak mi się spodobał, że do samego końca służył mi już tylko do tego. Używałam go do demakijażu twarzy - najpierw micelem zmywałam makijaż oczu, a następnie na zwilżoną skórę nakładałam kolistymi ruchami ten olejek. Podczas masowania skóry tworzyła się delikatna, gęsta piana, która bardzo dokładnie rozprawiała się z podkładem, pudrem i całą resztą. Olejek (jak to olejek) miał tłustą formułę, przez co miałam wrażenie, że bardzo dobrze rozpuszczał wszystko co zalegało na skórze. Po jego użyciu skóra była idealnie oczyszczona (za pierwszym razem chciałam "poprawić" micelem, ale okazało się, że nie było takiej potrzeby, a wacik pozostał idealnie czysty), miękka, lekko natłuszczona, ale na skórze nie pozostawała żadna tłusta warstwa. W składzie olejku znajdują się dwa oleje - słonecznikowy i morelowy, Mimo, że jest to kosmetyk, który zmywamy, czuć wpływ tych olejków na stan skóry. Podczas jego stosowania zauważyłam, że poprawił się stan skóry na nosie i między brwiami, gdzie moja skóra bardzo często się łuszczyła. 


Wydajność jest całkiem niezła - butelka o pojemności 200 ml wystarczyła mi na ponad dwa miesiące przy codziennym używaniu. Opakowanie jest bardzo wygodne, butelka lekka, zamykana na zatrzask, nie ślizga się w rękach. Cena to około 35 złotych - za olejek do mycia ciała bym tyle nie dała, natomiast w celu używania go do twarzy - raczej nie jest to wygórowana kwota. Więcej informacji o kosmetyku znajdziecie tutaj.


Kosmetyk, który również bardzo polubiłam i z ochotą zużyłam do samego końca to Lipidowy balsam do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej. Choć sama balsamem bym go nie nazwała - dla mnie to kosmetyk o konsystencji bardziej jak mleczko do ciała aniżeli balsam.


Konsystencja lekka, rozprowadzanie na skórze - bajka. Balsam okazał się idealnym rozwiązaniem na ciepłe dni, kiedy musiałam "5 minut temu" wyjść z domu, a na nogach miałam pustynię. W zasadzie sam rozsmarowuje się na skórze, zostawia na skórze jakby "mokrą" warstwę, dzięki czemu skóra tak ładnie błyszczy, ale jednocześnie nie klei się ani nie jest tłusty. Czuć, że skóra jest nawilżona, nie jest to może efekt bardzo długotrwały, ale mimo wszystko odczuwany. Świetnie radził sobie z podrażnieniami po depilacji, w upały cudownie koił rozgrzaną słońcem skórę. 


W składzie mocznik (z którym moja skóra bardzo się lubi), prebiotyk, kompleks lipidów omega. Wydajność raczej przeciętna, głównie z racji lejącej konsystencji. Opakowanie to miękka tuba, zamykana na zatrzask. Nie wiem czy jeszcze do niego wrócę, mam obecnie taki zapas balsamów, że do końca roku nie mam za bardzo potrzeby inwestowania w kolejne ;) Cena to również coś około 30 złotych. Więcej informacji tutaj.


Ostatni z serii to Krem nawilżający do skóry suchej bardzo suchej i atopowej. W jego przypadku mam chyba najbardziej mieszane uczucia, sama nie wiem do końca czy lubię go, czy raczej nie.


Mój główny problem z tym kremem polega na tym, że nie za bardzo wiem jak go stosować. Na noc jest dla mnie za lekki, z kolei pod makijaż mi nie pasuje, bo zostawia podobną mokrą warstwę jak wyżej opisany balsam. Stosowałam go więc w dni bezmakijażowe, oprócz tego często gościł na mojej szyi i dekolcie. Konsystencja kremu jest bardzo rzadka, rozprowadza się go na skórze dobrze, ale denerwuje mnie właśnie ta wspomniana już przed chwilą mokra warstwa, krem się niby wchłania szybko, ale skóra pozostaje "wilgotna". Dziwne i dość irytujące w przypadku porannego stosowania na twarz. Na szyję i dekolt się nadaje, ale akurat na nawilżenie tych partii skóry nie narzekam, więc można założyć, że jego działanie jest po prostu poprawne. W moim odczuciu nie jest to krem mocno nawilżający, tak jak pisałam - na noc jest dla mnie zwyczajnie za lekki. Wolę bardziej treściwe, gęstsze kremy. Jego wydajność również nie jest jego mocną stroną - nie używałam go codziennie, ale z racji lejącej konsystencji znikał z tubki dość szybko.


No i właśnie sama nie wiem - krem niby zły nie jest, szkody nie robi, coś tam nawilża, ale dla mnie to nie "to". Może to też kwestia skóry, być może na mniej suchej/bardziej suchej/bardziej problematycznej/itp. sprawdziłby się lepiej. Opakowanie o pojemności 75 ml kosztuje niecałe 30 złotych. Więcej informacji tutaj

Znacie te kosmetyki? Lubicie produkty emolientowe? 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 cze 2013

Tag: Mój zwierzęcy przyjaciel

Tagów nie lubię, nie robię, nie odpowiadam, u innych też zasadniczo nie czytam. Ale ten mi tak wpadł w oko, że chętnie przeczytałam odpowiedzi i pooglądałam zdjęcia u Agu i Smieti, więc dzisiaj z okazji odzyskanej po sesji wolności (jupi, jupi), a z racji braku zdjęć na "normalne" posty, stwierdziłam, że wykorzystam okazję, bo czego jak czego, ale fot mojego psa to ja mam całe mnóstwo. Od razu uprzedzam, że post może być lekko "słodko - pierdzący", bo ja do swojego psiaka stosunek mam bardzo matczyny i wszystkie psy ogólnie uwielbiam, ale mój jest oczywiście najfajniejszy ;) Więc lecimy :)

1. Jak nazywa się Twój zwierzak?
Mój zwierzak zwie się Dina, koncepcja była inna, ale tak wpisali w rodowodzie, więc nie kombinowaliśmy.
 


2. Jakie to zwierzę i jakiej jest rasy?
Zwierzę jest psem, konkretniej Golden retriverem, a jeszcze konkretniej Goldenką retriverką ;)

3 Jak długo jest już z Tobą?
W maju minęło 6 lat, jest ze mną od szczenięcia.

4. Jak znalazł się w Twoim domu?
To bardzo skomplikowana historia. Mój tata nie chciał mieć psa, więc z siostrą zostałyśmy oddelegowane z tatą na wakacje, a w tym czasie do domu mama przemyciła psa. Tata został postawiony przed faktem dokonanym, na szczęście szybko okazało się, że zmiękł i między nim, a Diną panuje wielka miłość i harmonia :D Zresztą mój pies jest uosobieniem słodyczy, więc trudno mu się dziwić:
5. Co jest dziwnego w charakterze Twojego zwierzaka?
Cała masa różności. Mój pies czasami zachowuje się jak człowiek i to taki "bardzo ważny". Śpi głównie w łóżkach, w moich nogach potrafi przespać pełną noc. Wydaje z siebie mnóstwo dziwnych dźwięków, zwłaszcza jak przestanie się ją drapać po brzuchu. Mimo, że szczenięce lata ma dawno za sobą, ciągle zachowuje się jak taki wyrośnięty szczeniak, lubi wdrapywać się na kolana i ogólnie nie zdaje sobie za bardzo sprawy ze swoich gabarytów ;) Jest też bardzo, ale to bardzo energiczna (mój chłopak śmieje się, że mój pies jest taką psią wersją Piotra Żyły):
Ma też bardzo bogatą mimikę, potrafi czasem trzasnąć taką maskę, że wszyscy leżymy i zwijamy się ze śmiechu, szkoda, że tak rzadko udaje się uchwycić takie momenty na zdjęciach, ale jednak coś tam mam:
6. Co Twoja relacja ze zwierzakiem dla Ciebie znaczy?
Baaardzo dużo. Mój pies potrafi stanąć w mojej obronie (choć ogólnie to tchórz jakich mało, a złodziejowi by się pewnie dała zagłaskać) i ja też potrafiłabym dać w mordę, gdyby ktoś próbował zrobić jej krzywdę. Lubimy się bardzo, razem śpimy, razem leżymy, spacerujemy (w bieganiu jednak nie potrafimy się dogadać :P), uwielbiam jak wita mnie w drzwiach merdając ogonem z radością na swojej psiej mordce, nawet gdy wyszłam tylko po bułki do sklepu i nie było mnie raptem 2 minuty. 

7. Najmilsze wspomnienie związane z Twoim zwierzakiem?
Mam ich naprawdę dużo. Ale chyba najbardziej zapadło mi w pamięć jak pierwszej nocy przyszła do mojego łóżka (jak taka mała kulka się na nie wdrapała - tego nie wiem do dziś), położyła się na poduszce koło mojej głowy i tak zasnęła na kilka godzin. Ten nawyk akurat został jej do dziś, a moje łóżko niestety nie rośnie razem z moim psem ;)

8. Jak nazywasz swojego zwierzaka?
Chyba najrzadziej po imieniu :P Diną jest gdy trzeba ją zawołać na spacerze, albo gdy coś zmajstruje. W domu jest Dinką, Dinulą, Miśkiem, Myszką. Ciężko nawet zliczyć. Reaguje w zasadzie na wszystko, co ciekawe zawsze wie, że mówi się akurat do niej. 
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was, zapraszam Was do zrobienia tego tagu u siebie, ja naprawdę chętnie poczytam o Waszych zwierzakach :) Jutro już wracam do Was z regularnym blogowaniem :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

21 cze 2013

Wygraj balsam AA - wyniki

Dzisiaj tylko wpadam i wypadam, więc nie przeciągając balsamy wędrują do:

Omg Spoczi
yesiwantyouback
Patrycja Pieszka
młodsza-siostra
Ania Kamyk


Zaraz odezwę się do Was mailowo :)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 cze 2013

Shiny Box - urodzinowy i pierwszy zarazem

Na subskrypcję żadnego z wielu dostępnych pudełek nie zdecydowałam się, powodów było sporo, choć nie ukrywam - w znacznej mierze powstrzymywał mnie fakt wydania pieniędzy właściwie w ciemno. Czasem podglądałam Wasze posty na temat boxów i coś mi tam kręciło się po głowie, że "a może jednak?", mimo to zawsze odpuszczałam. Natomiast kiedy pojawiła się propozycją zostania jedną z ambasadorek ShinyBoxa, nie wahałam się ani chwili i z dużą ochotą przystałam na propozycję. Dziś dotarło do mnie moje pierwsze pudełko Shiny, które zarazem jest pudełkiem jubileuszowym marki. Jak się prezentuje?
Z tego co wiem, zmieniła się szata graficzna pudełka - tym razem kartonik jest czekoladowy z pasiastą, różowo - biało - brązową pokrywką. Do mnie taka wersja kolorystyczna trafia bardzo, pudełko na pewno zawędruje na komodę i zostanie kolejnym domem na moje kosmetyki. A zawartość? Całkiem przyjemna, choć z racji urodzin firmy, moje oczekiwania były jednak nieco wyższe. 
Ale ogólnie - zawartość przyjemna, cieszę się, że  trafił mi się fajny odcień pomadki w płynie z Paese (901), pilniczki pewnie powędrują do torebki, suchy szampon w połączeniu z lakierem  firmy KMS california na pewno się przyda i chętnie go wypróbuję, krem do stóp z Organique to moja pierwsza styczność z tą firmą, ale kremy do stóp to takie moje małe uzależnienie (mam pewnie coś koło 10 oO), więc bardzo się z niego cieszę, maska 4D z Dermopharma to u mnie wersja oczyszczająca - przyda się, bo moja skóra płata ostatnio różne dziwne figle, peeling cukrowy z Green Pharmacy dostałam w wariancie "Miód i Rooibos" - firmę lubię, zdzieraki też, więc się nie zmarnuje. Zawartość pudełka mogę określić jako trafioną i pewnie gdyby byłą to wersja "comiesięczna" to pudełkiem byłabym zachwycona, jednak jak już wspominałam - to wersja jubileuszowa, więc pozostaje niedosyt i moje odczucia określę jako "zadowolenie" ;)

Pudełka ShinyBox możecie zamówiać TUTAJ.

PS. Mój blog znajdziecie również na Bloglovin (KLIK!), w związku z małą rewolucją, którą szykuje Google, postanowiłam zadomowić się również tam :)

PS2. Miałam dzisiaj egzamin z chemii fizycznej. W przyszły piątek znów będę go miała. Dość jeśli napiszę, że chemia fizyczna mnie pokonała :P

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 cze 2013

Zmiany???

Lato w końcu nas rozpieszcza, pogoda dopisuje, słonko grzeje, a większość posiadaczek długich i gęstych włosów, zapewne przed każdym wyjściem z domu w taką pogodę, przynajmniej kilka razy w ciągu lata zarzeka się, że "obetnie te cholerne włosy". Ja tak mam regularnie, gdy tylko temperatura wzrasta powyżej 25 stopni, moje włosy zaczynają doprowadzać mnie do szału, zazwyczaj zostają więc ściśnięte na czubku głowy w tzw. cebulę. Rozpuszczonych włosów latem zasadniczo nie noszę, równie dobrze mogłabym sobie w upał ubrać wełniany szalik. Wizja nożyczek nęci i kręci, chłopak odradza, znajomi odradzają, rodzina grozi, że mnie wydziedziczy. Obecna długość - prawie do pasa, wymarzona - do ramion. Dzisiaj próbnie "zamontowałam" sobie na głowie krótką fryzurę, zajęło mi to jakieś 10 minut, a efekt bardzo mi się spodobał. Co prawda jak wyszłam z łazienki, gdzie się czesałam i natknęłam się na tatę, to miałam wrażenie, że przyprawiłam go o lekki zawał :P I teraz mam mętlik - fryzurka podoba mi się przeokrutnie, ale z drugiej strony musiałabym obciąć chyba z 40 cm włosów , a skoro da się takiego boba zrobić za pomocą kilku wsuwek bez użycia nożyczek, to może nie warto??
I teraz pytanie - czy któraś z Was zdecydowała się kiedyś na tak "drastyczne cięcie"?;) Czy tylko ja jestem taka strachliwa, że nie mogę się przemóc chociaż bym chciała?:D

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 cze 2013

Sesja a pfff....


Chciałoby się móc tak powiedzieć, ale rozkład egzaminów i zaliczeń na moich studiach przybrał taką ciekawą formę, że zaliczać coś muszę codziennie, w związku z tym, mimo, że bym chciała inaczej, uczyć się muszę dzień w dzień i mam już serdecznie dosyć. Przerwa w nadawaniu potrwa więc jeszcze trochę, obiecuję, że wrócę do Was jak tylko uporam się z tym całym ustrojstwem, no chyba, że po drodze oszaleje i wtedy nic z tego nie będzie :P Trzymajcie za mnie kciuki, bo jutro muszę się zmierzyć ze statystyką, a odkąd pamiętam jest ten jeden jedyny dział matematyki, który darzę nienawiścią prawdziwą i ciągle mi z nim nie po drodze. Nie wiem co prawda, czy jest jakaś szansa, że statystyka przebije "niezawodność i bezpieczeństwo systemów inżynierskich", z którego to, jak się dzisiaj dowiedzieliśmy, zostało uwalone 120 osób na jakieś 125 piszących. I niech mi ktoś powie - dlaczego ja poszłam na Politechnikę?oO

Pozdrawiam,
Panna Joanna
7 cze 2013

Włosowo - szczotko moja nadroższa!

Ileś ty mi bólu i szarpania zaoszczędziła! I pomyśleć, że tak długo się zastanawiałam nad zakupem czegoś, bez czego nie wyobrażam sobie życia właściwie. Ale po kolei.
Włosy, jak być może wiecie, mam długie. Coraz dłuższe. Jako małe dziecko (takie przed - komunijne) też miałam długie włosy, kończące się gdzieś w okolicach pośladków, gęste, grube, no żyć nie umierać. Jednak mój odwieczny problem polegał na tym, że nie znosiłam ich wprost rozczesywać. Babcie, ciotki, rodzice przeżyli ze mną niemały horror, a musicie wiedzieć, że drzeć potrafię się koncertowo. I tak właśnie, pewnego majowego dnia moja rodzicielka nie wytrzymała zapasów ze mną i szczotką czy tam grzebieniem i trzymając za ucho zaprowadziła do fryzjera. Fryzjer spojrzał na moje włosy z radością i ze śmiercią w oczach wysłuchał wyroku - "ściąć!". "I nie, nie końcówki, do ramion". Nie dowierzał, więc dopytał gdzież to wg niej umiejscowione są ramiona, bo on sądzi, że gdzieś na wysokości pasa. Ale niee...nie pomogło. I tak właśnie, na kilka dni przed komunią, gdzie miałam to mieć na głowie zapewne jakieś fikuśne loczki czy kok wielkości orlego gniazda - włosy zostały mi obcięte i sięgały lekko poza brodę. Od tamtego czasu przeżywałam różne włosowe perypetie, od bobów, grzywek, przez włosy ścięte na jeża aż na powtórnym zapuszczaniu kończąc. Zmieniały mi się kolory, zmieniała mi się kondycja włosów, ich faktura, ale jedno pozostało niezmienne - nie znosiłam rozczesywać włosów. Żadne odżywki zwiększające poślizg, miękkie szczotki, szczerbate grzebienie - nic nie pomagało. A że ja cierpieć nie lubię, włosów więc zasadniczo nie rozczesywałam i przeważnie podczas niedzielnych obiadów u babci, babcia właśnie zaczynała odprawiać egzorcyzmy nad moją nieujarzmioną fryzurą i goniła mnie wkoło stołu z grzebieniem. I tak żyłam w bólu i nadziei na lepsze jutro. Do czasu. Momentem przełomowym była decyzja o zakupie szczotki TT, ale, że ja jestem typowym, politechnickim studentem - zdecydowałam się na wersję tańszą, czyli Detangle Brush. Za pośrednictwem allegro nabyłam więc sztukę jedną, różową i czekałam na jej przybycie, w zasadzie nie wierząc, że w jakikolwiek sposób zrewolucjonizuje ona moje zmagania z rozczesaniem włosów. I stało się oczywiście odwrotnie - szczotka okazała się chyba najlepszym zakupem tego roku i codziennie pluję sobie w brodę, że zdecydowałam się na nią tak późno. 
Szczotka jest tworem dość dziwnym - plastikowa, w kształcie łzy, z ząbkami o dwóch różnych długościach. Okazuje się, że te niepozorne ząbki idealne rozczesują włosy, w sposób jakby dwuetapowy - najpierw we włosy "wchodzą" nam dłuższe ząbki, potem te krótsze. Włosy najlepiej jest rozczesywać po wierzchu pasma i pod spodem. Co ciekawe - szczotka praktycznie w ogóle nie szarpie i nie wyrywa moich kudełków. Tzn. wiadomo, że nie czasem jak wejdzie w jakieś kołtuna to pociągnie, ale jest to nieporównywalne do szczotek, których używałam wcześniej. Dla potwierdzenia mojej opinii dałam tę szczotkę babci, aby poznęcała się nad moimi włosami i babcia potwierdziła, że szczotka wchodzi jak w masło. 
Po rozczesaniu zbieram ze szczotki pojedyncze włosy, podczas gdy kiedyś zdarzało mi się wyciągać je ze szczotek czy grzebieni dosłownie garściami. Tu na chwilę się zatrzymam. Czytałam opinie, że szczotka szarpie, łamie włosy i jest ogólnie o kant tyłka roztrzaskać. Wszystko zależy od włosów. Moje są proste, umiakowanie gęste, miękkie, "lejące",  niskoporowate, ale uwielbiają się plątać. I z tym problemem szczotka świetnie sobie radzi. Wiem, że chwalą ją sobie osoby kręconowłose. Pamiętajcie, że najlepiej używać tej szczotki na mokro (choć na sucho też mi się zdarza, jednak wtedy włosy są już po mokrym rozczesaniu i są po prostu mniej problematyczne). 
Szczotki używam już od kilku miesięcy i nie zauważyłam pogorszenia kondycji włosów (sporo osób narzeka na mocno porozdwajane końcówki) ani też pogorszenia formy samej szczotki - ząbki się nie powyginały, szczotka się nie porysowała, nic nie odpadło, mimo, że jakoś specjalnie na nią nie chucham, noszę ją w torebce itp. 
Podsumowując - serdecznie polecam wszystkim, choćby spróbować. Ja bardzo żałuję, że nie zdecydowałam się wcześniej na jej zakup, oszczędziłoby mi to sporo nerwów. Używam z wielką przyjemnością i do normalnych szczotek już nie wrócę.
A Wy znacie już TT lub DT? Podzielcie się wrażeniami :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 cze 2013

Konkurs - wygraj jeden z pięciu nowych balsamów AA

Wczoraj dotarła do mnie ogromniasta paczka, jej wielkość i ciężar zaciekawiły nawet mojego tatę, który wysłał mi "ponaglającego" smsa o treści "dostaliśmy duuuużą paczkę", co oczywiście mocno przyspieszyło mój powrót do domu ;) Po otwarciu moim oczom ukazał się jakiś roczny zapas nowych balsamów firmy AA cosmetics. Testowałam już te balsamy zanim weszły do sprzedaży i bardzo je polubiłam, więc teraz chciałabym dać szansę na ich polubienie również Wam. 


Do wygrania jest 5 sztuk Multifunkcyjnych Balsamów BB 10 w 1, każda z pięciu wybranych osób dostanie jeden balsam. Co trzeba zrobić, żeby wygrać? Przede wszystkim zgłosić chęć uczestnictwa w konkursie pod tym pod postem i być obserwatorem mojego bloga. Trzeba również odpowiedzieć na pytanie:
Czego wymagam od balsamu do ciała?

W zgłoszeniu podajcie proszę nick, pod jakim obserwujcie bloga, adres mailowy abym mogła się z Wami skontaktować w razie wygranej i oczywiście odpowiedź na pytanie.

Na zgłoszenia czekam do 19.06.2013 r., a w pierwszy dzień lata ogłoszę wyniki. Wysyłka odbywa się tylko na terenie Polski, a w konkursie wziąć mogą udział osoby pełnoletnie lub nieletnie jeśli mają zgodę rodzica lub opiekuna. Po ogłoszeniu wyników skontaktuję się  z pięcioma osobami, jeśli w ciągu tygodnia nie dostanę wiadomości zwrotnej, zwycięzca zostanie wybrany powtórnie. Organizator zastrzega sobie prawo do zmian w regulaminie. 

Ktoś chętny?:)))

Pozdrawiam i czekam na zgłoszenia,
Panna Joanna
3 cze 2013

Ciągle pada...

...a jak pada, to mnie się nic nie chce. Najchętniej zwinęłabym się w kulkę, schowała pod kocyk i w towarzystwie kubka z kakao oddawała przyjemnościom takim jak czytanie książki czy oglądanie filmu. Teoretycznie powinnam się uczyć (teoretycznie, a jak wiadomo teoria często mija się z praktyką), więc pomalowałam paznokcie. Zachciało mi się zieleni, której nie mam wiele w swojej kolekcji, średnio się dogaduję z tym odcieniem, moja karnacja raczej go nie lubi. Jednak wydobyłam z pudełka lakier Catrice, który dawno, dawno temu dostałam od sroki i chyba tylko dwa czy trzy razy miałam go na paznokciach. Postanowiłam go trochę stuningować i dodałam do niego trochę lakieru l.a.colours Metallic Green, którego solo nie lubię i wyszło coś naprawdę fajnego. Choinkowa zieleń w towarzystwie delikatnych seledynowo - srebrnych drobinek bardzo mi wpadła w oko i chyba częściej będę sięgać po tę mieszankę. 

Na żywo kolor jest bardziej zbliżony do tego ze zdjęcia po prawej :) Niestety, ale dosłownie parę minut po zrobieniu zdjęć rąbnęłam ręką o podłogę na tyle niefortunnie, że ułamał mi się paznokieć, więc paznokcie poszły...pod nóż ;] Aż mi tak goło na dłoniach, buuu...

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...