WoleProstoHeader

31 maj 2013

Miało być piórko...

...a wyszło jak zawsze. Moje zdolności manualne w kwestii zdobień paznokci jednak ograniczają się do robienia kropek. Za każdym razem jak wymyślę coś bardziej skomplikowanego, to efekt końcowy niewiele ma wspólnego z moim początkowym zamierzeniem. I tak było też wczoraj - zachęcona znalezionym gdzieś w czeluściach internetu zdjęciem manicure, który wyglądał jak pawie piórko, zapragnęłam takowego na swoich paznokciach. Koło pawiego piórka raczej to nie leżało, ale efekt i tak mi się bardzo podoba :)


Na paznokcie położyłam dwie warstwy lakieru do frencza z Bell (ładny, półprzezroczysty róż), potem za pomocą wąskiego pędzelka i kilku kolorowych lakierów (granat, biel, turkus, błękit, fiolet, róż) zaczęłam robić te takie "te". Jak poleciał mi pędzelek, taki maziaj się zrobił, nie stosowałam żadnego systemu, na każdym paznokciu rozmieszczenie tych pseudo piórek jest inne (jak widać). Całość pokryłam żelowym topem z Essence i pojechałam na babskiego grilla. Paznokcie się wszystkim bardzo podobały, jak zresztą wszystko wczoraj, koleżanki stanęły na wysokości zadania i efektem wieczoru są zapisane calutkie trzy kartki cytatów, takich haseł szkoda było nie zapisywać. Moim hitem pozostaną choćby "zdominowana przez własną dominację" czy "nie mam nie-racji". Miodzio :D

Dajcie znać jak podobają się Wam pazurki i co one Wam przypominają, może się dowiem, cóż ja zrobiłam ;)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 maj 2013

Wyniki konkursu - Floslek, kosmetyki na Dzień Matki

Przybywam dzisiaj szybko i na chwilę - niestety potwór zwany sesją zaczął się budzić i znowu ciężko u mnie o jakiś nadprogramowy, wolny czas. Ale żeby ogłosić wyniki ostatniego konkursu, w którym można było wygrać trzy kremy Floslek, ukradnę kilka minut przeznaczonych na naukę do kolokwium z włoskiego. 

Wasze odpowiedzi na konkursowe pytanie bardzo mi się podobały, widać, że sporo czerpiecie ze sposobów, w jaki Wasze mamy pielęgnują swoją skórę. Nie przedłużając - nagroda wędruje do:
szafirowej78! Gratuluję i idę pisać do Ciebie maila :) 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 maj 2013

Sleekowo - Havana

Sleek ostatnio nęci nie tylko paletkami cieni czy pięknymi różami do policzków. Teraz na pokuszenie wystawione są wszystkie wielbicielki podkreślonych ust, a to za sprawą nowych paletek ze szminkami. Wersji kolorystycznych jest kilka, od spokojnych neutrali, przez jaskrawe róże i czerwienie, aż po brązy i odcienie wina. Ja zdecydowałam się na wersję Havana i mój wybór uważam za bardzo udany, aczkolwiek kusi mnie jeszcze wersja Ballet.
Nazwy paletek świetnie oddają ich charakter, nie inaczej jest w przypadku Havany. Mamy tu cztery odcienie: jasny, lekko brzoskwiniowy Creme Brulee, nieco ciemniejszego nudziaka Rum, czerwień mocno złamaną brązem czyli Frappuccino oraz bardzo ciemne bordo, wpadające niemal w fiolet czyli Cookie. Poszczególne odcienie różnią się między sobą konsystencją - Creme Brulee i Cookie są bardziej miękkie, "maślane", nakładane pędzelkiem gładko suną po ustach, mają większy połysk, ale też nieco krócej się trzymają. Rum i Frappuccino to z kolei konsystencja typowo szminkowa, ich aplikacja jest nieco trudniejsza, ale za to trwałość powala. Wszystkie cztery odcienie mają bardzo dobrą pigmentację, na ustach nie smużą, nie robią prześwitów. Kolory z powodzeniem można mieszać - Creme Brulee rozjaśni nam pozostałe odcienie, natomiast Cookie dość mocno przyciemni. Z całego kompletu zdecydowanie najlepiej nosi mi się odcień Rum, choć i w pozostałych czuję się bardzo dobrze, takie lekko brązowawe odcienie całkiem nieźle komponują się z moim typem urody. Najodważniejszy jest bez wątpienia kolor Cookie, dlatego najczęściej lekko wklepuję go w usta, wtedy efekt jest wciąż wyraźny, ale nieco subtelniejszy. Lubię też mieszać Rum z Creme Brulee, w efekcie powstaje jeden z ładniejszych nudziaków, jakie widziałam. Szminki umieszczone są w bardzo estetycznej czarnej kasetce, która mieści się w dłoni. W kasetce znajduje się lusterko oraz pędzelek. Poniżej efekt, jaki dają poszczególne odcienie na ustach:
Podsumowując - bardzo polubiłam tę paletkę, moim zdaniem to świetne jakościowo szminki. Cenowo też nie wypadają najgorzej - za paletkę zapłacić musimy około 30 złotych. 

Kupić je można na cocolita.pl
Tutaj możecie zobaczyć sobie pełną gamę kolorów KLIK!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 maj 2013

Przychodzi baba do Rossmanna, a tam kosmetyki cz.2

Przyznaję bez bicia - uległam i ja. Promocja -40% na kolorówkę i pielęgnację twarzy to coś, co nie zdarza się codziennie, więc szkoda by było nie skorzystać. Nastawiłam się głównie na uzupełnienie braków w kosmetyczce, chciałam kupić mój ulubiony puder Stay Matte z Rimmela, który zużywam często i gęsto, a który bez promocji kosztuje koło 25 złotych. Potrzebny był mi też jakiś ciemniejszy podkład z racji tego, że ostatnio się opaliłam i wszystkie moje mega jasne podkłady zaczęły być zbyt jasne. Taki był plan, ale jak wyszło...


Zakupy były robione w turach, na zasadzie "czytam właśnie na blogach wasze relacje z zakupów i jestem pewna, że ten i ten kosmetyk muszę jeszcze dokupić, bo...bo muszę :P". Koniec końców skusiłam się na:
- nową odżywkę Isany - była w promocji za 3,99 zł, nie wiedziałam, że ta seria już jest w Polsce, a chciałam zobaczyć czym dranie zastąpiły moją ulubioną odżywkę z Babassu
- puder Stay Matte z Rimmela w odcieniu 01 Transparent - 14,99 zł, używany od dawna, bardzo mi odpowiada, ale nie ukrywam, że jego regularna cena jak na tempo zużywania jest trochę za wysoka
- podkład Affinitone z Maybelline 03 Light Sand Beige - 16,29 zł - używałam go ostatni raz gdzieś w liceum? Podejrzewam, że formuła mogła ulec zmianie, odkąd ostatnio miałam z nim do czynienia, ale wydaje mi się, że na lato będzie taki akurat, z kolorem trafiłam tak na styk, mógłby być nawet ciemniejszy, ale źle nie jest
- pomadki Eliksir z Wibo 5 i 6 - 5,19 zł - chwalone na blogach, mi do tej pory nieznane; żałuję, że wcześniej po nie nie sięgnęłam, bo są naprawdę fajne, nawilżające, nadające lekki kolor, dla mnie bomba. Opakowania są za to okropne - po jednym dniu w torebce, już z jednego zdążyły się trochę pościerać napisy...no ale liczy się wnętrze ;]
- krem L'arrise 50+ Ava - 9,59 zł - sama nie zwróciłabym uwagi na ten krem, ale na kilku blogach i wizażu dziewczyny go bardzo polecały ze względu na dobry skład, krem ma retinol na drugim miejscu w składzie. Byłam ciekawa, więc postanowiłam spróbować
- maseczki Ziaja - 0,89 zł - na zdjęciu tylko kilka, wzięłam więcej, ale już zdążyłam je rozsiać po domu. Nie miałam wcześniej, ale również zachęcona opiniami postanowiłam wypróbować, póki co jestem zadowolona, seans z wersją oczyszczającą już za mną :)
- peeling oczyszczający Soraya - regularna cena to około 12 złotych, jego również objęła promocja, kosztował coś koło 7-8 złotych - używam go regularnie od dość dawna, a akurat mi się skończył, więc był to zakup całkowicie uzasadniony :D

Dzisiaj zaliczyłam jeszcze jedną rundkę do Rossmanna, tym razem w charakterze doradcy dla mojej cioci, ją również skusiłam na pomadki Wibo, maseczki z Ziai i krem z Avy. Sama chciałam jeszcze dokupić cień Maybelline Pernament Taupe, ale był to jedyny wykupiony już kolor (buuuu...). Może jeszcze go dorwę ;)

A Wy zaliczyłyście już wizytę w Rossmannie?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 maj 2013

Pielęgnacyjnie - dwa azjatyckie cosie

Do azjatyckich kosmetyków pielęgnacyjnych podchodziłam trochę jak pies do jeża. Ich składy często były dość egzotyczne (tu dla przykładu podać można choćby słynną maseczkę do twarzy z kupy słowika czy coraz częściej pojawiające się na blogach kremy ze śluzu ślimaka), a ja jednak tego rodzaju egzotyki trochę się boję. Ostatnio jednak miałam okazję wypróbować kilka produktów, które do azjatyckiej pielęgnacji nastawiły mnie bardzo pozytywnie (co jednak absolutnie nie zachęca mnie do nałożenia sobie na twarz odchodów ptaka, choćby nawet był to najpiękniej śpiewający słowik ::P).


Facial Water Vita Violet to kosmetyk, który idealnie spisywał się podczas ostatnich upalnych dni. Producent opisuje ten produkt w następujący sposób:

"Seria Vita Up! Facial Water to kolorowe mgiełki do twarzy, które nawilżają skórę i dostarczają jej niezbędnych witamin i minerałów. Facial Water Vita Violet: Zawiera 12 rodzajów naturalnych ekstraktów roślinnych, owoce jagód oraz malin. Sprawia, że skóra jest nawilżona, odświeżona oraz rozświetlona. Odświeża i energetyzuje skórę."

Stosowałam tę mgiełkę jak typową mgiełkę do twarzy - spryskiwałam nią twarz po umyciu, przed nałożeniem kremu, pozwalało to "obudzić się" skórze. Często też sięgam po nią w ciągu dnia, za każdym razem, gdy czuję, że mojej skórze jest w jakiś sposób "gorzej". Świetnie zdawała egzamin, gdy temperatury mocno skoczyły do góry - spryskanie skóry tą mgiełką naprawdę przynosiło ulgę. Równie dobrze się sprawowała, gdy wspomniane temperatury wywołały we mnie chęć poleżenia na działce, co skończyło się delikatnym spieczeniem (na twarz nałożyłam co prawda filtr, ale i tak po takiej długiej zimie, taka dawka słońca to było dla mojej skóry za dużo) - psikałam wtedy mgiełkę na twarz, szyję, spieczony dekolt. Oprócz uczucia schłodzenia (które równie dobrze można by uzyskać zwykłą wodą) czułam wyraźne działanie odżywiające, spieczona skóra bardzo szybko doszła do siebie, ominął mnie nawet etap zrzucania skóry ;). Wiadomo, że nie jest to kosmetyk, który zastąpi nam krem, ale mimo wszystko - nie jest to zwykła, lekko fioletowa woda, która nie robi nic. Jej zapach jest mocno specyficzny, nie każdemu pewnie przypadnie do gustu, ale ja się z nim polubiłam, kojarzy mi się z jakimś...syropem. W składzie rzeczywiście znajdziemy całe mnóstwo ekstraktów:

INCI: Water, Glycerin, Ethanol, Butylene glycol, Glycereth-26, Betain, PEG/PPG-17/6 copolymer, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, Propylene Glycol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Allantoin, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Rubus Idaeus (raspberry) Fruit Extract, Vaccinium Angustifolium (Blueberry) Fruit Extract, Morus Alba Root Extract, Fragaria Vesca (Strawberry) Fruit Extract, Aralia Cordata Extract, My Asia Beauty, Angelica Keiskei Leaf/Stem Extract , Brassica Oleracea Italica (Broccoli) Extract, Lactuca Scariola Sativa (Lettuce) Leaf Extract, Citrullus Vulgaris (Watermelon) Fruit Extract, Brassica Oleracea Capitata (Cabbage) Leaf Extract, Cichorium Intybus (Chicory) Root Extract, Brassica Oleracea Botrytis (Cauliflower) Extract, Solanum Lycopersicum (Tomato) Fruit Extract , Disodium EDTA, Sodium Citrate, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Fragrance

Podsumowując - dla mnie bomba, na lato kosmetyk idealny, zimą chyba jednak trochę zbędny. Butelka (plastikowa, dzięki czemu można spokojnie wrzucić ją do torebki) o pojemności 100 ml to koszt około 35 złotych. 

Drugi kosmetyk to próbka Wine Therapy Sleeping Mask. I mimo, że o próbkach z reguły nie piszę, tak ten kosmetyk mnie zachwycił na tyle, że postanowiłam o nim wspomnieć. Maseczka z próbki wystarczyła mi na trzy użycia, więc podejrzewam, że wydajność pełnego wymiaru będzie bardzo zadowalająca. 

"Seria Wine Therapy Sleeping Mask to maseczki całonocne, posiadają konsystencję odżywczego kremu, który zawiera ekstrakt z wina oraz organiczne ekstrakty z roślin naturalnych. Taki dobór składników poprawia stan naszej skóry podczas snu. Holika Holika Wine Therapy Sleeping Mask (Red Wine) przeciwzmarszczkowa maseczka całonocna, która zawiera 10% ekstrakt z czerwonego wina (Cabernet Saurignon), dzięki czemu nawilża i przywraca blask skórze. Obecność Poliphenolu, który jest zawarty w czerwonym winie, przywraca skórze elastyczność i sprężystość sprawiając, że cera wygląda młodo i świeżo. Maseczka ma właściwości peelingujące. Usuwa martwe komórki sprawiając, że powierzchnia skóry jest wyrównana i gładka. Produkt odpowiedni do skóry pozbawionej jędrności, szarej, szorstkiej z licznymi zmarszczkami."

Maseczkę nakładałam wieczorem po oczyszczeniu twarzy i zostawiałam ją na skórze całą noc. Maska ma formę rzadkiej galaretki, łatwo nałożyć ją na twarz, po kilku minutach wchłania się w skórę. To jak wyglądała skóra i jaka była w dotyku rano dosłownie mnie zaskoczyło. Gładka, miękka, mocno nawilżona, bez czerwonych plam, które lubią robić mi się na skórze. Wyglądała po prostu bardzo świeżo, na tyle, że nałożyłam tylko korektor pod oczy i omiotłam twarz samym pudrem, podkład był zwyczajnie zbędny. Po kolejnych razach efekt był taki sam i wyzwoliło to we mnie dziką chęć posiadania tejże maseczki w formie pełnowymiarowej. Nieco zniechęca mnie póki co jej cena - za słoik maski o gramaturze 300 gram trzeba zapłacić ponad 60 złotych. Ale myślę, że mimo wszystko warto :)

INCI: Water, Wine Extract, Dipropylene Glycol, Glycereth-26, Glycerin, Bis-PEG-18Methyl Ether Dimethyl Silane, PEG/PPG/Polybutylene Glycol-8/5/3Glycerin, Propylene Glycol, Butylene Glycol, Glyceryl Polyacrylate, Disodium EDTA, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Alcohol, Phenoxyethanol, Fragrance, Caprylyl Glycol, Caprylhydroxamic Acid, Water, PEG-240/HDI Copolymer Bis-Decyltetradeceth-20 Ether, Xanthan Gum, My Asia Beauty, Biosacharide Gum-1, Hydrolyzed Wheat Protein/PVP Crosspolymer, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract, Lavandula Angustifolia (Lavender) Extract, Thymus Vulgaris (Thyme) Extract, Bergenia Ciliata Root Extract, Viola Mandshurica Flower Extract, Impatiens Balsamina Flower Extract, Adenosine, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Extract, Yellow 5 (CI 15985), Red 227 (CI 17200)

Kosmetyki firmy Holika Holika możecie kupić na stronie myasia.pl

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 maj 2013

Jak odkładać naukę do kolokwium w kreatywny sposób, czyli zróbmy coś szalonego

Znacie to uczucie, gdy z biurka spogląda na Was stos notatek, a Wam się tak strasznie, ale to strasznie nie chce? Ja znam i to aż za dobrze. Okres sesyjny i przedsesyjny jest tak naprawdę jedynym okresem w roku, gdy w moim pokoju panuje idealny porządek, okna lśnią czystością, notatki są posegregowane na wszystkie możliwe sposoby, pies jest już tak wybiegany, że gdy widzi mnie zbliżającą się do drzwi to chowa się pod stół. W tym sezonie doszło do tego jeszcze obsesyjne wypróbowywanie nowych treningów, tak więc od wczoraj zaliczyłam już jakieś pięć piętnastominutowych sesji jogi (plecy dalej mnie rąbią, a to tak przyjemnie przynosi ulgę :P). Dzisiaj jednak, gdy setny raz próbowałam wbić sobie do głowy jakie są optymalne warunki życia dla całej zwierzakowej trzody - nie wytrzymałam. Dopadło mnie to jedyne w swoim rodzaju uczucie, że jak choć na chwilę nie zajmę się czymkolwiek ciekawym to eksploduję, nie pójdę jutro na żadnego kolosa, zjem notatki itp. Serialu odpalać nie chciałam, bo wiem z doświadczenia jak to się kończy ("jeszcze tylko jeden odcinek, a potem od razu wracam do nauki"...), ale zerknęłam na chwilę na yt i jakoś tak wędrując byle jak i byle gdzie, trafiłam na filmik o "farbowaniu" włosów cieniami. Wszystkie te filmiki czy posty na blogach, które znalazłam, pokazywały przeważnie różowe końcówki na blond włosach. Byłam przekonana, że na moich, coraz mocniej jaśniejących co prawda, ale wciąż ciemnych włosach, takie coś się nie uda. Ale ja jestem stworzenie przekorne, więc sama do siebie powiedziałam "mi się ma nie udać?!" i przystąpiłam do pracy. 


Bałaganu przy tym narobiłam co nie miara, całkiem możliwe, że moje palce już po wsze czasy zostaną niebieskie, ale kurde udało się!:D Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, mimo, że wszystko było robione na szybko, byleby zobaczyć czy zadziała. Użyłam niebieskiego cienia z paletki Sleeka Brights i turkusowego z PPQ. Gdybym miała mniej włosów, to efekt pewnie byłby lepszy, ale na mojej zmierzwionej koczkiem burzy włosów, cienia było potrzeba całkiem sporo i ciężko było te włosy ogarnąć. Następnym razem, gdy będę chciała "wyjściowo" sobie coś takiego stworzyć, to najpierw na prostych włosach zrobię kolor, potem zakręcę je np. na chuście. Cień wcierałam początkowo palcami, potem dopiero wpadłam na to, żeby odrobinę ukruszyć na wacik i przeciągać pojedyncze pasma włosów przez złożony wacik. Inżynier :P Nie wiem jeszcze jak długo będzie się to trzymać, wiadomo, że po umyciu całość spłynie, ale wydaje mi się, że po lekkim utrwaleniu lakierem, efekt powinien przetrwać np. imprezę. 
Na poniższych zdjęciach widać też gdzieniegdzie przebłyski różu i fioletu - to dlatego, że początkowo nie mogłam zdecydować się na jeden kolor :)

Tak więc (moja polonistka w podstawówce zawsze mi powtarzała, że nie zaczyna się zdania od "tak więc") - brunetki, szatynki - próbujcie :) Metoda nadaje się nie tylko dla blondynek, my też możemy czasem trochę poszaleć. Kreatywnie :)

Pozdrawiam,
Niebieskowłosa Panna Joanna
20 maj 2013

Week in photos vol. 6

Wiem, wiem...miało być regularnie, a wychodzi jak wychodzi :P Regularność nigdy nie była moją mocną stroną i niestety już mi tak chyba do końca życia zostanie. Ale w tym tygodniu się udało, zwłaszcza, że tydzień (czy raczej weekend) był bardzo intensywny i ciekawy :) Z tego też względu zdjęcia będą odrobinę monotematyczne i częściowo zapożyczone od kolegi, który jako jedyny wpadł na to, żeby zabrać ze sobą aparat. 
1. Główna przyczyna ostatniego zamieszania - krakowskie Czyżynalia!
2. Sabaton, niestety na zdjęcie nie załapał się Joakim, ale latał po scenie jak szalony i ciężko by chyba było go uchwycić. Swoją drogą - był po prostu rewelacyjny, pogadany i jak na Szweda rewelacyjnie mówi po polsku, tzn. brak u niego jakiekolwiek dziwnego akcentu.
3. Within Temptation - kolejny fantastyczny koncert. Trochę żałuję, że akurat ten oglądałam już z poziomu podłogi (:P), ale mój kręgosłup po prostu kompletnie wysiadł i nie byłam w stanie ustać na nogach, co zaskutkowało koniecznością udania się na tyły i rozłożenia się na ziemi buuu...
4. Luxtorpeda, której miałam okazję posłuchać po raz drugi w przeciągu trzech dni - najpierw w czwartek wystąpili na gliwickich igrach, a w sobotę grali w Krakowie. Nie powiem, żeby mnie jakoś specjalnie porwał ten zespół, było "tak se".
5. Krakowski rynek i Festiwal Nauki - kazali mi siadać na gwoździach :P 
6. Na rynku zupełnym przypadkiem trafiliśmy również na marsz równości. Trochę dziwiła nas ogromna ilość policji kręcąca się po rynku, a następnie ustawiająca się w rzędzie, ale dość szybko okazało się co się dzieję. 
7. Nowość od Sleeka, która zapowiada się po prostu rewelacyjnie. Cztery pomadki o mega mocnej pigmentacji, wybrałam wersję Havana - nazwa świetnie oddaje charakter tej paletki. 
8. Najpierw zaczęłam oglądać serial i wsiąkłam, teraz czytam książkę i też wsiąkłam. A uczyć się nie ma kiedy :P
9. No właśnie...sesja za pasem, już czuć jej oddech na karku. A w tym semestrze zapowiada się kompletna masakra, masa przedmiotów typu "nie wiemy czego was uczyć, więc wrzucimy wam w plan cokolwiek" do zaliczenia, bleh.

W związku z powyższym oddalam się do nauki na kolokwium z rolnictwa, nie muszę chyba mówić jak bardzo mi się nie chce?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 maj 2013

Brwi w butelce, czyli mała brwiowa rewolucja

Uwielbiam mocno, wyraźnie podkreślone brwi. Mogę wyjść z domu bez wytuszowanych rzęs, ale brwi muszą być choćby maźnięte. Moje własne, prywatne są raczej jasne, dość liche ogólnie rzecz biorąc, więc ich podrasowanie stanowi punkt niezbędny w moim makijażu. Do tej pory przerobiłam już całą masę kredek do brwi, wosków, cieni. Jednak produkt, który dane mi było testować ostatnio, zdecydowanie bije je wszystkie na głowę.


Brwi w butelce, bo tak nazywa się ów wynalazek, to produkt nieznanej mi dotąd firmy Divaderme. Poza brwiami w butelce, firma oferuje również rzęsy w butelce, tusz do rzęs i coś, co nazwane jest "wakacje w butelce". Producent opisuje Brown Extender w sposób następujący:
"Brown Extender Brwi w butelce od firmy divaderme zawierają miliony maleńkich włókien, dzięki nim uzyskujemy bardzo subtelny efekt delikatnego, aczkolwiek wyrazistego zagęszczenia. W zależności od ilości pigmentu zawartego w glince stanowiącej bazę produktu, Brow Extender w różnym stopniu przyciemnia brwi. Bogata gama kolorystyczna pozwala dopasować kosmetyk do każdego typu urody. Naturalne składniki aktywne zawarte w preparacie pielęgnują cebulki sprawiając, że naturalne brwi rosną szybciej i wyglądają zdrowiej."
W szklanej, zakręcanej butelce (w zakrętce znajduje się aplikator) rzeczywiście zamknięte są ogromne ilości maluśkich włosków, na aplikatorze widać czasami takie małe kłaczki. Po nałożeniu na brwi nie widać już struktury tych włosków, zostaje sam jednolity kolor. 
Instrukcja użycia jest banalnie prosta - aplikatorem nadajemy kształt swoim brwiom, kilkukrotnie maziając nim po brwiach. Kształt aplikatora jest na tyle wygodny, że wystarczy dosłownie dwa razy przejechać po brwiach, aby je idealnie podkreślić. Początkowo wydawało mi się, że aplikator będzie zbyt mało precyzyjny, jednak były to obawy całkowicie niesłuszne. Przypuszczam, że efekt czy raczej jego moc, można stopniować, aczkolwiek  moje brwi w butelce mają idealny, pożądany przeze mnie odcień, więc nie odczuwam potrzebny "poprawiania", żeby wzmocnić kolor. Jeśli już przy kolorach jesteśmy - gama kolorystyczna jest naprawdę szeroka, od jasnych kolorów przeznaczonych dla blondynek po czystą czerń. Ja wybrałam odcień 04 Espresso Brown, czyli ciemny brąz. Jest to głęboki odcień brązu, chłodny, bez grama rudych tonów. Efekt jaki uzyskujemy jest bardzo naturalny, brwi nie są "pudrowe" jak przy niektórych cieniach, włoski nie są zbyt błyszczące jak przy niektórych kredkach. Trwałość tego kosmetyku jest niesamowita - kredki czy cienie do brwi, utrwalone czy nieutrwalone woskiem, zawsze po kilku godzinach po prostu znikały z brwi, a te kłaczki trzymają się brwi dosłownie do zmycia, nieważne czy jest to pięć godzin czy dwadzieścia. 
Pozytywnie zaskoczył mnie również skład - krótki i bardzo naturalny. Mamy tu: celulozę, glinkę, wyciąg z liści herbaty chińskiej, pantenol, tokoferol (wit. E), wyciąg z liści bazylii, wyciąg z kadzidłowca, ekstrakt z żeń - szenia, kofeinę, wosk Carnauba i wyciąg z wanilii płaskolistnej. I tylko i dokładnie tyle. Stosuję ten produkt już dłuższą chwilę i mogę napisać, że zauważyłam poprawę stanu moich brwi, przede wszystkim zagęszczenie, włoski szybciej rosną i rzeczywiście wyglądają jakoś tak...zdrowiej. Poniżej zdjęcie przed i po zastosowaniu produktu:
Podsumowując - ja jestem zachwycona, jest to bez dwóch zdań najlepszy kosmetyk do podkreślania brwi z jakim miałam styczność. Pojemność tego kosmetyku to 5 ml, ważne przez rok od otwarcie i podejrzewam, że na ten rok spokojnie wystarczy z racji tego, że nie widzę póki co żadnego wyraźnego ubytku. Z tego względu, spokojnie przyjmuję jego cenę (69 złotych), jeśli ma być to wydatek raz na rok. Zostanie ze mną na dłuuugo :)

Produkty firmy Divaderme można kupić na stronie cocolita.pl.
TUTAJ dowiecie się więcej o produkcie. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Konkurs - wygraj kosmetyki na Dzień Matki

Nie tak dawno skończył się jeden konkurs, a już dziś przychodzę do Was z kolejnym. Ponownie do wygrania jest zestaw kosmetyków Floslek, tym razem dedykowany osobom 35+. Jest więc to idealna okazja aby wygrać dla mamy super prezent na Dzień Matki :)

W skład nagrody wchodzą trzy kremy z serii Anti - aging - na dzień, na noc i pod oczy. Po więcej informacji na temat tych kosmetyków zapraszam Was TUTAJ.

Zasady są bardzo podobne jak ostatnio, różne jest jedynie pytanie konkursowe.
Wystarczy zgłosić pod tym postem chęć wzięcia udziału w konkursie, podać swojego maila oraz odpowiedzieć na pytanie:
W jaki sposób Twoja mama pielęgnuje swoją skórę?

Konkurs trwa od dzisiaj (15.05.2013r.) do 26.05.2013r. Dzień później czyli 27 maja ogłoszę zwycięzcę. Wszystkie trzy produkty trafią do jednej osoby, z którą po ogłoszeniu wyników skontaktuję się mailowo. Jeśli w ciągu tygodnia nie otrzymam maila zwrotnego, zwycięzca zostanie wybrany po raz kolejny. Wysyłka odbywa się na terenie Polski, w konkursie mogą brać udział osoby pełnoletnie (nieletni muszą mieć zgodę rodzica/opiekuna). 

Zapraszam do udziału!:)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 maj 2013

Lakierowo - piasek po raz pierwszy

Różne ciekawe rzeczy dzieją się w lakierowym świecie, producenci prześcigają się w tworzeniu ciekawych struktur, formuł i wykończeń, a cała reszta potem stosuje te nowe trendy u siebie. Z piaskami miałam od samego początku problem - nie byłam w stanie stwierdzić, czy podobają mi się czy może wprost przeciwnie. Po fali recenzji i swatchy lakierów OPI z bondowskiej serii, w sumie zachciało mi się jakiegoś piaska, ale lakiery OPI, delikatnie mówiąc, znajdują się poza moim zasięgiem finansowym. Potem naoglądałam się piasków z p2, ale oczywiście u nas p2 nie ma, bo po co :P I znów ogarnęło mnie takie średnie uczucie kosmetyczno - zachciewajkowego nieszczęścia i w tym nieszczęściu tkwiłam do momentu, gdy zobaczyłam, że lakiery o piaskowym wykończeniu wypuściło...Golden Rose. Dzisiaj zupełnie "przypadkiem", gdy kierowałam swoje kroki w stronę wyspy GR w pobliskim centrum handlowym, ujrzałam wystawione nówki sztuki,  no i musiałam przygarnąć toto. Na początek jedną sztukę, co by w ogóle się z tym oswoić i sprawdzić jakość. Dumałam nad kolorami strasznie długo, w pierwszej kolejności odrzuciłam wersje bezdrobinkowe, ponieważ dalej w moich oczach dają one efekt "pomalowałam paznokcie i zanim wyschły zaczęłam napierniczać po nich gwoździem" (choć dzisiejszy niecierpkowy różowy jakoś mi się spodobał). Potem zrobiłam szybką selekcję wśród wersji drobinkowych i do domu wrócił ze mną numer 59, czyli malina, ni to czerwień ni  róż ni jasne bordo (?:P), naładowana złocistymi drobinkami. No cudo. Na zdjęciach nawet w połowie nie udało mi się uchwycić jego urody, zdjęcia są też dość ciemne, ale jak próbowałam wpuścić w nie więcej światła, to nie było widać tego piaskowego efektu i bling bling. 


Maluje się nim świetnie, na podkład nałożyłam dwie warstwy, które błyskawicznie wyschły. Lakier ma chropowate wykończenie, a ten piaskowy efekt jest dość mocno widoczny. 
Boję się, że chcę więcej...Podobają mi się jeszcze numery 51, 52, 58. Poniżej możecie kuknąć sobie na pełną gamę kolorystyczną:

Co Wam wpadło w oko?:)
Lakiery można kupić na stoiskach firmowych Golden Rose lub w ich sklepie on line. Koszt jednej sztuki to 12,90 zł.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

12 maj 2013

Wyniki floslekowo - naczynkowego konkursu

Konkurs wczoraj dobiegł końca, więc tak jak obiecałam - przybywam dzisiaj z wynikami. Większość z Was w odpowiedziach na konkursowe pytanie wskazywało na podobne kosmetyki - krem z filtrem, kosmetyki uszczelniające naczynka, rozmaite hydrolaty, preparaty zawierające rutynę, pojawiło się też kilka wypowiedzi odnośnie kosmetyków kolorowych, takich jak zielony korektor czy kryjący podkład. 

Ale nie przedłużając - zwycięzcą zostaje:
Lallane! 

Serdecznie gratuluję, pędzę wysłać do Ciebie maila :)

Pozdrawiam i już teraz zapraszam na kolejny konkurs, tym razem do wygrania będzie coś dla dojrzalszych pań bądź Waszych mam :)

Panna Joanna
11 maj 2013

Kremowo - Decubal

Dzisiejszy post będzie długi, dość obszerny, bo i recenzowanych produktów będzie kilka. Tym razem jednak po części będą to też recenzje gościnne, ponieważ sama nie dałabym sobie rady z tyloma kremami. A o czym właściwie mowa?
Jak widać powyżej kremy (i jeden żel) są w ilości sztuk cztery, więc spróbuję skupić się na najważniejszych rzeczach, zapraszam do lektury :)

FACE VITAL CREAM
Powyższy krem został ze mną i moim zdaniem (mimo, że pozostałe miałam okazję jedynie "poczytać" i razy czy dwa się posmarować, bo kremy zostały w rodzinie) ze wszystkich kremów do twarzy wśród decubalowych, właśnie ten jest najbardziej warty zainteresowania. Ma bardzo wygodne opakowanie - prosta plastikowa tuba zakończona pompką. Jego konsystencja jest dość lekka (w porównaniu do pozostałej dwójki), ale czuć, że krem jest odżywczy, mocno nawilżający. Po użyciu skóra jest gładka, nawilżona i jest to efekt długotrwały - używając go rano, wieczorem wciąż czuję, że moja skóra ma się dobrze. Liczyłam, że może po dłuższym czasie stosowania moja skóra się uspokoi jeszcze bardziej, ale niestety taki chyba jej urok, jest sucha i już ;] Dość szybko się wchłania, ale przez chwilę po użyciu można wyczuć na skórze lekki film. Stosowałam go rano i wieczorem, w przypadku porannego stosowania nie kolidował w żaden sposób z nakładanym potem makijażem, dobrze współpracował z podkładami - i mineralnym i zwykłym, płynnym. W składzie brak na szczęście parafiny, która znalazła się bardzo wysoko w kremie w tubie, a na którą moja skóra źle reaguje. Wydajność jest naprawdę dobra, dzięki pompce łatwo dozować produkt, którego dodatkowo nie potrzeba wiele aby pokryć całą twarz. Ja aktualnie krem wykończyłam, zajęło mi to kilka długich tygodni. Krem jest teoretycznie przeznaczony do cery dojrzałej, więc na takowej może dałoby się zaobserwować jakieś dodatkowe korzyści, typu napięcie skóry, mnie krem służył mimo mego młodego wieku ;) Pojemność to 50 ml, a koszt około 26 złotych.
Podsumowując - sprawował się dobrze, używałam go z przyjemnością, ale raczej do niego wrócę. Nie odznaczył się w zasadzie niczym ponadprzeciętnym, ot dobry krem. 

FACE CREAM
Powyższy krem testowany był na skórze młodej i równie suchej co moja oraz na skórze dojrzałej i jeszcze bardziej wysuszonej. Poniżej wnioski wyciągnięte z opowieści o wrażeniach:
Krem jest bardzo treściwy i ma gęstą, konkretną konsystencję. Jest dość "ciężki", tłustawy, ale jednocześnie łatwo nakłada się go na twarz, zostawia po sobie lekko tłusty film. Zdarza się, że gdy nałoży się go zbyt dużo to zaczyna się rolować. Mimo napisu "bezzapachowy" krem jednak pachnie i to  dość nieprzyjemnie (aromat podobny do części "bezzapachowych" kosmetyków Decubal). Nawilża dość intensywnie, skóra po użyciu jest bardziej miękka, gładka. Wydajność kremu jest wysoka, głównie ze wzgląd na fakt, że lepiej nie nakładać go zbyt wiele. Produkt zamknięty jest w plastikowym słoiczku, zabezpieczonym folią. Nie zanotowano po nim żadnych podrażnień, zapchania czy innych reakcji niepożądanych.
Krem ma pojemność 75 ml i podobnie jak poprzednik kosztuje około 26 złotych

INTENSIVE CREAM
Ostatni krem powędrował do mojej mamy, a więc posiadaczki cery dojrzałej, normalnej, bezproblemowej, odpornej w zasadzie na wszystko. Dlaczego akurat ona dostała ten krem do przetestowania? Z bardzo prostego powodu - krem ma wysoko w składzie parafinę, na którą ja czy moja siostra reagujemy średnio, a mamie ona nie robi żadnej krzywdy. Czego się dowiedziałam?
Krem stosowany był na twarz, szyję i dekolt. Zawartość substancji tłuszczowych w tym kremie to 71%, więc krem jest typowym tłuściochem, jest bardzo gęsty i "zbity", dość ciężko wydobyć go z opakowania (tuba na zatrzask), o wiele lepiej sprawdziłby się tu słoiczek niż opakowanie z bardzo małym "dzióbkiem". Na skórze krem pozostawia tłustawą warstwę i niezbyt szybko się wchłania. Skóra po użyciu jest wyraźnie zmiękczona, natłuszczona, efekt ten nie utrzymuje się zbyt długo. Sprawdza się również na bardziej problematycznych częściach ciała, typu przesuszone łydki, jest więc to krem dość uniwersalny. Ze względu na opakowanie i konsystencję ciężko ocenić ile kosmetyku zostało jeszcze w środku, ale krem sprawia wrażenie wydajnego. Pojemność to 100 ml, koszt około 21 złotych.

ANTI - ITCH GEL
Ostatni kosmetyk również testowałam głównie ja, ciężko jednak było mi rozgryźć do czego on się właściwe nadaje i prawdę mówiąc do tej pory nie wiem ;) Początkowo myślałam, że może będę stosować go podobnie jak żele z Flosleku, jednak u mnie w pielęgnacji twarzy nie sprawdzał się on w ogóle. Zimą więc sięgałam po niego zaraz po depilacji i tu już było czuć, że coś robi - skóra była po nim uspokojona, ewentualne podrażnienia złagodzone. Jednak niedawno dotarły do nas upragnione po długiej zimie upały i wtedy po żel sięgałam zdecydowanie częściej - ze względu na konsystencję, żel jakby lekko chłodzi, więc używanie go po prostu do pielęgnacji ciała w ciepłe dni to czysta przyjemność. Póki co, nadal będę go stosować tak jak do tej pory, a może w międzyczasie wpadnę na jakieś dodatkowe zastosowanie :) Pojemność to 100 ml, koszt - około 15 złotych.

Podsumowując - Decubal ma w swojej ofercie kilka prawdziwych perełek, ale i kilka dość przeciętnych kosmetyków. Moim zdaniem warto zainteresować się pianką do mycia twarzy, balsamem do ciała w białej tubie, balsamem do ust. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 maj 2013

Ulubieńcy...ostatnich czasów

Oj dawno, bardzo dawno nie było prezentacji aktualnych ulubieńców. A trochę się takowych nazbierało, więc dzisiaj taka mała prezentacja ulubieńców...nazwijmy ich wiosennymi (choć za oknem w zasadzie lato w rozkwicie :)). Jedne używane dłużej, inne krócej, bez wyjątku jednak przeze mnie bardzo lubiane i intensywnie eksploatowane. Podzielone na kategorie - kolorówka, paletki, lakiery i pielęgnacja. 

W kwestii pielęgnacji jestem ostatnio więcej niż nudna :P Uczepiłam się kilku kosmetyków i w kółko je wałkuję. Mamy tu:
- szampon Alterra Biotyna i Kofeina - zdecydowanie najulubieńszy w chwili obecnej; przeznaczony jest do włosów osłabionych i przerzedzających, moje ostatnio są w stanie więcej niż zadowalającym, niemniej jednak szampon im służy wyśmienicie
- maska do włosów Kallos Crema al Latte - polecona przez e-Lenę, dorwana w Hebe za około 8 złotych; prawdziwy geniusz w słoiku (ogromnym - maska jest litrowa), moje włosy uwielbiają tę maskę, są po niej lśniące, lejące, łatwe do rozczesania, miodzio :)
- płyn micelarny BeBeauty - czyli biedronkowy micel, kosztujący grosze i świetnie zmywający makijaż, obecnie zużywam już chyba trzecią czy czwartą buteleczkę; jakbym znalazła tego, co wpadł na to, żeby wycofać go ze sprzedaży to kopnęłabym w cztery litery
- czysty, organiczny 100% olejek arganowy - kupiony bodajże w Superpharm, używany praktycznie do wszystkiego - do twarzy, na skórki wokół paznokci, na końcówki włosów, ciężko mi wyobrazić sobie pielęgnację bez tego olejku
- żurawinowe masełko z TBS - uwielbiam za zapach, stosuję na szyję/dekolt, na włosy, dobijam dna, a szkoda
- balsam do ciała z Decubal - jeden z niewielu balsamów dający długotrwały efekt, poradził sobie z pozimowym przesuszem, obecnie na wykończeniu, ale na pewno do niego wrócę, choć nie wiem czy nie poczekać z tym do jesieni/zimy
- odżywka do rzęs Neulash - obecnie stosowana dla podtrzymania efektów, które są naprawdę widoczne; nie wierzyłam w działanie tego typu odżywek, ale odszczekuję
- nawilżająca baza pod makijaż AA - świetna, lekka baza, idealna na lato, sprawdza się i pod minerały i pod podkłady płynne, moja sucha skóra bardzo się z nią lubi, a i makijaż jakoś lepiej siedzi na miejscu


 W kolorówce pojawiło się za to sporo nowości :)
- Face Form ze Sleeka, czyli trio do konturowania w odcieniu Medium - odcień po lewej to bronzer idealny, czekoladowy, chłodny, matowy, trwały; rozświetlacz również często gości na moich policzkach, z "różem" czyli błyszczącym, nieco ceglastym brązem dopiero się oswajam
- róż do policzków Sleeka w odcieniu Rose Gold - idealny pod każdym względem, pięknie ożywia twarz i delikatnie rozświetla, kolor jest niesamowity - róż ze złotą poświatą;bardzo wydajny, męczę go już dość długo, a ubytku praktycznie nie widać
Essential Petit BB Holika Holika - czyli jedna z nowszych nowości, ale już bardzo polubiona; jeden z fajnieszych bebików, kryje, jest jasny, z wysokim filtrem, ma dość mocno nawilżającą formułę, do tego jest stosunkowo niedrogi
- brwi w butelce Divaderme - wkrótce pojawi się szczegółowa recenzja, więc teraz tylko w skrócie napiszę - świetny, niesamowicie wygodny kosmetyk do podkreślania brwi
- korektor w kremie Inglot, seria AMC - pisałam o nim recenzję całkiem niedawno, moje odczucia co do niego się nie zmieniły, to mój ulubiony korektor; kryje co ma kryć, jednocześnie nie wysusza, nie podkreśla suchych skórek, nie wchodzi w zmarszczki, bardzo wydajny
- puder mineralny BareFaced Beauty odcień Jasmine - bardzo lubię efekt jaki daje, zostawia po sobie lekką, bardzo delikatną poświatę, dzięki czemu cera wygląda na wypoczętą, rozświetloną, taką zdrową :)
- mineralny cień BareFaced Beauty odcień Jewel  - jeden z niewielu pojedynczych cieni, po który sięgam równie często jak po paletki; jasny, chodny fiolet, ze złoto - srebrną poświatą, idealny na dzień i na wieczór
- żelowy liner Essence - uwielbiam żelowe linery z Essence, a ten fioletowy mam na oku przynajmniej kilka razy w tygodniu; dobrze, że jest taki wydajny, nie rozumiem jak można było wycofać taki fajny odcień
- baza pod cienie MUA - odkąd ją mam, rzadko sięgam po jakąkolwiek inną, niesamowicie przyjemnie się z nią pracuje, jak dla mnie produkt bez wad; no może poza tym, że trzeba ją sprowadzać z UK
- lip tinty z Bell - odcienie 4 i 5 posiadane przeze mnie póki co zaspokoiły moje lip tintowe zapotrzebowanie, ale nie wykluczam, że w końcu skuszę się na pozostałe kolory, bardzo się z nimi polubiłam, to najtrwalsze mazidło do ust, jakie znam
- tint z Astora odcień Nude Sweetness - czy ktoś je jeszcze pamięta? dawno to było, oj dawno ;) ja niedawno znów sięgnęłam po tego tinta i teraz używam go w zasadzie zawsze wtedy, gdy chcę neutralnie podkreślić usta
- tusz do rzęs Max Factor Clump Defy - przepadłam, gdy pierwszy raz użyłam tego tuszu; od samego początku miał idealną konsystencję, nie trzeba było czekać aż się "uleży", na rzęsach daje cudowny efekt, trzyma się jak przyspawany, a jednocześnie łatwo go zmyć
- pędzle Ecotools - kupione w Hebe podczas promocji i od tamtego czasu intensywnie używane; wygodne, poręczne, zestaw dość uniwersalny, łatwo się je dopiera, szybko schną; kuszą mnie teraz Ecotoolsy do twarzy :)

Wśród paletek ostatnio zdecydowanie najczęściej wyciągane są z pudełka paletka z MUA Undressed i Sleekowa Showstoppers. 
- paleta Undressed - dla mnie idealny, kompletny zestaw cieni neutralnych; idealna do dziennych makijaży, do brązowych smoków; gdyby nie dwa słabsze maty, byłaby ideałem
- Showstoppers - czyli najnowsza propozycja Sleeka; cienie bardzo uniwersalne, pozwalające na stworzenie makijaży z szerokiego zakresu; jakościowo świetna, widać, że Sleek robi postępy

Z lakierami też nie szaleję, sięgam głównie po wiosenne, takie słoneczne barwy. Mamy tu dwa lakiery Donegal - wrzosowy fiolet i nasycony koral (który mam właśnie na paznokciach), bardzo je lubię, niby takie małe i wydawałoby się, że niepozorne, ale to bardzo dobre lakiery Skusiłam się tylko na jeden lakier z blogerskiej serii Wibo - oleśkowy Peaches&Cream. I choć kolor piękny to widzę, że zaraz zostanie z niego tylko glut, więc używam póki się da. Dwa kolory od Virtuala są już ze mną dość długo - Wonder woman i Hazelnut czyli mocna pomarańcza i zgaszony taupe. Jakościowo świetne, kryjące, o idealnej konsystencji i kryciu. Lubię :) I ostatni (i jednocześnie najnowszy) - żółty Vienna Imperial od Joko, czyli żółtek idealny dla mojej karnacji. 

Dobrnęłam do końca, więc z czystym sumieniem oddalam się do lektury "Gry o tron" :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
9 maj 2013

Moja pędzlowa historia

Się zbierałam, zbierałam i zebrać nie mogłam. A zdjęcia już jakiś czas czekają i doczekać się nie mogą. Ale, że jutro wolne i można trochę poleniuchować - sprężam się w sobie i spieszę do Was z zapowiadaną już jakiś czas temu moją pędzlową historią.
Jak bardzo dokładnie widać na powyższym zdjęciu - moja kolekcja pędzli nieco się rozrosła od czasu kiedy zaczęłam interesować się makijażem. Kilka pędzli już w międzyczasie zakończyło swój żywot, więc i tak nie jest to pełen obraz zmian mojego asortymentu pędzlowego. Na początku do makijażu nie używałam pędzli w ogóle - podkład nakładałam palcami, różu czy bronzera nie używałam wcale, do oczu używałam kredki, cienie aplikowałam pacynkami dołączonymi do cieni. Gdy trafiłam na wizaż i forum Moje Makijaże, dość szybko doszłam do wniosku, że trzeba by sobie sprawić...cokolwiek. I tak trafił do mnie mój pierwszy pędzel, który mam zresztą do dziś - kupiony w Rossmannie najzwyklejszy pędzelek do cieni firmy For Your Beauty (widoczny na zdjęciu po lewej). Dosyć długo radziłam sobie używając tylko tego jedynego pędzelka i po dziś dzień sięgam po niego dość często (ach, te sentymenty). Potem trafił do mnie pędzelek do różu/bronzera/pudru (czytaj - używany do wszystkiego), tym razem kupiony w Naturze, niestety niedawno się z nim pożegnałam, bo zostało już z niego mniej niż połowa formy początkowej. Na zdjęciu widzicie pędzelek z Essence, który był bodajże kolejnym moim pędzlem do - twarzowym. A po pewnym czasie...
...zachciało mi się więcej. To co widzicie wyżej to zbieranina różnych pędzli, które dołączały do mojej kolekcji stopniowo przez ostatnie lata. Pewnie dla wielu z Was nie jest to ilość duża, dla mnie natomiast aktualny stan posiadania jest optymalny, nie odczuwam jakichkolwiek braków. Lecąc od lewej mamy tu: Essencex2, H&M, no name z Natury, Maestrox3, For Your Beauty, Donegalx3, Ecotoolsx5. Najwięcej mam chyba zwykłych, języczkowych pędzelków, takimi mi się najlepiej nakłada cienie. Przez baaardzo długo moim ulubionym pędzlem do rozcierania cieni był pędzel z...H&M, puchaty, dość duży, nadal używam go nałogowo, jednak ostatnio moje serce podbiła kulka z Ecotools, która w zasadzie sama rozciera, wystarczy machnąć dosłownie trzy razy i dymek jak się patrzy. Pędzel do kresek z firmy Maestro jest moim top topów w kwestii malowania kresek, poprzednie trzy czy cztery takie pędzelki innych firm niestety "zużyły się", ten póki co sprawuje się idealnie i nawet da się go domyć do czystej czystości. Bardzo lubię też płaski, mały pędzel z firmy Donegal, dobrze nakłada się nim "trudne" cienie, czyli np. te zbyt twarde czy zbyt pylące, wszystko utrzyma w ryzach. 
Równocześnie z namnażaniem się pędzli do makijażu oczu, trafiały do mnie kolejne pędzle do twarzy.
Tutaj jest jeszcze spokojniej, pędzle do - twarzowe stanowią mniejszość, stawiam na niezbędne minimum. Od lewej: Maestro, For Your Beauty, Donegal, Essence, EDM, Mary Kay (podratowany taśmą, bo "coś się zaczęło dziać", a naprawdę lubię ten pędzel :P), ponownie Essence i Hakuro. Najczęściej używam pędzla Hakuro, nakładam nim minerałki i sprawdza się do tego idealnie. Równie często sięgam po pędzel Mary Kay, którym aplikuję puder mineralny, gdy zależy mi na "dokładniejszym" wykończeniu, gdy tylko chcę zmatowić twarz np. pudrem ryżowym sięgam po największy pędzel czyli For Your Beauty. Do konturowania używam najczęściej pędzla Donegal, po prostu go uwielbiam. Maestro i pierwszy pędzelek z Essence służą mi przeważnie do różu - w zależności od konsystencji kosmetyku. Kolejny Essence świetnie sprawdza się do nakładania rozświetlacza. Małym kabuki z EDM czasem pomagam sobie aplikując minerały. Na zdjęciu zabrakło Beauty Blendera, jakoś nie wpadłam na to, aby również umieścić go w tym zestawieniu. Niemniej - jest, ma się dobrze i pewnie jeszcze trochę mi posłuży. 

Moje pędzlowe zapotrzebowanie jest chwilowo zaspokojone, choć nie powiem, żeby czasem coś nie kusiło. Mam chrapkę zwłaszcza na pędzle Ecotools, tym razem te do twarzy, dooczne maluchy skutecznie zachęciły mnie do tych pędzli ;)

A jak wygląda Wasza pędzlowa historia?

Pozdrawiam,
Panna Joanna

7 maj 2013

Makijażowo - słonecznie

Dzisiaj rano obudziła mnie piękna pogoda (aktualnie zastąpiona przez deszcz i...może burzę?), a nic tak nie skłania do sięgania po kolory jak słońce. Wzięłam więc w dłoń paletkę Showstoppers i przy użyciu dokładnie trzech cieni - łososiowego, granatowego i fioletowego, stworzyłam makijaż. Strasznie mi się spodobało połączenie ciemnego fioletu z lekko pomarańczowym łososiem, chyba częściej będę je stosować.
Na twarzy - Essential Petit BB Holika Holika, puder ryżowy Mariza, paleta do konturowania Sleek (Medium)
Na oku - baza MUA, wspomniane cienie, kredka Catrice (na linii wodnej, niestety numer się starł), tusz Max Factor Clump Defy
Brwi - brwi w butelce Divaderme
Usta dla odmiany zostawiłam gołe. 

Zainspirowana postem Cholery Naczelnej (serdecznie zapraszam na jej bloga, czyta się go z duuużą przyjemnością) o kręceniu włosów na chustę, postanowiłam wczoraj spróbować. I jestem zachwycona :D Sama metoda pozwala na uzyskanie świetnej fryzury (w sensie jak włosy są jeszcze nawinięte na chustę), a po rozpuszczeniu powstają fajne, dość duże loki, które trzymają się na mnie od rana do teraz, a to efekt po prostu historyczny :P Cholero Naczelna - Twój chustowy patent zostanie ze mną na długo, dziękuję :)))
Włosy nakręciłam na chustę jak były jeszcze lekko wilgotne, nie użyłam żadnego stylizatora, dopiero dziś rano po rozkręceniu chusty, spryskałam włosy lekko lakierem.

Znacie patent z kręceniem włosów na chuście? Jeśli nie, koniecznie zajrzyjcie do Choler :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 maj 2013

Lakierowo - aztecko


Azteckie wzory ostatnio opanowały nasze szafy - znaleźć je można było na spódnicach, spodniach, bluzkach, sukienkach i wielu, wielu innych. Mnie dość długo trend absolutnie nie ruszał, w mojej garderobie królują jednolite kolory, ewentualnie nadruki czy paski, ale azteckich, mocno geometrycznych wzorów brak. Niemniej jednak już dość długo fascynowało mnie wykorzystanie tego trendu na...paznokciach. Ja jestem absolutną sierotą jeśli chodzi o skomplikowane zdobienia paznokci, moje umiejętności ograniczają się do kropek czy nałożenia brokatu na końcówki, wizja operowania cienkim pędzelkiem i tworzenia wymyślnych kombinacji napawała mnie niemałym przerażeniem. Dzisiaj jednak, mając w perspektywie pisanie pracy na włoski lub znalezienie zajęcia, które mnie od tego odciągnie - spróbowałam. Z braku narzędzi poświęciłam jeden eyeliner, którego bardzo długo już nie używam i w ten sposób zdobyłam cienki, precyzyjny pędzelek. Paznokcie pomalowałam lakierem w odcieniu nude, wyciągnęłam kilka kolorowych lakierów, które miały posłużyć mi do zdobień, uzbroiłam się w tonę wacików, patyczków z watą, zmywacz i przystąpiłam do akcji. Należę do ludzi mocno nerwowych, niecierpliwych, więc efekt był taki, że przy każdej nieidealnie prostej kresce klęłam pod nosem, powtarzałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz. Potem dotarło do mnie, że o ile na lewej ręce problemy były...względne, tak przy prawej, biorąc pod uwagę stopień drżenia dłoni lewej, będzie koszmar. Na szczęście nie było tak źle, pod koniec czułam, że zaczynam się docierać z pędzelkiem, więc udało mi się nie wyrwać sobie ręki, nie przybić gwoździa głową w blat, ani nie pogłębić nerwicy. Eksperyment na pewno powtórzę, bo efekt mi się bardzo podoba, jest nietuzinkowo, wesoło, takie zdobienie jest efektowne samo w sobie,  moim zdaniem spokojnie  może zastąpić biżuteryjne dodatki do stroju. W głowie mam już sto następnych pomysłów na różne kombinacje, więc w najbliższym czasie możecie się spodziewać wysypu moich prób i błędów :))
Tym razem, jak widać, postawiłam na odcienie granatowo - niebiesko - miętowo - błękitno - różowe, na następny siup pójdzie na pewno wersja czarno - biała. Pozostaje mi tylko zaopatrzyć się w czarny lakier i mogę działać :D

PS. Jak minęła Wam majówka?;> My mieliśmy ambitne plany, ale burze i deszcze skutecznie nam je krzyżowały, jak znam swoje szczęście to pogoda poprawi się dokładnie od jutra, kiedy to wracam na uczelnię. Trafi mnie.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...