WoleProstoHeader

30 kwi 2013

Konkursowo - wygraj zestaw kosmetyków do cery naczynkowej!

Teoretycznie miałam dzisiaj wstawić posta z tygodniowym podsumowaniem zdjęciowym, ale mam dla Was coś lepszego :) Ręka do góry - która z Was zmaga się z problemem rozszerzonych, popękanych naczynek? Jeśli jesteście w tej grupie, ten konkurs jest dla Was.
Do wygrania są trzy kosmetyki firmy Floslek, przeznaczone właśnie do skóry naczynkowej. W skład zestawu wchodzą:
- przeciwzmarszczkowy krem arnikowy z serii Arnica
- nawilżający krem arnikowy spf 15 z serii Arnica
- żel arnikowy

Czym charakteryzują się poszczególne kosmetyki?

"Przeciwzmarszczkowy krem arnikowy z serii Arnica przywraca odpowiednie nawilżenie i napięcie skóry. Wygładza ją, uelastycznia i ujędrnia. Zapobiega powstawaniu zmarszczek. Wzmacnia naczynka krwionośne, poprawia mikrokrążenie skóry. Łagodzi podrażnienia."

"Nawilżający krem arnikowy spf 15 z serii Arnica intensywnie nawilża, chroni barierę lipidową naskórka, łagodzi podrażnienia. Obkurcza, uszczelnia i wzmacnia naczynka krwionośne. Dzięki filtrowi SPF 15 zabezpiecza wrażliwą skórę przed szkodliwym działaniem promieniowania UV."

"Żel arnikowy obkurcza drobne naczynka, zmniejsza ich widoczność, delikatnie chłodzi, działa kojąco i łagodząco. Przyspiesza gojenie mikrourazów i wchłanianie siniaków np. po zwichnięciach, stłuczeniach. Dobrze się wchłania."

Więcej o kosmetykach Floslek przeznaczonych do cery naczynkowej przeczytacie TUTAJ.

Jakie są zasady konkursu? Bardzo proste :)
Wystarczy zgłosić pod tym postem chęć wzięcia udziału w konkursie, podać swojego maila oraz odpowiedzieć na pytanie:
Bez jakiego kosmetyku do cery naczyniowej nie wyobrażasz sobie swojej pielęgnacji?

Konkurs trwa od dzisiaj (30.04.2013r.) do 11.05.2013r. Dzień później czyli 12 maja ogłoszę zwycięzcę. Wszystkie trzy produkty trafią do jednej osoby, z którą po ogłoszeniu wyników skontaktuję się mailowo. Jeśli w ciągu tygodnia nie otrzymam maila zwrotnego, zwycięzca zostanie wybrany po raz kolejny. Wysyłka odbywa się na terenie Polski, w konkursie mogą brać udział osoby pełnoletnie (nieletni muszą mieć zgodę rodzica/opiekuna).

To co - są jacyś chętni?:))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 kwi 2013

Lakierowo - Vienna Imperial

Jak tylko zobaczyłam ten lakier, od razu wiedziałam, że będzie to kolor, który tej wiosny i tego lata będzie na moich paznokciach gościć zdecydowanie często. I rzeczywiście - kolor jest tak pozytywny, słoneczny i pięknie ożywiający dłonie, że to na pewno będzie mój hit :)
Vienna Imperial to kremowa żółć, nie do końca pastelowa, na żywo jest trochę bardziej intensywna niż na powyższych zdjęciach. Nakłada się ją średnio - pędzelek świetny, szeroki, znacznie ułatwia aplikację lakieru, natomiast przy pierwszej warstwie kolor znacznie smuży, a do krycia potrzebne są 3 warstwy. Schnięcie na szczęście dość bezproblemowe, paznokcie malowałam wieczorem, a rano nie obudziłam się z odciśniętą pościelą, więc nie jest źle. Trwałość na pewno będzie dobra, noszę go na paznokciach trzeci dzień i nie ma po tych dniach śladu, a inne lakiery Joko z reguły wytrzymują na moich paznokciach około 5-6 dni, więc zakładam, że ten nie wytnie mi żadnego psikusa :)

Następny w kolejce czeka Blue Fez, już teraz jakoś tak uśmiecha się do mnie z półki :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 kwi 2013

Makijażowo - Showstoppers

To, że paletki Sleeka uwielbiam to wiedzą już chyba wszyscy, którzy czytają mojego bloga. Do mojej skromnej kolekcji dziewięciu paletek dołączyła dziesiąta. I choć początkowo zachwyt był umiarkowany, to po kilku makijażach z jej użyciem mogę stwierdzić, że jest to paletka zdecydowanie warta uwagi. 

Paletka jest o tyle ciekawa, że poszczególne cienie nazwano używając nazw poprzednich paletek. Widziałam na blogu Siulki, że ktoś odkrył, iż paski z nazwami cieni są źle przycięte, stąd pewnie miałyście już okazję czytać coś na temat tego, że kolory cieni nie do końca obrazują charakter paletek. Po odpowiednim przesunięciu zdecydowanie widać związek :) 
Cienie jak to cienie Sleeka - dobrze napigmentowane (w większości), dobrze się nimi pracuje, nie bledną podczas rozcierania, rozciera się je bardzo łatwo, na bazie są praktycznie nie do zdarcia. Wg mnie to jedne z najlepszych cieni jeśli weźmiemy pod uwagę stosunek cena/jakość. Dla kogoś, kto lubi mieć pod ręką sporo kolorów, te paletki są idealnym rozwiązaniem. Pod względem kolorystycznym jest to bardzo różnorodna paleta (np. w porównaniu do Au Naturel, gdzie mamy same neutralne cienie czy jak w Ultra Mattes, gdzie są tylko maty) - mamy tu kilka matowych cieni, kilka perłowych (ale perła Sleeka bardzo się ostatnio poprawiła, brak tu tego charakterystycznego dla starszych palet tandetnego błysku), kilka spokojnych, kilka żywych, kilka jasnych, kilka ciemnych. Jest to też jednocześnie jedna z bardziej uniwersalnych palet - wykonamy nią naprawdę szeroki zakres makijaży.
Zdjęcie u góry w świetle dziennym, dolne z lampą.
1 - Paraguaya, czyli matowy cielisty cień, dosłownie zlewający się z kolorem skóry, pigmentacja średnia, dobry jako cień bazowy czy pomocniczy przy blendowaniu
2 - Sunset, mój zdecydowanie najulubieńszy cień z tej paletki! Ni brąz, no bordo, bardzo mocno napigmentowany, świetnie wygląda nałożony na całą powiekę i roztarty lub w połączeniu ze złotem
3 - Bad Girl, czyli średnio napigmentowane srebro, używam zdecydowanie najrzadziej, nie czuję się w takich odcieniach; dość suchy i twardy
4 - My, Myself  & Eye to piękna perłowa oliwka, mocno napigmentowana, podobnie jak Sunset cień jest dość miałki, jakby lekko mokry, zdecydowanie miękki
5 - Graphite, czyli perłowa/metaliczna dość ciemna szarość, pigmentacja bardzo dobra, cień właściwościami przypomina Sunset i Me, Myself & Eye
6 - Noir, standard w sleekowych paletkach, czyli matowa czerń, dobrze napigmentowana, raczej sucha
7 - Ultra Mattes v2, czyli matowa szarość o dobrej pigmentacji, idealna do szybkiego, dziennego smoka
8 - Oh So Special to matowa brzoskwinka, średnia pigmentacja, podobnie jak pozostałe maty dość sucha
9 - Bohemian to małe zaskoczenie, z reguły granaty w paletach Sleeka są po prostu straszne, a ten nie dość, że matowy to jeszcze świetnie napigmentowany, nie blednie podczas rozcierania, super!
10 - Storm, czyli perła w typowo rozświetlającym kolorze, dość mokra, nie polubiłyśmy się specjalnie, lubi się zbierać w takie "grudki"
11 - Sparkle to piękny drobinkowy fiolet, podobny (jeśli nie identyczny) rzeczywiście jest w palecie Sparkle, pigmentacja średnia, cień dość suchy, szkoda, że nie ma konsystencji podobnej do perłowych cieni z tej palety, wtedy byłby cud, miód i orzeszki
12 - Au Naturel - czyli perłowy brąz, świetnie napigmentowany, bardzo podobny jest również w palecie Sparkle, polubiłam jak każdy inny brąz ;)

Korzystając z chwili wolnego zrobiłam dwa makijaże korzystając tylko z tej paletki:
Do tego makijażu użyłam cieni: Paraguaya,Oh So Special, Ultra Mattes v2, Sparkle i Bohemian.
W powyższym w ruch poszły: Sunset, Sparkle, Graphite i Storm.

Podsumowując - mnie paleta bardzo przypadła do gustu, duża różnorodność kolorów pozwala na wyczarowanie dowolnego makijażu, zostanie ze mną na dłużej :)
Do nabycia na cocolita.pl za 32,90 zł.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 kwi 2013

Lakierowo - koralowo

Oj dawno nie było na blogu paznokci...Ale usprawiedliwiam się faktem, że moje paznokcie co rusz się łamią i doprowadzają mnie do szewskiej pasji, jednak i tak nie aż tak mocno jak skórki, które chyba z okazji wiosny (bo i czego innego?) urządziły sobie strajk generalny i wyglądają jakby przejechał po nich czołg. Niemniej jednak paznokcie nadal maluję, więc dzisiaj korzystając z faktu, że mam na pazurach piękny koralowy lakier, cyknęłam mu szybkie zdjęcie.
Lakiery firmy Donegal zaskakują mnie w ciągu dalszym, tego osobnika, którego widzicie na zdjęciu wyżej, noszę już na paznokciach czwarty czy piąty dzień i nada wygląda bez zarzutu. Dzisiaj co prawda idzie do zmycia, ale tylko dlatego, że właśnie patrzą na mnie z półki trzy nowe lakiery Joko ;). Kolor lakieru jest dość dobrze uchwycony na zdjęciach - jest to chyba najbardziej klasyczny koral z możliwych. Jasnoczerwony z nutami pomarańczowymi i różowymi. Bardzo wiosenny kolor, świetnie wygląda przy lekko już opalonej skórze (się nie chodzi na wykłady, to się łapie słońce). Do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy, choć i jedna grubsza wygląda dobrze. Aplikuje się go łatwo, choć nie ukrywam, że wolę szersze pędzelki. Trwałość bez zarzutów, co zresztą widać na zdjęciu :). Noszę go naprawdę często i w sumie dziwię się, że dopiero teraz go pokazuję. 

Udaję się przemalować paznokcie, tym razem chyba postawię na pastelową żółć, choć i błękit kusi...Może jakiś mix?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 kwi 2013

Włóż mat

Pisałam Wam przy okazji porządkowego posta o tym, że niedługo będziecie mogły przeczytać u mnie recenzję jednego z lepszych matujących pudrów wśród tych, których miałam okazję do tej pory używać. Znalezienie takiego, który faktycznie matowiłby skórę po np. użyciu tłustawego podkładu czy jeszcze tłustszego filtra i jednocześnie wyglądałby dość naturalnie, nie dając płaskiego matu, nie było wcale takie proste. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że moja skóra jest bardzo sucha i po użyciu większości pudrów matujących wyglądam jak posypana mąką, a moja skóra przypomina papier. Zupełnie przypadkiem trafiłam na puder ryżowy firmy Mariza i to było TO.
Już przy pierwszym użyciu czułam, że to może być coś, co będzie odpowiadać mojej skórze. Wystawiłam go na kilka ciężkich prób - wyciągnęłam wszystko to, co powoduje, że moja skóra błyszczy jak szalona i nie da się jej ujarzmić żadnym "normalnym" pudrem. Głównym problem są zwłaszcza kremy z filtrem, które w większości świecą aż miło. I ten niepozorny biały proszek świetnie poradził sobie z ujarzmieniem błysku i, co najważniejsze, sprawił, że skóra wyglądała bardzo naturalnie, nie było świecenia, ale jednocześnie nie było płaskiego matu. Puder nie rolował się, ani nie wałkował na żadnym z tłustych podłoży, a efekt zmatowienia utrzymywał się naprawdę długo. Do pudru dołączona jest gąbeczka, jednak ja zdecydowanie wolę nakładać ten puder dużym, miękkim pędzlem - po prostu lekko omiatam nim twarz. Aczkolwiek muszę przyznać, że i z owej gąbki czasem korzystam - jeśli czeka mnie dzień poza domem, to pakuję puder do torby i w razie potrzeby robię poprawki, w takich warunkach gąbeczka  jest w zupełności wystarczająca.
Patrząc na skład - szału nie ma, oj nie ma zdecydowanie. Skład choć krótki, to obfity w parabeny (tak, ja wiem, że to nie zło najgorsze tego świata, ale jednak razi trochę w oczy, że te parabeny stanowią większość składników w składzie). Niemniej jednak - uczciwie muszę przyznać, że mimo, iż korzystam z tego pudru prawie codziennie, nie zauważyłam żeby w jakikolwiek zły sposób wpływał na cerę - nie przesuszył jej, nie podrażnił, nie spowodował żadnego wysypu. 


Opakowanie jest lekkie, plastikowe, na szczęście nie otwiera się, gdy luzem noszę puder w torbie. Dziurki w wieczku są wielkości takiej "akurat", łatwo wydobyć przez nie kosmetyk, ale raczej trudno przesadzić z ilością. Sam puder jest bardzo wydajny i wystarczy dosłownie lekko musnąć go pędzlem by zmatowić całą twarz. Mimo, że jest on biały i wydawać by się mogło, że będzie bielić twarz - nic takiego się nie dzieje. Na swatchu na ręce wygląda co prawda dość biało, jednak na twarzy jest całkowicie transparentny.


Pojemność tego produktu to 5 g, koszt - około 18 złotych. Kosmetyki Mariza można nabyć u konsultantek, firma prowadzi sprzedaż katalogową. Same kosmetyki możecie pooglądać tutaj - www.mariza-polska.pl, natomiast jeśli chciałybyście uzyskać na ich temat więcej informacji możecie skontaktować się z Panią Izą poprzez e-mail mariza-polska@wp.pl.

Podsumowując - na chwilę obecną mój ulubieniec i choć do dna daleko, to jestem pewna, że jak go wykończę to sięgnę po kolejne opakowanie.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 kwi 2013

Wiosenne porządki

...do których, wstyd przyznać, ale zabierałam się już chyba z miesiąc. W moich pudełkach (czy raczej - pudłach) z kosmetykami robił się coraz większy bałagan, więc dzisiaj, korzystając z faktu, że powinnam się uczyć, zabrałam się za sprzątanie. Posprawdzałam daty ważności, wyrzuciłam zgluciałe lakiery, sprasowałam kilka roztrzaskanych kosmetyków, znalazłam większy "wazon" na pędzle (w starym się już nie mieściły), przeorganizowałam moją przestrzeń na komodzie i po dwóch godzinach osiągnęłam w końcu stan porządku :). 


Jak widać na powyższym zdjęciu, moja kolorówka mieści się w kilku pudełkach. Największe pudło (to na samym tyle) mieści w sobie lakiery w ilości zdecydowanie przewyższającej moje potrzeby. Na nim stoi sobie glossyboxowe pudełko, w którym trzymam głównie cienie mineralne, sypkie i pojedyncze. Piętro wyżej stoi wiklinowy koszyczek z mazidłami do ust (tu jestem z siebie dumna bo wszystkie upchnęłam do tego koszyka, czyli wcale tych ustowych kosmetyków nie jest za dużo :P). Obok wazon z pędzlami, gdzieś tam wciśnięte jest też jajo beauty blender. Obok pędzli wcześniejsze mieszkanko tychże, teraz zajęte przez kredki, linery i "dodatkowe" tusze. Przysuwając się do przodu - pudełko "golden rose box" zamieszkałe przez moje sleekowe i różne inne palety cieni (ledwo je upchnęłam w tym pudle...czy to pora na cieniowy odwyk??). Obok małe kwieciste pudełko mieści w sobie zapasy próbek przeróżnej maści. Pod nim - do twarzowa kolorówka - podkłady, pudry, róże, rozświetlacze, bronzery. Po prawej stronie zdjęcia - czyli bliżej mojego łóżka, trzymam tzw. podręczną pielęgnację. Stoją tu rzeczy, o których lubię zapominać - krem pod oczy, kremy z filtrem, balsam do ciała, krem do włosów, odżywka do rzęs, perfumy, baza pod makijaż, słowem - pierdółki, które dobrze jak stoją na wierzchu.

Podczas tych niemałych porządków wpadło mi do głowy kilka/kilkanaście pomysłów na posty. Inspiracje miałam taaak blisko :) Już dzisiaj porobiłam sporo zdjęć, w najbliższym czasie możecie się spodziewać m.in. mojej pędzlowej historii, posta o aktualnej pielęgnacji twarzy, o najlepszym matującym pudrze pod słońcem i o wielu innych kosmetycznych sprawach, planuję też mały sportowy wpis, czyli moje trzy grosze o Ewce :)

Pozdrawiam i życzę wszystkich udanego weekendu,
Panna Joanna
17 kwi 2013

Makijażowo - fuksja na usta

O koralowym tincie pisałam niedawno, w jego kierunku poleciały z mojej strony same pochwały i nie inaczej będzie dziś. Po zakupie wersji nr 4 i kilku naustnych testach pisałam, że na pewno zaopatrzę się w inne kolory i niedługo potem zdecydowałam się na numer 5. Jest to piękna, bardzo mocna fuksja. Kolor intensywny, z gatunku tych dla odważnych, ale dla efektu warto się przełamać i spróbować. 
Co do jego właściwości - nie będę się powtarzać. Wciąż jest to wg mnie jeden z lepszych kosmetyków do ust wśród tych, których miałam okazję używać. Wygodny aplikator, dość bezproblemowa aplikacja (dość, bo kolor szybko utrwala się na ustach, więc są małe szanse na ewentualne poprawki), bardzo intensywna pigmentacja i mega trwałość. Uczulam jednak osoby, których usta łatwo się przesuszają - u mnie brak tego skutku ubocznego przy używaniu tinta Bell, ale widziałam, że u kilku dziewczyn po prostu wysuszył usta na wiór. 
Kolor jest naprawdę mocny - tak jak pisałam wyżej, to najprawdziwsza, żywa fuksja. Ja się w takim kolorze czuję dobrze, choć podejrzewam, że częściej będę sięgać po niego, gdy moja skóra złapie trochę słońca. Aczkolwiek teraz bardzo ładnie kontrastuje z odcieniem skóry :)
Podsumowując - na razie odcienie 4 i 5 mnie zaspokajają w kwestii mazideł do ust, więc chwilowo daję sobie spokój z pozostałymi kolorami, no chyba, że dorwę gdzieś nr 6, którego jak na złość nie ma u mnie w Hebe (btw. otwierają u mnie w mieście kolejne Hebe i to praktycznie na tej samej ulicy co to pierwsze, osochodzi?:P). 

Pozdrawiam,
zaróżowiona Panna Joanna
16 kwi 2013

Week in photos vol. 5

Wiem, że ostatnio mnie tu mniej niż więcej, ale wierzcie, że sama chciałabym żeby w końcu zrobiło się u mnie na tyle luźniej, że mogłabym tu bywać codziennie :) Zdjęciowe podsumowanie tygodnia miało być wczoraj, ale dzisiaj był ciężki dzień, więc wczoraj nie było czasu...
1. Uwielbiam się budzić i widzieć słońce zaglądające przez okno. Całkiem inaczej się wtedy wstaje.
2. No i nareszcie mogłam pochować głęboko do szafy zimowe buty i wyciągnąć moje ukochane balerinki. Zdecydowanie moje ulubione obuwie :D
3. Powód dla którego ostatnio mnie tu nieco mniej. Był spokój na uczelni dość długo, a teraz nagle wszystkim się zachciało robić kolokwia, kartkówki, bleh...
4. Na pocieszenie - najlepsza zupa na świecie, czyli botwinka w wykonaniu mojej babci. Pół minuty później ten talerz był pusty ;)
5. Jest tydzień w zdjęciach, to musi być i Dina. Tym razem przyłapana na popołudniowym lenistwie na kanapie, w towarzystwie Pana Owcy.
6. Fuksja na paznokciach i fuksja na ustach, czyli mój ulubiony ostatnio duet (ku wielkiej rozpaczy mojego chłopaka, który jęczy, że za różowo).
7. Taka ładna panterka była, ale się rozbiła. 
8. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, dostałam wczoraj maila, że moja wygrana w konkursie Rossnet jest już do odebrania w moim Rossmannie. Zaskoczona byłam, bo o konkursie "wymień stary tusz na nowy" już dawno zdążyłam zapomnieć, a tu taka niespodziewajka. Tusze Max Factora lubię, więc liczę, że z tym też się polubię.
9. I kolejna nowość w mojej kosmetyczce - nowa paletka Sleeka. No co ja poradzę, że lubię???:P

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 kwi 2013

Decubal - opowieści część 3

Dziękuję za wszystkie kciuki, które trzymałyście za moją chemię fizyczną, spieszę donieść, że nie spierdzieliłam tego aż tak jak mogłam, choć nauczyłam się całkiem dobrze, to oczywiście pytania były tak skonstruowane, że nie wiadomo było o co właściwe chodzi. Czyli generalnie żadna nowość na Polibudzie ;]

Żeby uszło ze mnie napięcie dnia dzisiejszego (słońce już trochę w tym pomogło) wpadłam sobie tutaj coś napisać, a że mam na dysku jeszcze kilka zdjęć kosmetyków Decubal, o których jeszcze nie pisałam, padło właśnie na nie. Pisałam już o balsamach do ciała oraz o dwóch produktach do mycia, dzisiaj skupię się na kremie do rąk i balsamie do ust. I po raz kolejny - jeden kosmetyk to dla mnie taki mały geniusz, a drugi...zdecydowanie nie. I znowu z tych samych powodów.

Zacznę od kosmetyku zdecydowanie lepszego - Lips&Dry Spots Balm jest wg mnie jednym z najlepszych kosmetyków wśród jedenasto elementowego zestawu Decubal. Producent opisuje ten balsam jako produkt do zadań specjalnych - ma nadawać się do spierzchniętych ust, pękającej i łuszczącej się skóry w problematycznych miejscach. I wywiązuje się ze swojego zadania naprawdę przyzwoicie. Od razu zaznaczę, że choć nie ma teoretycznie przeciwwskazań do używania go na twarz, ja z tej możliwości zrezygnowałam. Pod oczy jest on wg mnie nieco za tłusty, na "normalne" partie buzi nie nakładałabym go ze względu na parafinę w składzie. U mnie służył on do trzech celów - nakładałam go na usta, na skórki wokół paznokci i pod nos, kiedy miałam intensywny katar. Nałożony na usta świetnie je zmiękcza, wygładza, zabezpiecza przed mrozem, poradził sobie z moimi spierzchniętymi wargami w tempie ekspresowym. Staram się nakładać go na usta co najmniej dwa razy dziennie i z upływem czasu widzę zdecydowaną poprawę kondycji ust. Ze skórkami miałam w ostatnim czasie istną masakrę, żadne olejki już mi nie pomagały, skórki były twarde, zadzierały się, robiły się ranki. Kilka dni, podczas których wsmarowywałam balsam w skórki wystarczyło, aby ich stan uległ sporej zmianie. Dalej nie jest idealnie, ale to też kwestia tego, że jestem ostatnio straszny nerwus, a jak się denerwuję to skubię skórki ;/ Najlepsze jednak oblicze tegoż kosmetyku odkryłam, kiedy dopadł mnie katar tak straszny, że po dwóch dniach smarkania praktycznie nie miałam pod nosem skóry, tylko jedną wielką ranę. Przeważnie w takich sytuacjach sięgałam po kremy typu Penaten, ale tym razem nie miałam niczego w tym stylu pod ręką, za to koło łóżka leżał właśnie ten balsam, którym normalnie smarowałam usta. Spróbowałam i podziałało. Bardzo szybko poczułam ulgę po nałożeniu tego balsamu pod nos, zanim katar dobiegł końca, ja już miałam wyleczoną tę rankę. I co najważniejszego - nie odczuwałam żadnego szczypania czy pieczenia, które czasami mi się przytrafiało w takich sytuacjach. Dla mnie bomba. Kosmetyk jest bardzo gęsty, konsystencja należy do tych z gatunku mocno treściwych, w moim odczuciu to taka bardziej maść niż balsam. Czasami ciężko wycisnąć go z opakowania, ale idzie to opanować. Jego wydajność jest ciężka do opisania, bo ja mam wrażenie, że tego balsamu w ogóle nie ubywa. W składzie znajdziemy m.in. wosk pszczeli, który ma dość specyficzny aromat, na szczęście moc tego zapachu nie jest aż tak mocna. Produkt kosztuje około 20 złotych i ma pojemność 30 ml. Jeśli kiedykolwiek mi się skończy - na pewno kupię ponownie.

Natomiast z panem z powyższego zdjęcia nie polubiłam się zdecydowanie ze względu na...zapach. Kolejny kosmetyk, który wg producenta jest kosmetykiem bezzapachowym, a w rzeczywistości...pośmierduje. Zapach podobny do zapachu balsamu do ciała (czerwonej wersji), tyle, że w moim odczuciu jeszcze bardziej intensywny. Może to wynikać z faktu, że jednak dłonie częściej przewijają się w okolicach nosa i zapach jest przez to bardziej wyczuwalny, niż np. balsamu nałożonego na łydki. Dla mnie nie do przejścia, dość mocno męczyłam się używając tego kremu. Mimo to zdążyłam zauważyć, że jego właściwości nawilżające są naprawdę dobre, moje ręce zimą są zawsze wyschnięte na wiór, a kilkukrotne użycie tego kremu poradziło sobie z łuszczącą się skórą. Konsystencja umiarkowanie gęsta, krem do rąk nie jest tak gęsty jak np. balsamy do ciała, ale i tak czuć jego odżywcze działanie. Szkoda, że pachnie jak pachnie, bo pewnie używałabym go z wielką radością, zapowiadał się naprawdę świetnie. 
Wydajności nie ocenię, bo nie sięgam po niego praktycznie wcale po tej kilkudniowej przygodzie z nim, ale mogę założyć, że krem będzie należał raczej do wydajnych kosmetyków. Opakowanie jak w przypadku pozostałych kosmetyków tej firmy - prosty, czytelny desing, miękka tubka, solidne zamknięcie, pojemność 100 ml. Za krem musimy zapłacić około 15 złotych.

Pozdrawiam (wiosennie!),
Panna Joanna
9 kwi 2013

Miłość, szmaragd i...

...nope, krokodyla nie mam.
Dzień dobry :) Za godzinę wychodzę z domu, a że wstałam jakoś nienaturalnie wcześnie (pies mnie gniótł) i mam jeszcze trochę czasu, a naprawdę nie chcę 45 raz czytać instrukcji o goitrogenach i tiocyjanianach (dalej nie jestem też pewna, czy na pewno tak się one nazywają), ani nie chcę patrzeć bezmyślnie za okno (bo pada, a już tak ładnie kurde świeciło), więc stąd ten poranny post. Wspominałam wczoraj, że zrobiłam makijaż, głównie po to, żeby sprawdzić jak się będę czuła w takich kolorach. Jak sam tytuł wskazuje, sięgnęłam po kolor szmaragdowy. Oczywiście w swoim zbiorze tysiąca cieni nie miałam ani jednego takiego czystego koloru, ale w końcu jestem inżynierem, co to dla mnie zmieszać kilka odcieni. No to pomieszałam, górną powiekę podkreśliłam właśnie tym szmaragdem, wyciągając cień ponad załamanie, dolną powiekę rozjaśniłam jasną, trawiastą zielenią. Efekt mi się naprawdę spodobał, nie przypuszczałam, że takie połączenie kolorystyczne tak mocno podkreśli mi kolor tęczówki. Usta zostawiłam nude, sięgnęłam po nieśmiertelną szminkę z Essence In the nude. Na twarzy to co zwykle. 
Zdjęcia tym razem trochę inne, w końcu zima się podobno skończyła, więc czarne tło można z okazji wiosny zastąpić czymś mniej ponurym. 





Do zobaczenia gdzieś w okolicach czwartku :)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 kwi 2013

My week in photos vol. 4

Się coś tam działo.
1. Spotkanie blogowo - youtubowe. Było nas dużo, była wesoło, dobra kawa była. Kameralnie, poplotkowałyśmy, wymazałyśmy się tym co tam każda przyniosła. Trzeba to powtórzyć koniecznie!:) Na zdjęciu od lewej: Hispaniola, 82Inez, Margaretka i ja z żarówkami w oczach.
2. Również ze spotkania. Karola i Ania.
3. Siulka i Gosia, oczywiście z telefonem. Gosia oczywiście je :D Dalej Karolina, która jako jedyna odwracała się w stronę aparatu a nie uciekała przed błyskiem fleszy :)
4. Pierwsze Ecotoolsy. W Hebe promocja - z kartą kosztują 27 złotych, zamiast 40. Póki co wrażenia pozytywne, zaraz idą do prania, bo dzisiaj zrobiłam makijaż, który je nieco za bardzo upaprał.
5. Bo my się taaaak kochamy :)
6. Niedzielny makijaż i pierwsza próba fuksjowego tinta z Bell. Równie udany co czerwień,
7. Jeden z ostatnio odkrytych pielęgnacyjnych hitów - olejek arganowy. Do twarzy, na końcówki włosów, na skórki wokół paznokci. Mały geniusz.
8. Nowy kolor ścian. Tata zagonił do malowania, oczorzutna pomarańczka poszła sio, mamy fiolecik. Na zdjęcie załapały się też pudełka z kosmetykami, Osobisty Personel Techniczny, moja przyjaciółka, hawajskie kwiatki i Titanic oraz irlandzka czapa i zezujący kolega.
9. W końcu topnieje to białe cholerstwo, czuję wiosnę!

W związku z tym, że mam bardzo ciężki tydzień przed sobą, jutro mam laboratorium, na które powinnam wkuć mocno średnią instrukcję, w czwartek mam kolosa z chemii fizycznej (dacie wiarę, że tego nie da się nauczyć?!), więc dzisiaj zdążyłam już posprzątać i zrobić makijaż, który pokażę jutro, a może nawet jeszcze dzisiaj. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna

5 kwi 2013

Całuśnie - lipt tint Bell

Na tinty Bell w pewnym momencie po prostu zachorowałam. Były wszędzie, na blogach co chwilę natykałam się na ich recenzje. I cierpiałam wysoce, ponieważ u mnie nigdzie nie mogłam ich znaleźć. Udało się dopiero w drogerii Hebe, którą w moim mieście otworzyli niedawno (a już mogę powiedzieć, że jest to zdecydowanie moja ulubiona drogeria) i w której znalazłam całą szafę Bell, w tym również osławione już lip tinty. Do drogerii zawędrowałam z e-Leną, długo się maziałyśmy testerami (a potem miałyśmy problem żeby domyć ręce) i w końcu e-Lena zdecydowała się na kolor nr 1, a ja wybrałam 4. Siedząc potem na kawie znowu się nimi wymazałyśmy i jednogłośnie stwierdziłyśmy, że na pewno wrócimy po jeszcze. Ja na pewno skuszę się na wersję nr 1, kusi mnie jeszcze rażąca fuksja. Co mnie tak zachwyciło, że chcę więcej? Wszystko w zasadzie, jedynie opakowanie wymieniłabym na jakieś solidniejsze, ale cała reszta zdecydowanie zasługuje na uwagę.
Zacznę od tego co podoba mi się najmniej - opakowanie. Plastikowe, raczej mało urodziwe, zakrętka należy do gatunku tych, które lubią pęknąć jak się mocniej ją dokręci. Mój egzemplarz jest dodatkowo zmasakrowany, ponieważ kosmetyki w Hebe są zafoliowane i ta folia pozostawiła mi takie niezbyt estetyczne ślady z kleju, których chciałam pozbyć się za pomocą zmywacza i koniec końców pozbyłam się też większości napisów z opakowania. Mylące są też kolory nakrętek - moja jest rażąco pomarańczowa, mimo, że sam kolor tinta z pomarańczą niewiele ma wspólnego. Kolor 1 z kolei ma nakrętkę bardzo ciemną, a na ustach kolor wychodzi jasny, więc można trochę zgłupieć. 
Właściwości samego kosmetyku są natomiast po prostu zachwycające. Tint to swojego rodzaju farbka, która na ustach pozostawia sam pigment, bez żadnej wyczuwalnej warstwy na wargach. Nie jest to ani szminka, ani błyszczyk, ani farbka rodzaju tych ze Sleeka. Tint z Bell jest raczej rzadki, bardzo mocno napigmentowany, bardzo łatwo zaaplikować go równomiernie na usta. Nie wchodzi w bruzdy na wargach, czego się najbardziej obawiałam, nie osadza się  w żadnym konkretnym miejscu - jak go nałożymy, tak zostaje. Mylić mogą nieco swatche robione na dłoni - po lekkim roztarciu tinty blakną (np. mój kolor zmienia się na dłoni w średnio ciemny, buraczany róż), podczas gdy na ustach nasycenie koloru jest zdecydowanie inne. W trwałość aż ciężko było mi uwierzyć, przy pierwszej próbie trzymał się koło 5 godzin, potem robiłam demakijaż, więc siłą rzeczy się go pozbyłam (choć usta nadal były lekko zabarwione), rekord to w moim przypadku 10 godzin, gdzie po tej 10 godzinie kolor tylko lekko zblaknął, nie mogę powiedzieć, że makijaż ust zaczął wyglądać nieestetycznie czy coś w tym rodzaju. Dla mnie bomba! W tradycyjnych szminkach/błyszczykach nie cierpię poprawiania makijażu, czasami nawet nie mam czasu czy warunków żeby zerknąć w lusterko i skontrolować czy wszystko siedzi na swoim miejscu, a tu ten problem znika. Dużo osób w przypadku tintów pisze o przesuszeniu ust, ja nie zauważyłam niczego takiego, na pewno nie jest to błyszczyk pielęgnujący, ale kondycji ust nie pogorszył. Zachwycona jestem też kolorem - czystą, krwistą, nie za ciemną czerwienią. Poniżej na zdjęciu po lewej - gołe usta, po prawej - jedna warstwa lip tinta.
Podsumowując - mały geniusz zamknięty w średnim opakowaniu, o przyjemnej cenie (około 10 złotych), na pewno prędzej czy później zaopatrzę się w pozostałe kolory :)

Ps. Jutro szykuje się nam w Gliwicach małe blogowo - youtubowe spotkanie, jak uda mi się cyknąć jakieś zdjęcia to na pewno zdam fotorelację :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
2 kwi 2013

Decubal - tym razem myjąco

O balsamach pisałam ostatnio, a w kolejce czekają kolejne kosmetyki firmy Decubal, niektóre już wykańczam, dlatego czas najwyższy na kolejną recenzję tych skandynawskich kosmetyków.
O ile balsamy do ciała były bardzo nierówne i jeden z nich stał się moim ulubionym mazidłem do ciała, podczas gdy drugi leży w szufladzie i się kurzy, tak oba produkty do mycia okazały się świetne. 

Nawilżająca pianka do mycia twarzy to dla mnie nowość pod względem samej formuły kosmetyku. Nie wiedziałam do końca jak ją ugryźć, czy stosować przed czy po demakijażu itp. W końcu wypracowałam swój system i jestem z tego kosmetyku ogromnie zadowolona, właśnie wyciskam z niego ostatnie pompki i już teraz mogę powiedzieć, że na pewno kupię kolejne opakowanie. 
Co najważniejsze - dla mnie nie jest to kosmetyk do demakijażu. Najpierw zmywam płynem micelarnym makijaż oczu i przecieram twarz, dopiero potem sięgam po piankę. Świetnie domywa wszystko to, czego płyn nie zmył, oczyszcza twarz konkretnie, ale delikatnie, nie powodując przy tym uczucia ściągnięcia, wysuszenia czy podrażnień. Skóra po użyciu jest wyczuwalnie odświeżona, "skrzypiąca", ale brak efektów ubocznych jak przy niektórych mocniejszych produktach do mycia twarzy. Czy pianka nawilża? W to raczej nie ma co wierzyć, w końcu jest to kosmetyk, który nakładamy na skórę dosłownie na chwilę, po czym zmywamy, ale na plus można zaliczyć fakt, że nie wysusza, a to już coś. Stosuję ją wieczorem po zmyciu makijażu oraz rano. Do dokładnego umycia twarzy wystarczy jedna pompka, produkt się dobrze pieni. Opakowanie jest wygodne w użytkowaniu, lekkie, pompka nie zacina się, nie "pluje", podoba mi się taka forma. Wydajność jest raczej średnia, choć biorę pod uwagę fakt, że stosowałam ją dwa razy dziennie, co dziennie, więc teoretycznie nie powinnam się czepiać, ale jednak miałam nadzieję, że starczy na nieco dłużej. Pojemność to 150 ml produktu, za które musimy zapłacić około 20 złotych. 
Podsumowując - dobry, delikatny kosmetyk do mycia twarzy, który nawet przy częstym stosowaniu nie zrobi nam krzywdy. Moja sucha skóra bardzo się z tą pianką polubiła, więc jak tylko wykończę resztę, ruszam na poszukiwania kolejnego opakowania.

O olejku do mycia ciała mogłabym napisać w zasadzie krótko - świetny i tyle. Olejek zamknięty jest w miękkiej butelce (czy tylko mi się wydaje, że jakoś głupio to brzmi?:P) z praktycznym zamknięciem, które na szczęście całkiem mocno się trzyma. Przez ten mały dzióbek bez problemu można wydostać pożądaną ilość produktu. Początkowo używałam tego olejku wcierając go w mokrą skórę za pomocą rąk, jednak wtedy prawie wcale się nie pienił i ubywało go podczas kąpieli zdecydowanie zbyt dużo. Potem za radą Obssesion nabierałam go na gąbkę i sprawa wyglądała całkiem inaczej - olejek tworzył gęstą, kremową pianę, wystarczyła go dosłownie odrobina. Po kąpieli skóra była miękka, nawilżona (no i oczywiście czysta ;)), efekt nawilżenia wydawał się na tyle mocny, że spokojnie można by spróbować zrezygnować z balsamu. Do opakowania dołączona była zapachowa saszetka, pomysł bardzo dobry, sam produkt jest bezzapachowy, a ja jednak wolę jak w kąpieli czy pod prysznicem coś mi pachnie, więc z saszetki skorzystałam. Dzięki temu olejek nabrał delikatnego, grejpfrutowego aromatu, bardzo odświeżający zapach. Wydajność bardzo dobra, olejku używam często i gęsto, a nadal mam prawie połowę. Pojemność opakowania to 200 ml, cena to 30 złotych. Dla mnie ta kwota jest nieco zbyt wygórowana, za kosmetyk do mycia ciała wolałabym zapłacić mniej i pewnie z tego względu nie kupię go po skończeniu opakowania.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 kwi 2013

Makijażowo - eksplozja kolorów

Mój makijaż w większości przypadków odzwierciedla mój nastrój, a na mój humor  w dużej mierze wpływ ma pogoda. Ostatnio więc albo nie maluję się wcale (bo mi się nie chce, bo po co, skoro zaraz śnieżyca mi go rozmamla po całej twarzy), abo popylam w ciemnych smoky eyes, które idealnie oddają mój ponury stan ducha. Wczoraj było nie inaczej, prezentowałam się na tyle upiornie, że przypuszczalnie bez dodatkowej stylizacji mogłabym wmieszać się niezauważona między stado wampirów czy rodzinę Adamsów. Elena - bloguje stwierdziła wczoraj, że ten kataklizm za oknem to moja wina i mam koniecznie przywołać wiosnę radosnym, kolorowym makijażem. Chciałam, próbowałam, nawet nieźle się bawiłam mając tyle barw na twarzy, ale oczywiście wszechświat cały był przeciwko mnie - najpierw okazało się, że biała łuna zza okna nie gwarantuje fajnego światła, potem po kilku ujęciach wyładowała się bateria w aparacie. Musiałam więc wybrać z tego co miałam, a miałam nie za wiele, więc jeśli uda mi się przywołać choć kawałek wiosny, to raczej kwiatków się nie spodziewajcie. Ale tak po prawdzie mówiąc, mnie to by nawet zwykłe źdźbło trawy zadowoliło...
A tak właściwie to gdzie to słynne globalne ocieplenie? 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...