WoleProstoHeader

29 mar 2013

Makijażowe wyzwania - 20's!

Aż mi wstyd, gdy co chwilę dostaję od Was maile z makijażami do "Makijażowych wyzwań" i przypominam sobie, ile mnie się udało zmalować z okazji tego taga. Dzisiaj więc, korzystając z tego, że wcześniej wstałam, złapałam za pędzle i spróbowałam coś stworzyć. Miałam ochotę na coś mrocznego, smutnego, nostalgicznego, pasującego do tej paskudnej aury za oknem. Po chwili namysłu wybór okazał się nad wyraz prosty - lata 20.! Przyznam, że miałam naprawdę sporo frajdy robiąc ten makijaż, wkręciłam się na tyle, że zdecydowałam się pójść o krok dalej i poszaleć ze stylizacją. Wygrzebałam z szafy opaskę, upięłam włosy (swoją drogą - jestem zachwycona takim upięciem, do tej pory kręciłam w ten sposób włosy na zwykłej opasce, ale przy takiej bardziej ozdobnej wychodzi piękna, retro fryzura), dorzuciłam perły i tadam - efekty możecie poniżej. 

Do makijażu użyłam:
- twarz - korektor w kremie z Inglota nr 64, podkład Pharmaceris Ivory, puder ryżowy Mariza, bronzer Joko z serii Marrakech Dream
- oczy, brwi - cienie z paletki Sleeka Darks, tusz Wibo 
- usta - pomadka Avon Red 2000





Was tymczasem zapraszam do galerii Makijażowych Wyzwań, ostatnio przybyło bardzo dużo naprawdę pięknych prac:
Pozdrawiam,
Panna Joanna

27 mar 2013

Bitwa korektorów - Pixie vs. Inglot

Przy okazji wczorajszej notki o korektorze Pixie, obiecałam Wam małe porównanie z korektorem Inglota, którego używam nieco dłużej (kilka miesięcy) i który uważam za jeden z lepszych kosmetyków tego typu wśród tych, których miałam okazję używać. 

Co różni te dwa produkty? Całkiem sporo. Różnica zaczyna się przy konsystencji - korektor Inglota jest zdecydowanie bardziej śliski, masełkowy, a co za tym idzie, dużo lepiej rozprowadza się go na skórze. W przypadku korektora Pixie w grę wchodzi jedynie wklepanie palcem na mocno nawilżoną skórę, z Inglotem nie ma takich problemów, nakłada się go bardzo wygodnie, czy to palcami czy pędzelkiem. Nieco lżejsza konsystencja pozwala również na maskowanie "odstających" wyprysków. O ile korektor Pixie był na takowych widoczny, Inglot ładnie je zakrywa, ale nie rzuca się w oczy. Krycie mają bardzo zbliżone, na poziomie średnim i wyżej (w przypadku Inglota również można je stopniować). Kolorystycznie nie są do siebie podobne - oba jasne/bardzo jasne, Inglot wydaje mi się jednak jaśniejszy o jakieś 1 - 2 tony i zdecydowanie bardziej żółty. Jak miałam w ręce tylko Pixie to wydawało mi się, że jest on bardziej żółty niż różowy, dopiero w porównaniu z Inglotem widać, że Pixie jest dość neutralny, taki jasny beż wpadający lekko w morelowy odcień. Trwałość jest lepsza w przypadku Pixie - Inglot, być może przez to, że jest bardziej "mokry", nieco krócej trzyma się na skórze, trzeba go w miarę dobrze przypudrować, żeby się lepiej trzymał, jednak jego trwałość i tak jest niezła. Nie zbiera się w załamaniach skóry, zmarszczkach, wraz z upływem czasu od momentu nałożenia, również nie migruje ani się nie roluje się. Wydajność Inglota jest bardzo wysoka, używam go już kilka miesięcy i niewiele go ubyło.
Na powyższym zdjęciu, na ręce po prawej znajduje się Pixie, po lewej Inglot, nawet na tym swatchu widać tę różnicę w konsystencji, o której pisałam wyżej. Moja wersja kolorystyczna to 64, z tego co mi się wydaje, jest to najjaśniejszy odcień w ofercie. Produkt ma 5,5 grama i kosztował około 25 złotych, jeśli dobrze pamiętam. Poniżej efekt przed i po.

Pixie:
 Inglot:
Gdybym miała wybrać, który z nich lubię bardziej, to przypuszczalnie bardziej skłaniałabym się ku Inglotowi. Jednak i korektor Pixie ma niewątpliwe zalety i lubię po niego sięgać. Póki co używam ich naprzemiennie i pewnie tak zostanie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 mar 2013

Wykurzam cienie spod oczu :)

I wykurzam i wykurzam i tak już od lat kilku, a te jak były tak są i nijak się ich wyzbyć nie idzie. Z opuchlizną pod oczami walka idzie mi nieco lepiej, natomiast w przypadku ciemnych obwódek już dawno pojęłam, że niestety - tu niewiele pomoże, a moja irytacja się będzie tylko niepotrzebnie wzmagać, więc prościej będzie po prostu sięgnąć po korektor. I tym sposobem od jakiegoś czasu poszukuję tego jedynego, idealnego, który nadawać się będzie i pod oczy i na inne niedoskonałości, który będzie wystarczająco kryjący, ale i w miarę lekki, niepodkreślający zmarszczek i odpowiednio trwały. Jakiś czas temu odkryłam korektor w kremie z Inglota i przez długi okres gościł on pod moimi ślepiętami (i nie tylko). Niedawno natomiast otrzymałam od firmy Pixie nowość - właśnie korektor przeznaczony do kamuflowania cieni pod oczami. Czy spełnił on moje wymagania? Mniej więcej :) 

Produkt przybył do  mnie pięknie zapakowany, samo opakowanie również bardzo trafia do mnie swoją estetyką, jest po prostu urocze. Zdziwiła mnie nieco formuła korektora - byłam przekonana, że będzie to produkt sypki, tymczasem korektor jest kremowy. Wersja którą posiadam jest przeznaczona do cer jasnych/średnich, nie wiem niestety czy oprócz tej (Vanilla Cream) są jeszcze inne wersje kolorystyczne. Natomiast odcień, który otrzymałam do testów ja rzeczywiście świetnie nada się dla bladolicych, na swatchu na ręce nie wygląda aż tak jasno, ale wklepany pod oczy jakoś magicznie staje się jaśniejszy. Moje cienie są raczej z kategorii tych "umiarkowane, ale i tak denerwujące", ale dodatkowo w okolicach oczu mam sporo przebarwień (co dobrze będzie widać na poniższym zdjęciu), więc zależy mi na w miarę dobrym kryciu (powiedzmy, że powyżej średniego). Pod samą linią dolnych rzęs mam dodatkowo sporo płytkich zmarszczek, w których lubią się zbierać wszelkiej maści kosmetyki, więc to jest kolejna rzecz, na którą zwracam uwagę - nie cierpię jak korektory wałkują mi się w tych zmarszczkach. Tutaj ten problem częściowo się pojawia, ale wynika to głównie z dość "tępej" konsystencji samego kosmetyku. Produkt powinno się wklepywać opuszką palca, tak też zresztą robię, niemniej jednak przy mojej dość suchej i cienkiej skórze i taki sposób aplikacji bywa problematyczny. Jednak sprawę rozwiązuje nakładanie korektora bezpośrednio po nałożeniu pod oczy dobrze nawilżającego kremu i wklepanie korektora w nie do końca wchłonięty krem. Wtedy efekt jest naprawdę dobry, krycie jest raczej z gatunku tych mocniejszych, wykończenie jest bardzo kremowe, lekko lepkie. Korektor jest bardzo trwały, lekko oprószony pudrem trzyma się długie godziny, a wraz z upływem czasu nie zbiera się w zmarszczkach, nie migruje, nie ściera się. Stosowałam go również na skrzydełka nosa, gdzie borykam się z problemem popękanych naczynek i je również bardzo ładnie krył i neutralizował. Nakładanie go na wypryski jest raczej średnim pomysłem, ponieważ na takich zmianach jest raczej widoczny, ale w końcu  nie do tego jest on wyjściowo przeznaczony, więc nie mogę się tego za bardzo czepiać. 
Jest też z pewnością bardzo wydajny, eksploatuję go dość intensywnie i nie powstało w nim nawet małe wgłębienie. Nie znam niestety gramatury kosmetyku, ale opakowanie jest niewielkie.
Poniżej efekt przed/po:
Zdjęcie robione jest w tych samych warunkach oświetleniowych, ten pomarańczowy odcień wokół oka na lewym zdjęciu to właśnie te "przebarwienia" o których pisałam, dlatego korektor nakładam nie tylko pod oko, ale również wklepuję odrobinę na powiekę. Mnie stopień krycia w zupełności zadowala, oko jest ładnie rozjaśnione, kolor wyrównany. Jestem na tak :) Jedyne co mi czasem przeszkadza to ta zbyt konkretna konsystencja, jednak nauczyłam się już z nią obchodzić. Z pewnością będę nadal korzystać z tego korektora, choć z ulubionego Inglota nie zamierzam rezygnować.

Na koniec małe zbliżenie na skład dla zainteresowanych:


A już jutro - małe porównanie tego korektora ze wspomnianym wcześniej Inglotem.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 mar 2013

My week in photos vol. 3

W zeszłym tygodniu nastąpiła przerwa od cotygodniowych, zdjęciowych podsumowań - wynikło to głównie z faktu, że jakoś nic specjalnego się nie działo, na uczelni było co nieco do roboty i ogólnie ten tydzień poprzedni jakiś do kitu był prawdę mówiąc. Teraz jestem wyjątkowo uchachana, bo od czwartku wypoczywam, na uczelnię wracam dopiero w czwartek po świętach, więc dla mnie jest to sytuacja rodem z cyklu "żyć, nie umierać". Gdyby tylko pogoda z łaski swojej była bardziej wiosenna niż zimowa (!!!) to już byłby całkowity wypas, no ale...jak się nie ma co się lubi ;]

1. Ulubieńcy ostatnich tygodni - na zdjęciu m.in. linery, o których mogłyście czytać w ostatnim poście.
2. Zimo! Piękna byłaś, biała, siarczystym mrozem smagałaś policzki, wszyscy jesteśmy Tobą zachwyceni, ale teraz już paszła won. Moje nowe baletki zdecydowanie zbyt długo czekają w szafie na swoją premierę. 
3. Jest wolne, jest książka. Dzisiaj rano zaczęłam czytać, jestem już w połowie. Pattersona się nie czyta, go się pochłania.
4. Babciowa rzeżucha! Pachnie wiosną i świętami :)
5. Dałam Ewce drugą szansę. Przy pierwszych podejściach po prostu się z nią nudziłam, teraz postanowiłam spróbować jeszcze raz i...chyba wsiąkam. Za mną już dwa tygodnie (ćwiczę co dziennie) i na chwilę obecną dzień bez Ewki to trochę dzień niepełny. 
6. Ale, że Ewka dość lekka pod względem rąk, a ja bym chciała mięśnie na łapkach to Ewkę miksuję z ciężarkami. Jak ktoś jest wprawiony w Skalpelu, to zdecydowanie polecam sobie nieco utrudnić sprawę w ten sposób ;)
7.  Nie poddaję się w próbach uzyskania ładnego skrętu bez użycia ciepła. Od chusteczkowej metody robił mi się "baranek" (akurat na wielkanoc :P), teraz próbowałam metody "na opaskę" i wyszły całkiem zgrabne fale. Lubię to!
8. Rozdanie z Joko i wyłonienie zwyciężczyni zaowocowało nową, bardzooo sympatyczną znajomością. Dzisiaj spędziłam z e-Leną kilka dobrych godzin na plotkach i....
9. ....odkryłyśmy w Gliwicach drogerię Hebe! Możliwe, że dziś lub jakoś ostatnio było otwarcie, bo przed sklepem fruwały różowe balony. W środku miło, dużo promocji (dorwałam litrowego mlecznego Kallosa za 9 złotych!), Essence, Catrice, szafa Bell, Revlona i wiele, wiele innych. Na pewno wrócę tam nie raz (a na Naturę się oficjalnie wypinam :D).

Lecę męczyć Ewkę, potem nakładam maskę na włosy i wracam do detektywa Alexa Crossa :) Wam życzę udanego tygodnia i już dzisiaj zapraszam na recenzję korektora pod oczy Pixie, która pojawi się już jutro :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 mar 2013

Linerowo - brokatowo

W końcu na niebie widać kawałek słońca i choć zimno jak sto pięćdziesiąt, to przynajmniej choć na chwilę aura zrobiła się odrobinę wiosenna. Korzystając z tego, że stanięcie przy oknie nie owocuje natychmiastową depresją (a tak właśnie działało na mnie to, co przez ostatnie dni widziałam za oknem), wyciągnęłam aparat, z kosmetyczki wygrzebałam kilka rzeczy, których ostatnio używam bardzo często, a o których jeszcze nie pisałam. Dużą część wśród tego stanowiły kosmetyki MUA, więc to o nich w najbliższym czasie będzie dość sporo. Jakiś czas temu, gdy firma organizowała wyprzedaż (50% off) skusiłam się na kilka kosmetyków i bardzo szybko się z nimi polubiłam. W końcu znalazłam dobre zastępstwo dla bazy pod cienie z Mary Kay. Jako, że ostatnio mam syndrom sroki i lubię wszystko co się świeci, nie mogłam przejść obojętnie obok brokatowych linerów (zwłaszcza biorąc pod uwagę ich cenę po obniżce). Wybrałam trzy odcienie - fiolet, chłodne złoto i fluorescencyjną żółć z pomarańczowo - zielonymi refleksami. I o ile fiolet i złoto po prostu uwielbiam, tak z tą żółcią nie mogę się dogadać...

Problem zaczyna się przy aplikatorze - w złotej i fioletowej wersji jest on dobrze przycięty, cienki, precyzyjny, no nie ma do czego się przyczepić. Z kolei w wersji żółtej włoski sterczą we wszystkie strony, są powyginane, pędzelek jest zbyt gruby. Druga sprawa to konsystencja. Złoty i fioletowy liner mają dość rzadką konsystencję, ale na są przy tym na tyle kryjące, że nie robią prześwitów na powiece. Co innego żółć - tutaj konsystencja jest po prostu galaretkowata, liner nałożony na oko zbija się nieestetyczne grudki i ciężko go równomiernie nałożyć. Mimo tego, że jest to mocno upierdliwy kosmetyk, to i tak często po niego sięgam ze względu na bardzo ciekawy kolor, raczej niespotykany wśród gamy kolorystycznej linerów innych firm. Na oku wygląda naprawdę interesująco (jak już uporamy się z aplikacją), inaczej, potrafi robić za cały makijaż. Zazwyczaj najpierw robię kreskę czymś normalnym i dopiero na taką bazę aplikuję tego cudaka. Z fioletem i złotem nie ma takich problemów - nakłada się je dobrze, nie trzeba bawić się w żadne bazowe kreski. Linery dość szybko zasychają na powiece, więc brokat nie migruje ani po oku, ani tym bardziej po twarzy. Ich trwałość jest naprawdę imponująca, potrafią się bez żadnego uszczerbku trzymać na oczach przez cały dzień. Gorzej jest z ich zmywaniem, ponieważ często mam uczucie, że zamiast usuwać liner, rozcieram go po całej twarzy. Jednak wystarczy trochę cierpliwości i w końcu idzie się go pozbyć :)

Regularna cena linerów to 1 funt, ja za 3 sztuki zapłaciłam 1,5 funta i kupowałam je na TEJ stronie. 

Poniżej możecie zobaczyć swatche na ręce:
prawa strona - światło dzienne, lewa - zdjęcia z lampą

I mały pokaz na oku (nie patrzcie na rzęsy, maznęłam je tylko po wierzchu tuszem co by nie były łyse, bo nie chciałam zasłaniać kresek ;)):
Podsumowując - jeśli kiedyś będziecie miały możliwość zamówienia tych linerów, to ja jak najbardziej polecam. Z tego co wiem to jeszcze choinkowa zieleń ma na pewno właściwości podobne do złotej i fioletowej wersji, jak reszta kolorów się zachowuje - tego niestety nie wiem. Ja sama chętnie bym się jeszcze zaopatrzyła w kilka kolorów :)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 mar 2013

e-makeupownia po raz drugi

Kilka dni temu wyszedł drugi już numer e-makeupowni, magazynu o makijażu w całości stworzonego przez blogerki. Po raz kolejny miałam przyjemność uczestniczyć w tworzeniu materiałów magazynu i dziś chciałabym serdecznie zaprosić Was do jego obejrzenia. A co ciekawego znajdziecie w środku? Przede wszystkim mnóstwo makijaży, tym razem tematyka oscyluje wokół wiosny, kolorów, kwiatów, ale także makijaży ślubnych w kilku wydaniach. Mój wkład to dwa makijaże - jeden powiększający oczy i drugi, bardziej kolorowy, mi kojarzący się z krokusem stąd też zresztą jego tytuł. Oprócz tego możecie przeczytać dwa moje artykuły opatrzone zdjęciami - korektę asymetrycznego kształtu ust i metamorfozę brwi. Poniżej mała próbka.

Krokus:

Metamorfoza brwi (przed i po; mały tutorial znajdziecie w magazynie):
Do lektury całości zapraszam Was na e-makeupownię!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 mar 2013

Stwórz z AA balsam marzeń!

Spieszę do Was z ciekawą informacją. Firma AA postanowiła wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów i proponuje udział w tworzeniu balsamów, które za jakiś czas zostaną wypuszczone na rynek. Na czym dokładnie polega akcja? Po szczegóły zapraszam na stronę AA na facebooku:


Ja ze swojej strony zapraszam Was serdecznie do udziału w akcji, 200 ml to wcale niemała próbka (to praktycznie całe opakowanie), a balsamy prezentują się naprawdę przyjemnie (ja mam już swojego faworyta, głównie zapachowego :)). O moich odczuciach na temat nowych balsamów, będziecie mogły przeczytać już wkrótce :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 mar 2013

Kremowa ulga

Na wielu blogach możecie ostatnio czytać recenzje kosmetyków Decubal - ja również już jakiś czas temu zaczęłam testować te kosmetyki i jeśli miałabym je wszystkie opisać jakimś jednym zdaniem, to chyba byłoby to "wielkie zaskoczenie". Kosmetyki te w moim przypadku pochodzą ze współpracy z marką, natomiast mogę Wam zagwarantować, że gdybym kupiła je sama, to mój zapał nie byłby nawet o jotę mniejszy. Już na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że kilka kosmetyków z testowanego przeze mnie zestawu  zostanie ze mną na dłużej, znalazłam kilka naprawdę świetnych perełek i będę do nich regularnie wracać, bo moja skóra wyjątkowo dobrze się z tymi produktami dogaduje. 
Powyżej widzicie cały arsenał, którym się ostatnio zaprawiałam, na jedenaście kosmetyków tylko dwa z nich nie przypadły mi do gustu i to nie ze względu na złe działanie, a ze wzgląd na niezbyt ciekawy zapach, który mnie po prostu odrzuca. Z racji mnogości kremów do twarzy jeden z nich trafił do mojej mamy, resztę postanowiłam sprawdzić na sobie, choć widzę, że kosmetyki "łazienkowe" czyli ogólnodostępne dla mojej rodziny, znikają jakoś szybciej ;) 

Nie będę pisać jednej zbiorczej recenzji, bo zwyczajnie byłaby ona zbyt długa, rozbiłam to sobie na kilka części i dzisiaj chciałabym wystartować z pierwszą z nich.




Dwa balsamy, dwie konkretne konsystencje, dwa opatrunki dla suchej, zmęczonej zimą skóry. I choć wiele je łączy to jeden z nich znajduje się wśród mojego top 3 tej firmy, a drugi wprost przeciwnie.

Oba balsamy zamknięte są w miękkich, zamykanych na zatrzask tubach o pojemności 250 ml każda. Mimo bardzo treściwej konsystencji bez problemu można je wydobyć z opakowania. Na odwrocie tuby znajdziemy wszystkie niezbędne informacje, od opisu po skład. Design wszystkich produktów Decubala mi ogółem bardzo odpowiada, nie ma tu zbędnego przekombinowania, jest prosto, przejrzyście i wygodnie. Tak jak lubię. 


Przechodząc do właściwości tych specyfików - wersja biała czyli Odżywczy i nawilżający krem do skóry suchej i atopowej jest teoretycznie wersją lżejszą. Zawiera naturalne lipidy, zawartość substancji tłuszczowych to 38%. Krem jest bardzo gęsty, lecz mimo to świetnie rozprowadza się go na skórze. Dosłownie sunie. Nie od razu wchłania się całkowicie, przez jakiś czas na skórze pozostaje lekki, tłustawy film, który później znika. Jego odżywcze działanie czuć już podczas aplikacji. Kto ma suchą skórę, ten wie jaką męką jest zimowy okres i przesuszona, czasem wręcz spękana skóra. Jak smaruję skórę tym kremem to dosłownie czuję ulgę. Co najważniejsze - ten efekt się na skórze utrzymuje. I to naprawdę długo. Większość balsamów/maseł/innych mazideł tego typu którymi smaruję się np. wieczorem, przez noc znika. Rano nie ma po ich działaniu śladu, a suche placki jak były tak są. Tutaj rano budzę się z miękką, nawilżoną skórą. Po dłuższym okresie stosowania zauważyłam dużą poprawę stanu mojej skóry (zwłaszcza na łydkach, które wołały o pomstę do nieba), na upartego mogłabym sięgać po balsam raz na dwa dni, co po części może być też zasługą olejku do kąpieli, o którym będzie mowa innym razem. Niemniej jednak staram się wyrobić w sobie regularność i używam go codziennie. Balsam jest bezzapachowy i faktycznie w przypadku tego kosmetyku jest to prawda. 
Wydajność oceniam jako wysoką, maltretuję go dzień w dzień i wciąż sporo mi go zostało. Balsam kosztuje około 20 złotych.
Podsumowując - mój ulubieniec na obecną chwilę, jak tylko wykończę opakowanie to na pewno zaopatrzę się w kolejne.

W przypadku drugiego balsamu - Odżywczego i silnie nawilżającego kremu do ciała przeznaczonego do skóry suchej i bardzo suchej - zachwytów nie ma. Mógłby być świetny, ale nie dane mi tego sprawdzić, o powodach poniżej.
Ten krem jest nawilżaczem jeszcze większego kalibru - zawiera aż 40% substancji tłuszczowych. Konsystencja bardzo podobna do wersji w białym opakowaniu, łatwość rozprowadzania po skórze również zbliżona (choć mam wrażenie, że wersją białą jednak łatwiej się operuje). I na tym koniec moich wrażeń, ponieważ o ile wersja biała faktycznie jest bezzapachowa jak to obiecuje producent, tak już w przypadku tej czerwonej zapach jest i to dość konkretny. Jakby pachniał przyjemnie - żaden problem, mi akurat zapach nie przeszkadza w kosmetykach do pielęgnacji ciała, ale ten jest wyjątkowo drażniący dla mojego nosa. Jest bardzo specyficzny i po prostu nieprzyjemny, do tego nie spieszy się z wietrzeniem. Próbowałam stosować go na nogi na noc (na zasadzie, że skoro tak daleko od nosa to nie poczuję), ale nie dałam rady. Musiałam udać się pod prysznic i eksperymentów już nie powtarzałam. Podobnie niestety pachnie (??) krem do rąk, ale tutaj się wycwaniłam i kupiłam olejek o zapachu cytrusów i przed posmarowaniem rąk mieszam z porcją kremu dosłownie dwie krople olejku i ten zapach się dość dobrze niweluje. Inna sprawa, że na ręce jednak nakładam o wiele mniej kremu niż w przypadku balsamu, którym smaruję całe ciało, więc zapach dociera do mnie w mniejszym natężeniu. Szkoda, balsam mógłby być naprawdę dobry, biorąc pod uwagę jak świetnie działa jego lżejsza wersja, a tu taki psikus.
Za czerwoną wersję również zapłacimy około 20 złotych.
Podsumowując - do niego na pewno nie wrócę, póki co dumam cóż zrobić z prawie całą tubą...




Zapowiadało się, że balsamy będą zbliżonej jakości, prawdę mówiąc więcej spodziewałam się po wersji czerwonej, biorąc pod uwagę, że miała być bardziej treściwa, ale jednak to wersja biała podbiła moje serce, o aromacie czerwonej mam nadzieję jak najszybciej zapomnieć ;)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 mar 2013

Konkurs Joko - wyniki!

Dzisiejszy poranek spędziłam na lekturze Waszych konkursowych odpowiedzi. Na pytanie "Jaki kosmetyk sprawia, że czujesz się bardziej kobieco?" zdecydowana większość z Was odpisała, że jest to tusz do rzęs. Równie wiele odpowiedzi dotyczyło czerwonej szminki czy linera. Nie mogę się z Wami nie zgodzić - wybrałyście dokładnie te kosmetyki, które ja sama bym wymieniła, gdybym miała odpowiedzieć na to pytanie. Czerwień na ustach, do tego czarna kreska, firany rzęs i do tego mamy mega seksowny look a'la Marylin Monroe. 

Nie przedłużając - czas na ogłoszenie zwycięzców! 

Zestaw numer jeden:

...wygrywa:

e-Lena!

Zestaw numer dwa:

...wygrywa:
Marie! 

Zaraz wysyłam do Was maile i czekam na odpowiedź z adresami do wysyłki :)

Wszystkim pozostałym dziękuję za udział i zapraszam na kolejne konkursy z fajnymi nagrodami, które już wkrótce :))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 mar 2013

Lakierowo - wiosno przybywaj!

Czym lepiej przywołać wyczekiwaną już chyba przez wszystkich (z rosnącą wciąż irytacją) wiosnę, jak nie jakimś żywym, wiosennym kolorem? Jako, że ostatnio ze mnie makijażowy leń, tym razem postawiłam na kolor na paznokciach. Piękny, głęboki turkus od Donegal o nazwie Turquoise Madness.
Seria Beauty Shine, której używam już od jakiegoś czasu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Lakiery mają małe pojemności (czyli istnieje jakakolwiek szansa na zużycie przez zgluceniem), sporą  gamę kolorystyczną (ja akurat wybrałam cztery odcienie, które bardzo dobrze wpiszą się w wiosenną aurę, jeśli takowa kiedyś w końcu nastąpi), niezłe krycie i przyzwoitą trwałość. Dzisiejszy lakier bardzo przypomina mi ten z limitowanej kolekcji Essence I love Berlin - na tyle, na ile pamiętam tamten lakier, mogę stwierdzić, że są niemal identyczne. Niby zieleń, ale nie do końca, delikatne niebieskawe nuty, kremowe wykończenie. 
Do krycia wystarczyły dwie cienkie warstwy, lakier wyschnął dość szybko. Trwałość całkiem dobra - dopiero 3-4 dnia zaczęły ścierać się końcówki - co zresztą widać na zdjęciach, ponieważ zdjęcia zrobione są  chwilę przed zmyciem. Miałam poczekać ze swatchami aż paznokcie nieco odrosną, ale może nie wyglądają tak źle jak mi się wydaje ;) 
Co bardzo podoba mi się w tych lakierach? Zgodnie z nazwą są naprawdę bardzo błyszczące. Rzadko który lakier o kremowym wykończeniu tak ładnie błyszczy bez użycia żadnego topa. Duży plus. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to pędzelek - średnio wygodnie mi się nim malowało, jest krótki, wąski, zdecydowanie wolę szersze pędzelki.
Lakiery mają 6 ml pojemności i kosztują 6,99 zł. 
W kolejce czekają jeszcze Violet Delight, Fresh Apricot i Lilac Candle. Który następny?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 mar 2013

Wkrótce...

...czyli mini zapowiedź  mojego najnowszego nabytku :)
Moje włosy zdecydowanie lubią to!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 mar 2013

Neulash - po miesiącu


Dziś mija miesiąc od rozpoczęcia kuracji rzęs specyfikiem zwanym Neulash. Teoretycznie na dzisiaj  miałam zaplanowaną pełną recenzję tej odżywki, jednak biorąc pod uwagę efekty, stwierdziłam, że dam jej jeszcze kolejny miesiąc. Dlaczego? Po pierwszych dwóch tygodniach efekty były dla mnie średnio zauważalne (choć dużo z Was pisało, że widzi zmianę), natomiast po kolejnych dwóch rzęsy po prostu wystrzeliły. Ja jestem człowiekiem raczej z kategorii ślepawych, więc jeśli coś widzę gołym okiem to oznacza, że rzeczywiście coś się dzieje. Może nie zwróciłabym nawet na to aż takiej uwagi, ale zauważyłam, że coraz lepiej/szybciej maluje mi się rzęsy, że dosłownie pociągnięte raz maskarą wyglądają naprawdę dobrze. Całkowicie przekonała mnie dzisiejsza analiza zdjęć - z dnia wczorajszego i sprzed dwóch tygodni. 
Co się zmieniło? Przede wszystkim w końcu zauważyłam tak wyczekiwany przeze mnie wzrost na długości rzęs. To przyciemnienie, o którym pisałam już ostatnio, w dalszym ciągu się jakby pogłębia. Nie mogę nie wspomnieć również o kondycji rzęs - podczas demakijażu widzę na waciku zdecydowanie mniej włosków niż wcześniej. Jednym słowem - oby tak dalej. 

Sprzed miesiąca:
Sprzed dwóch tygodni:
Z wczoraj:

Tymczasem daję sobie kolejny miesiąc licząc na wzmocnienie efektów. Jeśli będą choć w połowie tak dobre jak te, które obserwowałam przez ostatnie 14 dni to będę w siódmym niebie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 mar 2013

Firmoo po raz drugi

Z moich pierwszych okularów firmoo byłam i nadal jestem bardzo zadowolona. Kiedy więc pojawiła się możliwość, aby wypróbować kolejne oprawki - tym razem nie zastanawiałam się ani chwili. Wybrałam model dość podobny do poprzedniego, może odrobinę bardziej masywny, z dość charakterystycznym akcentem - efektem cieniowania. Góra czarna, dół przezroczysty, całość wygląda przez to całkiem ciekawie. Jakość wykonania jak na moje oko jest bez zarzutu. Z poprzednimi okularami, po kilku miesiącach użytkowania nic się nie dzieje, ani jedna śrubka nie wykręciła się nawet o milimetr, nic nie musiałam dokręcać, oprawki się nie porysowały, nie "rozklekotały", więc również w przypadku nowych patrzałek jestem pozytywnie nastawiona.
Wybrany przeze mnie model to TEN. Okulary kosztują 37$, jednak jeśli chciałybyście skusić się na okulary od firmoo, a będą to Wasze pierwsze - zapłacicie tylko za wysyłkę. Możecie skorzystać też z wirtualnej "przymierzalni" okularów, gdy nie jesteście pewne, w jakim modelu będzie Wam do twarzy. Ja po raz kolejny wybierałam na czuja i po raz kolejny trafiłam :) Mała prezentacja na moim nosie:
Pod względem okularowym jestem zaopatrzona solidnie, jedne oprawki noszę zawsze w torbie, żeby nie obudzić się pewnego razu na wykładzie na ślepo, drugie służą  mi swoją pomocą w domowym zaciszu. Teraz marzy mi się coś kolorowego, ale czy się odważę??

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 mar 2013

My week in photos vol. 2

Jestem konsekwentna, zapowiedziałam, że będzie co tydzień i jest, a taka konsekwencja jest dla mnie wysoce nietypowa. Nie żebym była leniwa, co to to nie. Ja czasami po prostu cierpię na niemoc. 
1. W weekend miał być makijaż, ale zdjęcia z okazji pogody wyszły do dupy i do niczego się nie nadają. Niech choć to jedno się nie zmarnuje.
2. Korektoruję się z Pixie. Podkład mineralny uwielbiałam, zobaczymy czy i korektor się sprawdzi równie dobrze. Ogromny plus za pięknie zapakowaną, pachnącą paczkę :)
3. Moje dłonie cierpią na przesusz, już nic nie pomaga. Ratuję się Dermosanem, póki co - pomaga najbardziej.
4. Na kanapie leży leń. I tuli krokodyla.
5. Próba uwiecznienia nowych okularów i krzywa twarz.
6. Jest niedziela, jest wielkie pranie.
7. Się kłosa nauczyłam robić!
8. I kremuję włosy. Jak to to pachnie, to aż czuć wakacje.
9. Rzęsy rosną jak szalone. Niedługo kolejna aktualizacja odnośnie odżywki Neulash - tym razem dołączę też foto z wytuszowanymi rzęsami, wtedy dopiero widać moc.

I bonusowo - szybkie foto nowego lakieru, który wczoraj pokazałam. Wybaczcie, że tyko jedno zdjęcie, ale kurde pada i tak na większości zdjęć nic nie widać ;) Na paznokciach (skróconych, buuu...) dwie warstwy, wyschły zaskakująco szybko.


Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 mar 2013

Mój ci on!

Mam! W końcu znalazłam, choć myślałam, że po szale, jaki na niego zapanował, już nie go nie znajdę. Oleśkowy lakier, który "zaprojektowała" dla Wibo czyli Peaches and cream, szturmem zdobył blogosferę i z tego co widać było na sklepowych półkach - nie tylko. Nie ma się co dziwić, bo lakier ma naprawdę piękny kolor i z tego co właśnie widzę - równie świetnie co w butelce, prezentuje się także na paznokciach. 


Fotki napazurkowe jutro, dzisiaj już za ciemno ;) Ale mogę Was zapewnić, że kolor mnie oczarował. Mój ci on!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 mar 2013

Lakierowo - błękit nieba

Dzisiejszy dzień choć równie pogodny jak wczoraj, to jednak humor już nie ten. Ból głowy połączony z koniecznością pojawienia się na uczelni zdecydowanie wpędziły mnie w lekkie otępienie i powtarzane w myślach "byle do piątku". 
Wspominałam wczoraj, że zaczęłam wyciągać z szuflady coraz bardziej wiosenne kolory lakierów (i nie tylko, nawet kupiłam sobie niedawno tunikę tak kolorową i wzorzystą, że to aż do mnie niepodobne :P). Wczoraj zrobiłam kilka zdjęć najnowszego lakierowego wiosennego nabytku. Piękny, soczysty błękit od Sensique, bezproblemowa aplikacja, dwie cienkie warstwy wystarczyły do pełnego krycia. Lakier ma delikatną poświatę, taką srebrzystą, na szczęście jest ona widocznie głównie w buteleczce, na paznokciach trzeba by się uważnie przyjrzeć żeby ją dojrzeć. Trwałość standardowa jak pozostałych lakierów tej firmy, u mnie wytrzymał jakieś trzy dni, po czym zaczęły ścierać się końcówki.

Zdjęcia takie, a nie inne, nie chciałam robić zbędnych zbliżeń, bo mam taki przesusz skórek, że aż przykro patrzeć. Kolor jest bardzo dobrze oddany. Lakiery Sensique można kupić oczywiście w Naturach, nie pamiętam ile kosztują, ale bodajże coś około 6 złotych (??).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
4 mar 2013

Czuję wiosnę!

Mimo, że jestem marudą i zimą cierpię bo mi zimno i chcę już lato, a gdy to przychodzi to stękam jeszcze bardziej, bo za gorąco i chciałabym żeby spadł śnieg, tak dzisiaj naprawdę widok z okna nastraja mnie tak pozytywnie, że czuję się jakbym dostała jakiegoś motywacyjnego kopa w cztery litery (to musiałby być spory kop, zważywszy na wielkość tych czterech liter, ale dzisiaj nawet moja wielka dupa nie jest w stanie zepsuć mi humoru; w końcu kolumbijskie pośladki są ostatnio rzekomo w modzie?:P). Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że ochoczo olałam dzisiaj z góry do dołu zajęcia na uczelni, słusznie zresztą dedukując, że wybór między drzemaniem na wykładach, a drzemaniem we własnym łóżku jest wyborem bardzo prostym. Wybrałam więc jedynie słuszne rozwiązanie i wyspawszy się porządnie, przywitałam dzień ze wzmocnioną dawką energii. Posprzątałam, zabrałam psa na spacer, zrobiłam sobie małe spa. Popijam teraz zieloną herbatę i przeglądam stare posty na blogu. I czuję, że choć blog w moim odczuciu rozwija się, to coraz mniej się na nim odsłaniam. Prywatnie. A przecież to w końcu "mój świat", a więc nie tylko kosmetyki, których używam, lakiery, którymi maluję paznokcie, czy problemy związane z szeroko pojętą urodą. Stwierdziłam więc, że czas najwyższy to zmienić. Na Waszych blogach z przyjemnością oglądam posty typu "my week in photos", lubię pooglądać ten kawałek Waszego świata. Doszłam do wniosku, że spróbuję i u mnie wprowadzić taki cykl. Nie obiecuję, że będę w tym regularna, bo akurat regularność nie jest moją mocną stroną, ale może akurat się uda?:)
Dziś zapraszam więc Was na część pierwszą, kilka ujęć z minionych dni. Większość zdjęć trzaskana komórką, więc jakość taka, a nie inna, moja Nokia niestety radzi sobie średnio w tym względzie ;)
1. Twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką, omnomnom.
2,3. Dwie herbaty, którymi się ostatnio zapijam.
4. Kudłata też już czuje wiosnę.
5. Tragus! Pierwszy raz widziane u Urbanka, zachciane i po roku od zachcenia zrobione. Spontanicznie.
6. Jeden z urodzinowych prezentów. Podobno niemożliwe żeby padł. Zobaczymy :P
7. Wcale nie bezzapachowy, ale genialnie nawilżający. Muszę go jakoś odsmrodzić, myślałam nad jakimś olejkiem zapachowym, może da radę?
8. Zaczynam wyciągać z lakierowej szafki coraz bardziej wiosenne kolory. 
9. Kolejne okulary od firmoo, tym razem wersja "ombre".

Pozdrawiam,
Panna Joanna

3 mar 2013

Oliwkowe nawilżenie

Wychodząc naprzeciw wczesnowiosennemu przesileniu (tak, tak, do wiosny jeszcze kawał czasu, a ja już czuję, że mnie przesila :P) zebrałam się dzisiaj w sobie i obrobiłam w końcu kilkadziesiąt zdjęć kosmetyków i innych takich, w związku z czym mogę zamieścić dzisiaj post, który w moich założeniach miał być opublikowany za jakiś czas, jednak kosmetyk, o którym chciałabym napisać raczej już niczym mnie nie zaskoczy, więc cóż mi szkoda?
Krem nawilżający to kosmetyk, który u mnie schodzi niczym woda - ja używam takowego nawet kilka razy dziennie, zwłaszcza w obecnym zimowym okresie, kiedy moja skóra przeżywa katusze związane z grzejącymi kaloryferami, często też widzę rodzinkę, która takowe kremy mi podbiera. Od bardzo długiego czasu w mojej kosmetyczce króluje krem z Dermedic z serii Emolient Linum, zużyłam już chyba 4 tubki temu kremu, kolejna czeka w pogotowiu. Jednak, jako że jestem istotą z natury ciekawą, lubię czasem spróbować czegoś nowego i tym czymś nowym miał być właśnie krem Oliwka z oliwek z Marizy. Czy zdetronizował mojego dotychczasowego ulubieńca? Był blisko.

Krem Marizy zamknięty jest w prostym, lekkim słoiczku o bardzo minimalistycznym designie. Bardzo mi się to podoba, nie ma tu przeładowania wzorków, napisów i innych niepotrzebnych bzdetków, wszystkie niezbędne informacje, włącznie ze składem znajdziemy na kartoniku, w którym krem się znajduje. 
Działanie jest jak najbardziej poprawne - skóra bezpośrednio po użyciu jest gładka, nawilżona, lekko natłuszczona. Efekt utrzymuje się do następnego użycia - jeśli rano posmaruję buzię kremem, to wieczorem już czuję to takie ściągnięcie charakterystyczne dla suchej skóry i muszę sięgnąć po kolejną porcję kremu. Niby i tak używam kremu co najmniej dwa razy dziennie, jednak miałam okazję używać kremów, po których efekt nawilżenia utrzymywał się trochę dłużej. Niemniej jednak, pomijając ten jeden "defekt", krem sprawuje się nad wyraz dobrze. Jest świetną bazą pod makijaż, dobrze współpracuje zarówno z płynnymi podkładami, jak i mineralnymi, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że trwałość podkładu mineralnego, którego obecnie używam najczęściej, na tym kremie jest nieco lepsza niż gdy nałożę je solo. Nie spowodował u mnie podrażnienia czy zapchania. Zostawia po sobie lekko tłusty film, dlatego przypuszczalnie bardziej zadowolone będą z niego posiadaczki cer suchych aniżeli tłustych. Mimo, że sam krem określiłabym jako tłustawy, jego konsystencja jest dość lekka, przyjemnie rozsmarowuje się po skórze. Jego wydajność ciężko mi ocenić, ponieważ co chwilę ktoś mi go podbierał, aczkolwiek potrzeba go niewiele aby pokryć całą twarz. Słoiczek ma pojemność 50 ml, za produkt musimy zapłacić niecałe 13 złotych. Stosunek ceny do jakości jest więc zdecydowanie korzystny. 

Podsumowując - całkiem przyjemny krem, nie jest to ideał, ale sprawdził się u mnie całkiem przyzwoicie. Nie sądzę, że sięgnę po niego ponownie, póki co mam spory zapas innych kremów, a gdy te się skończą raczej wrócę do swojej sprawdzonej pozycji, chyba, że po drodze odkryje jakiegoś nowego, godnego zastępcę :)

Kosmetyki firmy Mariza możecie nabyć kontaktując się Panią Izą mariza-polska@wp.pl .

Pozdrawiam,
Panna Joanna
2 mar 2013

Makijażowo - kilka wariacji z BareFaced Beauty

Dzisiaj dla odmiany będzie dużo zdjęć, mało mojego gadania, mimo, że jak wiecie - gadać uwielbiam. Tym razem jednak wydaje mi się, że w tym przypadku zdjęcia więcej powiedzą niż moja paplanina, ode mnie wyjdzie tylko kilka słów wstępu.
Jakiś czas temu zaczęłam testować cienie mineralnie firmy BareFaced Beauty. Wcześniej znałam już podkład i puder z tej firmy i mam bardzo dobre skojarzenia, miałam więc nadzieję, że cienie spiszą równie przyzwoicie.


Wybrałam dla siebie 5 odcieni, 4 matowe i 1 błyszczący. W makijażu ostatnio zdecydowanie częściej sięgam po matowe cienie, więc stąd taki, a nie inny wybór. Niemniej jednak okazało się, że to właśnie ten jedyny błyszczący najbardziej podbił moje serce, ale o tym za chwilę. 
Mój wybór padł na: 
- Seashell - matowy, bardzo jasny róż,
- Jewel - błyszczący, jasny fiolet, wpadający w srebro
- Butterfly - matowy, bardzo nasycony fiolet
- Smokey Taupe - matowy, dość ciemny brąz
- Black Slate - matowa czerń
Pigmentacja wszystkich cieni jest bardzo dobra, zarówno w opakowaniu, czy na ręce czy - co najważniejsze - na oku. Podczas blendowania ich nasycenie nie zmniejsza się, co często denerwuje mnie w mineralnych cieniach - tu jedynie fiolet Butterfly lubi sprawiać problemy. Cienie są dość suche, pyliste, ale całkowicie do opanowania. Wygodnie nabiera się je na pędzle z opakowania - typowego, zakręcanego słoiczka. I tu mała uwaga - część cieni ma normalne "sitko" czyli kilka dziurek, przez które wysypujemy sobie cień, natomiast nowe odcienie mają zmienione opakowania na nieco bardziej praktyczne:

Trwałość tych cieni jest przyzwoita, ja zawsze nakładam je na bazę, więc siłą rzeczy trzymają się dobrze, natomiast matowy fiolet lubi trochę zblaknąć w miarę noszenia. Przyznaję, że z kolorami udało mi się trafić w dziesiątkę, w dużej mierze dzięki pomocy Pani Diany. Smokey Taupe to odcień, który świetnie nadaje się do podkreślania brwi, do mocnego, przydymionego makijażu oka, do podkreślania załamania - dla mnie must have. Czerni Black Slate często używam do malowania kresek czy podkreślania zewnętrznego kącika oka. Jasny Seashell służy mi do rozcierania ciemniejszych cieni, do rozjaśniania wewnętrznego kącika oka czy obszaru pod brwiami. Najgorzej współpracuje mi się z cieniem Butterfly - ma on tendencje do znikania podczas mocniejszego rozcierania, lepiej go wklepywać w powiekę, najlepiej na jakąś ciemną "kredkową" bazę. Natomiast moim zdecydowanym ulubieńcem z tej piątki jest Jewel. W ostatnich dniach mój makijaż ograniczał się do tego właśnie cienia nałożonego na całą powiekę, czarnej kreski i tuszu. Pięknie podkreśla niebieską tęczówką, wygląda na oku tak...elegancko. Drobinki nie wędrują po twarzy, są zresztą dość drobne i w sztucznym świetle naprawdę pięknie migoczą. Cudo!
Góra - światło dzienne, dół - lampa. Od lewej: Black Slate, Smokey Taupe, Butterly, Jewel, Seashell.

Przygotowałam też 3 makijaże z wykorzystaniem tych cieni, pokusiłam się nawet o stepy :)

Makijaż nr 1:

Makijaż nr 2:

Makijaż nr 3:

Zdjęcia stepów polecam sobie powiększyć :)

Cienie BareFaced Beauty można kupić na stronie mineralnie.pl (link do cieni)
Koszt jednego cienia to 39,90 zł. Wydaje się dość dużo, aczkolwiek cienie są tak wydajne, że nie wiem czy kiedykolwiek zdołam zużyć je do końca.

Wpadł Wam w oko jakiś kolor?
Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...