WoleProstoHeader

26 lut 2013

Neulash - po dwóch tygodniach

Czyli czas pierwszych podsumowań. Spektakularnych efektów się nie spodziewałam, mam świadomość, że na ten zjawiskowy rezultat trzeba poczekać przynajmniej te dwa miesiące, ale takie co dwutygodniowe podsumowania mogą też pomóc mi samej uporządkować zmiany jakie zachodzą (i czy w ogóle zachodzą) na moich rzęsach.


Co zatem zauważyłam przez dwa tygodnie stosowania? Przede wszystkim nie tak trudno było mi zachować regularność, a tego się nieco obawiałam, bo mimo młodego wieku przejawiam pierwsze oznaki sklerozy. Tyko raz udało mi się zapomnieć o zastosowaniu odżywki, więc bilans uznaję za bardzo udany ;) 
Wydłużenia czy zagęszczenia rzęs na razie próżno szukać, myślę, że za kolejne dwa tygodnie być może będę już mogła coś na ten temat napisać (mam taką nadzieję). Rzęsy są może minimalnie dłuższe, ale nie wiem na ile to faktyczna poprawa ich długości, a na ile moja chęć dostrzeżenia tego ;) Co zatem się zmieniło? Prawdę mówiąc niewiele, ale jednak "coś". Przede wszystkim rzęsy wydają mi się...ciemniejsze. Z natury mam jasną oprawę oczu, więc również moje rzęsy są np. w porównaniu do koloru włosów, wręcz półprzezroczyste. A teraz wyraźnie widzę, że się przyciemniły i liczę, że ten efekt będzie się jeszcze pogłębiać. Wydaje mi się również, że rzęsy są jakby bardziej uniesione do góry. Brzmi dziwnie? Spieszę tłumaczyć - moje rzęsy z natury są "opadnięte", czyli nie dość, że proste jak druty, to jeszcze wyraźnie skierowane są ku dołowi. Producent co prawda pisze coś o "poprawie podkręcenia rzęs", ale to akurat od początku miałam zamiar wsadzić między bajki. Czyżbym się myliła??

Zdjęcia sprzed dwóch tygodni:
I z dzisiaj:
Przy okazji możecie zobaczyć jak dużo daje podkreślenie brwi :P Moich naturalnych praktycznie nie widać...

Kolejne mini - podsumowanie za kolejne dwa tygodnie!:)

Pozdrawiam (i przy okazji przepraszam za weekendową nieobecność, niestety rozłożyła mnie grypa, cały weekend przeleżałam więc w łóżku w towarzystwie gorączki i wagona chusteczek, oł jea),
Panna Joanna
22 lut 2013

Makijażowe wyzwania - Marilyn Monroe!

Aż wstyd się przyznać, ale mimo, że jestem poniekąd organizatorką akcji "Makijażowe Wyzwania" to jestem nieźle w tyle. Dzisiaj w końcu mam wolne, więc pierwsze co zrobiłam to złapałam za pędzle i zabrałam się za nadrabianie. Na tapetę wzięłam piękną Marilyn Monroe, czarną, klasyczną kreskę i czerwone usta. Makijaż bardzo prosty, ale jednocześnie bardzo elegancki, ponadczasowy. Klasyka sama w sobie.




Na twarzy mam:
- korektor w kremie Inglot (64)
- podkład BareFaced Beauty (Serenity)
- puder mineralny BareFaced Beauty (Jasmine)
- bronzer  Joko  Night in Venice (wersja dla brunetek)
Oczy/brwi:
- cień BareFaced Beauty Smokey Taupe (brwi)
- baza pod cienie MUA
- cienie na oczach to w całości paletka Undressed z MUA
- tusz Wibo
- płyn do pigmentów z Kobo (wymieszany z czarnym cieniem - kreska)
Usta:
- szminka Avon 2000 Red

Zapraszam Was również do obejrzenia galerii pozostałych prac, przybywa ich coraz więcej:
Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 lut 2013

Makijażowo - bakłażan

Uwielbiam wszelkie odcienie śliwek, fioletów, bordo. Na ustach, na paznokciach, na oczach czy nawet na policzkach. Ostatnio przybyło mi kilka kosmetyków w tym moim ulubionym, zimowym kolorze, a wśród nich znalazł się cień, który dzisiaj chciałabym Wam pokazać. 
Kosmetyków firmy Mariza wcześniej nie znałam, aczkolwiek czytałam wiele pozytywnych opinii na temat ich cieni do powiek, więc byłam ich tym bardziej ciekawa. Trafił do mnie odcień nr 8 Bakłażan czyli piękne połączenie brązu z fioletem, kolor zmieniający się w zależności od światła, ogólnie - bomba. Czy właściwości samego cienia są również tak zachwycające jak jego kolor? Niekoniecznie.
Cień zamknięty jest w prostym, zakręcanym opakowaniu, dość solidnym, aczkolwiek w żaden sposób nadzwyczajnym. Mocne, praktyczne, generalnie nie ma się do czego przyczepić. Konsystencja tego cienia jest bardzo sucha, jednocześnie on jest miękki, niezbyt mocno "zbity", więc wystarczy dosłownie musnąć pędzelkiem powierzchnię cienia aby nabrać kosmetyk. Problem pojawia się przy aplikacji - cień przez swoją suchość średnio chce przyczepić się powieki, jego nasycenie znacznie spada, przy rozcieraniu kolor praktycznie znika, staje się mało wyraźny, szarobury. Próbowałam rozwiązać problem wklepując cień, nakładając go pacynką, nic to nie dało, dopiero nałożenie go na płyn do pigmentów z Kobo wywołało pierwszą falę zadowolenia. Najlepszy efekt uzyskałam nakładając cień wymieszany ze wspomnianym płynem na czarną bazę w postaci żelowego linera. Można by pomyśleć, że za dużo z tym kosmetykiem zachodu, niemniej jednak warto :) Tak wypracowany efekt długo trzyma się na powiece (ogólnie wszystko co wymieszamy z tym płynem trzyma się powiek jak przyspawane), kolor prezentuje się wtedy naprawdę wspaniale, płyn wzmaga również błysk tego cienia. Moim ulubionym wariantem jest delikatny, mocno roztarty czarny/czekoladowy dymek i ten cień nałożony opisaną przed chwilą metodą na całą ruchomą powiekę. Dla osób lubiących delikatne makijaże świetnie się taka wariacja sprawdzi na wieczorne wyjście, ja natomiast dość często korzystam z niej w makijażu dziennym. Chciałam przygotować do tego posta właśnie taki makijaż, ale niestety muszę się na razie wstrzymać, ponieważ zwyczajnie nie mam kiedy zrobić zdjęć - na uczelni zaczęły się już zajęcia, a mój plan zajęć prezentuje się mniej więcej tak: poniedziałek, wtorek, środa, czwartek 8-18, więc na malowanie zostaje mi wolny piątek i wtedy też pewnie pokuszę się o uchwycenie tegoż cienia w pełnej krasie, zwłaszcza, że również w piątek będę świętować swoje urodziny, więc będzie okazja żeby się trochę pomazać :)
Przygotowałam za to już jakiś czas temu swatche na łapce:
Po lewej światło dzienne, po prawej lampa, lewy swatch na sucho, prawy na mokro. W rzeczywistości cień bardziej wpada w bordo niż w brąz, najbliższy prawdzie jest swatch na mokro w świetle dziennym.

Podsumowując - jest z nim trochę babrania, ale, o dziwo często się nim babram. Polubiłam kolor, a ta pewna problematyczność tego cienia poniekąd zmusza mnie do sięgania po czarną bazę, po płyn, na co z reguły mam zbyt dużego lenia, a co jest błędem, bo tak "dopracowany" makijaż zdecydowanie lepiej trzyma się moich powiek.

Dzięki uprzejmości Pani Izy mam okazję testować jeszcze 3 inne produkty Marizy i już teraz mogę zdradzić, że znalazłam swojego paznokciowego hita :) Udało mi się dzięki niemu zapuścić paznokcie, które były już ostatnio w naprawdę opłakanym stanie, także spodziewajcie się w najbliższym czasie kolejnej recenzji :)

Kosmetyki Mariza można nabyć u konsultantek, firma prowadzi sprzedaż katalogową. Same kosmetyki możecie pooglądać tutaj - www.mariza-polska.pl, natomiast jeśli chciałybyście uzyskać na ich temat więcej informacji możecie skontaktować się z Panią Izą poprzez e-mail mariza-polska@wp.pl.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

15 lut 2013

Makijażowe wyzwania - aktualizacja

Do galerii Makijażowych Wyzwań trafia coraz więcej makijaży, jeśli jeszcze nie widziałyście prac dziewczyn, serdecznie zapraszam, wystarczy kliknąć w baner Wyzwań na pasku bocznym :) Poniżej mały przedsmak:


Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 lut 2013

Zagadka rozwiązana!

Dzisiaj rano pokazałam Wam swatche pewnej paletki i pytałam co to wg Was jest. Zrobiłam to celowo, ponieważ byłam ciekawa czy rzeczywiście paletka wygląda tak jak wydaje mi się, że wygląda :) Trochę zagmatwane, ale zaraz wyjaśnię. 
Paletka Naked chodziła za mną już kupę czasu, naczytałam się masę bardzo dobrych opinii na jej temat i nie ukrywam, że mimo, iż cieni mi nie brakuje, to cały czas paletka UD kręciła mi się po głowie. Co mnie powstrzymywało przed jej zakupem? Cena. Jestę tylko studentę (:P) i wydanie na cienie do powiek kwoty rzędu dwustu złotych jest dla mnie czymś w rodzaju marnotrawstwa pieniędzy (choćby nie wiem jakie te cienie były piękne). Dlatego zrezygnowałam z mojego małego marzenia, w myślach obiecując sobie, że jeśli zacznę na tym głupim oczyszczaniu ścieków itp. zarabiać grube myliony to powrócę do tematu.
I tu temat teoretycznie powinien się urwać, ale jakiś czas temu firma MUA zorganizowała wyprzedaż 50% off z okazji 50 tysięcy fanów na facebooku. Moja znajoma (buziak :D) robiła zamówienie, więc postanowiłam się do niej przyłączyć. Tym sposobem za niewielką kwotę udało mi się zakupić kilka fajnych kosmetyków, w tym paletkę cieni Undressed, która wg mojej koleżanki miała być praktycznie idealnym dupem Naked. Marki MUA nie znałam wcześniej, ale stwierdziłam, że za takie pieniądze nic nie ryzykuję (regularna cena paletek MUA to około 20 złotych, po obniżce zapłaciłam więc...10 złotych). Kiedy paletka do mnie dotarła, obmacałam ją ze wszystkich stron, pooglądałam zdjęcia porównawcze w internecie i rzeczywiście- coś w tym jest. W kwestii samych kolorów paletka Undressed różni się od Naked dokładnie jednym odcieniem, który jest zbliżony do odcienia oryginalnego, jednak identyczny nie jest. Wśród innych kolorów nie dostrzegam większych różnic, wiadomo, że w 100% nie jest to to samo, wprawne oko wychwyci te subtelne różnice, jednak na swatchach czy makijażu oka te różnice nie są widoczne. Dodatkowo, o ogromnym podobieństwie tych paletek utwierdziłyście mnie Wy - pod ostatnim postem zdecydowana większość z Was obstawiała paletę Naked, pojawił się nawet komentarz "Zdecydowanie Urban Decay Naked jeden. Jeżeli jest to paleta innej marki to jest dupem idealnym :)". 
Tak więc nie przeciągając - przedstawiam mój nowy, prawie nakedowy nabytek:

O jakości cieni na razie wiele Wam nie napiszę, ale po pierwszych testach stwierdzam, że pigmentacja naprawdę jest świetna, cienie są dość miękkie, nie pylą, dobrze "czepiają" się powieki, łatwo się ze sobą łączy i rozciera. Jedynie dwa matowe cienie są odrobinę zbyt twardawe, ale jest to do opanowania. 

Wiem, że wiele osób nie ludzi takich "zamienników", jednak myślę, że jest to całkiem fajna alternatywa dla osób, które z różnych względów nie mogą czy nie chcą sięgnąć po droższą wersję. Ja póki co ochoczo będę korzystać z tego odpowiednika, a jeśli kiedyś dojdę do momentu, że będzie mnie stać na prawdziwą Naked i wciąż będę jej pożądać, wtedy czemu nie :)

A Wy macie jakieś doświadczenia z kosmetykami MUA? Miałam okazję zmacać zamówienie mojej koleżanki (bardzo obfite) i moja chciejlista sporo się wydłużyła :D

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Zgaduj zgadula

Coś do mnie ostatnio przybyło i mnie oczarowało. Mimo posiadania sporej ilości cieni w podobnej kolorystyce, ta jest taka jakby...kompletna. I na dzień i na wieczór, wyjątkowo nie dodałabym do niej żadnego koloru :)

Ktoś zgadnie co to takiego?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 lut 2013

Gotowa na rzęsy do nieba

Czyli mała zapowiedź - dzisiaj rozpoczynam rzęsową kurację z odżywką Neulash. Jestem bardzo ciekawa efektów, duże nadzieje wiążę z tą odżywką, zwłaszcza, że moje rzęsy są ostatnio w zaskakująco dobrej formie, liczę więc, że działanie tego specyfiku tym bardziej będzie widoczne. Posiadam wersję, która wystarczyć powinna na dwa miesiące kuracji, za dwa tygodnie pokażę Wam pierwsze porównanie, po upływie całego miesiąca kolejne, na pewno wspomnę też po dłuższym czasie czy efekty się utrzymują.


Na chwilę obecną moje rzęsy prezentują się następująco:
Tak więc - zaczynamy :))

Ps. Jak widać blog doczekał się nowego nagłówka, którego pomysłodawcą i wykonawcą po raz kolejny jest mój niezastąpiony Osobisty Personel Techniczny :) Ja jestem bardzo zadowolona, zrobiło się tak pozytywnie, jeszcze parę poprawek zostanie wprowadzonych ogólnie na blogu, co by bardziej to wszystko ujednolicić. Mam nadzieję, że moje odstresowujące bańki przypadną Wam do gustu :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 lut 2013

Mineralnie - BareFaced Beauty

Dzisiejszy post będzie długi i opatrzony dużą ilością zdjęć, dlatego polecam udać się po herbatkę i zapraszam do lektury :)

Z mineralnymi kosmetykami miałam do czynienia już nie raz i nie dwa i choć zawsze wydawało mi się, że lepiej  być już nie może, to po poznaniu nowego kosmetyku, o innych właściwościach zdarzało się, że w jego poprzednikach coś mi jednak zaczęło przeszkadzać. Idąc za ciosem w pewnym momencie zdecydowałam się na przetestowanie sporej ilości sampli różnych firm i różnych formuł, w różnych odcieniach i na tej podstawie eliminowałam produkty, w których najwięcej rzeczy mi przeszkadzało i dalej poszukiwałam tego jedynego, idealnie dobranego. Bliski ideału był już podkład Pixie Cosmetics, jednak jego cena (86 złotych za 7 g) skutecznie mnie zniechęciła do zakupu trzeciego opakowania (zużyłam dwa; pierwsze dostałam do testów, kolejne kupiłam sama). Ostatnio trafiło do mnie kilka mineralnych nowości, tym razem firmy BareFaced Beauty i choć zdaję sobie sprawę z tego co napisałam wyżej (o znajdowaniu wad po czasie) to mam nadzieję, że tym razem podkład mineralny jednej firmy zostanie ze mną na dłużej. Produkty trafiły do mnie za pośrednictwem sklepu mineralnie.pl, skontaktowała się ze mną przemiła Pani Diana, która zaproponowała mi kilka kosmetyków i pomogła dobrać odpowiednie odcienie. Na pierwszy ogień idą więc dziś podkład mineralny w najjaśniejszym odcieniu Serenity i puder wykańczający Jasmine.
Zacznę może od "danych technicznych" - zarówno podkład jak i puder zamknięte są w identycznych, zakręcanych słoiczkach, na których spodzie znajdziemy wszystkie informacje o produkcie. Wieczko dobrze, mocno się dokręca, więc nie ma obawy, że kosmetyk się odkręci w torebce czy kosmetyczce. Inna sprawa, że podczas transportu sporo proszku wylatuje przez dziurki, które są dość spore, więc radziłabym później ostrożnie odkręcać słoiczki. Natomiast jeśli będziemy pudry przechowywać bezwstrząsowo, to później bez problemów możemy wysypać odpowiednią ilość proszku na wieczko.
Konsystencja podkładu jest dość specyficzna - jest to proszek, ale nie jest suchy, mocno pylący, raczej lekko "mokry", kremowy, świetnie rozprowadza się na skórze. Na twarzy jest praktycznie niewidoczny, nie podkreśla suchych skórek, nie wchodzi w zmarszczki, natomiast jest to ten rodzaj minerałów, które potrzebują naprawdę dobrego nawilżenia cery przed aplikacją - ja przeważnie nakładam krem, czekam aż się wchłonie, spryskuję twarz hydrolatem, odciskam w chusteczkę/papierowy ręcznik i na taką lekko wilgotną skórę aplikuję podkład.  Ciekawa byłam też jak sprawdzi się ten podkład na mojej dziwnej cerze - przy suchej skórze i jednocześnie mocno rozszerzonych porach (podkładu lubią w nie włazić), ale na szczęście nie zauważyłam żeby wchodził w pory czy był widoczny na suchych plackach. Świetnie się wtapia w skórę, maskuje niedoskonałości w naprawdę wysokim stopniu (na tyle, że nie używam już korektora, również tego pod oczy), wystarczy jedna cienka warstwa, aby cera wyglądała dobrze - koloryt jest wyrównany, niedoskonałości zakryte, efekt nie jest płaski, matowy, wykończenie podkładu określiłabym bardziej jako satynowe. Przy większej ilości warstw krycie jest już bardzo konkretne, dlatego mimo wszystko polecam jedną warstwę i potem punktowe poprawienie w problematycznych miejscach. Do nakładania podkładu używam pędzla Hakuro H55 i jestem z niego bardzo zadowolona. Myślałam nad kupnem nowego pędzla typu flat top (poprzedni się już trochę rozpada), ale w końcu zdecydowałam się na tę kulkę i gorąco polecam, mi o wiele wygodniej aplikuje się podkłady mineralne tego typu pędzlem aniżeli płasko ściętym. Było o efekcie, teraz o trwałości, a ta jest imponująca. W przypadku większości podkładów mineralnych wystarczyło kilka kropel potu, trochę ciepła itp. i podkład zwyczajnie warzył się na skórze. Podkład z BareFaced Beauty trzyma się jak przyspawany, nawet dość intensywne ćwiczenia, po których wyglądałam jak do wykręcenia, nie spowodowały zwarzenia się podkładu. Jedyny problem mam na nosie, w miejscu gdzie przylegają noski z okularów, tam podkład się po prostu ściera, aczkolwiek nie jest to nic nadzwyczajnie niespodziewanego, zwłaszcza, że okulary mam na nosie długo, często je poprawiam. Jak już pozbywam się patrzałek, to tylko rozcieram palcami miejsce, gdzie są placki i po problemie.
Nie odnotowałam ani żadnego zapchania, ani wysypu, ani podrażnień - podkład ten podobnie jak inne znane mi minerały, świetnie służy kondycji mojej skóry.
Z kolorem trafiłam w dziesiątkę - zdecydowałam się na najjaśniejszy odcień i ogólnie rzecz biorąc jest on jaśniejszy od mojej skóry na twarzy, natomiast nałożony lekko rozjaśnia mi twarz, dzięki czemu twarz nie odznacza się od szyi, która w moim przypadku jest praktycznie biała. Mój odcień to Serenity - bardzo jasny beż, bez domieszek żółtego czy różowego pigmentu, wg mnie odcień idealny dla porcelanowej cery. W opakowaniu wyglądał mi dość ciemno i zdążyłam się już przestraszyć, ale szybki swatch na skórze mnie uspokoił. Odcieni jest naprawdę dużo, od bardzo jasnych w różnych tonacjach, przez średnio jasne, na ciemnych kończąc. Nie wiem od czego to zależy, ale część kolorów z gamy jest bardziej rozświetlająca, ma takie mini drobinki, może dostrzeżecie to na zdjęciach niżej. Ale do gamy kolorystycznej jeszcze wrócimy :)

Puder mineralny Jasmine to puder, którego używałam w dwojaki sposób - jako primer pod podkład lub jako puder wykańczający, w obu przypadkach sprawdzał się bardzo dobrze. Jest dużo bardziej aksamitny niż podkład, jego krycie też jest słabsze. Puder jest lekko żółty, taki waniliowy, fajnie niweluje "różowość"  podkładów (wypróbowałam na płynnym Revlonie 110, który mnie nieco świnkuje), ma w sobie mikrodrobinki, które nie są widoczne na twarzy, ale zostawiają delikatną poświatę, dzięki czemu cera wygląda na bardziej świetlistą, choć nie jest to efekt jak przy normalnym rozświetlaczu. Bardziej odpowiada mi jego działanie jako pudru nakładanego na podkład, ten blask jest wtedy bardziej widoczny, co przy mojej suchej skórze jest wskazane, natomiast stosując go pod podkład mam wrażenie, że krycie podkładu się nieco zwiększa, natomiast efekt rozświetlenia jest dużo słabszy (choć wciąż widoczny). Próbowałam uchwycić na zdjęciach jak to cudo wygląda na twarzy, jednak czy robiłam zdjęcia z lampą czy bez, nie potrafiłam w pełni wyłapać efektu. Musicie mi uwierzyć na słowo :) Trwałość tego produktu również jest zadowalająca, bez względu na to czy używałam go na podkład/pod podkład/w połączeniu z podkładem płynnym. Z tego co wiem, w ofercie jest jeszcze puder w odcieniu różowym (English Rose), który przeznaczony jest do ochładzania cery.

Oba produkty kosztują 69 złotych i mają pojemność 10 g, kupić można je w sklepie mineralnie.pl.

Teraz czas na najważniejsze czyli swatche i efekt na twarzy.
Na dłoni widać wyraźnie, że podkład ma mocniejsze krycie, jest bardziej kremowy, puder z kolei jest bardziej aksamitny. Po lewej zdjęcie w świetle dziennym, po prawej z lampą. Na dłoni i podkład i puder wydają się być dość jasne, ale jednak twarz mam sporo jaśniejszą, więc na buzi nie odznaczają się aż tak mocno, co możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej:
Tu z kolei po lewej mamy wersję z lampą, po prawej natomiast w świetle dziennym, te zdjęcia bardzo dobrze oddają odcienie kosmetyków - widać, że podkład jest chłodniejszy od pudru, który ma odcień właśnie taki waniliowy.

No i na koniec prezentacja krycia, nie użyłam żadnego korektora, zdjęcia przedstawiają od lewej lecąc - gołą skórę, nałożony podkład, wykończenie pudrem:
Tak jak pisałam - ciężko było uchwycić efekt z pudrem, ten efekt widać jedynie na żywo, na zdjęciu różnica w kolorystyce wynika głównie z oświetlenia (myślałam, że bliżej światła te migotki się choć trochę ujawnią :)).

Podsumowując - ja jestem bardzo zadowolona, nie dość, że świetnie trafiłam z odcieniem, to i trwałość i cena mnie przekonały do tych produktów w 100% i jestem pewna, że zostanę z nimi na dłużej. Ode mnie dostają 5 z dużym plusem.

Jeśli któraś z Was byłaby zainteresowana i chciała bliżej zapoznać się z tymi kosmetykami to istnieje możliwość zamówienia na stronie mineralnie.pl sampli, dzięki czemu będziecie mogły potestować na tyle żeby sprawdzić czy Wam pasuje taka formuła i dobrać idealny odcień. Mam też dla Was małą ściągę, ponieważ otrzymałam próbki wszystkich kolorów i zrobiłam zbiorowe swatchowanie :)

Podkłady podzielone są na kategorie light, medium light, medium dark i dark.

Wśród odcieni LIGHT znajdują się:
Na górze zdjęcie w świetle dziennym, na dole z lampą. Wszystkie odcienie są naprawdę jasne, najciemniejszy z tej grupy jest Gracious, ale wypróbowałam go na swojej twarzy i również dobrze się wtopił, jest też chyba najbardziej ciepły z tej grupy.

Grupa MEDIUM LIGHT:
W tej grupie już nam się zaczynają ciemniejsze kolory, ale wciąż nie są to bardzo ciemne odcienie, z tej grupy pokusiłam się o wypróbowanie na twarzy Whisper i Promise, o ile Promise już był sporo za ciemny, to Whisper wyglądał całkiem przyjemnie na buzi.

Grupa MEDIUM DARK:
Te odcienie to już kompletnie nie moja bajka, niemniej również osoby o ciemniejszej karnacji mają w czym wybierać, mamy tu chłodny Gentle, żółtawy True, Sincere i Tender są najciemniejsze w tej grupie i już podchodzą pod pomarańcze.

W ofercie znajdują się jeszcze dwa odcienie - Charmed i Kissed, wydaje mi się, że są to nowości, ponieważ w katalogu ich nie widziałam:
Wg moich informacji odcień Kissed pod względem stopnia jasności plasuje się między Promise a Elegance, natomiast odcień Charmed między True a Sincere. Oba są bardziej satynowe niż reszta kolorów i zostawiają  tę poświatę, o której pisałam wyżej.

W kategorii DARK znajduje się odcień Simple, jednak nie posiadam próbki tego koloru.
W razie wątpliwości zachęcam Was do napisania do Pani Diany, jestem pewna, że ona również chętnie pomoże w doborze odcienia.

Ktoś poczuł się zachęcony?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
4 lut 2013

Zaróżowiłam się na czerwono

Róże Sleeka odkryłam stosunkowo niedawno, ale odkąd mam je w swoich zbiorach, rzadko kiedy sięgam po jakiekolwiek inne. Czym mnie zachwycają? Niezwykłymi kolorami, mocną pigmentacją, trwałością, wydajnością. Nie jestem w stanie podać choć jednej wady tego kosmetyku, bo takowych po prostu nie dostrzegam. Dzisiaj pokażę Wam mojego zimowego ulubieńca, którego większość z Was pewnie wystraszyłaby się, gdybyście zobaczyły go tylko w opakowaniu, ale nie taki diabeł straszny :)
Róż Scandalous jest czerwony - jest to najprawdziwsza, bezdomieszkowa, czysta czerwień. Nie jest to odcień zbyt popularny wśród różowych ofert innych firm, ja się jeszcze z takim kolorem różu nie spotkałam. I choć miałam ogromne wątpliwości jak będzie się prezentować na twarzy, okazało się, że martwiłam się zupełnie niepotrzebnie, bo mimo bardzo mocnej pigmentacji wygląda na policzkach bardzo naturalnie i świetnie imituje naturalny rumieniec. Nie znajdziemy w nim żadnych drobinek, róż ten jest całkowicie matowy. Jak już wspominałam - pigmentacja jest bardzo mocna, wystarczy dosłownie musnąć pędzlem powierzchnię kosmetyku, najlepiej jeszcze strzepnąć pędzel przed aplikacją na skórę. Ja do nakładania tego cudaka używam pędzla do różu z Essence (tego z biało - różowym włosiem) i sprawdza się on w tej roli bardzo dobrze. Gdy przypadkiem nałoży mi się go zbyt dużo, sięgam po transparentny puder i dodatkowo rozcieram róż. Trwałość tego kosmetyku jest naprawdę świetna, nałożony rano trzyma się do zmycia, nie blaknie, nie ściera się (dużo tu co prawda zależy od podkładu itp. ale u mnie sprawdzał się w tej kwestii bez zarzutu). Przy jego pigmentacji i niewielkiej ilości jaka jest potrzebna do stworzenia ładnego, "mroźnego" rumieńca, podejrzewam, że będę go zużywać przez całe wieki. Ta wersja kolorystyczna jest dość twarda (w porównaniu np. do koloru Rose Gold), nie pyli, jednak bez problemu daje się nabrać nawet na najbardziej miękki pędzel.
Ja posiadam wersję testerową, w formie wkładu, normalnie róż zamknięty jest w czarnej kasetce z lusterkiem. Waga tego kosmetyku to 8 g, za które musimy zapłacić około 30 złotych.
Podsumowując - ja jestem nim zachwycona i intensywnie eksploatuję, na mojej bladej cerze wygląda naprawdę świetnie. Początkowo wydawało mi się, że będzie to dobry odcień tylko na okres zimowy, ale podejrzewam, że nawet wiosną czy latem nie przestanę po niego sięgać.

Zrobiłam swatche na ręce (po lewej wersja mocna, po prawej roztarta) oraz na policzku - w tym drugim przypadku nałożyłam różu sporo, żeby dobrze było go widać, jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda w wersji light, czyli roztarty, w towarzystwie makijażu, widać to na zdjęciu ostatnim :)
Róże Sleeka możecie kupić np. na kosmetykomania.pl.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 lut 2013

Panna Joanna testuje - demakijaż z mleczkiem Epionce

Dzisiejsza recenzja jest raczej mini - recenzją, z racji wielkości produktu, który przeszedł u mnie testy. Mleczko do demakijażu firmy Epioce jest kosmetykiem, któremu stawiałam wysokie wymagania, wynikające przede wszystkim z jego wysokiej ceny i bardzo zachęcającego opisu producenta. Czy kosmetyk sprostał wymaganiom? Niekoniecznie.
Marka Epioce jest nowością na naszym rynku, ja używałam mleczka Milky Lotion Cleanser, przeznaczonego do cery suchej i wrażliwej. Mleczko ma typową, "mleczkową" konsystencję, nie jest ani zbyt gęste, ani zbyt lejące, za to przyjemnie kremowe. Ma bardzo delikatny i jednocześnie całkiem fajny zapach. Jego właściwości natomiast są zupełnie przeciętne. Mleczko, owszem, zmywa makijaż, jednak po jego użyciu miałam czasem uczucie "niedomycia" i musiałam "poprawiać" demakijaż np. mydłem czy płynem micelarnym. Mleczko to należy co prawda do takich, które możemy nałożyć na suchą lub wilgotną skórę i następnie zmyć wodą, jednak w moim odczuciu jego działanie jest zbyt łagodne. Na zdjęciu widzicie jak kosmetyk poradził sobie z kredką, tuszem i linerem - efekt wydawałby się niezły, ale musiałam przetrzeć rękę wacikiem kilkukrotnie aby zmyć kreski w miarę dokładnie (a i tak widać, że nie są one zmyte całkowicie). Używałam tego mleczka do demakijażu całej twarzy, włącznie z makijażem oczu i na plus mogę zaliczyć fakt, że mleczko nie szczypie ani nie podrażnia oczu. Jakiś większych zalet pielęgnacyjnych również nie zauważyłam, choć być może pojawiłyby się one przy długotrwałym stosowaniu. Wydajności ocenić nie sposób, ponieważ testowałam miniaturę tego produktu, natomiast napisać mogę, że 15 ml starczyło mi na około 5 użyć (pełnowymiarowe opakowanie ma 170 ml i kosztuje około 130 zł). Podsumowując - wg mnie przeciętniaczek, o cenie zdecydowanie zbyt wygórowanej w stosunku do działania, ja na pełen wymiar bym się nie skusiła.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Ps. Zajrzyjcie do posta z Makijażowymi wyzwaniami - już zdążyły do mnie trafić dwie prace :))
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...