WoleProstoHeader

31 sty 2013

Coś nowego, nie kosmetycznego

Raz dla odmiany mogę pokazać nowy nabytek, który nie jest kosmetykiem. Jestem z tego faktu bardzo zadowolona, bo mój kosmetykoholizm zaczyna przybierać niebezpieczne rozmiary i jak tak dalej pójdzie mazideł będzie u mnie więcej niż np. ciuchów. Jak każda prawdziwa kobieta, lubuję się we wszelakich butach i torebkach. Lubię mieć wybór, choć przeważnie stawiam na prostotę, na imprezach towarzyszy mi zazwyczaj "mała czarna" na długim pasku, do której mimo jej niewielkich wymiarów jestem w stanie wpakować portfel (który do małych nie należy), wagon chusteczek (ach te wieczny katar), parasol, kosmetyczkę, kilka razy zdarzało mi się też przemycać w niej sweter na chłodniejszy, wieczorny powrót. Inaczej sprawa ma się z uczelnią, ponieważ w tym przypadku moja torba po prostu musi być maksymalnie duża. Najlepiej żeby oprócz wyżej już wymienionego, podstawowego wyposażenia, mieściły się w niej - notatniki, śniadanie, komputer, butelka wody, książka na nudne wykłady itp. Moja ukochana, wielgachna torba - kufer z Atmosphere już niestety powoli dogorywa, nastał więc czas, aby rozejrzeć się za jakimś następcą. 
Zadanie ułatwił mi sklep Wholesale Order, z którego miałam wybrać sobie torbę i bardzo szybko znalazłam model, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Moja poprzednia torba była materiałowa i po kilkunastu miesiącach użytkowania było widać po niej upływ czasu, dlatego teraz chciałam coś mocniejszego, skóropodobnego. Postawiłam na dużą, czarną torbę z brązowymi "uszami" i kolorowym przyczepem z kółkami, które można odpiąć. Torba okazała się jeszcze większa niż wydawała mi się na zdjęciach, spokojnie wpakuję do niej wszystko to o czym pisałam wyżej, łącznie z laptopem, zasilaczem i całą resztą. Uszy są mocne, dzięki temu nie ma obaw, że coś nam się urwie, choć początkowo wydawało mi się, że są delikatniejsze niż się w końcu okazały, ogólnie całość jest dość porządnie wykonana. Torba zamykana jest na zamek, w środku nie ma żadnych bezsensownych przegródek, które tylko niepotrzebnie ograniczałyby miejsce, znajdzie się za to kilka kieszonek, co jest mile widziane w moim przypadku. Ogólnie rzecz biorąc - z wyboru jestem bardzo zadowolona i mam nadzieję, że torba posłuży mi dzielnie przez kolejne 1,5 roku studiów. Na zdjęciu bonusik w postaci kokardkowego pierścionka, również ze sklepu Wholesale Order.

A u Was zagościły ostatnio, jakieś niekosmetyczne nowości?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
30 sty 2013

Makijażowe wyzwania!

Pod postem z makijażem Twiggy, moniak85 podsunęła mi pomysł na całkiem fajnego i przyjemnego taga. Wczoraj zabrałam się za dopracowanie pomysłu i dzisiaj przychodzę do Was z propozycją wzięcia udziału w zabawie "Makijażowe wyzwania!".
Zasad zabawy w zasadzie nie ma, sama nie cierpię tagów, które narzucają tysiącpiećsetstodziewięćset reguł typu wstaw baner i linka do autorki taga w iluśtam miejscach na blogu, otaguj 40 osób itp. :) Dlatego u mnie będzie prościej - powyższy baner oddaję do Waszej dyspozycji, możecie dowolnie z niego korzystać. Cała zabawa ma polegać na stawianiu sobie makijażowych wyzwań, sięgania po makijaże, po które normalnie byśmy nie sięgnęły, ćwiczeniu pędzla i wcielaniu się w nowe role. Wybrałam dziewięć, moim zdaniem ciekawych i charakterystycznych makijaży, niektóre z nich są spokojne, inne całkowicie szalone, czasami szkopuł polega na tym, żeby poprzez makijaż oddać charakter postaci, niekoniecznie idealnie go odwzorowując.

Na pierwszej pozycji znajduje się makijaż Twiggy, który w moim wykonaniu mogłyście już zobaczyć. Charakterystyczne duże oczy, spojrzenie "słodkiego psiaka", bardzo specyficzny makijaż.
Na drugim zdjęciu widzicie Marilyn Monroe, jej makijaż zawsze był bardzo kobiecy, seksowny, czarne kreski na powiekach, zalotne spojrzenie i czerwone, soczyste usta.
Audrey Hepburn to z kolei elegancja sama w sobie. Zawsze uśmiechnięta, z pięknie podkreślonym spojrzeniem. Makijaż idealny na śniadanie u Tiffany'ego.
W drugim rzędzie przenosimy się w czasy bardziej współczesne - pozycja czwarta to Lady Gaga, która już nie raz zaskoczyła szaloną stylizacją. Makijaż na zdjęciu to chyba jedna z bardziej oryginalnych propozycji - ciemne oczy i usta, bardzo nietypowe konturowanie twarzy. Jeśli macie ochotę na jakiś inny makijaż zainspirowany Gagą - śmiało.
Piąta na liście jest Amy Winehouse, której makijaż był wręcz jej znakiem rozpoznawczym. Mocne, daleko wyciągnięte kreski, jasne usta, mocno rozświetlona twarz.
Szóstka to Keira Knightley, nie bez powodu na liście podkreślona znakiem zapytania. W tym miejscu wahałam się między Keirą, Penelope Cruz, Jennifer Lopez - one wszystkie na wielkich galach pojawiają się z pięknie, mocno podkreślonymi oczami. Ten punkt to Wasza interpretacja "galowego smokey eye".
W ostatnim rzędzie mamy małe pomieszanie z przemieszaniem. Na pozycji siódmej - inspiracja latami dwudziestymi. Nie wiem czy w jakiejkolwiek innej epoce makijaż był aż tak charakterystyczny. Interpretacja dowolna, google z pewnością wyrzuci Wam sporo inspiracji.
Ósma pozycja to makijaż rodem z bollywoodzkich produkcji - możecie zainspirować się hinduskimi księżniczkami, bohaterką któregoś z tamtejszych musicali, wybór jest naprawdę ogromny, a makijaże bez wyjątku są bogate, podkreślające oko.
Na dziewiątym miejscu znajduje się Anja Rubik w makijażu graficznym. Bardzo nietypowy, bardzo oryginalny, niewątpliwie stanowiący wyzwanie. Możecie wybrać dowolny makijaż graficzny - pamiętajcie jedynie, że tu liczą się mocne kształty, kreski, nietypowe rozwiązania.

Nie ma terminów, każda z nas pracuje w swoim tempie, możecie narzucić sobie jakiś grafik typu jeden makijaż na tydzień itp. Jeśli macie ochotę wyślijcie mi jedno zdjęcie finalnego efektu (może to być cała twarz, może być samo oko) na maila (pannajoannablogspot@gmail.com) z dopiskiem "Makijażowe wyzwania - NUMER MAKIJAŻU" i podajcie link do Waszego bloga (jeśli go posiadacie), jeśli nie macie bloga - napiszcie jedynie jak chciałybyście być podpisane. Ten post będzie podlinkowany na pasku bocznym i bardzo chciałabym stworzyć galerię naszych interpretacji powyższych makijaży. Wszystko będzie oczywiście do Was podlinkowane :)

Ktoś chętny?:)))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
_________________________________________________________________________________

GALERIA PRAC

Twiggy!











Marilyn Monroe!


29 sty 2013

Lakierowo - Virtual Fashion Mania

Dawno nie było żadnego lakierowego posta, ale moje paznokcie to obecnie dramat, dramat i jeszcze raz dramat. Od jakiegoś czasu nie potrafię dojść z nimi do ładu, już wydawało mi się, że ich kondycja wróciła do normy po tych fatalnych skutkach stosowania odżywki 8w1, ale ostatnio znów zaczęły się łamać, rozdwajać, na dzień dzisiejszy są spiłowane na zero i czekam aż odrosną. Na szczęście mam na dysku jeszcze kilka zdjęć z ich dobrego okresu, dlatego dziś mogę Wam pokazać lakiery, które ostatnio należą do jednych z moich ulubionych. Lakiery Virtuala z serii Fashion Mania nie tylko mają fajne, takie "moje" kolory, ale też szeroki, wygodny pędzelek, świetną konsystencję i krycie (wystarczy jedna warstwa, używałam 4 różnych lakierów z tej serii i w przypadku każdego z nich nałożenie drugiej warstwy było naprawdę opcjonalne, spokojnie można poprzestać na jednej grubszej warstwie). To wszystko sprawiło, że sięgałam po nie bardzo często, paznokcie maluje się tymi lakierami błyskawicznie. Schnięcie również jest całkiem sprawne, trwałość - u mnie niezła, wytrzymują bez uszczerbków około 4-5 dni. 
Pierwszy kolor to 199 Hazelnut, czyli pomieszanie beżu z szarością, odcień bardzo podobny do Zulu z pewnej starej limitowanki Essence. 
Drugi odcień to 180 Navy - głęboki, atramentowy granat. Wygląda fajnie zarówno na dłuższych jak i krótkich paznokciach.
Ps. Moniak85 podsunęła mi pomysł na fajnego taga, właśnie nad nim pracuję i już niedługo postaram się go puścić w blogosferę :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

27 sty 2013

Makijażowo - Twiggy!

Nie lubię zdjęć z lampą, nie, nie i jeszcze raz nie. Jednak jeśli się ma taki zapłon jak ja i zabiera za makijaż o godzinie 16, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że słońce zdąży zajść i dupa wyjdzie, a nie zdjęcia. Jednak makijaż, na jaki przyszła mi dzisiaj ochota, okazał się równie frustrujący jak zdjęcia z lampą i na zrobienie go raz jeszcze już nie będę miała cierpliwości, tak więc kończąc ten niepotrzebny wywód - zdjęcia są z lampą. 
Zapragnęło mi się makijażu a'la Twiggy i jedyne co wyniosłam z dzisiejszego maziania, to przekonanie, że kobieta ta musiała  mieć anielską cierpliwość, bo ja po trzeciej próbie namalowania tych cholernych niby kępek na dolnej powiece, miałam ochotę wydłubać sobie oczy pędzlem. Efekt na żywo był dużo mocniejszy, ale na zdjęciach niestety tego nie widać, na żywo nie wyglądam również jak naćpana i nie mam białej odblaskowej skóry. Zgasiłam trochę kolor podczas obróbki, bo chciałam, żeby wyglądało to choć trochę znośnie, czy się udało - ocenicie same. Ja udaję się na poszukiwanie kolejnego makijażowego wyzwania, które najpewniej zetnie mi krew w żyłach (jakieś propozycje?:P).
Bonusik w skali szarości:


Na twarzy mam - podkład BareFaced Beauty (Serenity), puder BareFaced Beauty (Jasmine), korektor w kremie Inglot (64), bronzer Joko (Marrakech Dream, wersja dla brunetek), na oczach baza Joko, cienie z paletki Sleeka Darks (Pillow Talk, Dune, Noir, Thunder), kreski na górnej i dolnej powiece to cień Noir z paletki Darks wymieszany z Duralinem Inglota, biel na linii wodnej to kredka Basic, tusz to oczywiście zielony Wibo, na ustach pomadka In the nude z Essence.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 sty 2013

Pielęgnacja twarzy i okolic oczu z AA

Jakiś czas temu pokazywałam Wam dwa podkłady firmy AA, dzisiaj dla odmiany chciałabym przedstawić Wam dwa, całkiem przyjemne produkty pielęgnacyjne. Oba intensywnie eksploatuję, więc obecnie dobijam już w nich dna. Krem pod oczy z serii Wrażliwa Natura 20+ jest produktem po prostu poprawnym, natomiast krem do twarzy Technologia młodości 18+ bardzo dobrze wpisał się w moje gusta.

Krem nawilżająco - rozświetlający na dzień jest rzeczywiście idealnym kremem na dzień. Na noc, przy mojej suchej cerze, jest za lekki, zbyt mało tłusty, natomiast zastosowany rano sprawdza się świetnie. Przede wszystkim - bardzo szybko się wchłania, dzięki czemu rano nie muszę odczekiwać zbyt długo aż krem się wchłonie żebym mogła zrobić makijaż. Drugą sprawą jest właśnie wspomniany makijaż - krem stanowi świetną bazę, cera jest wygładzona, rozświetlona (nie wiem jak dokładnie opisać ten efekt, ale krem posiada   jakby mikroskopijne drobinki, dzięki czemu na skórze pojawia się delikatny efekt tafli; nie jest to żaden błysk, cera nie wygląda na tłustą, tylko taką promienną, bardzo mi się to podoba), bardzo dobrze aplikuje się na niego podkład, czy to płynny, czy sypki mineralny. Makijaż nie spływa z kremu, wygląda na nim po prostu jakoś tak lepiej. Krem nie zostawia tłustej warstwy, ale można wyczuć taki minimalny film na skórze, jednak po jakimś czasie ten efekt znika. Skóra jest miękka, nawilżona, nie czuć żadnego dyskomfortu. Poziom nawilżenia nie jest bardzo wysoki, dlatego wydaje mi się, że z tego kremu najbardziej będą zadowolone posiadaczki cery mieszanej lub normalnej. Ja po kilku miesiącach stosowania go rano w połączeniu z innym, bardziej treściwym kremem na noc, nie zauważyłam żadnego przesuszenia czy pogorszenia stanu cery, dlatego nadal stosuję go rano, pod makijaż, bo bardzo podoba mi się efekt jaki daje. Konsystencja kremu jest dość zbita, jednak krem jest bardzo lekki. Bardzo podoba mi się zapach kremu, jest taki świeży, dość intensywny, ale przyjemny. Opakowanie jest proste - plastikowy, dość solidny, zakręcany słoiczek o pojemności 50 ml. Wydajność jest całkiem przyzwoita, z reguły zużywam kremy szybciej, aczkolwiek biorę też pod uwagę pod fakt, że jest to dla mnie krem dzienny. Cena nie należy do specjalnie wygórowanych, za krem zapłacić musimy niecałe 20 złotych
W składzie kremu zauważyłam co prawda parafinę i początkowo miałam dość duże obawy przed używaniem tego kremu, jednak składnik znajduje się na szarym końcu w INCI, więc stwierdziłam, że zaryzykuję. Nie stwierdziłam żadnego efektu zapchania czy wysypu, widocznie parafina szkodzi mi jedynie, gdy znajduje się wysoko w składzie. 
Podsumowując - mimo, że krem nie spełnia wszystkich moich wymagań to polubiliśmy się, przy zastosowaniu jakiegoś mocniejszego nawilżacza w zupełności wystarcza mojej cerze. Polecam zwłaszcza osobom o mieszanej i normalnej skórze, szukających kremu, który sprawdzi się pod makijażem. 
_________________________________________________________________________________
Z kremem pod oczy polubiłam się już nieco mniej, ale wynika to tylko i wyłącznie z faktu, że preferuję kosmetyki do okolic oczu w formie żelowej. Ten krem jest naprawdę fajny, nie za tłusty, szybko się wchłania, nie lepi się, nie podrażnia oczu, dość dobrze nawilża (nie zaszkodziłoby gdyby nawilżał odrobinę mocniej), jest wydajny, wygodny w stosowaniu. Po użyciu skóra wokół oczu jest bardziej miękka, gładsza, odrobinę lepiej napięta. Efektu rozjaśnienia nie zauważyłam, ale ja akurat mam spore problemy z cieniami pod oczami i w walce z nimi (oraz z podpuchnięciami), lepiej sobie w moim przypadku radzą żele ze świetlikiem. Gdybym nie miała większych problemów z workami pod oczami to pewnie byłabym bardziej zadowolona z jego działania, póki co używam, bo nie jest to zły krem pod oczy, ale w dniach kiedy moje oczy wyglądają jak wciśnięte w czaszkę z racji np. niewyspania, sięgam dodatkowo po świetlik. 
Opakowanie to wygodna, miękka tubka, z której łatwo dozować kosmetyk, który na całe szczęście nie jest zbyt rzadki. Za 15 ml produktu zapłacimy 15 złotych.
Podsumowując - lubię za działanie, które jest poprawne, ale pod oczy wybieram kosmetyki o innej konsystencji. Osobom, które wolą kremy od żeli - polecam.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

W końcu!

Po 3,5 roku studiów, po ostatnich kilku nieprzespanych nocach spędzonych nad notatkami, po konfrontacji z "komisją śmierci", w końcu udało się! Jestem inżynierem i nareszcie mam wolne :D


Zabieram się za pisanie zaległych notek, za nadrabianie zaległości na Waszych blogach i w końcu się wyśpię, a co!:)

Pozdrawiam,
inż. Panna Joanna
18 sty 2013

e-makeupownia

Już jest! Wyczekiwany z niecierpliwością pewnie nie tylko przeze mnie, pierwszy magazyn o makijażu stworzony w całości przez blogerki. Przyznam nieskromnie, że jestem dumna z tego, że mogłam wziąć w tym przedsięwzięciu udział i mam nadzieję, że czas pozwoli mi przygotować jeszcze więcej materiału do kolejnego numeru. Tymczasem zapraszam Was do obejrzenia magazynu:
Polecam kliknąć sobie w pdfa, lepiej się ogląda i szybciej ładuje (w prawym górnym rogu strony odnośnik).

Pokażę Wam zdjęcia dwóch z czterech moich makijaży, które w magazynie możecie pooglądać w wersji "krok po kroku":



Pozdrawiam,
Panna Joanna

Włosowo - Oil of Morocco

Jakiś czas temu miałam przyjemność przetestować serię kosmetyków do włosów firmy Marc Anthony - Oil of Morocco. Ruszyłam moim przesuszonym ostatnio włosom na ratunek i zastosowałam zmasowany atak przy pomocy szamponu, odżywki i olejku z tej serii. Bardzo szybko okazało się, że moje włosy z serią się polubiły i powoli zaczynają się odwdzięczać coraz większym blaskiem. Z tych trzech produktów, jeden zdecydowanie zostanie ze mną na dłużej, a do pozostałych dwóch, mimo świetnego działania, raczej już nie wrócę. 


Moim faworytem z tej serii został bezapelacyjnie olejek do włosów. Producent opisuje go następująco:

"Lekka formuła o silnie rewitalizującym działaniu do wszystkich rodzajów włosów. Wzbogacona olejkiem arganowym, keratyną, witaminą E oraz oliwą z oliwek. Wnika głęboko w strukturę włosów, nawilża je i wzmacnia. Przywraca blask i chroni przed puszeniem."


Z taką formą kosmetyków do włosów nigdy się specjalnie nie lubiłam, miałam wrażenie, że wszystkie jedwabie czy oleje niesamowicie obciążają moje włosy, powodują tzw. przyklap i sprawiają, że włosy wyglądają na tłuste (i szybciej się przy okazji przetłuszczają). Olejek z serii Oil of Morocco pozytywnie mnie zaskoczył, po pierwszym użyciu wiedziałam, że w tym przypadku mogę pozbyć się opisanych wyżej obaw. Nakładam dwie - trzy krople na całą długość włosów i moje kłaki stają się bardziej błyszczące, wygładzone i bardziej "lejące". Na całe szczęście wciąż są odpowiednio odbite od głowy i nie tracą na objętości. Przyspieszonego przetłuszczania również nie zauważyłam, aczkolwiek włosy myję i tak codziennie, więc ciężko mi się w tej kwestii wypowiadać. Nie wiem czy oprócz wizualnych, doraźnych efektów, występuje też jakaś długofalowa poprawa kondycji włosów, staram się na nie ostatnio chuchać i dmuchać, rozpieszczam je bardziej niż zazwyczaj, więc kondycja moich włosów i tak się poprawia. Podoba mi się bardzo zapach olejku - pachnie podobnie jak cała seria, dość świeżo, dość intensywnie, ale naprawdę przyjemnie.
Opakowanie olejku jest bardzo wygodne, aplikator umożliwia dozowanie odpowiedniej ilości produktu, dzięki temu, że buteleczka jest półprzezroczysta możemy kontrolować ile jeszcze kosmetyku zostało w środku. Minusem może być cena olejku - trzeba zapłacić za niego około 47 złotych (za 50 ml), ale sam kosmetyk jest naprawdę wydajny, stosuję go już od miesiąca, dzień w dzień i ubyło mi go niewiele, podejrzewam, że spokojnie starczy mi na jakieś..pół roku? 
Podsumowując - podejrzewam, że do niego wrócę jeśli po skończeniu tego opakowania znajdę jakieś wolne fundusze. 

INCI:
Cyclopentasiloxane, Dimethicone, Cyclohexasiloxane, Argania spinosa kernel oil, Linum usitatissimum seed oil, Isodecyl neopentanoate, Daucus carota sativa seed oil, Olea europaea fruit oil, Keratin, Parfum, Paraffinum liquidum, Tocopheryl acetate, Butirospermum parkii, D&C Red 17 (CI 26100)
Nie gorzej sprawa wygląda z szamponem i odżywką. Te kosmetyki również bardzo polubiłam.

O szamponie możemy przeczytać następujące informacje:

"Głęboko oczyszcza i odmładza włosy. Wzbogacony dobroczynnym olejkiem arganowym, keratyną i olejkiem z pestek winogron. Przywraca włosom siłę, blask i chroni przed puszeniem. Nie zawiera siarczanów."


Szampon dość dobrze się pieni, dobrze oczyszcza, przy czym nie plącze włosów, spokojnie mogłabym go stosować bez odżywki (niektóre szampony niestety tego wymagają, ze względu właśnie na to nadmiernie splątanie włosów). Włosy po użyciu są miękkie, błyszczące, na ich objętość również nie mogę narzekać. Na drugi dzień po myciu nie wyglądają najgorzej, jednak nie potrafię zrezygnować z codziennego umycia włosów. Szampon jest dość gęsty, nie wylewa się z opakowania (miękka tubka, zamykana na mocny zatrzask), do mycia rozcieńczam go z wodą, dzięki czemu robi się trochę rzadszy i lepiej się pieni. 
Szampon jest po prostu przyzwoity, moje włosy się z nim polubiły, skalp również, nie zanotowałam ani przesuszenia skóry głowy (co często mi się zdarza), ani włosów. Minusem jest to, że do umycia włosów mojej długości i ze stosowaną przeze mnie częstotliwością, zużywa się dość szybko, co w porównaniu z ceną (około 40 zł za 250 ml) jest dla mnie nieopłacalne. Opakowanie zużyłam w niecały miesiąc, więc niestety comiesięczne wydawanie na szampon 40 złotych przy moim studenckim budżecie jest niewykonalne.


INCI:
Water, Sodium Cocoyl Isethionate, Sodium Lauroamphoacetate, Sodium Methyl Cocoyl Taurate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Cocamide MEA, Polyquaternium 7, Polyquaternium 11, Divinyldimethicone/Dimethicone Copolymer, C12 13 Pareth 3, C12 13 Pareth 23, Glycol Stearate, Argania Spinosa (Argan) Kernel Oil, Glycine Soja (Soybean) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Hydrolyzed Wheat Protein, Keratin, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Fragrance, Punica Granatum (Pomegranate) Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Panthenol, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, PEG 120 Methyl Glucose Dioleate, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone

O odżywce producent pisze:

"
Natychmiastowy efekt lśniących, miękkich i wygładzonych włosów. Wzbogacona olejkiem arganowym, keratyną i olejkiem z pestek winogron. Kompleksowo odżywia, głęboko nawilża i wzmacnia. Podkreśla kolor i zabezpiecza włosy przed puszeniem."


Odżywka jest wg mnie bardzo dobrym dopełnieniem szamponu. Jest dość rzadka, ma konsystencję jogurtu, dobrze nakłada się na włosy. Trzymam ją na włosach przeważnie kilku minut, następnie zgodnie z zaleceniami producenta, spłukuję chłodną wodą. Już podczas wsmarowywania odżywki we włosy, czuć jak je zmiękcza i wygładza. Nie obciąża włosów, sprawia, że są nawilżone, bardziej mięsiste, cięższe, ale nie przyklapnięte. Odnoszę wrażenie, że moje włosy lepiej się rozczesuje po zastosowaniu tej odżywki, a rozczesywanie i plątanie się włosów było zawsze moją zmorą. Opakowanie jest niemal identyczne jak w przypadku szamponu - miękka, zamykana na zatrzask tubka, z której łatwo wydobyć kosmetyk. Denerwuje mnie trochę, że jedyna różnica w opakowaniach tych dwóch kosmetyków to napis "shampoo" i "conditioner", przez co dość łatwo można się machnąć. Wydajność jest nieco lepsza niż w przypadku szamponu, przez miesiąc zużyłam mniej więcej połowę opakowania. Po raz kolejny minusem jest dla mnie cena - również około 40 złotych za 250 ml produktu, jednak większa wydajność nieco tę wadę łagodzi. 


INCI: 
Water, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetyl Esters, Cyclopentasiloxane, Behentrimonium Methosulfate, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Fragrance, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Collagen Amino Acids, Keratin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Disodium EDTA 

Ps. Recenzja na dniach zostanie opatrzona moimi zdjęciami, chwilowo oczekuję na czytnik kart i nie mam jak zrzucić zdjęć na laptopa, stąd wyjątkowo i chwilowo, zamiast moich zdjęć - zdjęcia producenta [źródło].

Pozdrawiam i wracam do Was po 23 stycznia - to dzień mojej obrony, trzymajcie za mnie kciuki :)
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...