WoleProstoHeader

29 gru 2012

Lakierowo - subtelne

Ostatnio mam manię na jasne lakiery - nude, pastelowe róże, błękity. Ten mani pochodzi sprzed kilku - kilkunastu dni, miałam wtedy jeszcze długie paznokcie, po czym złamały mi się oba kciuki i teraz jestem na etapie "o mój boże, moje palce są takie krótkie i grube". Nie lubię tego.
Tak samo nie lubię malowania wymyślnych wzorków, mam do tego dwie lewe, średnio sprawne ręce, a, że czasem człowiek musi, bo go najdzie na coś bardziej skomplikowanego to...trzeba sobie jakoś radzić. Miałam chętkę na czarne serduszka na jasnym tle, ale wszystkie próby stworzenia czegoś, co kształtem nie przypomina plamy spełzły na niczym, więc wróciłam do tego co wychodzi mi najlepiej - do kropek. A, że potrzeba matką wynalazków, stwierdziłam, że przecież kropki, które są banalne w wykonaniu, można poukładać w dowolne kształty. Nawet takie w miarę regularne. Ot, Aśka odkryła Amerykę. 

Tymczasem, moje króciutkie i pomalowane na smutny granat paznokcie cicho zapłakały i wróciły do wystukiwania na klawiaturze pracy inżynierskiej. Znacie określenie "jak krew z nosa"? Ja aż za dobrze.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 gru 2012

Makijażowo - Sleek Pout Paint "Milkshake"

Jak tam po świątecznej labie? Wypoczęte, najedzone? A może nadal korzystacie z wolnego? Jeśli tak, to ja Wam strasznie zazdroszczę, bo choć na uczelni mam już teoretycznie wolne, to zdałam sobie sprawę, że zostały mi równe dwa tygodnie do terminu składania gotowych projektów inżynierskich, a to oznacza, że chcąc nie chcąc - muszę się sprężyć i skończyć pisać to cholerstwo. Nie muszę chyba wspominać jak przy tym cierpię?:P

W związku z tym, że czasu mało, a roboty dużo, dzisiejsza recenzja będzie szybka i treściwa. Farbkę do ust Sleeka mam już dość długo, po pierwszym użyciu nie do końca byłam z niej zadowolona, ale jak w końcu udało mi się nauczyć prawidłowej aplikacji tego produktu, sięgam po nią zadziwiająco często.
Wybrany przeze mnie odcień to 162 Milkshake i mimo, iż wybierałam go w ciemno, kierując się tylko swatchami znalezionymi w internecie, to lepiej chyba nie mogłam trafić. Kolor jest intensywny, cukierkowo różowy, bezdrobinkowy i na ustach, jeśli nie przedobrzymy z ilością, wygląda naprawdę pięknie. Sama farbka ma postać dość gęstego, kleistego błyszczyku. Jest bardzo mocno napigmentowana, więc minimalna ilość wyciśnięta z tubki wystarcza na pokrycie ust. Zarówno z ilością produktu, jak i aplikacją trzeba postępować bardzo ostrożnie - najnaturalniej farbka wygląda, jeśli delikatnie wklepiemy ją w usta, odciśniemy w chusteczkę i pokryjemy np. bezbarwnym błyszczykiem czy balsamem do ust (aby wyrównać powierzchnię). Można próbować aplikacji pędzelkiem, jednak wtedy intensywność na pewno będzie nieco większa. Ja pozostaję przy pierwszym sposobie. Aplikator w tubce jest wygodny, sama tubka jest miękka, więc łatwo dozować ilość wydobywanego produktu, jednak zdecydowanie lepiej wycisnąć odrobinę na palec, niż bezpośrednio z aplikatora nakładać farbkę na usta. Bardzo podoba mi się zapach tego cudaka - cytrusowy, chyba najmocniej czuć w nim cytrynę, jest taki lekko słodki, cukierkowy. Zdecydowaną zaletą Pout Painta jest jego trwałość - jest to jeden z najbardziej trwałych kosmetyków do ust, jakie było mi dane używać. Nie spodziewałam się cudów, głównie ze względu na błyszczykową konsystencję, jednak miło mnie zaskoczyło, że farbka mocno trzyma się ust, schodzi równomiernie i to dopiero po kilku godzinach. Warto kontrolować czy coś się nie zrolowało, bo choć rzadko, to jednak może się to zdarzyć, zwłaszcza gdy jemy, pijemy lub za dużo mówimy. Nie odnotowałam wysuszenia ust, choć dobrze jest zadbać o ich odpowiednie nawilżenie, ponieważ farbka lubi czasem podkreślić suche, odstające skórki czy bruzdy. Tubka ma pojemność 8 ml (ja mam wersję testerową) i taka ilość, przy niesamowitej wydajności tego produktu, starczy na bardzo długo. Koszt to 24 złote. Z tego co widziałam, kolorów jest dużo, największą popularnością cieszą się opisywany przeze mnie Milkshake, Peachy Keen, Pin up czy Rosette, mi bardzo podoba się jeszcze Minx. W ofercie znajdziemy też kolor niebieski, który teoretycznie służy do przyciemniania pozostałych odcieni i kolor biały do rozjaśniania. 
Mam kilka zdjęć jak farbka wygląda na ustach (nie cierpię robić zdjęć swoim ustom ;)) - na pierwszym kolażu nałożyłam na "gołe" usta jedną warstwę farbki, na drugim wklepałam jeszcze jedną dla mocniejszego efektu, nie nakładałam błyszczyka, choć z reguły tak robię.
 jedna warstwa
dwie warstwy

Zwróćcie uwagę na to, że kolor zupełnie inaczej się prezentuje przy jednej warstwie, a inaczej przy dwóch, zdjęcia robione były jedne po drugich, w tym samym oświetleniu i przy tych samych ustawieniach aparatu. W drugim przypadku wychodzą takie lekko brzoskwiniowe/łososiowe nuty, odcień jest bardziej landrynkowy, pierwsza wersja wygląda dużo naturalniej. 
Podsumowując - obecnie jedno z moich ulubionych mazideł do ust. Bałam się trochę jak ten kolor (bądź co bądź - intensywny) będzie się prezentować przy mojej jasnej skórze, ale efekt jest bardzo przyjemny. Odradzałabym go dziewczynom o ciemnej karnacji, ponieważ może się za bardzo "odcinać", przy tym kolorze trzeba jednak uważać. 
Farbki Sleeka można kupić na stronie cocolita.pl 



Pozdrawiam  i wracam do pisania pracy (<waligłowąwścianę>),
Panna Joanna
24 gru 2012

Świątecznie

Z okazji nadchodzących świąt chciałabym życzyć Wam aby przebiegły one w przyjemnej, radosnej atmosferze, wśród bliskich Wam osób. Z racji tego, że czytelnikami tego bloga są głównie kobiety, dla Was mam jeszcze jedno życzenie - aby świąteczne obżarstwo poszło nam wszystkim w cycki :)



Piesek nie dał się w tym roku odziać w czapę, więc z racji  tej strasznej niesubordynacji - odgrzewany kotlet z zeszłego roku :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 gru 2012

Lakierowo - sylwestrowe

Czyli coś na szybciora (póki świat się jeszcze nie skończył). Bazą jest lakier Virtuala Hazelnut (jakże podobny do nieodżałowanego Zulu!), na niewyschnięty jeszcze lakier "pokapałam" sobie srebrnym brokatem, po czym nabierając tenże brokat na palec, delikatnie wciskałam go przy brzegu wolnym paznokcia, tak aby tam była największa koncentracja świecidełek. Nie chcecie wiedzieć jak wyglądały moje ręce, moje biurko (i ogólnie ja :P) po tej zabawie. Ale nie żałuję, efekt cieszy oczy. Na całość oczywiście położyłam top coat. Ze względu na błysk, taki mani fajnie będzie wyglądać przy jakiejś stonowanej sylwestrowej kreacji. 
 
Przed świętami jeszcze na pewno tutaj wpadnę, więc póki co wstrzymuję się z życzeniami :)
Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 gru 2012

DZS Po 10 i po 11

Czyli finisz psze Państwa. Zostały mi ostatnie dwa punkty Dekalogu Zdrowej Skóry, dość krótkie, więc postanowiłam je połączyć, zwłaszcza, że punkt 11 jest moją własną inicjatywą. 
Punkt 10 to "Dbaj o skórę głowy"i bohaterem tegoż przykazania będzie ELESTABion R - Szampon regeneracyjny, włosy suche, włosy zniszczone. Z szamponem się polubiłam, więc za chwilę go słusznie pochwalę, ale najpierw zerknijmy co o pielęgnacji skóry głowy pisze ekspert:

"Okresowo stosuj profilaktykę przeciwłupieżową. Zaniedbania w pielęgnacji włosów mogą prowadzić do pogorszenia stanu skóry głowy i konieczności leczenia farmakologicznego.
Jeśli włosy szybko się przetłuszczają, powinniśmy codziennie stosować łagodne szampony (co nie jest równoznaczne z szamponami dla dzieci!) przeznaczone do częstego stosowania, które nie tylko myją włosy i skórę głowy, ale również ją nawilżają. Tego typu szampony pomagają zachować fizjologiczne, lekko kwaśne pH skóry, ale nie zniszczą jej naturalnego płaszcza lipidowego. Zbyt agresywne, nieodpowiednio dobrane preparaty mogą spowodować przesuszenie skóry głowy, które może skutkować świądem i łupieżem suchym. To mit, że częste mycie głowy jeszcze bardziej nasila łojotok. Stan skóry głowy zależy nie od tego jak często ją myjemy, a od tego czym ją myjemy – mówi dr Henryka Dąbrowska."

Moja skóra głowy bywa kapryśna, choć szczęśliwie omija mnie problem łupieżu. Moją zmorą jest fakt, że włosy szybko przetłuszczają mi się przy głowie i jednocześnie są suche mniej więcej od połowy długości. Największy problem sprawia mi jednoczesne porządne oczyszczenie skóry głowy, nie przesuszając przy tym reszty włosów. Nie jestem w stanie całkowicie zrezygnować z szamponów z slsami, ponieważ mam wrażenie, że te łagodniejsze nie są w stanie dobrze oczyścić skóry głowy. Stosuję więc obecnie system - 3 dni z łagodnym szamponem, czwartego dnia coś bardziej oczyszczającego (włosy myję codziennie). Jak w moje wymagania wpisał się szampon Flosleku?


Szampon z serii ELESTABion stosowałam przez jakieś 2-3 tygodnie, ponieważ na tyle mi wystarczył. Przy moich długich włosach niestety nie odznaczył się jakąś specjalną wydajnością, ale przywykłam do tego, że szampony schodzą u mnie jak woda. Niemniej jest to pewna wada tego produktu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę cenę (około 20 zł). Poza tym widzę już same plusy. Szampon się dobrze pieni, dobrze oczyszcza, nie powodując jednocześnie przesuszenia włosów. Mam wrażenie, że nieco zmniejszył przetłuszczanie się włosów. Podrażnienie skóry głowy też mi się często zdarza, a ten szampon świetnie sobie z takim problemem radził, skóra głowy była "uspokojona". Same włosy po myciu były miękkie, nieco splątane, ale w do opanowania. Ładnie błyszczały i były jakby odbite od głowy (nie było efektu spaniela). Opakowanie jest wygodne, choć plastikowa butla zamykana na zatrzask, mogłaby być nieco bardziej  miękka. Szampon łatwo dozować, ma dość gęstą konsystencję, więc przed nałożeniem go na głowę rozcieńczałam go odrobinę wodą. 
Podsumowując - chętnie bym do niego wróciła, bo używało mi się go naprawdę przyjemnie, jednak wydatek około 40 złotych miesięcznie na szampon to dla mnie nieco za dużo, wolę tańsze alternatywy. Pojemność opakowania to 150 ml.

Po 11 - Dbaj o usta
Tu nie będzie opinii ekspertów, ponieważ limit 10 przykazań się już wyczerpał, więc chciałabym dołożyć jeszcze jeden, własny punkt - nawilżanie ust. Jest to istotne zwłaszcza teraz, zimą, gdy nasze usta narażone są na mróz, wiatr i inne czynniki, które przyczyniać mogą się do pierzchnięcia skóry ust. Warto przed wyjściem z domu nałożyć na usta coś natłuszczającego, co ochroni je nieco przed negatywnym wpływem czynników atmosferycznych.

Kiedyś chętnie sięgałam po wszelkie pomadki w sztyftach, jednak ostatnio miałam okazję wypróbowania waniliowej wazeliny Flosleku i przepadłam. Tak jak za zapachem wanilii w kosmetykach nie przepadam, tak tu jest ona tak smakowita, że używam tego mazidła z dużą przyjemnością. Być może pod względem właściwości pielęgnacyjnych nie wyróżnia się ona wśród innych kosmetyków tego typu natomiast jej aromat sprawia, że sięgam po nią często, co przekłada się na zminimalizowanie problemów z ustami. Są miękkie, gładkie, nie pękają i przyjemnie błyszczą spod natłuszczającej warstwy. Lubię to :) Ciekawa jestem innych wersji zapachowych, jak wykończę moją wanilię, chętnie sięgnę np. po wariant poziomkowy czy różany.  
Co jeszcze możemy zrobić dla naszych ust? Pomocny bywa domowy peeling, np. przy użyciu cukru i miodu. Starajmy się też unikać matowych, "tępych" i wysuszających pomadek. 

Tym samym Dekalog Zdrowej Skóry dobiega końca :) Na pasku bocznym pozostaje odnośnik do głównego posta, w którym znajdziecie linki do wszystkich przykazań.

Pozdrawiam,

Panna Joanna
13 gru 2012

Makijażowo - zimowy makijaż z kosmetykomanią

Jakiś czas temu od sklepu kosmetykomania.pl otrzymałam kilka kosmetyków. Wszystkie były dla mnie nowościami, począwszy od kosmetyków do twarzy Sleeka, przez kosmetyki MeMeMe na firmie Technic kończąc. Dzisiaj udało mi się wykonać makijaż przy użyciu niemal wszystkich tych produktów - w związku z kolorystyką cieni MeMeMe makijaż wyszedł w klimacie zimowym.
Cienie to MeMeMe Eye Inspire Potrójny cień do powiek Smokey Eye, brązująco - rozświetlający pasiak to Sleek MakeUp Rozświetlacz Bronze Baby, róż to Sleek Makeup Róż do policzków Scandalous, tint to Technic Cheek Tint Pigment w płynie. Cieni użyłam wszystkich trzech, pasiak powędrował pod policzki, róż na policzki, a tint na usta. Nie chcę się tu rozpisywać na temat poszczególnych kosmetyków, ponieważ chcę poświęcić im osobne recenzje, ale tak w telegraficznym skrócie:
- cienie - dość dobra pigmentacja, są bardzo suche, satynowe, najlepiej wyglądają nałożone na bazę lub na mokro, mogą się trochę osypywać podczas nakładania (zwłaszcza najciemniejszy cień), na powiekach trzymają się przyzwoicie, nie rolują się ani nie migrują
- pasiak - ten z kolei jest miękki, jakby lekko "mokry", wystarczy odrobina by podkreślić policzki, pigmentacja jest mocna, wykończenie zdecydowanie złoto - połyskujące
- róż - moja różowa (właściwie czerwona :P) miłość, matowa, mega nasycona czerwień, pigmentacja mocna/bardzo mocna, nałożony bardzo oszczędnie daje efekt "policzków królewny Śnieżki", uwielbiam!
- tint - tego kosmetyku nie polubiłam jakoś szczególnie - nałożony na policzki jest bardzo słabo widoczny, nałożony na usta lubi podkreślać bruzdy; za to trwałości nie można mu odmówić, a i kolor jest całkiem przyjemny

Oprócz wyżej wymienionych kosmetyków, użyte zostały również: korektor Inglota (AMC, nr 64), podkład Pharmaceris (Ivory), puder fixujący z FM, kredka do brwi Basic (01) i tusz do rzęs Wibo (ten zielony). 

Pozdrawiam,
Panna Joanna


10 gru 2012

"Czuję, że żyję" - konkursowo

Macie jakiś swój charakterystyczny, zapamiętany w czasach dzieciństwa smak? A może zapach? Kiedy ja próbuję sobie taki przypomnieć, przed oczami pojawiają mi się wszystkie "zimowe" smaki i zapachy. Dla mnie zima pachnie. Święta pachną. Jak byłam mała (do dzisiaj mi to zresztą zostało) miałam takiego nosa, że potrafiłam po samym zapachu powietrza wyczuć czy spadnie śnieg. Zima kojarzyła mi się też z zapachem żywej choinki, która kiedyś co roku stała w naszym domu, teraz ze względu na obecność psiaka na pocieszenie została mi mała i sztuczna. Ale zapach doskonale pamiętam. Nieodłącznym elementem tego czasu są też zapachy i smaki wszystkich tych smakołyków, którymi raczymy się w święta czy ramach rozgrzania - po prostu zimową porą. Pewnie większość z Was pomyślała teraz o różnego rodzaju słodkościach - piernikach czy czekoladowych mikołajach, a dla mnie z kolei od najmłodszych lat nieodłącznym artybutem zimy jest...czerwony barszcz. Zarówno smak jak i aromat tej zupy od zawsze kojarzą mi się ze świętami, grubym swetrem i śniegiem za oknem. I jakoś tak w innym czasie w roku smak tego dania nie jest taki sam. Dzieciństwo zimową porą spędzałam głównie na podwórku, na sankach czy budując iglo (nigdy mi się nie udało!), więc kolejne zapachowe wspomnienie wiąże się dla mnie z aromatem ogrzanego węglem domu, który uderzał w nos i policzki po powrocie z śniegowych szaleństw. Do dziś zresztą, gdy wracam do domu po całym dniu spędzonym na mrozie, mam wrażenie, że pora ściągać kombinezon i rękawiczku na sznurku ;) Właśnie zapach ciepłego domu przywołuje we mnie takie wspomnienie.


Jeśli Wy również macie szczególne zapachowo - smakowe wspomnienia czy to z dzieciństwa, czy z okresu świątecznego, a może związane z domem i jednocześnie macie pomysł jak zobrazować je na zdjęciu  - zachęcam do wzięcia udziału w konkursie. Konkurs "Czuję, że żyję" (KLIK) organizowany jest na łamach portalu gazeta.pl i składa się z trzech odsłon:
I odsłona "Smak i zapach dzieciństwa" - zgłoszenia do 12.12.
II odsłona "Smak i zapach domu" - zgłoszenia do 20.12
III odsłona "Smak i zapach Świąt" - zgłoszenia do 28.12

Nagrodami w konkursie jest 12 aparatów fotograficznych Nikon Coolpix S6300 - w każdej odsłonie nagrodzone zostaną 4 osoby. Dobrą wiadomością jest, że w każdym etapie można zgłaszać dowolną ilość zdjęć - ale zwyciężyć można tylko raz.

Do dzieła!:)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
8 gru 2012

DZS Po Dziewiąte: Walcz z przebarwieniami

Powinnam pisać teraz o punkcie 8 (Nie zapominaj o szyi i dekolcie), jednak kosmetyk, który testowałam w ramach tego przykazania został już przeze mnie opisany KLIK :)

Przechodzę więc do kolejnego przykazania z Dekalogu Zdrowej Skóry - tym razem zajmiemy się eliminacją przebarwień. Sama posiadam przebarwienia w ilości względnie niezbyt dużej, ale jednak są. Najgorszy problem mam z brodą i policzkami, na mojej jasnej cerze niestety widać każdą jedną plamkę. Do tego latem jak dochodzi jeszcze wysyp piegów, to wyglądam jak cętkowane stworzonko ;) Uczciwie mówiąc - niespecjalnie z tym walczę, swoje piegi polubiłam, a tych kilku czerwonych plamek chyba i tak się do końca nie pozbędę. Niemniej jednak - próbowałam.
Tradycyjnie zaczniemy od tego co pisze ekspert:

"Przebarwieniom słonecznym i potrądzikowym należy zapobiegać stosując kremy z wysokimi filtrami UV. Odpowiednie kremy wybielające pomogą poradzić sobie z już istniejącymi przebarwieniami.
Dr Henryka Dąbrowska podpowiada: Jeśli na skórze pojawią się przebarwienia i gdy są umiejscowione w naskórku, specjalne kremy mogą nam pomóc je zmniejszyć lub całkowicie zlikwidować. Jeśli natomiast zmiany barwnikowe znajdują się głębiej, w skórze właściwej, kremy pomogą nam je rozjaśnić. Efektywność wspomnianych preparatów zależy od regularności ich stosowania. Najlepiej używać ich 2 razy dziennie przez minimum 6-8 tygodni."

O stosowaniu filtrów już pisałam, ale wspomnieć chciałam o jeszcze jednej kwestii - rzeczywiście odkąd zaczęłam regularnie używać kremów z filtrami na co dzień, zauważyłam dużą poprawę jeśli chodzi o przebarwienia - plamki różnego rodzaju (np. takie bladobrązowe) przestały pokazywać się na mojej skórze. Jeśli więc komuś zależy na działaniu zapobiegawczym w kwestii przebarwień - polecam zacząć właśnie od filtrów. A co jeśli przebarwienia już się pojawią? Warto wtedy sięgnąć po kosmetyki, które mają właściwości rozjaśniające. Ja w ramach tego punktu testowałam dwa produkty - punktowy krem na przebarwienia i tonik. O ile działanie tego pierwszego ciężko mi ocenić i nie widzę po nim jakiejś znacznej poprawy, tak tonik polubiłam i chętnie do niego wrócę. 

Krem punktowy wybielający przebarwienia i piegi starałam się nakładać codziennie wieczorem i przez dość długi okres czasu udawało mi się zachować regularność. Jednak przyznam, że sam proces jest dość mozolny - od kremu działającego punktowo wolałabym kosmetyk, który mogę nałożyć na całą twarz. Mimo to spróbowałam podziałać punktowo, ale nie jestem specjalnie zadowolona z efektów. Za cel obrałam sobie 5 plamek na twarzy i przez te kilka miesięcy traktowałam je tym kremem. Efekty - nawet jeśli są to średnio widoczne. Nie zrobiłam na początku żadnych zdjęć, żeby mieć do czego odnieść wyniki, jednak spektakularne z całą pewnością one nie są. Plamki są odrobinę jaśniejsze i to w zasadzie tyle. Miałam nadzieję na bardziej widoczne efekty. Plusem jest to, że krem bardzo wygodnie się aplikuje na skórę. Kosmetyk ma dość gęstą konsystencję, dzięki czemu jest wydajny - po kilku miesiącach używania, wciąż jest go w tubce sporo. 
Podsumowując - ja do niego nie wrócę, myślę, że będę szukać czegoś co da mocniejsze efekty.

Tonik z kolei polubiłam bardzo i wiem, że do niego wrócę. Przede wszystkim widać, że coś robi - po zużyciu całej butelki moja skóra była widocznie rozjaśniona, koloryt skóry się ujednolicił. Sam tonik ma świetny zapach, bardzo świeży i codzienne przemywanie nim twarzy (stosowałam go rano i wieczorem) było naprawdę przyjemne. Skóra po użyciu była odświeżona, bardziej świetlista. Jednocześnie nie odczuwałam dyskomfortu związanego ze ściągnięciem czy podrażnieniem skóry. Opakowanie to typowa floslekowa tonikowa butla zamykana na zatrzask, który lubi się psuć i odpadać. Wydajność oceniam jako wysoką, opakowanie zawierająca 200 ml produktu starczyło mi na jakieś 2-3 miesiące. Biorąc pod uwagę niewysoką cenę (około 18 złotych) jest to kosmetyk, którym warto się zainteresować. Uprzedzam tylko, że w moim przypadku nie wpłynął specjalnie na same przebarwienia, ale zadziałał na cały obszar stosowania, powodując rozjaśnienie cery. Myślę, że kupię kolejne opakowanie, moja skóra naprawdę się z nim lubi.

Pozdrawiam,
Panna Joanna 
7 gru 2012

Lakierowo - świątecznie na dwa sposoby

Wiem, że ostatnio trochę zasypuję Was postami paznokciowymi, ale co poradzę, że mam wzmożoną wenę w tej kwestii?:)) Dzisiaj chcę pokazać dwa mani, które zdecydowanie przywołują na myśl zimę, śnieg, choinkę, święta. Jeden jest bardzo delikatny, zamysł był taki, żeby paznokcie wyglądały jak przyprószone śniegiem. Drugie z kolei, inspirowane były kolorami, które ze świętami kojarzą mi się najbardziej - zielenią i czerwienią. 


W pierwszym bazą jest baza (:P) z l.a.colours, na tym gradient białym lakierem do frencza z Avonu i srebrny brokat z Celii. W drugiej wersji czerwień to Ruby Pumps z China Glaze, zieleń to Wibo Express growth nr 390 (na żywo jest bardziej choinkowy). 

Która wersja podoba się Wam bardziej?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 gru 2012

Drogi św. Mikołaju! W tym roku byłam bardzo...

...no właśnie - grzeczna czy niegrzeczna? Jak myślicie?
A może taka i taka?





Twarz - korektor Inglot, podkład Pharmaceris, puder sypki FM, bronzer Virtual, róż Wibo, rozświetlacz Essence seria Wild Craft.
Oczy - (grzeczna) biały cień w kremie Essence, błękit i niebieski Sleek paletka Brights, Eye gloss Dior nr 240 Azur; (niegrzeczna) czerń i szarość Sleek paletka Storm, złoty liner Avon; tusz do rzęs Wibo, kredka do brwi Basic.
Usta - (grzeczna) błyszczyk Golden Rose; (niegrzeczna) szminka Avon 2000 Red.

A Wy byłyście grzeczne w tym roku?:))
Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 gru 2012

Lakierowo - gradient i bling bling

Psze Państwa, właśnie skończyłam pisać kolejny rozdział pracy inżynierskiej, ostatnie zdanie spłodziłam już w wielkich bólach i niechęciach, więc muszę dla odstresowania napisać sobie coś normalnego, żeby nie zatracić kontaktu z rzeczywistością. A że moja forma umysłowa jest średnio zaawansowana, tak więc czas sięgnąć po coś nieskomplikowanego. Może jakieś pazurki?
Ostatnio znowu mam fazę na gradienty, nawet dzisiaj mam na paznokciach delikatne cieniowanie - naturalno - biało - srebrne. Wcześniej nosiłam trochę ciemniejszą wersję, podpatrzoną gdzieś na blogu (oczywiście nie pamiętam na jakim, czyli jednak coś jest na rzeczy z tym traceniem kontaktu z rzeczywistością) i takąż właśnie gradientową kombinację zaraz Wam pokażę. 


 
Bazą był tu lakier Joko Nude Elegance z serii Colors of luxury, cieniowanie zrobione jest mieszanką tego samego koloru i Chocolate shimmer z l.a.colours. Na całość nałożyłam połyskujące, transparentne złotko z Wibo (seria Express growth nr 451). Na żywo to wszystko oczywiście dużo fajniej migało, ale ja sierota nie umiem nigdy tego bling bling uchwycić na zdjęciach.
Chodzi za mną coś choinkowatego, może jakieś połączenie złota z zielenią? Albo czerwieni z zielenią? Następny będzie chyba ruffian manicure w którejś z tych dwóch wersji kolorystycznych. Im bardziej pracochłonny mani, tym lepiej :D 

Pozdrawiam,
Oderwana od rzeczywistości i zakotwiczona w analizie ryzyka,
Panna Joanna

3 gru 2012

Lakierowo - Cult beige

Kolejny lakier z nowej serii Joko Colors of luxury i kolejny nudziak, jednak tym razem nieco inny niż wszystkie. Kolor jest bardzo ciekawy, mi się kojarzy z herbacianą różą. To taki ciepły, ciemniejszy beż, prawdę mówiąc mógłby być odrobinę ciemniejszy, bo mam wrażenie, że trochę "zlewa" mi się z kolorem skóry, ale na paznokciach wygląda bardzo dyskretnie i tak jakoś elegancko. Dla mnie to taki typowy biurowy odcień, po który można sięgnąć, gdy chcemy aby nasze paznokcie wyglądały schludnie. Na zdjęciach mam jedną warstwę lakieru i tyle wystarcza do pełnego krycia, za co lakier ma u mnie ogromnego plusa (kto nie lubi jednowarstwowców?;)). W prawym, dolnym rogu mały bonus - Cult beige od Joko i delikatny fioletowy brokat. Schnięcie, pędzelek, trwałość - tak jak w przypadku wszystkich opisywanych przeze mnie lakierów Joko.  
Jak Wam się podoba kolejna luksusowa propozycja od Joko?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
1 gru 2012

Przybij piątkę Antosi!

"Piszę w imieniu rodziców mojej 8 miesięcznej bratanicy Antosi Wieczorek. Urodziła się ona z obustronnym brakiem kości strzałkowych oraz poważnymi ubytkami i deformacjami stóp. (wada, z którą urodził się Oscar Pistorius) Ma też problem z lewą rączką.

Schorzenia z jakimi zmaga się Antosia są bardzo rzadkie, a najlepsi lekarze specjaliści w Polsce stwierdzali, że mieli bardzo mało podobnych przypadków w swojej karierze i że przypadek Antosi jest bardzo trudny. Rokowania są niepewne (amputacja nóg). Walczymy o to żeby tak właśnie się nie stało.

Rodzice dla swojej córeczki znaleźli lekarza ze Stanów Zjednoczonych – dr Paley’a (http://www.paleyinstitute.org/ ), który miał 1200 przypadków i z powodzeniem leczy takie schorzenia jakie ma Antosia. Jest to dla niej wielka szansa – dr Paley uważa, że postawi Antosię na nogi i że będzie mogła nawet rekreacyjnie uprawiać sport. Konieczna jest operacja, której koszty nas przerażają. Po konsultacji w Monachium dr Paley określił koszty na ok. 300 000 $.

Czynnikiem ograniczającym jest też czas. Na zebranie w/w kwoty mamy niecały rok. Dla młodego małżeństwa są to niewyobrażalne koszty, dlatego zwracam się z dużą prośbą.

Zależy nam aby dotrzeć z historią tej cudownej dziewczynki do jak największej liczby ludzi, stąd prośba o JEDEN POST na blogu. To tak niewiele, a może pomóc. Wierzymy w to, że jeśli wiele osób wspomogłoby nas, nawet niewielką kwotą to uda się nam uratować Antosię przed amputacją.

Więcej informacji o Antosi na stronie: www.AntoninaWieczorek.pl (nowa akcja dla Antosi z okazji Mikołaja - www.facebook.com/events/439444842778257/ )"


Taką wiadomość otrzymałam dzisiaj od cioci chorej dziewczynki. Wklejam, może któraś z Was będzie chciała zrobić dobry uczynek :)


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...