WoleProstoHeader

29 lis 2012

Panna Joanna testuje - podkłady AA

Firma AA jakiś czas temu wypuściła na rynek kilka nowości, w tym podkłady, o których chciałabym dzisiaj napisać. Byłam ich bardzo ciekawa, zwłaszcza wersji Ultralekkiej, ponieważ jej kolor najbardziej trafiał w moje potrzeby. Wersja rozświetlająca okazała się dla mnie zbyt ciemna, mimo to wypróbowałam ją w domowych pieleszach i...znów wygrał podkład Ultralekki. Nie wiem czy zaliczę go do mojego podkładowego top 3, ale jest na dobrej drodze. 

Oba podkłady mam w wersji trójkowej - numeracja podkładów AA jest trochę pokręcona, ale trójki są najjaśniejsze i z żółtym tonem. Cała gama kolorystyczna jest raczej uboga, ale kolory podkładów są ciekawe - podzielono jest ze względu na podton (różowy, czerwony, żółty i beżowy), a ich kolory są po prostu średnie w kategorii jasne/ciemne. Ale do przeżycia :) Ja na początku używania tego podkładu (skupię się teraz na wersji Ultralekkiej) byłam bardzo zadowolona z koloru, teraz już robi się również za ciemny, ale niestety taki mój urok, że im bliżej zimy, tym szybciej ja robię się biała. Niemniej jednak, do tej pory używałam go z wielką chęcią i gdy moja skóra nabierze znów jakiegoś ludzkiego koloru, pewnie do niego wrócę - w swojej kategorii cenowej jest jednym z lepszych, wśród tych, których używałam.

Przede wszystkim - zgodnie z nazwą jest naprawdę lekki, ma naprawdę lekką konsystencję, nakładanie palcami jest bajecznie proste. Nie zostawia po sobie żadnej wyczuwalnej warstwy, twarz się nie świeci, nie jest lepka czy (nie daj boże) tłusta. Jego wykończenie jest bardzo przyjemne - takie satynowe, nie jest to mat, ale efekt prezentuje się na tyle ładnie i naturalnie, że ja w większości przypadków rezygnowałam z jego przypudrowania. Myślę, że posiadaczki suchej skóry będą z niego zadowolone, ciężko mi ocenić jak się będzie spisywała na skórze tłustej, ale chyba mimo wszystko polecam spróbować. Przy całej tej swojej lekkości, podkład zaskakująco dobrze kryje. Po nałożeniu na twarz w pierwszym momencie wydaje się, że jest on niewidoczny na skórze, ale jakimś cudem wszystko to, co ma być zakryte, jest zakryte. Znikają wszelkie zaczerwienienia, naczynka są mniej widoczne, ewentualne niespodzianki również jakoś blakną. Przy większych problemach z cerą, krycie na pewno nie będzie wystarczające i wspomóc się trzeba będzie korektorem, ale jak na moje potrzeby jest idealnie. Zależy mi na przykryciu przebarwień i wyrównaniu kolorytu i ten podkład to robi, przy jednoczesnym wrażeniu, że nie mam na skórze niepotrzebnej maski. Przypuszczam, że te jego zdolności maskowania wynikają też po części z koloru - dość mocno żółty świetnie niweluje zaczerwienienia. Urzekła mnie też jego trwałość - nie spodziewałam się, że bez utrwalenia pudrem wytrzyma długo na skórze. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie - po kilku godzinach makijaż wciąż wyglądał dobrze, dopiero pod wieczór zauważyłam, że gdzieniegdzie przebija to, co podkład wcześniej schował. Wypróbowałam go też w połączeniu z pudrem fixującym i wtedy trzymał się praktycznie do zmycia. Jestem z niego naprawdę zadowolona, żałuję strasznie, że w gamie nie ma jaśniejszych odcieni, na razie przymusowo wędruje do szuflady, ale do czasu :D Producent wspomina też coś o jego przeznaczeniu dla cer wrażliwych - coś w tym jest, nie wywołał u mnie żadnej niepożądanej reakcji, nie podrażnił, nie zapchał. 
Za tubkę o pojemności 30 ml zapłacimy około 17 złotych.

Z Jedwabistym podkładem rozświetlającym polubiłam się zdecydowanie słabiej. Wynika to głównie dlatego, że w tym przypadku kolor jest sporo ciemniejszy i ma tendencję do utleniania się na skórze. Jego formuła również jest nieco inna, jakby bardziej "oleista". Po nałożeniu na twarz czuć, że coś jest na skórze, podkład zostawia delikatny film. Niestety niewiele więcej nie mogę na jego temat powiedzieć, ponieważ użyłam go tylko 2-3 razy i to w domowych warunkach. Zauważyłam, że trochę szybciej ściera się ze skóry, tutaj puder utrwalający jest raczej wskazany. Na skórze wygląda całkiem ładnie, widać ten efekt rozświetlenia, twarz nie jest "płaska", tylko odbija światło w strategicznych punktach. Mnie się efekt podoba, nawet przy tej słabszej trwałości, chętnie bym go nosiła na twarzy, gdyby nie to, że jest sporo za ciemny i jeszcze dodatkowo się utlenia.
Opakowanie jest inne, twardsze, pewnie trudniej będzie je rozbroić gdy produkt będzie na wykończeniu. Pojemność to również 30 ml, ale cena jest nieco wyższa, bo około 20 złotych.

Na sam koniec małe porównanie kolorystyczne:
U góry Ultralekki podkład, na dole Jedwabisty. Widać, że ten pierwszy jest żółtawy, drugi z kolei bardziej wpada w pomarańczowe tony. 

Podsumowując - ja ze swojej strony polecam wersję Utralekką, sama mam zamiar wracać do tego podkładu i liczę, że producent wypuści jaśniejsze kolory, żebym nie musiała z niego rezygnować zimową porą ;)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 lis 2012

Makijażowy step by step - Darks po raz kolejny

Kilka dni temu pokazywałam Wam makijaże, jakie udało mi się stworzyć przy użyciu paletki Darks. Najwięcej z Was chwaliło makijaż nr 3, kilka dopytywało jak go zrobić, więc dzisiaj korzystając z tego, że odwołano mi rano zajęcia, chwyciłam za pędzle, paletkę i zrobiłam stepa. Mam nadzieję, że komuś się przyda, makijaż jest co prawda trochę inny, bo mocniejszy, ale kolorystyka i rozmieszczenie kolorów zostawiłam takie same.

1. Na całą powiekę nakładam bazę, u mnie jest to biały cień w kremie z Essence z serii Ballerina Backstage.
2. Nad linią rzęs maluję czarną kreskę (Flashy Liner, Sephora), czernią pokrywam też 1/3 dolnej powieki w zewnętrznym kąciku.
3. 2/3 górnej ruchomej powieki pokrywam cieniem Orbit. 
4. Na pozostałą 1/3 powieki nakładam cień Ink.
5. Nad morskim i granatowym cieniem na całej długości nakładam fioletowy cień (Highness).
6. Nabieram na puchaty cień ten sam fioletowy cień i dokładnie rozcieram nałożony uprzednio fiolet - staram się rozcierać go ku górze i w dół, jednocześnie łącząc go z morskim i granatem.
7. Połowę dolnej powieki podkreślam fioletowym cieniem (ponownie - Highness), łączę cień w zewnętrznym kąciku z granatem z górnej powieki.
8. Drugą połowę dolnej powieki, tym razem od strony wewnętrznego kącika, podkreślam morskim cieniem (Orbit). Również łączę go z kolorem z górnej powieki.
9. Rozcieram cienie na dolnej powiece, posiłkowałam się cielistym cieniem Dune.
10. Linię wodną podkreślam czernią (Flashy liner).
11,12. Tuszuję górne i dolne rzęsy (Wibo, Growing lashes stimulator mascara).

Jeśli komuś zależy na delikatniejszym efekcie może zrezygnować z morskiego cienia dolnej powiece i zastąpić go cielistym czy beżowym cieniem, zmienić czerń na linii wodnej na cielistą lub białą kredkę. 

Na policzki nałożyłam puder brązujący z Joko, a na usta pomadkę Creamy Lipstick w odcieniu 151 Jessica firmy Virtual. Na twarzy podkład również z Virtuala (Ideal Cover make up - 100 jasny beż). Brwi to standardowo kredka do brwi z Basic.




Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 lis 2012

Lakierowo - smerfnie

Błękit na paznokciach lubię, ale prawdę mówiąc - stosuję dość rzadko. Jest to dla mnie kolor bardziej wiosenno - letni, ostatnio częściej sięgam jednak po ciemne, ponure odcienie. Mimo to, kilka dni temu machnęłam paznokcie taki rozbielonym smerfem i stwierdziłam, że w sumie w towarzystwie bezpalczastych rękawiczek i śniegu prezentowałby się całkiem milusio. Zwłaszcza, że i sam lakier przyjemny :)

Lakier z MeMeMe w odcieniu 96 Pensive jest moim pierwszym lakierem z tej firmy. Paznokcie malowało się nim całkiem wygodnie - dwie warstwy wystarczyły do pełnego krycia, pędzelek jest typowy, nie za szeroki, nie za wąski. Lakier sam z siebie dość mocno błyszczy, ja podarowałam sobie już użycie topa. Trzymał się przez jakieś trzy dni, potem zaczęły ścierać się końcówki, czyli nie jest to jakiś powalający wynik, biorąc pod uwagę, że na moich paznokciach niektóre lakiery potrafią bez większych uszczerbków tkwić tydzień. Pojemność buteleczki to 5 ml, czyli jak ilość jak najbardziej do zużycia. Nie pasuje mi za to do końca jego cena - lakier kosztuje 15 złotych (na kosmetykomania.pl), co za takiego malucha jest ceną dość wysoką.

Muszę w końcu ruszyć się po topper Hello Holo z Essence, czuję, że w duecie z tym kolorem będzie się prezentować iście zimowo!:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 lis 2012

Cytrusowa pinacolada

O tym, że lubię smakowite zapachy chyba już kiedyś pisałam. Uwielbiam wszelkie owocowe aromaty, głównie dlatego, że lubuję się w odświeżających aromatach. Kiedy więc moim oczom ukazał się żel pod prysznic z kuszącym napisem "Cytrusowa Pina colada" czułam, że to będzie *mój* zapach. I nie pomyliłam się, żel w 100% spełnia moje zapachowe upodobania. A i sam w sobie sprawował się naprawdę nieźle.

Żel jak to żel - moje wymagania są dość proste. Ma się w miarę dobrze pienić, ma pięknie pachnieć i dobrze by było, żeby nie wysuszał skóry. Żel z AA spełnia moje wymagania, choć aby się pienił tak jakbym tego chciała niezbędna jest gąbka, ale nie jest to dla mnie jakąś przeszkodą. Za to zapach wynagradza wszystko - czuć w nim zarówno ananasa jak i cytrynę, zapach jest intensywny, ale nie duszący. Szkoda, że dość krótko utrzymuje się na skórze, do kompletu przydałby się balsam o podobnym zapachu. Żel nie wysusza jakoś nadmiernie skóry (choć ja po kąpieli i tak stosuję balsam), nie podrażnia, ale też nie robi w zasadzie niczego nadzwyczajnego. Nazwanie go nawilżającym to określenie trochę na wyrost - żel po prostu jest dość delikatny i nie robi suchych placków na skórze (co często mi się zdarza w przypadku żeli pod prysznic), za co ma u mnie plusa. Konsystencja jest typowa, jak taka rzadka galaretka. Jego wydajność jest raczej przeciętna, choć stosowanie go w duecie z gąbką sprawiło, że starczył mi na dość długo. A sięgałam po niego chętnie, zwłaszcza po wysiłku fizycznym, bo zapach aż do tego zachęca - jest taki...energetyzujący :) Pojemność to 250 ml, kosmetyk zamknięty jest w prostej, plastikowej butelce z zatrzaskiem, zatrzask się nie urwał (zawsze mi się urywają :P). Koszt takiej pachnącej butli to około 8 złotych. 

Podsumowując - zapach na tak, wydajność na tak, działanie również, myślę, że ze względu na zapach będę do niego wracać, na pewno w jakiś cieplejszych wiosenno - letnich okresach.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 lis 2012

Makijażowo - kilka wariacji na ten sam temat "Darks"

Sleeka, jak być może wiecie, darzę sympatią. Odkąd w moje ręce trafiła pierwsza paleta (Oh So Special) wszystkie "luźne" cienie poszły w odstawkę, a do mojej kolekcji trafiały kolejne egzemplarze sleekowych paletek. Gdy parę miesięcy temu Sleek wypuścił dwie matowe paletki, wiedziałam, że prędzej czy później obie będą moje. Popełniłam strategiczny błąd - zamówiłam początkowo tylko wersję Brights, tłumacząc sobie, że jest lato i właśnie taka kolorowa paletka mi się przyda. Zakup wersji ciemniejszej odłożyłam, myśląc, że jeszcze przyjdzie czas i na nią. Pech chciał, że palety po pewnym czasie zniknęły na bliżej nieokreślony czas ze sprzedaży, potem jak się na chwilę pojawiły ja akurat byłam pozbawiona funduszy. Już myślałam, że nie dane mi będzie cieszyć się obecnością Darks w mojej kolekcji, ale w końcu udało się i mam! Wszyscy mają Darks, mam i ja. 

W rzeczywistości paletka prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach widywanych w internecie, cienie są świetnie skomponowane pod względem kolorystyki, na prawdę wiele da się z niej wycisnąć. Pigmentacja chyba najlepsza wśród znanych mi palet Sleeka - nasycenie kolorów jest genialne, nawet najjaśniejsze cienie są widoczne na powiece. Konsystencja również różni się od pozostałych sleekowych cieni - te są miałkie, jakby lekko wilgotne (na pewno nie jest to sucha kreda jak w przypadku Brights). Bardzo dobrze łapią się powiek, osypywanie jest minimalnie (jeśli w ogóle, ale wiadomo - ciemniejsze cienie mają to do siebie, że widać jak coś nam spadnie z pędzla). Blendowanie ich ze sobą jest bajecznie proste, a rozcieranie cieni nie powoduje ich ścierania się. Trwałość jest przyzwoita, ja cienie i tak zawsze kładę na bazę, więc robiąc makijaż rano, wieczorem wciąż mam go w dobrym stanie. Aplikator dołączony do paletki się oczywiście do niczego nie nadaje, ale czy kogoś to dziwi?;)

Żeby nie być gołosłowną, chciałam Wam pokazać kilka makijaży wykonanych tą paletą. Swatchy w internecie jest całe mnóstwo, więc to sobie podaruję, ale za to mam w zamian sześć różnych makijażowych propozycji. Użyłam chyba wszystkich 12 cieni jeśli się nie mylę, więc możecie zobaczyć jej możliwości w pełnym zakresie. Na każdym zdjęciu są wypisane użyte przeze mnie cienie (Pillow talk to ten najjaśniejszy cień znajdujący się całkiem po prawej w górnym rzędzie - piszę o tym, ponieważ na powyższym zdjęciu nie widać chyba nazwy na folii). Wszystkie makijaże wykonane są na bazie. 






Jak widać na zdjęciach - kolorystyka jest na tyle szeroka, że paletką zmalujemy zarówno spokojnego dzienniaka, kolorowy, ale wciąż delikatny makijaż, ciemne cienie idealnie nadają się do "konkretniejszych" makijaży (i znów - zarówno w wersji bardziej stonowanej, jak i kolorowej). Ja osobiście jestem zachwycona, w porównaniu z paletką Brights, która sprawuje się u mnie średnio, Darks to mistrz w każdej kategorii. Jesienią i zimą na pewno będę często po nią sięgać, a i potem pewnie nie będę miała serca odstawić jej na bok :)

Paleta trafiła do mnie za pośrednictwem sklepu cocolita.pl, gdzie można zaopatrzyć się nie tylko w to matowe cudo, ale również w wiele limitowanych palet (np. Bohemian, Paraguaya itd.). Dla czytelniczek bloga, na hasło "Panna Joanna" obowiązuje 5% rabat :)




Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 lis 2012

Moje włosy w pigułce

Tagów nie lubię. Kiedyś lubiłam, ale wtedy było ich niewiele, a teraz w blogosferze krąży ich tyle, że ciężko nadążyć to raz, a dwa - zazwyczaj są bardzo wtórne. Zdarzają się jednak wyjątki i takim właśnie wyjątkiem jest tag "Moje włosy w pigułce", na który odpowiem tym chętniej, że otagowała mnie cammie :)


1. Jaki jest twój naturalny kolor włosów?
Moje włosy są brązowe - zimą jest to z reguły brąz na poziomie średnim, latem jasny ze złotymi refleksami. Moje włosy ogólnie mają to do siebie, że błyszczą na złoto/rudo/ciepło. Te ciepłe refleksy widać nawet na zdjęciach.

2. Jaki jest twój obecny kolor włosów?
Obecnie mam na głowie swój naturalny kolor włosów. Po długich eksperymentach (byłam już czarna, ruda, nawet blond) stwierdziłam, że jednak matka natura nie mogła się pomylić i zaczęłam wracać do swojego koloru. Obecnie włosów nie farbuję już kilka miesięcy, a odrost nie jest w żaden sposób widoczny, więc wnioskuję, że się udało.

3. Jaka jest aktualna długość twoich włosów?
Dość długie mi urosły kudełki i obecnie sięgają na pewno za połowę pleców. Z tym, że włosy mam wycieniowane, więc ciężko mi je zmierzyć. Zobaczycie sobie na zdjęciu poniżej jak to wygląda. 

4. Na jaką długość chciałabyś zapuścić włosy?
Właściwie to nie wiem. Na razie sobie rosną, a dokąd urosną to się okaże. Chodziło mi po głowie ostatnio jakieś większe cięcie (takie do ramion np.), ale ciągle się wstrzymuję. Mój chłopak pewnie by się przestał do mnie odzywać (:P), a i ja sama plułabym sobie w brodę jak znam życie. Ostatnio byłam z przyjaciółką u fryzjera (jak wsparcie duchowe - zdecydowała się na ścięcie włosów a'la Anne Hathaway) i już sam widok nożyczek wywołał we mnie reakcje typu "uciekać", także ten....

5. Jak często podcinasz końcówki?
Na pewno nie robię tego regularnie. Ostatni raz włosy podcinałam we wrześniu, kolejne podcinanie planuję może na styczeń. Tak ogółem - ze 2-3 razy w roku.

6. Twoje włosy są proste, kręcone, czy falowane?
Proste nad czym ubolewam straszliwie. One nawet nie są po prostu proste, one są tak *proste*, że mało kto mi wierzy, że nie używam prostownicy. Są też bardzo niepodatne na wszelką stylizację, ale robię co mogę. Ostatnio odkryłam kręcenie włosów na mokrych chusteczkach i przyznam, że metoda ta sprawdza się na mnie całkiem nieźle (choć po około 5-6 godzinach zostają z loków co najwyżej fale).

7. Jaką porowatość mają twoje włosy?
Nie mam najzieleńszego pojęcia. Prawdopodobnie moje włosy są nijakie, bo pasuje do nich zarówno kilka cech włosów niskoporowatych, jak i kilka tych charakteryzujących włosy wysokoporowate.

8. Jakie są twoje włosy (normalne, przetłuszczające się, suche)?
Znów - mieszane. Przy skalpie mają tendencję do przetłuszczania się, końce zaś są dość suche. Tak czy siak - czuprynę myję codziennie, nie wyjdę z domu z nieumytymi włosami (no chyba, że je jakoś zwiążę).  

9. Jak wygląda twój codzienny włosowy rytuał pielęgnacyjny?
Nie mam żadnego konkretnego rytuału. Myję włosy, zazwyczaj wieczorem, używam odżywki do spłukiwania, włosy odciskam w ręcznik, spryskuję odżywką ułatwiającą rozczesywanie, czasem je nawet rozczeszę, jak wyschną to zawijam je w cebulkę na czubku głowy i idę spać. Jeśli myję włosy rano to korzystam z suszarki i omijam etap kręcenia na koczka. Jak sobie przypomnę od wielkiego dzwonu to nakładam jakieś maski, oleje i inne wynalazki, ale prawdę mówiąc - brakuje mi do tego zapału.

10. Czego nie lubią twoje włosy?
 Biorąc pod uwagę te wszystkie psikusy, które mi wykręcają, powiedziałabym, że nie lubią mnie :P A tak poza tym - wilgoci, wiatru.
11. Co lubią twoje włosy? 
Na pewno lubią być codziennie myte, lubią też lekkie odżywki (Babassu wróóóóć...), wszelkie ułatwiacze rozczesywania (lubią się skubane plątać).

12. Jaka jest twoja ulubiona fryzura?
Najczęściej chodzę w rozpuszczonych włosach, najchętniej lekko pofalowanych. Jestem leniem w tej materii i totalnym beztalenciem, skomplikowane uczesania mnie przerastają. Często chodzę też w skarpetkowym koczku. 

13. Gdyby twoje włosy umiały mówić, co by powiedziały?
"Coś kręcisz!" 
Na zdjęciu (specjalnie dzisiaj zrobiłam :D) mam włosy pokręcone metodą koczka na noc :)  
Tag krąży już dość długo, więc pewnie większość z Was zdążyła na niego odpowiedzieć, więc taguję wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili, a mają ochotę :))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 lis 2012

Night in Venice

Dzisiejszy post to będzie takie spore kombo, chcę Wam pokazać nowości Joko w akcji, a jest ich sporo- bronzer z pięknym tłoczeniem, cienie w kolorach brzoskwini i śliwki, dwie szminki. Zrobiłam też małe porównanie bronzera z Night in Venice i tego z serii marokańskiej, o które prosiło mnie kilka osób. Będzie sporo zdjęć :)
 
Bronzer zachwycił mnie jak tylko go zobaczyłam - obok takiego tłoczenia nie można przejść obojętnie. Kiedy minęła mi faza na gapienie się na niego, sięgnęłam po pędzel i wypróbowałam go na policzku. Efekt mnie nie zaskoczył, ponieważ bronzer ten nie tylko jest podobny do swojego matowego poprzednika, ale również daje niemal identyczny efekt na policzkach. Gdzie więc jest różnica? Ten jest teoretycznie drobinkowy, ale drobinki na licu giną (i dobrze ;)), efekt na policzkach jest odrobinę bardziej satynowy, powiedziałabym może nawet, że naturalniejszy. Kolor jest identyczny, co zresztą zobaczycie poniżej, różnica pojawia się dopiero gdy mocno rozetrzemy bronzer - wtedy Night in Venice wydaje się bardziej biszkoptowy, jaśniejszy i odrobinę chłodniejszy. Trwałość jest podobna, kilka godzin tkwi na policzkach bez migrowania, po jakimś czasie zaczyna blaknąć. Zauważyłam za to różnicę w konsystencji - ten puder jakby bardziej miękki, tłoczenie znika dużo szybciej niż w przypadku Marrakech Dream, łatwiej jest też przesadzić z ilością nakładanego kosmetyku. Kto wg mnie wygrywa w tej rozgrywce? Prawdę mówiąc - ciężko stwierdzić. Nieco chłodniejszy kolor i satynowy efekt przemawiają na korzyść wersji weneckiej, znowuż matowy Marakesz łatwiej sobie "dawkować", no i jest matowy. Ja lubię oba, używam zamiennie i pewnie tak pozostanie. 
Na wszystkich zdjęciach po prawej Marrakech Dream, po lewej Night in Venice (oba w wersji dla brunetek). Pierwsze zdjęcie w świetle dziennym, drugie z lampą, ostatnie światło dziennie (a bronzer roztarty).

Cienie z serii Night in Venice  pozytywnie mnie zaskoczyły. Cienie z Joko lubię średnio, przeważnie są suche, a ich pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. Te są nieco bardziej miałkie, nie aż tak suche jak pozostałe cienie z oferty Joko i mają dość przyzwoite nasycenie. Podoba mi się dobór kolorów - moja wersja to delikatna brzoskwinia połączona z śliwkowym fioletem. Przy mojej tęczówce co prawda nie jest to jakieś szaleństwo, ale przy zielonych czy piwnych oczach będą się te cienie na pewno prezentować pięknie. Oba są lekko satynowe (ani to mat, ani to perła), takie cienie chyba lubię najbardziej. Ciemny cień lubi się trochę osypywać, ale jest to do opanowania. Trwałość niezła - na bazie wytrzymały bez większych problemów około 7-8 godzin.
Nie wiem czemu nie mam nigdzie swatchy na ręce, albo ich nie zrobiłam albo nie mogę ich nigdzie znaleźć. W każdym razie - efekt będziecie mogły zobaczyć na oku :) 
Zdjęcia niestety wyszły mi mocno średnie, ale pogoda jest jaka jest, światła tyle co kot napłakał, do tego jakieś mgły czy inne takie, więc z góry proszę o wybaczenie za taką, a nie inną jakość.
Na całej górnej i dolnej powiece jest ciemniejszy cień, górna granica jest roztarta brzoskwinią, jaśniejszy cień nałożyłam również w wewnętrzny kącik. Poniżej efekt na całej twarzy - na policzkach bronzer Night in Venice, na powiekach wyżej wspomniane cienie, a na ustach - dwie wersje nowych pomadek Joko, o których za chwilę. Na zdjęciu po lewej Double Therapy, po prawej Wet Lips.
 
Pomadki Joko trafiły do mnie dwie - jedna z serii Double Therapy w odcieniu 111, druga z serii Wet Lips w kolorze J53.
 Double Therapy 111
Wet Lips J53

Obie szminki mają przyjemną konsystencję, przy czym Double Therapy jest bardziej "szminkowa", nie aż tak mokra i nawilżająca jak Wet Lips, ale wciąż jej aplikacja jest bezproblemowa, nie jest tępa. Dłużej też utrzymuje się na ustach (co jak podejrzewam, że jest wynikiem właśnie konsystencji). Pachną bardzo podobnie, niezbyt mocno, zapach po aplikacji znika i nie przeszkadza. Szminka z Double Therapy ma jedną zasadniczą wadę - kolor. Nie jest to odcień absolutnie stworzony dla mnie, przyznam, że zmyliło  mnie nieco zdjęcia promocyjne. To taki dość jasny beż (nude, zwał jak zwał) ze złotym połyskiem. Do  mnie ten kolor pasuje jak pięść do nosa, więc nic dziwnego, że dużo chętniej sięgam po szminkę Wet Lips. Ta jest w zasadzie bez wad ;) Bardzo przyjemnie kremowa, sunie po ustach z konkretnym poślizgiem, faktycznie daje efekt  mokrych ust. Przez to, że jest taka mokra nieco krócej utrzymuje się na ustach, ale trwałość i tak jest niezła - około 3-4 godzin. Kolor na zdjęciu twarzy jest trochę przekłamany, w rzeczywistości jest bardziej pomarańczowo - koralowa, ale nie jest to żarówa. Na swatchu niżej kolory są lepiej oddane:
Po lewej Wet Lips, po prawej Double Therapy

Szminka Wet Lips to mój obecny hit, bardzo dobrze czuję się w takim kolorze i chętnie noszę ją na ustach. Na pewno będę po nią często sięgać, a tego złotawego cudaka najprawdopodobniej oddam mamie.

Wpadło Wam coś w oko z nowości proponowanych przez Joko? Dla zainteresowanych cała gama odcieni nowych szminek. Górny rząd to Double Therapy, dolny - Wet Lips.



Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lis 2012

DZS Po siódmie: Złuszczaj i nawilżaj ciało

Czyli Dekalogu zdrowej skóry ciąg dalszy. Punkt siódmy jest dość obszerny, kosmetyków jest sporo, więc dzisiejsze recenzje nie będą aż tak rozbudowane. Tutaj i tak w dużej mierze liczą się nasze własne preferencje, jedne z nas wolą mocne zdzieraki, inne słabsze, wybierając balsamy część z nas kieruje się zapachem, część konsystencją. Najprościej rzecz ujmując - ważne jest aby pozbywać się martwego naskórka i równie ważne jest aby nasza skóra otrzymywała odpowiednią, dopasowaną do naszych potrzeb, dawkę nawilżenia. Ekspert Flosleku pisze:

"Peeling połączony z masażem całego ciała powinniśmy wykonywać co najmniej raz w tygodniu.  Gdy pozbędziemy się zrogowaciałego naskórka i  pobudzimy  krążenie, nasza skóra lepiej przyswoi składniki aktywne zawarte w kosmetykach pielęgnacyjnych.
Usuwając stare, obumarłe komórki, pobudzamy skórę do szybszego tworzenia nowych komórek. Dzięki wykonywanemu podczas peelingu masażowi poprawia się ukrwienie skóry, a tym samym jej odżywienie - przez rozszerzone naczynia krwionośne dociera do skóry więcej tlenu i składników odżywczych. Gdy po peelingu nakładamy kremy i balsamy, składniki w nich zawarte mają szansę szybciej i skuteczniej wniknąć w skórę – podpowiada dr Henryka Dąbrowska."

Ja sobie troszkę poszerzyłam zakres tego punktu i oprócz złuszczania ciała wspomnę również o peelingowaniu twarzy. Od tego może zacznę, a za przykład posłuży mi peeling enzymatyczny do cery naczynkowej.
Ja się ogólnie z peelingami enzymatycznymi nie lubię, zdecydowanie wolę konkretne zdzieraki. Niemniej jednak ze względu na to, że jestem posiadaczką cery suchej i dość wrażliwej, nie mogę korzystać z mocnych, "normalnych" peelingów tak często jakbym chciała. Do peelingu z Flosleku byłam dość sceptycznie nastawiona, nie podejrzewałam go to, że wyczuwalnie pozbędzie się martwego naskórka, ale bardzo pozytywnie mnie w tym względzie zaskoczył. Nie będę Wam tu wypisywać tego co obiecuje producent, bo post wyszedłby na kilka kilometrów, złaknionych wiedzy odsyłam do zdjęcia powyższego :) Ja natomiast chętnie podzielę się z Wami informacją, że peeling naprawdę działa. Nakładam go raz-dwa razy w tygodniu na oczyszczoną skórę, pozostawiam na około 10 minut, a następnie spłukuję wykonując przy okazji mini masaż twarzy. Na skórze trzyma się dobrze, mimo dość rzadkiej konsystencji nie spływa. W początkowym czasie odczuwam lekkie mrowienie, nie jest to jakieś drażniące uczucie, po prostu czuć, że coś się dzieje. Nie czuć natomiast żadnego pieczenia, szczypania, ściągnięcia, po zmyciu nie doświadczyłam zaczerwienienia, podrażnienia. Skóra była wyraźnie gładsza, jaśniejsza, oczyszczona. Nie spodziewałam się takich efektów po peelingu, który nie ma w sobie zdzierających drobinek. Efekty nie są krótkotrwałe, częstotliwość z jaką wykonuję taki zabieg jest w zupełności wystarczająca do tego, aby nie męczyć się z suchymi, odstającymi skórkami i uczuciem, że "coś siedzi na skórze". Nie wiem jak ocenić ten produkt pod kątem naczynek - ten problem jest u mnie dość delikatny i ostatnimi czasy uspokojony. W każdym razie nie odnotowałam pogorszenia, a o polepszeniu też niestety nie mogę się wypowiedzieć, bo w międzyczasie stosowałam również inne środki, które mogły mieć na to polepszenie wpływ. Kosmetyk jest wydajny, stosuję go już kilka miesięcy, w tym czasie odstawiłam na bok inne peelingi i dopiero teraz dobijam dna. Myślę, że gdy już go wykończę to wrócę do niego ponownie. Polecam go przede wszystkim osobom o wrażliwej skórze, kiepsko reagującej na drobinowe peelingi, ale również i osobom z problemami naczynkowymi - w przypadku tego problemu zdecydowanie lepiej sięgnąć po delikatny kosmetyk, a ten do takich należy.
Do złuszczania ciała w ramach testów DZS używałam peelingu solnego z serii beECO. Ten kosmetyk bardzo dobrze wpasował się moje potrzeby, dlatego już dawno został zużyty do samego końca.
W przypadku skóry ciała nikt mnie na żadne delikatne traktowanie nie namówi. Tutaj odkąd pamiętam preferuję konkretną konsystencję, dość grube drobiny i najlepiej jeszcze, żeby po użyciu skóra nie była podrażniona, a była nawilżona. Wydaje się niemożliwe? Bzdura :) Peeling z beEKO świetnie sobie z tymi zadaniami poradził. Jest dość ostry, mocno złuszcza, ale sam proces peelingowania nie jest specjalnie bolesny. Drobiny soli rozpuszczają się pod wpływem wody, łatwo zmyć go ze skóry, a dzięki zawartości oliwy z oliwek skóra jest nawilżona i spokojnie można sobie odpuścić balsamowanie. Jego podstawowe zadanie również jest całkowicie spełnione - wszelkie zrogowacenia naskórka znikają, a skóra jest przyjemnie gładka, miękka i śliska. Oprócz tego używanie umila nam piękny zapach - cytrusowy, bardzo odświeżający. I wszystko byłoby pięknie, ładnie, gdyby nie jedna zasadnicza wada - wydajność. Słój o pojemności 420 g wystarczył mi przy stosowaniu z częstością raz na tydzień na jakieś...1,5 miesiąca jeśli dobrze pamiętam. A może nawet i na krócej, końcówka była zużywana bardzo oszczędnie. Przy jego cenie (około 40 złotych) to jednak zbyt krótko. Ja do niego nie wrócę, właśnie ze względu na niską wydajność, ale wspominam go naprawdę miło. 

Skoro już jesteśmy złuszczone z góry do dołu - czas na nawilżanie. Ja będę szczera i od razu powiem, że przy mojej suchej skórze balsamów używać muszę codziennie, najlepiej jeszcze ze dwa razy dziennie (ale komu by się chciało?), więc w przypadku tych kosmetyków kieruję się głównie zapachem i tym, jak szybko mazidło się wchłania. W związku z częstotliwością używania cieszą mnie też - niska cena, wysoka wydajność, niewielka pojemność (bo zapachy jednak lubią się nudzić). Z balsamami Flosleku przygoda okazała się średnio udana - dwa testowane produkty polubiłam, jeden jest po prostu przeciętny, a jeden kompletnie nie może mnie do siebie przekonać. Zacznę może od tego, który spodobał mi się najmniej, ponieważ na jego temat mam naprawdę niewiele do napisania.

Wszelkie zapachy owocowe bardzo lubię, zdecydowanie bardziej niż słodko - duszące słodzizny typu wanilia. Kiedy więc zobaczyłam powyższe masło do ciała i przeczytałam napis "Cherry berry" byłam raczej ucieszona. Dość krótko. Po po otwarciu słoiczka okazało się, że masło ma tak intensywny zapach, że po prostu...nie byłam w stanie go używać. Posmarowałam się nim może ze dwa - trzy razy, ale nie byłam w stanie wytrzymać z tym zapachem i we wszystkich przypadkach następowała chęć na prysznic. Żeby była jasność - masło nie śmierdzi, nic z tych rzeczy, zapach to kwestia bardzo indywidualna. Ono pachnie, jednakże zapach jest po prostu zbyt mocny, do tego naprawdę długo utrzymuje się na skórze. Pierwsze skojarzenie to wiśniowa jogobella, zapach jest dość sztuczny, z wyczuwalną nutką chemii. Wydawać by się mogło, że po nasmarowaniu ciała zapach przestanie być wyczuwalny dla nosa (wszak nos się przyzwyczaja do zapachu czy coś w ten deseń), ale niestety. Nie mogę więc ocenić jego walorów nawilżających, gdyż masło do tej pory stoi sobie w łazience niemal pełne, czasem sięgnie po nie ktoś z domowników i wtedy po całym domu roznosi się aromat jogobelli, a ja muszę otworzyć okno. Nie polecam, chyba, że ktoś jest fanem zapachów wiśniowych. W wersji mocno stężonej.

Dalej na szczęście było nieco lepiej. Balsam brązujący i balsam chłodzący dobrze wpisały się w porę roku. O ile balsam łagodzący po opalaniu obdarzyłam uwielbieniem, tak znowu balsam nadający skórze opaleniznę to takie fifty-fifty.
Balsam delikatnie brązujący miał być dla mnie alternatywną dla smażenia się na słońcu czy tradycyjnych samoopalaczy. Tych drugich naprawdę nie lubię, rzadko kiedy uzyskuję nimi zadowalający efekt, o samoopalaczowym smrodku nie wspomnę. Balsam z Flosleku nie tyle nadawał opalenizną, co ją podkreślał, jeżeli takowa istniała. U mnie opalenizna pojawiła się na krótko i dopiero wtedy odnotowałam działanie brązujące tego balsamu. Wolałabym, żeby efekt był nieco mocniejszy, no ale z drugiej strony próżno tu było szukać smug i tym podobnych. Na jego korzyść przemawiają zapach (bardzo przyjemny, nieco słodki, ale ani trochę nie jak ten wiśniowy) i lekka konsystencja, która sprawia, że balsam stosunkowo szybko się wchłania i czyni kosmetyk dość wydajnym. Nawilżenie jest raczej marne, jedyne co można wyczuć to taka śliskość na skórze, która najprawdopodobniej spowodowana jest parafiną na drugim miejscu w składzie. Ja go wymęczyłam prawie do końca, potem skończyła mi się opalenizna, którą mogłabym podkreślać. Drugi raz raczej nie kupię, nie jest to do końca to, czego szukam.

Nieco lepiej było w przypadku balsamu kojąco - chłodzącego, również z serii Sun Care. Niemniej jednak tu też mam kilka zastrzeń, ale po kolei.

Opakowanie i pojemność (200 ml) są takie same jak w przypadku balsamu brązującego. Konsystencja jest nieco bardziej gęsta, ale wciąż niespecjalnie treściwa. Ogromnym plusem tej emulsji jest zapach. Pachnie jak cukierki Ice, bardzo świeżo, bardzo chłodno, mega przyjemnie. Spełnia swoje podstawowe zadanie - naprawdę przynosi ulgę spieczonej skórze, chłodzi dość konkretnie, uspokaja zaczerwienioną skórę. Podczas upałów po powrocie do domu uwielbiałam wskoczyć pod zimny prysznic, a następnie wysmarować się tym balsamem - od razu czułam się jakby było kilka stopni mniej. Ze względu na to, że upałów tego lata było dość dużo, balsam został doszczętnie wykończony w dość krótkim czasie, ale wspomnienie o nim pozostało bardzo miłe. Oprócz tego, że przynosił ulgę, delikatnie nawilżał (ale znów - parafina). Wchłaniał się szybko, zwłaszcza w rozgrzaną skórę, wydajność przeciętna. Dla efektu chłodzenia i zapachu mogłabym go kupić ponownie.

Na koniec zostawiłam sobie tzw. wisienkę na torcie. Choć o wisienkach z racji masła Cherry Berry wolałabym już chyba nie myśleć. Niemniej jednak, balsam, który opiszę poniżej trafił do mojego top trzy kosmetyków Flosleku, top trzy pachnących kosmetyków i jeszcze pewnie kilka topów by się znalazło.
Tym razem mamy do czynienia z serią Natural Body, jest to Kaszmirowy balsam do ciała o zapachu opuncji i białej herbaty. Zapach jest po prostu genialny, mogłaby siedzieć nad tym balsamem i wąchać go godzinami. Bardzo świeży, bardzo charakterystyczny, jeden z przyjemniejszych balsamowych zapachów, z jakimi miałam styczność. Ze względu na ten właśnie zapach, balsam był w użyciu przynajmniej dwa razy dziennie, więc miałam okazję poczuć jego nawilżenie (w takich dawkach w sumie trudno żeby nie), które było raczej poprawne. Konsystencja jest dość lejąca, rzadka, balsam dzięki temu jest zaskakująco wydajny. Skóra po użyciu jest miękka, gładka, dość mokra, balsam nie wchłania się całkowicie, ale nie zostawia po sobie lepkiego filtru, tylko właśnie sprawia, że skóra jest taka "mokrawa". Szkoda, że poziom nawilżenia nie jest nieco większy, wtedy już w ogóle byłby cud, miód i orzeszki. Natomiast dla samego zapachu i przyjemności stosowania kupiłam kolejną tubkę już jakiś czas temu i już zdążyłam ją zużyć. Na razie robię sobie od niego przerwę, nie chcę żeby mi się znudził, poza tym zimą jednak szukam większego nawilżenia. Wiosną na pewno do niego wrócę. Cena to około 14 złotych.

Dobrnęłam do końca, nie spodziewałam się, że wyrobię się jeszcze dzisiaj :D Starałam się nie zagłębiać w szczegóły, bo post byłby zbyt długi, jednak jeśli macie jakiekolwiek pytania - pytajcie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

16 lis 2012

Lakierowo - Nude elegance od Joko

Jakiś czas temu Joko wypuściło nową serię lakierów - Colours of luxury. Cała kolekcja szalenie mi się spodobała, wszystkie kolory są takie "moje". W moim posiadaniu znalazły się trzy kolory, a pierwszy z nich właśnie teraz chciałam Wam pokazać.
 Ja jestem wielką fanką nudziaków na paznokciach, moja kolekcja lakierów jest w nie bardzo obfita. Nude elegance pod względem koloru się wśród nich nie wyróżnia - to po prostu bardzo ładny, jasny nudziak, bez wyraźnych różowych, żółtych czy pomarańczowych tonów. Czyli najprościej mówiąc - jest to taki odcień, jaki wśród lakierów nude preferuję najbardziej. Wyróżnia go natomiast kilka rzeczy. Po pierwsze, lakier idealnie kryje przy dwóch cienkich warstwach. Za to otrzymuje ode mnie ogromnego plusa, lubię jak tak jasne lakiery tak dobrze kryją. Po drugie, ma niezwykle wygodny pędzelek, szeroki, dobrze przycięty, malując paznokcie wystarczy raz przejechać nim po płytce (chyba, że ktoś ma bardzo szeroką płytkę). Pędzelki z lakierów Joko są jednymi z moich ulubionych, bardzo wygodnie mi się nimi operuje. Trwałość jest zadowalająca, lakier nosiłam na paznokciach około 5 dni i miałam jedynie lekko starte końcówki. Konsystencja tego lakieru jest dość gęsta, ale nie sprawia problemów podczas aplikacji, nie ciągnie się ani nie smuży. Osobiście wolę nieco rzadsze lakiery, ale i tak nie jest źle - do gęstego glutka mu naprawdę daleko (tu mała uwaga - moje odczucia mogą być zaburzone, ponieważ ostatnio praktycznie non stop malowałam paznokcie lakierami l.a. colours, które są z kolei bardzo rzadkie, więc proszę wciąć to pod uwagę). Na zdjęciach mam dwie warstwy bez topa. 
Podsumowując - lakiery Joko od dawna są w czołówce moich ulubieńców, przede wszystkim za wygodny pędzelek, ale również za trwałość czy łatwość malowania. Po tego nudziaka na pewno będę często sięgać :)

Cena - około 12 złotych, pojemność to 10 ml.

Pozdrawiam,
Nudna Panna Joanna
15 lis 2012

Tuszowy geniusz, czyli jak Panna Joanna odkryła, że ma rzęsy

Dzisiejszy post będzie ekspresowy i to po tygodniowej nieobecności, ale na swoje usprawiedliwienie mam, że próbuję pisać pracę inżynierską (gdyby na blogspocie były emotki, to w tym miejscu pojawiłaby się ta tarzająca ze śmiechu) oraz pracuję nad makijażami dla e-makeupowni, co również pochłania trochę czasu. W celu oderwania się trochę od tego wszystkiego, przychodzę dziś z mini - recenzją tuszu do rzęs. Pisałam Wam ostatnio, że chyba w końcu znalazłam ten jeden jedyny, który z  moich, powiedzmy sobie szczerze, lichych nad wyraz rzęs, potrafi wyczarować piękne firany. Na chwilę obecną mogę śmiało powiedzieć, że zdanie to umacnia się z każdym dniem, a ja wiem, że jak tylko tusz wyschnie to sięgnę po kolejne opakowanie.
Mowa oczywiście o Growing lashes stimulator mascara od Wibo. Ten niepozorny zielony brzydal o zaskakująco małej szczoteczce, z zaskakująco małymi ząbkami (czy jak to się tam zwie) to jak się okazuje czarodziej. Moje rzęsy są dość krótkie, dość rzadkie, nie wywijają się ani trochę (buuu...). Ogólnie - wiele się z nich nie da zrobić. Nie spodziewałam się po tym tuszu żadnych cudów, kupiłam go tylko dlatego, że mój poprzedni tusz wysechł na śmierć, a ja miałam w perspektywie dwie imprezy, na których wolałam się nie pokazywać bez wytuszowanych rzęs (raz poszłam na uczelnię z niepomalowanymi oczami - 80% moich znajomych pytało się czy jestem chora). Rossmann był najbliżej, więc sięgnęłam po coś nierujnującego kieszeni - w pamięci miałam dość sporo pochlebnych recenzji tegoż tuszu. No a potem to już właściwie była miłość :P Tusz pięknie wydłuża rzęsy, pogrubia, podkręca, efekt jest naprawdę z rodzaju tych spektakularnych. Śmiem twierdzić, że żadna maskara takich rzeczy na moich rzęsach jeszcze nie robiła, nawet mój chłopak ostatnio patrząc mi w oczy powiedział coś w stylu "jakie Ty masz rzęsy", a uwierzcie mi, że potrafił on nie zauważyć ścięcia 20 cm włosów ;) Bałam się osypywania bo dużo osób się na to skarży, ale nie zauważyłam jakiś szczególnych problemów w tej materii - nie nakładam tego tuszu jakoś specjalnie dużo, więc też nie bardzo co ma się osypywać. Czasem pod koniec dnia widać pod okiem jakieś pojedyncze czarne kropeczki, ale naprawdę rzadko i to dopiero po całym dniu z tuszem na rzęsach.
Szczoteczka, mimo dość dziwnego kształtu, okazała się małym geniuszem - dociera nawet do najkrótszych rzęs, bardzo wygodnie się nią operuje, nie spodziewałam się, że nabiorę do tej szczoteczki takiej sympatii, zwłaszcza, że ja się z silikonowymi/plastikowymi szczoteczkami nie lubię. 
Jedyne co mnie drażni to fakt, że maskara miewa gorsze dni. Nadal fajnie wygląda, ale zdarza się, że w poniedziałek ją kocham, a we wtorek po prostu lubię. Nie umiem jej jeszcze do końca wyczuć, możliwe, że to też zależy od moich rzęs, tego czy coś mi się na nie osypało itd. Trwałość jest przyzwoita - tak jak pisałam, nie zanotowałam osypywania czy rozmazywania, jeśli już to naprawdę sporadycznie. Z reguły nakładam dwie warstwy - dosłownie dwie, tzn. dwa razy przeczesuję rzęsy szczoteczką ruchem zygzakowatym. Jest to dla mnie nowość, ponieważ wcześniej musiałam jak oszalała machać szczoteczką od tuszu, żeby w ogóle było go widać.

Podsumowując - jestem na duuuże tak, to na pewno nie ostatnie moje opakowanie tego tuszu, efekt bombowy, cena niska (około 10 zł), więc portfel się cieszy, rzęsy się cieszą, to i Panna Joanna jest szczęśliwa. Na zdjęciach poniżej mam dwie warstwy tuszu, pierwsze oko gołe oczywiście ;)


Pozdrawiam i wracam do moich Planów Bezpieczeństwa Wodnego (a fuu),
Panna Joanna
8 lis 2012

Co za niedługo?

Kilka nowości :)
Oprócz tego, jeśli ktoś jeszcze nie widział - dwie Eweliny, Ewelina Zych oraz Ewelina Szajnar wspólnie stworzyły czasopismo e-makeupownia. Jest to przedsięwzięcie całkowicie zaaranżowane przez nie i przy udziale kilku blogerek, w tym mnie :) Prace ruszyły już pełną parą, zapraszam Wam na funpage'a czasopisma, tam na bieżąco możecie śledzić rozwój wypadków, serdecznie zapraszam KLIK :)
Pozdrawiam,
Panna Joanna


7 lis 2012

Panna Joanna testuje - Kick It Side Fantastic Eyes

Kredek do oczu zasadniczo nie używam, do kresek w zupełności wystarcza mi pędzelek, cień czy żelowy liner, a jako bazę pod cienie stosuję typową bazę, więc ogólnie - kredki nie są tym, co często gości na moich powiekach. Są jednak wyjątki i co ciekawe każdy z tych wyjątków jest kredką żelową. Avonowych Supershocków czy sephorowskich Flashy linerów chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, a do mojej kolekcji dołączyła ostatnio kredka, która nie jest żadną z wspomnianych przed chwilą, ale ma szansę na zajęcie szczytnego miejsca na podium. O czym mowa? O eyelinerze Fantastic eyes firmy skin79, z serii Kick It Side. 

 
Choć kredkę dostałam w swoje ręce w piątek, zdążyłam już ją poddać kilku testom na wytrzymałość. Jaki jest rezultat? Trwalszego kosmetyku do oczu w swojej kolekcji nigdy nie miałam. W sobotę byłam na dwóch imprezach (najpierw rodzinnej, potem urodzinach kolegi; pozdrawiam Cię kolego, nie martw się - za rok będzie lepiej :P) i kredka miała okazję pokazać na co ją stać. Makijaż robiłam koło godziny 15, wróciłam do domu przed godziną 5 nad ranem i kredka tkwiła w tym samym miejscu, w którym ją zostawiłam i nie drgnęła nawet o pół milimetra. Wynik uznaję za naprawdę dobry, 14 godzin to jednak kawał czasu, a potem jeszcze miałam problem żeby ją zmyć. Kreska nie odbiła się na powiece, wtedy miałam na oku bazę, cienie itd., kolejnego dnia zrobiłam samą kreskę na "gołej" powiece i sytuacja się powtórzyła. Trwałością jestem naprawdę zachwycona, kredka po zastygnięciu jest w zasadzie nie do ruszenia, po zrobieniu swatchy na ręce miałam trudności, żeby się jej pozbyć. 
Kolor mnie również zachwycił, mimo, że na żywo wygląda jednak nieco inaczej niż na stronie, jest bardziej butelkowy. Moja wersja to Secret Khaki. To taka bardzo ciemna zielona baza, z mnóstwem błyszczących zielonych drobinek. Drobinki na szczęście pozostają na miejscu i nie migrują po twarzy. Nie wiedziałam do końca jak taki kolor będzie prezentował się przy moich niebieskich oczach, ale bardzo mile mnie zaskoczył efekt - te zielono - złote drobinki fajnie podbijają kolor tęczówki.
Kredka jest wykręcana (takie lubię najbardziej, nie cierpię strugać kredek), a na końcu ma sprytnie ukrytą małą temperówkę, którą możemy regulować grubość rysika. Mnie takie rozwiązanie bardzo odpowiada, podoba mi się jego funkcjonalność. Rysik jest dość długi, więc mam nadzieję, że kredka starczy na długo. 

Kredka jest dość sucha w porównaniu do masełkowatej formuły używanych przeze mnie żelowych kredek, jednak ma odpowiedni poślizg podczas malowania. Kreskę można namalować jednym - dwoma ruchami, zaostrzona końcówka pozwala sprawnie operować podczas tworzenia "jaskółki". Trochę gorzej sprawa wygląda natomiast, gdy kredkę chcemy zastosować jak cień/bazę. Jest to możliwe, ponieważ liner nie zastyga od razu, więc jeśli zrobimy to dość szybko to spokojnie damy radę go rozetrzeć. Jednak tutaj mam wrażenie, że jednak wskazany byłby trochę większy poślizg, kredka jest dość twarda, więc takie mazianie nią po całej powiece nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Warto wtedy wysunąć ją trochę bardziej i zamiast czubkiem smarować po powiece bokiem/kantem.
Niżej możecie zobaczyć dwa warianty makijaży z użyciem linera skin79 - zwykłą, klasyczną kreskę oraz kredką nałożoną na całą powiekę i roztartą, dzięki czemu uzyskałam efekt delikatnego smoky eyes. Na górnych zdjęciach celowo nie ma tuszu, żeby nic nie zasłaniało efektu, który chcę pokazać, całkiem fajnie udało mi się uchwycić te migoczące drobinki.

Podsumowując - ja jestem bardzo zadowolona, zastanawiam się nad zakupem czarnej wersji. Tak trwałej kredki jeszcze nie miałam, co ma też oczywiście swoje minusy - chcąc ją zmyć potrzebna będzie dwufaza (u mnie sprawdziła się najlepiej) i nastawić się trzeba na to, że kredka tak łatwo nie odpuszcza. Natomiast bez obaw - po kilkukrotnym przejechaniu wacikiem zniknie i nie pozostawi po sobie zafarbowanej powieki. Waga kredki to 0,6 g, jest ważna 12 miesięcy po otwarciu, kosztuje 25,50 zł i można ją kupić na alledrogeria.pl

Pozdrawiam,
Panna Joanna


5 lis 2012

Panna Joanna narzeka

I nakłania do przyłączenia się :P Macie tak czasem, że z pewnych mniej lub bardziej Wam znanych względów nagle dopada Was ochota żeby kogoś udusić, zaszyć się pod kołdrą, walnąć w coś pięścią, przebić głową mur (mimo, że podobno się nie da)? Ja w owym stanie znajduję się już któryś dzień z rzędu i jakimś dziwnym trafem co dzień pojawia się kolejna rzecz, która we mnie ten morderczy stan pogłębia. W związku z tym trochę mnie tu ostatnio mniej, zmagam się z pracą inżynierską, projektami, sprawozdaniami i ludzką głupotą. Postaram się powrócić do  Was już w tym tygodniu, mam parę nowości do pokazania, zupełnie przypadkiem odkryłam parę perełek i koniecznie będę musiała Wam o nich napisać. Zdradzę tylko, że chyba znalazłam tusz idealny, który z moich lichych rzęs robi firany do nieba, dostałam w swe ręce podkład, który jest dość jasny i dość żółty, a poza tym mega lekki i mega trwały, pokażę Wam lakier w sam raz na jesienną szarugę (i nie tylko, jest po prostu ładny i cieszy oczy). A dzisiaj pokażę Wam makijaż, który nosiłam kiedyś tam w weekend jeśli mnie pamięć nie myli ;) Na miętowo - zielono w pełnym zakresie, podobno zieleń uspokaja. Guzik prawda.


Tak wiem, mam okropne wory pod oczami, musicie wierzyć mi na słowo, że naprawdę próbowałam je jakoś ukryć, ale bitwę tę przegrałam i była to bolesna porażka.

Życzę wszystkim udanego tygodnia, pamiętajcie, że do weekendu już tylko 4 dni!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...