WoleProstoHeader

30 paź 2012

DZS Po Szóste: Dbaj o skórę dłoni i stóp

Tego punktu Dekalogu Zdrowej Skóry nie mogłam się doczekać, ponieważ produkty, o których Wam dziś napiszę, są w moim top 3 wśród kosmetyków Flosleku. Póki co wypróbowałam już dwa produkty z tej serii i oba migiem podbiły moje serce. O czym piszę? O serii Dr Stopa :) Ale najpierw zerknijmy co na temat pielęgnacji naszych kończyn pisze ekspert Flosleku:

Dłonie najszybciej zdradzają wiek i są naszą wizytówką. Aksamitną skórę dłoni zapewni, dostosowany do naszego wieku i pory dnia, lekki krem na dzień i regeneracyjny krem na noc.
Dr Henryka Dąbrowska radzi: Skóra stóp ma skłonność do zgrubień naskórka, w tym tworzenia się odcisków. Regularne złuszczanie w połączeniu z kremami nawilżającymi zapewnią stopom miękkość i ładny wygląd.
Dłonie są nieustannie narażone na niekorzystne działanie czynników środowiskowych, chemikaliów, wody, a także na urazy. Po każdym ich umyciu powinniśmy używać kremu, który zatrzyma wodę w skórze, ograniczy jej utratę i złagodzi podrażnienia. Nie zapominajmy rozprowadzić go również na paznokciach. 

Przechodząc do tematu - w moim przypadku pielęgnacja dłoni i stóp jest mocno zaawansowana, samych kremów do rąk naliczyłam siedem sztuk, kremów do stóp - pięć. Regularnie urządzam również stopom kąpiele w solach połączone z konkretnym zdzieraniem martwego naskórka. Staram się o kremowaniu rąk pamiętać co najmniej dwa razy dziennie, stopy mają większy luz, bo maltretuję je kremami tylko wieczorem.

Do przetestowania dostałam dwa produkty - odświeżający żel do stóp i balsam do zmęczonych stóp i nóg. Odświeżający żel zużyłam już w sumie kawał czasu temu, bo latem używałam go dzień w dzień. Balsam natomiast z przyjemnością używam aktualnie i jeśli miałabym wybrać pomiędzy tymi dwoma specyfikami to nie potrafiłabym tego zrobić. Oba dostają ode mnie szóstkę z plusem :)

Balsam widoczny na zdjęciu wyżej jest moim wybawieniem po sześciu godzinach spędzonych w laboratorium, gdy po przyjściu do domu mam ochotę natychmiast znaleźć się w pozycji horyzontalnej, co też zresztą zazwyczaj czynię. Krem ma przyjemną, bardzo lekką konsystencję, jest dość rzadki dlatego trzeba go w miarę sprawnie aplikować na stópki. Mi taka formuła odpowiada, lubię lekkie kremy do stóp, raz na jakiś czas jedynie funduję im noc z treściwym masłem i skarpetkami. Przez tą swoją rzadkość jest bardzo wydajny - niewielka ilość wystarczy na wysmarowanie stóp, ja przeważnie smaruję nim też obolałe łydki. Wchłania się dość szybko, ale pozostawia po sobie delikatny film. Czy działa? Zdecydowanie. Na uwagę zasługuje już chociażby jego zapach - charakterystyczny dla kremów z tej serii - mentolowy, bardzo orzeźwiający. Po aplikacji na stopy czuć taki lekki chłodek. Nie wiem czy wpływa na opuchliznę, ponieważ mi nogi nie puchną, jeśli już to są po prostu obolałe, zmęczone, a ten balsam bardzo dobrze sobie z tym problemem radzi. Koi, uspokaja, odświeża. Moje stopy i łydki naprawdę go za to lubią. Działanie nawilżające ma raczej przeciętne, jednak z uwagi na fakt, że używam go codziennie, nie ma problemów z suchą skórą stóp czy zrogowaceniami. Wad w tym produkcie jest mi naprawdę ciężko się doszukać. Pojemność to 100 ml, balsam zamknięty jest w miękkiej tubie, zamykanej na zatrzask. Zapakowana była jeszcze w pudełko, ale jakimś cudem zdążyło ono zniknąć, zanim cyknęłam mu fotkę.
Podsumowując - nie jest to moje ostatnie opakowanie tego balsamu, jak tylko go wykończę, biegnę po kolejny, a bieg mi nie straszny, ponieważ nawet jak będą boleć mnie stópki, to będę miała czym je posmarować :) Zdecydowanie polecam, zwłaszcza osobom cierpiącym na syndrom tzw. ciężkich nóg.


Po tym panu ze zdjęć wyżej zostało mi już tylko wspomnienie i puste opakowanie. Po kolejne na razie nie sięgnęłam, a to głównie dlatego, że godnym zastępcą okazał się balsam z tej samej serii. Ponadto, moim  zdaniem, odświeżający żel lepiej radzi sobie latem, zimą nie odczuwam potrzeby używania tego typu kosmetyku. Natomiast jest więcej niż pewne, że latem do niego wrócę :)
Zapach praktycznie identyczny jak w przypadku balsamu, może jedynie trochę bardziej intensywny (chyba że to ja się do niego przyzwyczaiłam po dłuższym czasie). Konsystencja również bardzo lekka, ale tu już ewidentnie mamy do czynienia z formułą żelową. Wchłanianie ekspresowe, co jest wielkim plusem, zwłaszcza jeśli żelu użyjemy rano przed wyjściem z domu i spieszy się nam, żeby ubrać buty. Działa bardzo odświeżająco, dezodorująco. Co do zmniejszenia potliwości - ja zauważyłam działanie w tym względzie, zwłaszcza podczas upałów, kiedy stopy duszą się w butach. Jest równie wydajny co jego brat z tej samej serii, wystarczył mi do ostatniego upalnego dnia. Poprawy w zrogowaceniu naskórka nie widziałam, aczkolwiek latem mam z tym szczególnie duży problem. Nawilżania również próżno tu szukać, ale wg mnie nie do tego ma ten kosmetyk służyć.
Parametry techniczne podobne jak wyżej - miękka tuba, tym razem o pojemności 75 ml. Tym razem kartonik ocalał ;)
Podsumowując - na lato jak najbardziej tak, teraz niekoniecznie. Wrócę do niego jak tylko zrobi się cieplej.

A jakie są Wasze patenty na dbanie o skórę dłoni i stóp? Pamiętacie o regularnym używaniu kremów czy należycie do grona, które robi to jak sobie akurat przypomni?:D

Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 paź 2012

Makijażowo - mrrroźnie

Wiem, że większość z Was pewnie czeka aż śnieg, który wczoraj spadł w większej części Polski w końcu stopnieje i wróci do nas piękna, złota jesień. Ja natomiast jesieni nie lubię chyba w żadnej postaci - ta deszczowa i szara powoduje, że chce mi się spać, ta kolorowa i słoneczna wpędza mnie we frustrację ze względu na złudną, wysoką temperaturę co w efekcie zawsze wywołuje we mnie katar i kłopoty z zatokami. Z kolei zimę, taką białą i śnieżną po prostu uwielbiam. Uwielbiam cały mój arsenał czapek i szalików, grubych swetrów, uwielbiam spacery z moim psem, który tarza się w śniegu i łapie w zęby śnieżki, uwielbiam chować się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i gapić się za okno na sypiący śnieg. Uwielbiam też zarumienione od mrozu policzki i to przyjemne uczucie, kiedy wracam do domu i czuję jak uderza mnie ciepło. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, ale myślę, że miłośniczki tej pory roku będą wiedziały o co mi chodzi :) Przechodząc do sedna - dziś rano, kiedy z uśmiechem na mordce zauważyłam, że przez  noc śnieg nie zdążył jeszcze stopnieć, złapałam za pędzle, cienie i wyczarowałam bardzo zimowy i bardzo mroźny makijaż. Będzie na pamiątkę jak śnieg w końcu zniknie i znowu pojawi się jesienna aura.



Na twarzy mam: podkład korygujący KOBO (ten żółty), puder transparentny My Secret, brązer JOKO z serii Marrakech Dream (wersja dla brunetek), róż Inglot (niestety starł się numerek), rozświetlacz Essence z serii Wild Craft (<3).
Oczy: cień w kremie Essence z serii Ballerina backstage (ten biały), cienie - błękitny, niebieski, jasnoszary to paletka Sleeka Brights, cienie - biały perłowy, srebrny paletka Sleeka PPQ, sopelki pod oczami to liner z My Secret, na rzęsach mam wspomniany wyżej biały cień w kremie.
Brwi: kredka do brwi Basic (nr 01).
Usta: błyszczyk JOKO z serii Marrakech Dream.

Komuś zrobiło się zimniej?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 paź 2012

Lakierowo - Chocolate Shimmer

Kolejny lakier l.a. colours poszedł w ruch, tym razem sięgnęłam po shimmerową czekoladę. Jakość tych lakierów i łatwość w obsłudze wciąż mnie zachwycają, nie inaczej było w przypadku tej sztuki.
Do pełnego krycia potrzebne są dwie cienkie warstwy, lakier ma dokładnie taką samą konsystencję jak pozostałe, już przeze mnie wypróbowane kolory. Jest dość rzadki, ale nie rozlewa się na skórki, pędzelek choć wąski to łatwo nim manewrować. Schnięcie standardowe, ciężko mi to dokładnie ocenić, ponieważ lakier nakładam na bazę, pokrywam topem, ale mniej więcej po półgodzinie mogę już swobodnie manewrować rękami. 
Kolor jest po prostu boski, długo miałam ochotę na taką mleczną czekoladę, dość ciemną, ale wciąż widać, że to brąz, a nie czerń. Brązowo - rudy shimmer tylko dodaje temu lakierowi uroku, bardziej widoczny jest w sztucznym świetle, ale i w cieniu widać, że coś tam migocze. Ode mnie dostaje piątkę z plusem, wciąż chcę więcej :)



Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 paź 2012

DZS Po piąte: Pamiętaj o filtrach UV latem i zimą

Kolejny podpunkt dekalogu zdrowej skóry, bardzo istotny, ponieważ wiele osób lubi o nim zapominać ;) O tym, że kremy z filtrem należy stosować cały rok, niezależnie od pogody to wie każdy, ale przyznajcie się - czy na pewno każda z nas o tym pamięta? Ja sama często o tym zapominałam do czasu aż zobaczyłam TO zdjęcie. Na tyle mocno podziałało na moją wyobraźnię, że w końcu udało mi się wyrobić nawyk codziennego nakładania kremu z filtrem na twarz i szyję. 

Promieniowanie słoneczne dociera do nas przez cały rok i szkodzi  skórze - przyspiesza  proces starzenia, powoduje przebarwienia, uwalnia wolne rodniki. Kosmetyki z filtrami do pielęgnacji odsłoniętych partii ciała (twarz, dłonie, dekolt) należy stosować nie tylko wtedy, gdy narażamy skórę na bezpośrednią ekspozycję słoneczną.

Kremy z filtrami należy aplikować na skórę ok. 20 min przed wyjściem na słońce. Tego typu preparaty potrzebują czasu aby wniknąć w skórę i zacząć efektywnie działać. Ważne jest także pilnowanie terminu przydatności kosmetyku chroniącego przed promieniowaniem UV. Filtry przeciwsłoneczne mają krótką trwałość – tracą właściwości ochronne kilka miesięcy po otwarciu preparatu.

Kremy z filtrem z Flosleku znałam już wcześniej, poprzedniej zimy używałam wersji zimowej, teraz testowałam dwa zwykłe - 30 i 50. 
Oba są bardzo podobne, zarówno pod względem działania i zachowywania się na skórze, więc recenzja mimo, że dotyczy dwóch kosmetyków, będzie jedna.


Latem używałam 50, obecnie od jakiegoś czasu przerzuciłam się na 30. Nawet na zdjęciach widać, że pod względem konsystencji kremy są praktycznie identyczne, gęste, "zbite". Stosunkowo łatwo aplikuje się je skórę, choć ważne jest też to co już na niej mamy. Osobiście lubię nakładać je na jakieś żelowe kosmetyki, takie które pozostawiają na skórze lekką, mokrą powłoczkę. Podczas nakładania bielą, ale dobrze wmasowane w skórę nie są aż tak mocno widoczne. Ja nawet lubię ten efekt, jestem blada, czasami jedynie przypudrowuję twarz sypkim pudrem i skóra wygląda dobrze. Kremy mają stosunkowo tłustą formułę, osoby o przetłuszczającej się cerze prawdopodobnie nie będą specjalnie zadowolone z tych kosmetyków, natomiast ja, jako posiadaczka skóry suchej, bardzo lubię to ich takie odżywcze działanie. 
Początkowo obawiałam się, że ze względu tą ciężkość kremu, możliwe będzie zapychanie cery, jednak podobnie jak w przypadku kremu zimowego niczego takiego nie zauważyłam. Stan cery nie uległ zmianie, nie odnotowałam żadnych podrażnień, wysypu itp. Pod makijażem również kremy sprawują się całkiem dobrze, nic się nie warzy, nie ściera. Generalnie - poza nieco ciężką formułą nic im zarzucić nie mogę. Na pewno nie są to kremy dla osób z tłustą cerą, posiadaczki suchej powinny być zadowolone. 
Oba kosmetyki są również bardzo wydajne, mimo codziennego stosowania nie widzę w nich dużego ubytku. Opakowania również mi się podobają - proste, miękkie tubki, zamykane na zatrzask, z wygodnym dozownikiem. Ogólnie - na plus.

Podsumowując - ja używam i pewnie używać będę, kremy nie są drogie, mimo kilku wad - mi pasują. Nawet jeśli te kremy nie spełniają Waszych wymogów, bo bielą, bo są tłuste czy z jakiegokolwiek innego powodu - szukajcie filtrów odpowiednich do Waszej cery. Skórę mamy tylko jedną, a to jak będziemy wyglądać z x lat zależy tylko i wyłącznie od tego jak zaopiekujemy się naszą skórą już teraz. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 paź 2012

Najlepszy zdzierak na świecie

Lojalnie ostrzegam, że dzisiejszy post pełen będzie pochwalnych peanów i rozpływania się nad pewnym kosmetykiem. Kosmetyk ten trafił do mnie na spotkaniu śląskich blogerek i odkąd użyłam go po raz pierwszy, momentalnie obdarzyłam go miłością wielką i nieskończoną i z niepokojem i strachem w oczach wypatruję dna. O czym mowa? Jak w tytule - o najlepszym zdzieraku na świecie :)

Kosmetyki Pat&Rub sygnowane przez Kingę Rusin do tej pory były mi obce. Choć oferta bogata to niestety ani dostępu ani dostępnych środków na koncie nie posiadałam by wypróbować. Trafiła się jednak okazja i tym sposobem już żaden peeling nigdy nie będzie tak dobry jak ten ;)
Zacząć muszę od tego podoba mi się w nim najbardziej - działanie i zapach. Po odkręceniu słoika w nos uderza zapach, który ciężko opisać. Bardzo świeży, bardzo orzeźwiający. Jest to zapewne dzieło olejków, które znajdziemy w składzie, a jest ich naprawdę sporo - olejek mandarynkowy, olejek grejpfrutowy, olejek cytrynowy czy olejek rozmarynowy. Zapach po użyciu dość długo utrzymuje się na skórze, może po wieczornym prysznicu rano nie czuć go już na skórze, ale przez  kilka godzin spokojnie idzie go wyczuć. Nie ukrywam, że już sam zapach tego produktu zachęca mnie do tego, aby po niego sięgać, ale i działaniu w zasadzie nic zarzucić nie można. 


Kinga Rusin swoje kosmetyki promuje jako w 100% naturalne kosmetyki ekologiczne - na opakowaniu kilkukrotnie pojawia się informacja, że jest to produkt naturalny, ekologiczny, a w jego składzie rzeczywiście nie sposób dopatrzyć się czegokolwiek podejrzanego. Czy to działa? Jak najbardziej! Peeling jest ostry, taki konkretny. Ma dość "tłustą" formułę - po wmasowaniu go w ciało pojawia się na skórze taki tłusty, biały nalot (który na szczęście łatwo spłukać). Skóra po użyciu jest gładka, więc można wnioskować, że z usuwaniem martwego naskórka kosmetyk radzi sobie bardzo dobrze, ale co najlepsze - po jego użyciu nie muszę stosować balsamów czy maseł do ciała. Skóra jest tak nawilżona, że kropelki wody po prostu spływają po niej jak po ślizgawce. Efekt utrzymuje się dość długo, mi wystarcza jak użyję go dwa razy w tygodniu. Podoba mi się w nim też to, że łatwo go używać. Miałam już peelingi, które po prostu spadały podczas aplikacji na ciało, wyślizgiwały się z rąk, itp. Ten ma zbitą konsystencję, ale bardzo łatwo czepia się skóry, więc po użyciu wanna nie przedstawia obrazu nędzy i rozpaczy. 



Samo opakowanie jest, najprościej to ujmując, ogromne. Plastikowy, zakręcany słoik mieści w sobie 450 g kosmetyku. Jest to naprawdę dużo, słoik jest bardzo masywny. Oprócz pojemności na pochwalenie zasługuje też wydajność - niewielka ilość wystarczy na wypeelingowanie całego ciała. Mimo regularnego używania dość sporo mi go jeszcze zostało, ale podejrzewam, że przed końcem roku nastąpi i jego koniec. Nie powiem żeby mnie to cieszyło - wręcz przeciwnie. Ciężko będzie mi się z nim rozstać, a wynika to z jednej, jedynej wady jaką posiada ten kosmetyk. Cena tego cuda to 99 złotych, co na moją kieszeń jest kwotą wręcz kosmiczną za peeling do ciała. Mój mózg automatycznie analizuje ile innych, tańszych peelingów mogłabym za taką kwotę kupić (i pewnie jeszcze by zostało).

Podsumowując - jest to bez wątpienia najlepszy peeling do ciała jakiego używałam. Zdecydowanie kupiłabym kolejny, gdyby jego cena była niższa (albo gdybym wygrała w totka :P). Sama firma również mnie zainteresowała, przeglądałam ostatnio co ciekawego Kinga Rusin jeszcze proponuje i znalazłam kilka kosmetyków, które wypróbowałabym z dużą chęcią, chociażby krem koloryzujący z filtrem, naturalne balsamy do ciała czy olejki do kąpieli. Dla zainteresowanych wklejam jeszcze skład peelingu:


Znacie, używałyście? A może miałyście styczność z innymi produktami Pat&Rub i chciałybyście coś polecić?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 paź 2012

Makijażowo - lakierowo

Czyli to co Panna Joanna lubi najbardziej. Dzisiejszy makijaż to wynik mojej na nowo odrodzonej miłości do paletki Sleeka Monaco. Ostatnio sięgam po nią właściwie non stop - jej kolorystyka idealnie nadaje się do jesiennych makijaży. Na oku mam cienie tylko z tej jednej paletki (bamboo, washed ashore, sunset, moorse treasure i midnight garden) nałożone na bazę Mary Kay. Na twarzy podkład mineralny Paese, róż Diadem i bronzer Joko. Brwi to oczywiście kredka do brwi z Basic. Na ustach również odgrzebany po kilku tygodniach (czy może nawet miesiącach) matowy błyszczyk z Basic.



W ramach wciąż trwającej manii i chęci wypróbowania kolejnego lakieru l.a. colours zmyłam wczoraj Twilight i nałożyłam Red Carnation. Ten pierwszy trzymał się rzez 4 dni właściwie bez żadnego uszczerbku, pozbyłam się go z paznokci tylko dlatego, że chciałam zmienić kolor. Jest to o tyle zaskakujące, że w poniedziałek przez jakieś 6 godzin babrałam się na laborkach w ziemi, olejach, brudzących odczynnikach, nawet udało mi się trysnąć w siebie kwasem siarkowym, a mani pozostał w nienaruszonym stanie. Dodam, że pracowałam przez większość czasu bez rękawiczek, bo tych po prostu nie cierpię :P Także pierwsza sztuka otrzymuje ode mnie piątkę z plusem, a dzisiaj chcę Wam pokazać jedną z najbardziej nasyconych czerwieni jaką widziały moje oczy, pozostając w temacie laboratorium - odcień czerwony niczym ferroina ;) I tu, uwaga, będą fanfary - na paznokciach mam dokładnie *jedną* warstwę lakieru. Czyż nie jest to piękne? 

Przy okazji przemalowania paznokci, spiłowałam je na krótko, ciemne lakiery czy właśnie czerwienia jakoś bardziej podobają mi się na krótkich paznokciach. Już mnie kusi, żeby malować dalej, kupno kilku lakierów na raz to zdecydowanie zły pomysł, bo człowiek potem nie wie po który sięgnąć ;)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 paź 2012

DZS Po czwarte: Dbaj o skórę wokół oczu

O tym, że skóra wokół jest wyjątkowo delikatna chyba nikomu nie trzeba mówić. Dlatego bardzo ważna jest odpowiednia pielęgnacja tej strefy, dobranie kosmetyków do takiej pielęgnacji przeznaczonych i pamiętanie o kilku podstawowych zasadach.

Kremy pod oczy i kremy do twarzy mają różne pH, dlatego nie powinno się ich stosować zamiennie. Dobrze dobrany preparat pod oczy i odpowiednio wykonany delikatny masaż skóry w trakcie aplikacji zapobiegają powstawaniu zmarszczek.
Skóra w okolicach oczu wymaga szczególnej pielęgnacji. Przede wszystkim powinniśmy ją prawidłowo oczyszczać specjalnymi preparatami. Bardzo ważny jest również odpowiedni dobór preparatu pielęgnacyjnego uwzględniającego specyfikę tego obszaru skóry. Powinien on nawilżać i ujędrniać skórę, a także łagodzić podrażnienia, regenerować i chronić ją przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi – radzi dr Henryka Dąbrowska.

W ramach tego czwartego punktu testowałam dwa produkty - żel ze świetlikiem i rumiankiem oraz biocertyfikowany krem pod oczy z serii beEco. O ile żele ze świetlikiem z Flosleku już wcześniej znalazłam, tak z kolei krem był dla mnie nowością. Gdybym miała wybierać między tymi dwoma kosmetykami to postawiłabym na żel, krem nie do końca przypadł mi do gustu, ale o tym zaraz.

Żel posiadałam wcześniej w innej wersji, albo był to czysty świetlik albo z babką lancetowatą, niestety nie pamiętam. Pamiętam za to, że żel ten bardzo lubiłam i najwyraźniej zużyłam go do samego końca, ponieważ nigdzie nie mogę go znaleźć ;) Wersja z rumiankiem również jest wg mnie całkiem udana. Ja ogólnie jestem wielbicielką żeli pod oczy, zwłaszcza rano, gdy zależy mi na tym by kosmetyk w miarę szybko się wchłonął. Ten sprawdza się jako poranny kosmetyk naprawdę dobrze - trzymam go w chłodnym miejscu, więc działa na moje powieki dość orzeźwiająco. Rano, gdy budzę się z oczami jak królik na prochach, niweluje nieco podpuchnięte oczy, koi skórę wokół oczu, zmniejsza przekrwienie. W zasadzie innego działania nie zauważam - nawilżanie jest tutaj raczej przeciętne, żel nie wysusza, ani ściąga skóry, ale nie jest to treściwy krem, tylko lekki żel, więc ten brak mocnego nawilżenia nie jest dla mnie problemem. Ze względu na likwidowanie opuchlizny i przekrwienia, skóra wokół oczy wydaje się nieco rozjaśniona, sińce nie są tak bardzo widoczne. Ważne jest też dla mnie, że nie podrażnia oczu - nawet jeśli przypadkiem coś mi tam kapnie przy aplikacji w okolicę wnętrza oka, to nie odczuwam pieczenia czy łzawienia.
Sama aplikacja też jest przyjemna i prosta - kosmetyk zamknięty jest w miękkiej tubce zakończonej wygodnym aplikatorem. Tak "zapakowane" kosmetyki pod oczy lubię najbardziej, zdecydowanie wolę to niż grzebanie w słoiczkach, tubki górą :)
Podsumowując - jak na żel za tak niską cenę (cena waha się w granicach 4-8 złotych) jest naprawdę godny polecenia. Sprawdzi się jako kosmetyk nakładany rano, pod makijaż, szybko się wchłania, nie pozostawia lepkiego filmu, łagodzi. Ja lubię to :)


Z biocertyfikowanym kremem pod oczy już tak kolorowo nie było. Przede wszystkim dość szybko zaprzestałam stosować go pod oczy, ponieważ...odczuwałam po jego użyciu ściągnięcie i napięcie skóry. Strzelam, że spowodowane może być to faktem, że krem się wchłania do...matu. I to dość solidnego. Ciężko więc było mi zauważyć jakieś jego dobroczynne działanie, podczas gdy miałam ochotę przepłukać oczy i nałożyć inny krem. 
Na opakowaniu znajdziemy ostrzeżenie aby zachować odstęp od worka spojówkowego i rzeczywiście raz jak się nieco zagapiłam oko zaczęło mnie dość konkretnie szczypać i łzawić. Jednak była to moja nieuwaga, a ostrzeżenie jest widoczne jak byk, więc nie czepiam się. Niemniej jednak pod oczy stosować go nie dałam rady. Żal jednak było tak dobrego składu i sporej dawki naturalnych składników, więc zaczęłam stosować go na szyję i dekolt. I tu już było o niebo lepiej. Uczucie ściągnięcia nie było tak odczuwalne, widoczne pod oczami mam zbyt wrażliwą czy delikatną skórę. Zanotowałam natomiast uczucie przyjemnego wygładzenia skóry, zmiękczenia. Skóra szyi, o której przeważnie zapominam odżyła pod wpływem tego kremu. Po kilku tygodniach stosowania naprawdę widzę różnicę w kondycji skóry. Średnio natomiast podoba mi się zapach kremu - niby sprawa drugorzędna, a jednak. Nie mam zielonego pojęcia jak go określić, wyczuwam w nim jakieś ziołowe nuty, ale takie nieco mdłe. Z plusów mogłabym natomiast wymienić opakowanie - masywny, szklany słoiczek, o prostym designie. Jakoś tak mi pasuje do tej eko etykiety :) Krem nie należy do najtańszych, kosztuje około 35 złotych, jednak jego wydajność jest zadowalająca, staram się go używać codziennie i do dna jeszcze wiele mi brakuje. Jest dość gęsty, ale wystarczy naprawdę niewielka ilość aby posmarować szyję i dekolt.
Podsumowując - choć nie wiem czy kupiłabym po skończeniu aktualnego opakowania, to używam go z przyjemnością. Pod oczy się nie sprawdził, natomiast jako krem do szyi czy dekoltu działa naprawdę rewelacyjnie. Polecałabym go zwłaszcza osobom, którym zależy na naturalnym składzie, myślę, że zadowolone mogłyby być posiadaczki cery tłustej (radzę wypróbować jako krem do twarzy :)). 


Pozdrawiam i zapraszam na kolejne części Dekalogu Zdrowej Skóry :)
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...