WoleProstoHeader

31 sie 2012

Lakierowo - nude plus złoto

Jakiś czas temu zobaczyłam na blogu niecierpka mani tak ładne, że dość długo chodziło mi po głowie. Jako, że paznokci przez jakiś czas  nie malowałam, nie miałam zbytnio możliwości, żeby ten mani na sobie uskutecznić. Jednak stan moich paznokci powoli ulega poprawie, cackam się z nimi jak głupia, moczę w olejkach, soku z cytryny, smaruję, dmucham, chucham itd., a one odwdzięczają mi się tym, że rosną jak szalone. Obecnie przestałam je już skracać na zero, zaopatrzyłam się w bazowy preparat bez formaldehydu (Nail Tek z serii Citra - w przyszłości możecie spodziewać się jego recenzji) i sięgam po kolorowe lakiery. Jest to również spowodowane tym, że moje paznokcie wyglądają obecnie po prostu okropnie, miejsca w których płytka jest odklejona są mocno widoczne, przesuwają się co prawda do góry czyli mogę założyć, że odrośnięta płytka jest już przyrośnięta (masło maślane), ale widok niepomalowanych paznokci bynajmniej nie jest estetyczny.
Tu następuje mała dygresja - ponownie przekonałam się o cudownych właściwościach olejku z drzewa herbacianego. Oprócz tego, że dodaję go do oliwki i moczę w takiej mieszance paznokcie, wkraplam go również pod płytkę paznokciową, zrobiłam sobie również "tonik" czyli do buteleczki wody mineralnej dodałam kilka kropel tego olejku i wieczorem po demakijażu przecieram nim twarz - wysyp, który ostatnio zagościł na moim czole i brodzie odchodzi w niepamięć.

Wracając do zasadniczego tematu - paznokcie. Zgapione od niecierpka, nude plus złoto. Ja złoto dodałam na każdym paznokciu, a oprócz tego dołożyłam jeszcze więcej złota na jeden z paznokci. Wyszło strojnie, ale moim zdaniem nie przesadnie strojnie, nie wiem czemu ale ten manicure kojarzy mi się z szampanem :) Na pewno takie połączenie będzie częściej gościć na moich paznokciach.


Wiem, że ostatnio rzadko tu bywam, ale obiecuję poprawę - skończyłam już praktykę, więc i czasu będę miała więcej, a wakacji w końcu został jeszcze cały miesiąc, nadrobię :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 sie 2012

"Bb"itwa - Maybelline kontra Bielenda

Zdjęcia do tego posta miałam przygotowane już dawno, jednak dopiero dzisiaj znalazłam siły, żeby do nich przysiąść, obrobić i posklejać, co jak co, ale leń mnie ostatnimi czasy nie opuszcza. W każdym razie, w końcu mogę Wam zaprezentować obiecane jakiś czas temu porównanie dwóch pseudo kremów bb - 8 in 1 BB Cream Dream Fresh od Maybelline i Nawilżającego kremu udoskonalającego z lekkim podkładem 5w1 BB z Bielendy. Oba testuję już dosyć długo, przy czym krem z Bielendy nieco dłużej (dobijam już dna), ale w przypadku jednego i drugiego mam już wyrobioną opinię.

Zacznę od tego, że oba kosmetyki bardzo lubię, z kremem Maybelline polubiłam się dopiero po dłuższym czasie używania, szczególnie doceniłam go w ciągu ostatnich upałów i z chęcią sięgałam po niego zamiennie z kremem z Bielendy. Zaznaczam też, że wg mnie te produkty znacznie się od siebie różnią, więc ciężko byłoby mi wybrać zwycięzcę tej bitwy.

W przypadku obu powyższych kosmetyków możemy dopatrzeć się na opakowaniu nazwy "krem bb". Tak jak pewnie większość z Was, mnie też drażni nieco moda na uparte nazywanie kremów tonujących bb kremami. Jestem w stanie zrozumieć, że skoro na azjatyckie upiększające kremy jest teraz wielki boom to producenci z tej mody korzystają, natomiast nie mogę przeboleć tego, że firma orientuje się, że jest popyt na tego typu kosmetyki i postanawia po prostu przechrzcić jeden ze swoich produktów na "krem bb". Natomiast jeśli pojawia się nowy kosmetyk, z innym składem i otrzymuje on miano bb kremu to aż tak mnie to nie razi. I tak też jest w przypadku kremów z Maybelline i Bielendy. Bielenda zaszalała i swój kosmetyk określa jako 5w1, Maybelline poszło jeszcze o krok dalej i obiecuje aż 8 korzyści wynikających z zastosowania ich podkładu.

Opakowania są dość podobne - w obu przypadkach jest to miękka tubka średniej urody. Podkład z Maybelline jest zamknięty w zakręcanym opakowaniu o pojemności 30 ml.  Krem z Bielendy zamykany jest na zatrzask (dość solidny), kosmetyku w tubce znajdziemy 40 ml. Wydobywanie produktu z tych tubek jest proste, choć pewnie nie obejdzie się bez rozcinana opakowań jak kosmetyk będzie sięgał dna.
Pozostając w temacie opakowania - o ile opakowanie Dream Fresha trzyma się całkiem nieźle, tak z tubki z Bielendy strasznie szybko ścierają się napisy, co można zauważyć na pierwszym zdjęciu. Niby szczegół, ale jednak.
Teraz jedna z istotniejszych rzeczy - obietnice producenta. Jak wynika z samych nazw (5w1 czy 8w1) obie firmy obiecują sporo. Czy się z tego wywiązują? Spójrzmy.
Maybelline gwarantuje nam efekt naturalnego rozświetlenia (jest; krem nadaje skórze bardzo ładnego, naturalnego blasku), wyrównanie kolorytu (jest; krem w zasadzie TYLKO wyrównuje koloryt, o większym kryciu nie ma mowy), filtr SPF 30 (na składach się niestety nie znam, więc uwierzę na słowo), nawilżenie przez cały dzień (i tak i nie; formuła kremu rzeczywiście daje uczucie nawilżenia, które bardzo odpowiada mojej suchej cerze, ale nie wyobrażam sobie nie użyć zwykłego nawilżającego kremu - Dream Fresh jest dla mnie jednak zbyt mało odżywczy), korekcję niedoskonałości (nie do końca; kosmetyk ukryje niektóre niedoskonałości jak zaczerwienienia, przebarwienia, natomiast przy większych problemach z cerą nie ma co liczyć na cuda), nietłustą formułę (zgadza się - krem jest z gatunku tych lekkich, bardzo lubię jego konsystencję i formułę, nie za rzadki, nie za gęsty, nie zostawia po sobie tłustego filmu), widoczne wygładzenie (znów i tak i nie; twarz wygląda na gładszą, ale zmarszczek czy mocniej rozszerzonych porów ten produkt nie ukryje; na plus jednak to, że również ich specjalnie nie podkreśla)  i uczucie świeżości (jak najbardziej).
Z kolei Bielenda obiecuje podkreślenie efektu naturalnej opalenizny (owszem; krem podkreśla opaleniznę jeśli takową posiadamy, jeśli nie to ją nadaje), przywrócenie cerze naturalnego blasku i zdrowego odcienia (wg mnie to to samo co punkt pierwszy; krem sprawia, że skóra wydaje się być bardziej opalona, jednak jest to bardzo subtelny efekt, który można stopniować; co do blasku - wykończenie jest mniej rozświetlające niż w przypadku Dream Fresha, ale wciąż można je za takie uznać), delikatne przykrycie zmarszczek i niedoskonałości (zgadza się; krem kryje lepiej niż Dream Fresh, ale jego krycia nie można określić jako mocnego), intensywne nawilżenie (średnio; tutaj wygrywa Maybelline; Bielenda ma nieco inną konsystencję, jest jakby "piankowa", również nietłusta, ale zdaje się być mniej nawilżająca niż u Dream Fresha; z ciekawostek - podczas aplikacji mam wrażenie, że ten produkt jest podobny do Triple Solution z Lioele, rozsmarowując krem na skórze też można wyczuć jakby wydzielały się kropelki wody, jednak w mniejszym stopniu niż przy Lioele) oraz idealne wygładzenie (tutaj sprawa wygląda podobnie jak przy produkcie Maybelline; niby wygładza, ale szału nie ma).

Tutaj analizę pozostawiam Wam, ponieważ składy to nie moja działka, więc ciężko mi zawyrokować, który z nich lepiej się prezentuje. Oba sprawiają wrażenie dość długich ;)

Czynnik, który pewnie zainteresuje jasnoskóre czytelniczki - kolor. Krem z Bielendy występuje tylko w jednym odcieniu, Maybelline w Polsce udostępnia nam trzy (ja zdecydowałam się na środkowy - Light). Oba wydają mi się jasne, może dla kompletnych bladziochów będą zbyt ciemne, jednak osoby o umiarkowanie jasnej skórze powinny być zadowolone. Dream Fresh wpada w taki brzoskwiniowy odcień (bardzo podobny do Peach Sake Pore ze SkinFooda), jest to wg mojego oka odcień ciepły. Krycie jest bardzo lekkie, ale za to krem świetnie dopasowuje się do koloru naszej skóry, dawno nie miałam podkładu, który tak dobrze wtapiałby się w moją skórę. Na jesień planuję zakupić wersję jaśniejszą, ponieważ opalenizna schodzi ze mnie w błyskawicznym tempie.
Z kolei Bielenda to czysty beż, bardzo uniwersalny, minimalnie jaśniejszy od Dream Fresha i chłodniejszy. Jakbym miała porównać ten kolor do czegoś bardziej znanego to byłby to Infinite Matt z Catrice 010. Również dobrze dopasowuje się do cery, jednak tu trzeba wziąć poprawkę na to, że pozostawia po sobie ten odcień opalenizny, nie tyle ciemnieje na twarzy, co działa jak taki lekki krem brązujący (im więcej nałożymy warstw, tym mocniejszy będzie efekt).

Oba kremy należą do dość tanich - za Bielendę zapłaciłam 10 złotych, za Dream Fresha - 16 złotych.

Jeśli chodzi o podobieństwo do azjatyckich bebiszonów to tu na prowadzenie wysuwa się Dream Fresh. Powodów jest kilka - przede wszystkim wyższy filtr SPF, Maybelline ma SPF 30, a więc całkiem sporo, natomiast Bielenda jedynie SPF 15. Również wykończenie w przypadku kosmetyku z Maybelline bardziej przypomina to, które dają azjatyckie bb kremy - cera jest bardzo świetlista, ma taki naturalny blask (ciężko to opisać, skóra wygląda po prostu na rozświetloną bez użycia rozświetlacza, ale nie jest to jednocześnie efekt "tłustej skóry"). Jedyne co tutaj nie pasuje to bardzo lekkie krycie, wszystkie używane przeze mnie prawdziwe kremy bb kryły dość mocno, na tyle, że w przypadku większych niespodzianek nie musiałam używać korektora, poza tym z tego co kojarzę (jeśli kojarzę źle to proszę mnie poprawić) to te pierwsze azjatyckie bb kremy miały służyć do zakrycia i przyspieszenia gojenia się np. śladów po operacjach plastycznych itp. Ale to tak na marginesie.

Podsumowując - bardzo udane kremy tonujące. Nie potrafię wybrać tego, który pasuje mi bardziej, bo jednak dla mnie są zbyt różne. Początkowo nie polubiłam się z kremem Maybelline, jednak po kilku użyciach zaczęłam dostrzegać jego walory aż w końcu przepadłam. Właściwie to nie wiem czemu na początku tak się do niego zniechęciłam.

Na naszym rynku pojawia się coraz więcej kosmetyków tego typu, jednak pozostałe zdecydowanie mnie nie kuszą. Zarówno krem VitaCeric z Dr Irena Eris, krem bb od Eveline czy to nieszczęście, które wypuścił Garnier wydają mi się zbyt ciemne (z wymienionych jedynie eriski nie miałam okazji wypróbować). Myślę nad All-in-one BB Cream z The Body Shop, jednak nieco zniechęca mnie cena - za 60 złotych na ebayu można kupić na upartego dwa azjatyckie kremy bb.

Się rozpisałam...ciekawe czy ktoś dotrwał do końca :)))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 sie 2012

Panna Joanna maluje - zainspirowane Amy Winehouse

Znów niespodziewanie naszła mnie makijażowa wena. Konkretniej wczoraj kiedy oglądałam z tatą koncert Amy. Te jej charakterystyczne kreski chodziłyby za mną tak długo, aż nie uskuteczniłabym ich na swoich powiekach, więc dzisiaj nie mając wiele do roboty złapałam za pędzle. Nie jestem do końca zadowolona z efektu, dopiero na zdjęciach zauważyłam, że mogłam zrobić jaśniejsze usta, ale w końcu to nie usta grają w tym makijażu główną rolę. Zdjęcia wyszły mi w większości dosyć mroczne, więc postanowiłam pójść na całość i pobawiłam się nieco obróbką (czarne tło, kolczyk).
Kosmetyki użyte do makijażu: podkład mineralny Pixie, bronzer Joko, rozświetlacz Elf, kredka do brwi Basic, błyszczyk Eveline, czarny cień z paletki Sleeka OSS, tusz Golden Rose.





Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 sie 2012

Ziołowa drużyna - Green Pharmacy

Green Pharmacy w akcji. Od jakiegoś czasu moje dotychczasowe produkty do pielęgnacji włosów i skóry głowy stoją odstawione w kąt, a ja namiętnie męczę kilka kosmetyków z tej firmy. Słowo "męczę" nie jest może w tym przypadku zbyt trafne, ponieważ produktów tych używa mi się naprawdę przyjemnie i na pewno będę do nich wracać. Ale po kolei. Mój zielony zbiór prezentuje się następująco:

- szampon do włosów zniszczonych i osłabionych, Rumianek lekarski
- szampon do włosów tłustych u nasady i suchych na końcach, Żeń - szeń
- eliksir ziołowy do włosów, wzmacniający, przeciw wypadaniu
- olejek łopianowy z ekstraktami z drzewa herbacianego i rozmarynu, przeciwłupieżowy

Zadowolona jestem w zasadzie ze wszystkich produktów, żadnemu nie mogę zarzucić, że się nie sprawdził. Moimi ulubieńcami stały się szampony i to do tego stopnia, że po skończeniu jednej butelki otrzymanej do testów, pobiegłam do sklepu po kolejną (stąd na zdjęciu dwa szampony, a obecnie w łazience stoi już trzeci).

Na początku używałam wersji rumiankowej i już przy tym szamponie zauważyłam rzecz, która bardzo mi odpowiadała - włosy zaczęły się zdecydowanie mniej przetłuszczać. Normalnie myję je co dziennie, w przypływie wielkiego lenistwa zdarza się, że co drugi dzień, ale wtedy już koniecznie muszę je jakoś związać, żeby nie rzucały się w oczy (mam na tym punkcie taką małą obsesję :P). Przy tym szamponie spokojnie mogłam myć włosy co drugi dzień i nie musiałam jakoś specjalnie kombinować z ich uczesaniem na drugi dzień - wciąż wyglądały świeżo. Nie wiem na ile to zasługa samego szamponu, a na ile pozostałych kosmetyków (eliksiru i olejku), ale jednak strzelam, że szampon ma tu działanie kluczowe.
Szampon dobrze się pieni, ma średnio lejącą konsystencję, nie jest specjalnie wydajny, aczkolwiek jego cena to rekompensuje. Ma charakterystyczny ziołowy zapach - mi on nie przeszkadza, wręcz go polubiłam po pewnym czasie. Czuć, że dobrze oczyszcza, nie wiem jak to inaczej określić, ale naprawdę czuć, że skóra głowy jest oczyszczona. Niestety, po wersji rumiankowej plątały mi się włosy, konieczne było zastosowanie odżywki, inaczej miałabym spory problem żeby je potem rozczesać (używam w dalszym ciągu odżywki z Isany z olejkiem Babbasou). Bez zastosowania odżywki wydawały się też lekko sianowate, niezbyt nawilżone. Z tego właśnie względu zdecydowałam się na zakup wersji Żeń - szeń - producent zaleca ten szampon do włosów, które przetłuszczają się u nasady, ale są suche na końcach (czyli idealny opis moich włosów). I to był strzał w dziesiątkę. Z wersji rumiankowej byłam zadowolona, ale miała ona swoje minusy, natomiast w wersji Żeń - szeń nie mogę się niczego przyczepić. Równie dobrze oczyszcza, normalizuje problem z przetłuszczaniem się włosów, ale zdecydowanie ich nie wysusza, już podczas mycia czuć, że są gładkie i nie są splątane. Oczywiście nadal używam odżywki po myciu, jednak jeśli bym tego nie zrobiła, włosy nadal wyglądałyby świetnie. Ten szampon kupiłam ponownie i myślę, że póki co pozostanę mu wierna - spełnia moje wszelkie oczekiwania wobec tego typu kosmetyków i kosztuje grosze.


Podsumowując - jestem na duże TAK. W skali 1-10 wersja rumiankowa dostałaby ode mnie 7, a wersja żeń - szeniowa 10 :)

Kolejnym z produktów, które raczej na pewno kupię ponownie jest ziołowy eliksir.
Pierwsze o czym muszę wspomnieć to przepiękny zapach - z tego względu chętnie sięgam po niego po każdym myciu. Zapach jest bardzo odświeżający i takie też, w moim odczuciu, jest jego działanie, prawdopodobnie ze względu na to, że zapach dość długo utrzymuje się na włosach. Używałam go regularnie i po 1,5 miesiąca stosowania widzę poprawę jeśli chodzi o wypadanie włosów. Nie jest to jeszcze efekt jaki mi się marzy, ale włosy mi się uspokoiły - ostatnio po różnych eksperymentach leciały mi z głowy jak szalone, teraz jest zdecydowanie lepiej. Włosy po zastosowaniu tego specyfiku są też bardziej sypkie - mam dość cienkie włosy, o raczej średniej objętości, a eliksir nieco niweluje efektu przyklapu, który lubi się tworzyć na mojej głowie. Więcej w zasadzie nie mogę o nim napisać - ot, przyjemnie pachnący kosmetyk, który działa, mam nadzieję, że jeszcze z czasem podziała nieco bardziej. Tak jak pisałam - przypuszczalnie kupię go ponownie, polubiłam go, choć cudów nie robi. W skali 1-10 dostaje ode mnie siódemeczkę :)

Największy problem mam z ostatnim kosmetykiem, czyli olejkiem.
Wybrałam wersję łopianową, ponieważ jest ona przeciwłupieżowa, a moja skóra głowy ostatnio bywa ostatnio przesuszona, tu i ówdzie pojawiał się łupież. Olejek stosowałam dwa razy w tygodniu i po jakichś 2,5 tygodnia moje problemy zniknęły. Ciężko mi natomiast wyczuć na ile jest to zasługa samego olejku, a na ile zmiana pielęgnacji włosów. Moje wątpliwości wynikają głównie z tego, że po tym jak łupież zniknął, odstawiłam olejek i od tamtej pory go nie używam, a problem nie wraca. Póki co nie mam potrzeby jego stosowania, natomiast jeśli za jakiś czas znów pojawiłby się u mnie problem z łupieżem, wtedy na pewno po niego sięgnę. Ten produkt pozostawiam więc bez oceny i trzymam w razie awarii :)

Podsumowując - nie przypuszczałam, że ziołowa pielęgnacja mi tak posłuży, zachwycona jestem najbardziej tym, że nie muszę już codziennie myć włosów, a ich kondycja jest w naprawdę dobrym stanie. Bardzo też odpowiada mi cena tych kosmetyków - w zależności od drogerii ich cena mieści się w przedziale 5-9 złotych. Zastanawiam się jeszcze  nad zakupem balsamów do włosów z tej linii - ktoś miał, używał, poleca?

Ps. W środę skusiłam się na laminowanie włosów, które teraz robi taką furorę w blogosferze i przepadłam - takiej tafli na włosach już dawno nie miałam, a i na objętości sporo zyskały. Nawet mój chłopak pytał mnie czy robiłam coś z włosami bo jakoś inaczej wyglądają, a warto tu wspomnieć, że on takich rzeczy raczej nie rejestruje - ostatnio np. nie zorientował się, że ścięłam jakieś 10-15 cm włosów ;]

Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 sie 2012

Po wizycie u lekarza - wciąż o 8w1

Zacznę może od małego wyjaśnienia - pod moim wczorajszym postem zapanowała istna panika, mnóstwo z Was pisało, że posłało swoje odżywki do kosza, część z Was pisała o problemach jakie u Was ta odżywka wywołała. Dziękuję za tak liczny odzew i dużo ciepłych słów, które od Was otrzymałam.
Nie miałam jednak na celu wywołania aż takiej paniki, ten post to miało być raczej ostrzeżenie, że takie rzeczy się przytrafiają. Nie zrzucałabym winy na odżywkę 8w1, gdybym nie miała niemal całkowitej pewności, że to ona wywołała u mnie takie spustoszenie. Uznałam, że zbyt dużym zbiegiem okoliczności byłoby, aby kilku/kilkunastu osobom przydarzyło się to samo przy stosowaniu tej samej odżywki. Fakt, że stosowałam ten specyfik dość długo i myślałam, że to może być główna przyczyna tego co się stało, aczkolwiek zaczynam się powoli odsuwać od tej teorii. Przyczyny są dwie - od lekarki dowiedziałam się, że reakcja alergiczna w tym przypadku nie musiała wystąpić od razu, a dwa - zobaczyłam co stało się z paznokciami grzee po zaledwie kilku dniach stosowania tego produktu (KLIK!).

Weźcie jednak pod uwagę, że to, że taki wątpliwie przyjemny skutek uboczny wystąpił u mnie (i u kilku innych blogerek), nie znaczy, że i Wam na pewno się coś takiego przytrafi - to wszystko są bardzo indywidualnie kwestie, zależące choćby od samej płytki paznokcia. Ktoś woli nie ryzykować - ok, ktoś inny stwierdzi, że nic się nie dzieje i będzie używać dalej - to Wasza decyzja, nikt tego nie neguje, ani do niczego Was nie nakłania. Ja po prostu ostrzegam, że warto zwrócić szczególną uwagę podczas użytkowania tego produktu, choćby po to, aby w porę zorientować się jeśli coś będzie nie tak.

Tyle tytułem wyjaśnienia, mam nadzieję, że nikt nie będzie nam zarzucał, że chcemy spalić Eveline na stosie (:P). Przechodząc do sedna - jestem już po wizycie u dermatologa i lekarz potwierdził moje przypuszczenia. Paznokcie mam skrócić, odkażać, pilnować ich higieny ze wzmożoną czujnością i za miesiąc mam wizytę kontrolną, aby móc w razie czego sprawdzić czy nie wdało się jakieś paskudztwo. Do odkażania kupiłam olejek z drzewa herbacianego, dodatkowo mogę stosować olejek rycynowy, żeby trochę wspomóc odrastające paznokcie, które zapewne będą osłabione. Lekarka zasugerowała abym odstawiła odżywkę i unikała preparatów do paznokci, które zawierają formaldehyd.

Eveline odpisało, że przykro im, że wystąpiła taka reakcja alergiczna, ale takie rzeczy się mogą przytrafić u jakiegoś procenta osób stosujących te odżywki, a same odżywki zawierają dopuszczalną ilość szkodliwej substancji. Szkoda, że trafiłam akurat do tej grupy osób, którym się to przytrafiło, jednak cóż poradzić...Liczę, że paznokcie szybko dojdą do siebie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 sie 2012

Eveline 8w1 - ostrzeżenie!

Piszę tego posta na gorąco, więc będzie bez zdjęć ani żadnych efektów specjalnych, będzie za to sporo nerwów, a ja jak już się denerwuję to raz, a dobrze. Dosłownie przedwczoraj cammie opublikowała posta o odżywce 8w1 z Eveline KLIK!. Jej opinia była zdecydowanie negatywna, po używaniu tej odżywki pojawiły się problemy z paznokciami (po więcej szczegółów odsyłam na bloga cammie). Ja 8w1 używam już od długiego czasu, nie tak dawno kupiłam nawet kolejne opakowanie (to już moje 5?). Zadowolona byłam z niej przeogromnie - paznokcie mam twarde, długie, nie rozdwajają się, nie łamią, no cud malina, czasem wręcz nie nadążam z piłowaniem paznokci bo rosną jak szalone. Tym bardziej dziwiły mnie wszelkie negatywne opinie na jej temat - wiadomo, każdemu co prawda służy co innego, jednak ta skrajność opinii na temat 8w1 jest mocno zastanawiająca. I pewnie nawet nie skojarzyłabym mojego obecnego problemu z ową odżywką, gdyby nie post cammie. Parę dni temu zauważyłam na trzech paznokciach, że na macierzy paznokcia mam dziwne plamki, wyglądało to jakby zaczęła mi się zmniejszać płytka (te "plamy" były zaraz za wolnym brzegiem). Dzisiaj po zmyciu lakieru przyjrzałam się temu trochę bardziej i zauważyłam, o zgrozo, że najwidoczniej mam pod płytką...powietrze, pustą przestrzeń. Spróbowałam wsunąć w tę przestrzeń pilniczek i wsunął się bez problemu. Przerażona nie na żarty, zaczęłam szukać informacji na ten temat i po nitce do kłębka....wszystko wskazuje na to, że to...onycholiza. Po przekopaniu się przez grafiki googla, fora (m.in. na wizażu) jestem tego niemal pewna, jutro mam umówioną wizytę u dermatologa, więc będę miała okazję potwierdzić moje przypuszczenia. Żeby nie wysyłać Was już po informacje do źródeł, w skrócie - onycholiza to odchodzenie płytki paznokcia od łożyska, spowodowane jest to najczęściej urazem paznokcia, ale wśród przyczyn są też wymieniane skłonności genetyczne czy narażenie na działanie środków chemicznych. Tyle czynników ile mogłam to wyeliminowałam, zaczęłam kopać w informacjach jeszcze głębiej i trafiłam na kilka postów (na blogach i forach) łączących Eveline 8w1 i onycholizę. Poczytałam, przeanalizowałam, znalazłam co najmniej kilka osób, które spotkał ten sam problem właśnie po używaniu tej odżywki. Formaldehyd, który obecny jest w składzie tego specyfiku, od początku zwrócił moją uwagę, ale skoro odżywka działała, niespecjalnie się przejmowałam. 

Odżywka, pożal się boże, idzie do kosza, a ja rozpoczynam walkę o zdrowe paznokcie - z tego co znalazłam na temat onycholizy, walka zapowiada się na długą i żmudną, zwłaszcza, że na jednym z tych trzech paznokci płytka odklejona jest już dość głęboko. Wiem, że w kuracji pomocny jest olejek z drzewa herbacianego, jutro dopytam dermatologa czy jeszcze coś do tego dorzucić. Wam natomiast radzę się dwa razy zastanowić zanim sięgniecie po tę odżywkę - na własnym przykładzie przekonałam się o jej genialnym działaniu, ale takiego skutku ubocznego jej nie wybaczę i nikomu takiego nie życzę. Przy okazji przestrzegam osoby, które z 8w1 przerzucają się na wersję Diamentową - to dokładnie ta sama odżywka, ma identyczny skład:

8w1:
Skład: Butyl Acetate, Ethyl Acetate, Nirtocellulose, Phthalic Anhydride / Trimellitic Anhydride / Glycols Copolymer, Acetyl Tributyl Citrate, Isopropyl Alcohol, Aqua, Fomaldehyde (2%), Acetyl Triethyl Citrate, Stearalkonium Hectorite, Adipic Acid / Fumaric Acid / Phthalic Acid/ Tricyclodecane Dimethanol Copolymer, CI77891, N-Butyl Alcohol, Citric Acid, Diamond Powder.

Diamentowa:
Skład: Butyl Acetate, Ethyl Acetate, Nitrocellulose, Phthalic Anhydride/ Trimellitic Anhydride/ Glycols Copolymer, Acetyl Tributyl Citrate, Isopropyl Alcohol, Aqua (Water), Formaldehyde, Acetyl Triethyl Citrate, Stearalkonium Hectorite, Adipic Acid/ Fumaric Acid/ Phthalic Acid/ Tricyclodecane Dimethanol Copolymer, CI 77891, N-Butyl Alcohol, Citric Acid, Diamond Powder 

Wściekła jestem tym bardziej, że każdemu kto mnie pytał o to, jak udało mi się wyhodować takie mocne paznokcie, polecałam właśnie to cholerstwo. Teraz będę wręcz przed tym przestrzegać, aż zadzwoniłam do cioci, której tę odżywkę poleciłam i kazałam ją wywalić w trzy diabły (odżywkę, nie ciocię).

Tym pesymistycznym akcentem Was żegnam, idę poobrabiać zdjęcia do posta o porównaniu bb kremów z Bielendy i Maybelline i pewnie dziś lub jutro go wrzucę.

Pozdrawiam,
Zła Panna Joanna
7 sie 2012

Panna Joanna maluje...

I świetnie się przy tym bawi :) Od razu ostrzegam, że zdjęć będzie dużo, bo nie mogłam się zdecydować, które wybrać to raz, a dwa - w końcu opanowałam problem braku/nadmiaru światła. Mam ten problem, że moje okna wychodzą na wschód i na zachód i tym sposobem, jak chcę zrobić zdjęcia twarzy, oka itp. to w jednym pokoju zdjęcia wychodzą strasznie ciemne, a w drugim słońce świeci mi prosto w twarz. Ale, ale - wpadłam na pomysł, że skoro brakuje mi światła (słońca raczej nie zgaszę, więc pozostało kombinować tam gdzie za ciemno) to mogę sobie trochę tego światła dodać. Wiem, że brzmi banalnie, bo można to załatwić choćby za pomocą lampy błyskowej, ale w świetle lampy wyglądam, lekko to ujmując, źle. Własnoręcznie zrobiona blenda też szału nie robiła, a dodatek gdzieś mi się zapodziała (strzelam, że wrzuciłam ją za meble i tam już została :P). Rozejrzałam się dokoła siebie i zauważyłam na ścianie lustro, dość spore, ale nie za duże, na dodatek przyczepione tylko za pomocą takich "przyklejek". Po chwili mocowania się, udało mi się je zdemontować ze ściany i dzisiaj zdjęcia wykonane są właśnie przy pomocy mojego lustrzanego myku :) Aparat ustawiłam na statywie, lustro trzymałam pod twarzą, w ten sposób łapało światło zza okna i oświecało mnie. Nie do końca wiedziałam co mi z tego wyjdzie, ale efekty okazały się całkiem fajne. Lustro na ścianę nie wraca, będzie mi nadal pomagać w robieniu zdjęć w niesprzyjających warunkach.

Pisałam ostatnio, że chodził za mną makijaż w odcieniach czerwieni i czerni. Dzisiaj po powrocie z praktyki nie miałam właściwie nic ciekawego do roboty, więc złapałam za pędzle i oto jestem :) Zrobiłam nawet małego stepa, aczkolwiek pod koniec się rozpędziłam i ostatnie trzy kroki nie zostały osobno sfotografowane, na szczęście wiele filozofii tam nie ma. Nie będę się rozpisywać, poniżej step, a później zdjęcia efektów. Wszystkie zdjęcia można powiększyć klikając na nie.


Od górnego lewego rogu lecąc:
1. Na powieki nakładam bazę - użyłam bazy Joko.
2. Na całą górną, ruchomą powiekę nakładam czerwony cień, lekko wyciągając go ponad załamanie - czerwień, której użyłam pochodzi z paletki PPQ ze Sleeka.
3. Wewnętrzny kącik rozświetlam perłowym, biało - srebrnym cieniem (ponownie PPQ).
4. W zewnętrznym kąciku przy linii rzęs nakładam czarny cień (Sleek, PPQ).
5. W załamaniu powieki również nakładam czerń, hojniej w zewnętrznym kąciku, lżej przy wewnętrznym.
6. Dokładnie rozcieram za sobą wszystkie cienie. Posiłkowałam się beżowym cieniem z paletki Sleeka, Monaco.
7. Dolną powiekę podkreślam czarnym cieniem, rozcieram czerwienią; nad linią rzęs maluję czarną kreskę (to właśnie te pominięte kroki, w sensie roztarcie czerwienią i kreska u góry). Tuszuję rzęsy i gotowe!:)

Na ustach mam lekko różowy błyszczyk z H&M, na twarzy minerały Annabelles - zamówiłam ostatnie bezpłatne próbki i dzisiaj jakoś mnie wzięło na przetestowanie. Na policzkach również mam minerałka - jeden z zamówionych przeze mnie kolorów (Golden dark) świetnie sprawdza się w roli bronzera.
Brwi - kredka Basic, rzęsy - tusz Golden Rose. 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
6 sie 2012

Spóźnieni ulubieńcy lipca i...

...gdzie byłam jak mnie nie było.

Wiem, że z tymi ulubieńcami to mam nieco opóźniony zapłon, jednak w ciągu ostatniego weekendu wywiało mnie w góry i zdjęcia ulubieńców, mimo, że gotowe już wcześniej, musiały trochę poczekać.

W ostatnim czasie z kosmetykami u mnie skromnie, zwłaszcza tymi kolorowymi - w takie ciepło malowanie to ostatnia rzecz, o której myślę. Jednak są produkty, po które sięgam częściej niż po inne i to właśnie o nich trochę dzisiaj napiszę. Z pielęgnacją szału też nie ma, zużywam głównie hektolitry żeli pod prysznic, ale pojawiło się w mojej szufladce pielęgnacyjnej kilka produktów, o których warto wspomnieć.


Jakiś czas temu (konkretnie przed poprzednim wyjazdem) kupiłam w Rossmannie płyn do demakijażu oczu firmy Lirene - skusiła mnie niska cena (cena na do widzenia) i mała, poręczna buteleczka, którą bez trudu mogłam upchnąć w wyjazdowej kosmetyczce. Szału się po tym płynie nie spodziewałam, ale całkiem niesłusznie - okazało się, że jest to jeden z przyjemniejszych płynów do demakijażu oczu wśród tych, których miałam okazję używać. Makijaż, nawet ten oporny, zmywa bardzo sprawnie, nie podrażnia, nie powoduje "mgły" na oczach, czego serdecznie nie znoszę. Żałuję, że wycofano go z Rossmannów, liczę, że znajdę go jeszcze gdzieś indziej.
Balsam z FlosLeku (konkretniej Emulsja kojąca po opalaniu) świetnie sprawdził się podczas upałów i po opalaniu - bardzo przyjemnie chłodzi, cudnie pachnie (jak cukierki Ice), szybko się wchłania i odczuwalnie łagodzi skórę po słonecznych kąpielach. Sięgam po niego również jak jest mi ciepło - wtedy choć przez chwilę czuję miły chłodek.
Żele z FlosLeku również bardzo lubię - niedawno wykończyłam wersję aloesową, teraz chciałam spróbować tej z żywokostem. Sprawdza się równie dobrze co poprzednik.
Żel do stóp z BeBeauty - czyli mój Biedronkowy must have. Latem tego typu kosmetyk jest zawsze obecny w mojej kosmetyczce - odświeża, redukuje potliwość. Obecnie używam nowej wersji tego żelu, nie wiem czy zmienił się skład, ale działanie jest porównywalne.


W kolorówce nastąpił powrót do łask pomadko - błyszczyka z  Celii. Jakiś czas temu odłożyłam w kąt (tak ot, po prostu, nic złego mi nie zrobił), a ostatnio wyciągnęłam i jak widać na zdjęciu, już udało mi się w nim spowodować spory ubytek.
Linery żelowe z Essence to jedne z najbardziej trwałych kosmetyków tego typu - przynajmniej w moim przypadku. Mam wersję zieloną i fioletową i po obie sięgałam ostatnio bardzo często. Mój makijaż coraz częściej ogranicza się do cielistego cienia i właśnie któregoś z tych linerów. Nie do zdarcia :) Mam zamiar zaopatrzyć się w wersję brązową, ponieważ zostaje ona wycofana ze sprzedaży (nie ukrywam, że liczę, że znowu uda mi się upolować go w promocji za 3,99 zł ;)).
Krem tonujący z Bielendy (nazwany przez producenta kremem bb) to mój do twarzowy, kolorówkowy numer jeden odkąd tylko go kupiłam. Na obecną pogodę nadaje się idealnie, pasuje mi w nim wszystko - zapach, kolor, lekkie krycie (ale jednak krycie), wyrównanie koloru skóry, lekka opalenizna, którą nadaje, konsystencja, cena, no wsio. Na pewno kupię kolejną tubkę kiedy wykończę obecną. Tak przy okazji - planuję stworzyć w najbliższym czasie recenzję porównawczą kremu z Bielendy z kremem BB z Maybelline. Jesteście zainteresowane takim zestawieniem?
Tusz z Golden Rose to ogólnie mój tuszowy ulubieniec ostatnich miesięcy. Teraz, kiedy już nieco podsechł, sprawuje się jeszcze lepiej niż na początku. Wydaje mi się, że jego żywot powoli chyli się ku końcowi, czas zacząć się rozglądać za kolejną sztuką.

Wracając do początku posta - gdzie byłam jak mnie nie było. Po raz kolejny tam, gdzie zawsze :) Tym razem weekend w Porąbce spędziliśmy bardziej aktywnie - weszliśmy na górę Żar. Przyznam, że sama namawiałam mojego chłopaka na tę wędrówkę (a ostrzegał, że będzie ostro pod górkę!), a po pierwszych podejściach klęłam na czym świat stoi. Nogi mnie nie bolały (dzięki Jillian :P), ale za to zadyszkę miałam taką, że myślałam, że się uduszę - odezwał się mój odwieczny problem - brak umiejętności oddychania ;]
Nie mam zbyt wielu zdjęć, a te, które mam są koszmarnej jakości (robione telefonem), ale jak już tam wlazłam to się pochwalę :D



Z pozostałych ciekawostek - dzisiaj rozpoczęłam praktykę studencką. Przez kolejne 4 tygodnie będę śmigać po laboratorium na ciepłowni. Na szczęście trafiłam na bardzo sympatyczną Panią nadzorującą moją praktykę - z dużym zaangażowaniem opowiadała mi o tym, czym się zajmuje laboratorium, pozwoliła mi przychodzić na 9. Jestem, póki co, bardzo zadowolona :D.
Mam w głowie pomysły na 3 - 4 makijaże, może nawet jakiś tutorial bym zrobiła, bo dawno nie było...Widziałam ostatnio piękny czerwono - czarny makijaż i od tamtego czasu chodzi za mną jak szalony.

Pozdrawiam i życzę nam wszystkim niższej temperatury,
Panna Joanna
1 sie 2012

Lakierowo - na różowo

Pod ostatnią notką zażądałyście swatchy lakierów z różanej kolekcji Wibo - dzisiaj częściowo spełniam Waszą prośbę i pokazuję jeden z nich - nr 10, czyli róż ze złotym połyskiem (takim bardzo, bardzo drobnym shimmerem). Z całej trójki ten osobnik podoba mi się chyba najbardziej, choć malowanie nim do najłatwiejszych  nie należy. Prawdę mówiąc po czwartej warstwie myślałam, że wyrzucę go przez okno - wciąż wyraźnie było widać linię paznokcia (nawet nie chcę myśleć, jak długo by schły te cztery warstwy plus dwie Eveline 8w1..). W końcu się zirytowałam, wszystko zmyłam, położyłam warstwę Eveline (to taka moja baza, używam tej odżywki każdorazowo przed malowaniem), na to warstwę białego lakieru i dopiero na to powędrował lakier Wibo - tym razem dwie warstwy wystarczyły :) Ciężko było mi uchwycić efekt na zdjęciu - ten shimmer jest dość widoczny, zwłaszcza w świetle, a sam lakier prezentuje się naprawdę ładnie - dość jasny, różowy, ale "barbiowaty", subtelnie połyskujący. Szkoda tylko, że z tym malowaniem takie cyrki, ale biały lakier (albo np. jakiś nude - byle był jasny i kryjący) ułatwia sprawę.


Kolor lakieru jest niemal identyczny jak na zdjęciu z lewej strony - w zależności od zdjęcia wychodził albo zimny albo ciepły, a to zdjęcie akurat bardzo dobrze obrazuje jego odcień.

Co do zapachu róż - jest, a i owszem. I to nawet dość intensywny, mój OPT wczoraj podobno wyczuwał pączki z różą :)

Z kolejnymi recenzjami kosmetyków z różanej serii przybędę wkrótce - już teraz mogę napisać, że róż wypada póki co genialnie - jeśli jeszcze się na niego natkniecie to bierzcie bez zastanowienia :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...