WoleProstoHeader

30 lip 2012

Mała rzecz, a cieszy :)

Zaliczyłam dzisiaj istny rajd po lekarzach - okazuje się, że przed miesięczną praktyką muszę wykonać szereg badań, a jeżeli jest coś, czego szczerze nie cierpię, to z pewnością jest to bieganie po lekarzach. W ramach pocieszenia weszłam na chwilę do Rossmanna, bo ostatnio na blogach nastąpił wysyp informacji o wyprzedaży różanej kolekcji Wibo. I rzeczywiście - też zastałam szafę Wibo z przecenionymi produktami. Nie było tego, na co miałam największą ochotę, czyli chabrowego linera, ale z pustymi rękami nie wyszłam :)


Przygarnęłam właściwie wszystko to, co zostało - nie wzięłam jedynie ciemnoróżowego lakieru, bo to nie mój kolor. Do koszyka wrzuciłam natomiast róż do policzków  (nr 03, Silky Rose - naprawdę ładny kolor), dwa opakowania zmywacza w płatkach (czytałam gdzieś, że niezłe i faktycznie - zdążyłam już użyć i cieszę się, że wzięłam od razu dwie sztuki) oraz trzy lakiery - nr 2, 8 i 10. Cała ta przyjemność kosztowała mnie...


...7,74!:) Biorąc pod uwagę pierwotne ceny (lakiery 5 zł, zmywacz 6 złotych, ceny różu niestety nie znam, ale pewnie gdzieś koło 7-8? złotych) - udało mi się sporo zaoszczędzić :)
Właśnie maluję paznokcie lakierem nr 10 i wydaje mi się, że gdzieś już widziałam podobny kolor lakieru (jasny róż z widocznym złotym shimmerem), tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć gdzie.

A Wy skusiłyście się na coś z pachnącej serii?

Poza tym, przy okazji wczorajszej wizyty w kinie (Batman - polecam!), wstąpiłam do Natury (straaasznie dawno mnie tak nie było) i wyszłam z pseudo bb kremem z Maybelline. Dzisiaj się nim wysmarowałam i póki co wniosek jest taki, że pseudo bb krem z Bielendy jest wg mnie lepszy, ale sam Maybelline zły nie jest - potestuję trochę dłużej i dam znać.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 lip 2012

Avonowe paletki - hit czy kit?

Do kosmetyków z Avonu mam małą awersję - parę razy się nadziałam, poza tym zakupy z katalogu to nie to samo co możliwość pooglądania kosmetyków na żywo. Jeden z największych cieniowych bubli, jakich miałam okazję używać, pochodził właśnie z Avonu, więc od cieni tej firmy starałam się w szczególności trzymać z daleka. Jednak spotkałam się kilkukrotnie z bardzo pochlebnymi opiniami na temat czwórek - co ciekawe, negatywnych opinii  było równie wiele. Nie powiem, rozbudziło to moją ciekawość. Na jednym ze spotkań blogersko - youtuberskich w moje ręce wpadły dwie paletki, z których ich właścicielki nie były do końca zadowolone. Tak stałam się posiadaczką dwóch paletek - "Lace electric" i "Golden Splendour". Nie pamiętam, która była czyja, ale jedna trafiła do mnie od Bertki, a jedna od Ani :)

Jak już wcześniej wspomniałam - okazuje się, że ten produkt ma równie wiele zwolenników, co i przeciwników. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy - obie paletki spisały się w moim przypadku całkiem dobrze.

Mimo, że paletki są jakościowo bardzo zbliżone do siebie, mi bardziej przypadła do gustu wersja "Lace electric" - głównie ze względu na kolory. 



Znajdziemy tu matową biel, matowy jasny fiolet oraz błyszczącą śliwkę i szarość. Wszystkie cztery odcienie mają niezłą pigmentację, nawet biel, po której nie spodziewałam się, że będzie aż tak wyrazista. Zdecydowanym ulubieńcem z tej paletki jest cień z lewego, dolnego rogu - teoretycznie jest to dość ciemny odcień śliwki, ale w rzeczywistości wygląda jak szary, który opalizuje na fioletowo, co daje naprawdę piękny efekt (co niestety nie zostało uchwycone na zdjęciach).


Podoba mi się, że tą paletką można wykonać zarówno bardzo delikatny makijaż, idealny na dzień, jak również i mocnego smoka, który nada się na wieczór. Cienie dodatkowo zyskują, jeśli użyjemy bazę pod cienie, łatwo się je aplikuje, nie osypują się, nie rolują w ciągu noszenia, nie blakną. Jestem naprawdę zaskoczona ich jakością i łatwością, z jaką można zrobić nimi makijaż. Jedyne co mi przeszkadza, to to, że cienie są dość suche - z tego względu zdecydowanie polecam używanie ich na bazę - to sporo ułatwia.

Druga z paletek, "Golden splendour", to również udana propozycja. Tutaj znajdziemy cieplejsze odcienie- od delikatnego złota, przez jasny róż, średni brąz aż po ciemny brąz.


Opakowanie podobne, jak w przypadku fioletowej paletki, jedyna różnica jest taka, że paletka ta pochodzi z serii 24K. Pigmentacja również jest zadowalająca, choć nie tak dobra, jak w przypadku "Lace electric". Największe problemy sprawiają dwa najjaśniejsze cienie - ciężko było zrobić mi swatcha tak aby było widać je ręce, dużo lepiej prezentują się na powiece, są bardziej widoczne. Złoto w tej paletce jest zdecydowanie ciepłe, wpadające delikatnie w odcień brzoskwiniowy, kolejno mamy jasny róż, w którym są holograficzne drobinki, dalej jest brąz, w odcieniu mlecznej czekolady i na końcu mój ulubiony cień z tego zestawienia - ciemny, raczej chłodny brąz, opalizujący na złoto, cudo!


Tu również mamy wiele możliwości użycia - od  delikatnego dziennego makijażu po mocny, wieczorowy. Zazwyczaj, jeśli sięgam po tę paletkę, łączę ze sobą złoto i najciemniejszy cień, w zależności od tego jak rozłożę ich proporcje wychodzi albo dzienniak albo smok :)

Niestety nie orientuję się jak cenowo wyglądają te paletki, w zależności od katalogu, ich cena może być różna. Z opakowania możemy dodatkowo wyczytać, że cienie są ważna przez 24 miesiące od otwarcia.

Podsumowując - polubiłam się z tymi paletkami, cieni Sleeka co prawda wg mnie nie przebiją, głównie ze względu na suchą konsystencję, jednak ich jakość, trwałość są bardzo przyzwoite. Często sięgam zwłaszcza po fioletową paletkę (w końcu w Sleekach fioletów jest tyle co kot napłakał ;)). Gdyby nie to, że cieni mam w zdecydowanym nadmiarze, chętnie przyjrzałabym się innym wersjom kolorystycznym.

I na koniec jeszcze jedna drobna uwaga - mimo, że wierzch opakowania lubi się rysować, to same paletki są wyjątkowe trwałe, już kilka razy grzmotnęły o ziemię i po upadkach nie ma najmniejszego śladu :)

Znacie? Macie jakieś swoje ulubione wersje kolorystyczne?

Ps. Uzupełniłam zakładkę "Wyprzedaż" o kilka rzeczy - jeśli jeszcze nie widziałyście - zajrzyjcie :))

Pozdrawiam,
Panna Joanna


25 lip 2012

Panna Joanna testuje - sera Xylogic

Od jakiegoś czasu mam okazję testować dwa nowe sera firmy Xylogic - Ant-Redness i Anti-Age. W stosunku do obu miałam bardzo wysokie wymagania i dzisiaj chciałabym Wam przedstawić moją opinię na ich temat. Nie jest to jeszcze ostateczna recenzja, przynajmniej nie w przypadku nanoserum na naczynka (tutaj chciałabym go jeszcze trochę poużywać, bo choć widzę efekty, to wydaje mi się, że można z niego wyciągnąć jeszcze więcej), aczkolwiek zdążyłam już zaobserwować ewentualne działanie tych kosmetyków, więc niech to będzie taki dłuższy wstęp do tego co nastąpi jak już wykończę oba produkty.

Dane techniczne - sera zapakowane są w tekturowe kartoniki, na których znajdziemy wszystkie informacje o kosmetyku oraz, co najważniejsze, jego skład. Samo serum zamknięte jest w szklanej, zakręcanej butelce z pipetą. Pojemność tych buteleczek to 15 ml.


Powyżej możecie zobaczyć opis samej marki Xylogic. Można też zauważyć, że kosmetyki te zostały wyprodukowane w Belgii.


Serum Anti-Redness stosowałam tylko na te obszary, które dotknięte są problemem rozszerzonych naczynek - u mnie są to skrzydełka nosa oraz kilka pojedynczych punktów koło podbródka. Wg opisu, serum to można stosować na całą twarz, ja tego nie praktykowałam z dwóch powodów - w składzie znajduje się alkohol, który jest dość mocno wyczuwalny podczas aplikacji, poza tym tylko niektóre partie mojej twarzy mają tendencję do pękania naczynek.


Serum stosowałam na ww obszary dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Latem, zwłaszcza kiedy jest gorąco, problem z popękanymi naczynkami się u mnie nasila - zwłaszcza w okolicach płatków nosa. Odkąd stosuję to serum nie zauważyłam aby problem ten się pogłębiał. Oczywiście popękane naczynka jak były tak są, nie oczekuję, że serum mi je magicznie poskleja, dla mnie ważne jest, żeby nie pojawiały się nowe. Nie wiem czy to kwestia mojego pozytywnego nastawienia (;)), ale mam wrażenie, że te naczynka, które już są popękane, zrobiły się trochę mniej widoczne. Nie jest to może jakaś bardzo widoczna zmiana - próbowałam zrobić zdjęcia przed i po, ale obawiam się, że tylko ja bym zauważyła to, co chcę pokazać :). W przypadku tego serum nie będę się jakoś specjalnie teraz rozwodzić - zobaczę czy te efekty, które teraz widzę, będą się dalej rozwijać i jak wykończę opakowanie to zdam obszerniejszą relację.

Skład:
Na początku oczywiście woda, kolejno dalej - Caprylic/Capric Glycerides czyli emulgator (składnik umożliwiający powstanie emulsji, modyfikuje właściwości reologiczne - poprawia lepkość), Alcohol czyli etanol (środek odkażający, konserwujący, rozpuszczalnik niektórych substancji, hamuje wydzielanie sebum; ma negatywny wpływ na skórę - może powodować wysuszenia i podrażnienia), Polyglyceryl-6 Oeate czyli czynny powierzchniowo i wiążący wilgoć związek składający się z gliceryny roślinnej i kwasu oleinowego (pochodzącego np. z oliwy z oliwek), wytwarzany wyłącznie z surowców roślinnych, dalej mamy Ascorbic Acid czyli kwas askorbinowy/witamina C (przeciwutleniacz, ujednolica koloryt skóry, rozjaśnia plamy pigmentacyjne oraz stymuluje produkcję kolagenu), Phytic Acid czyli kwas fitowy (naturalny składnik, pozyskiwany między innymi z  ziaren zbóż, o silnym działaniu  rozjaśniającym przebarwienia, obkurczającym rozszerzone naczynka, anytoksydacyjnym), Disodium Rutinyl Disulfate (zabijcie mnie, ale nie potrafię się dokopać do informacji na temat tego, co to za składnik), Ferulic Acid czyli kwas ferulowy (naturalny filtr anty-UV, antyoksydant, humektant), Arnika Montana Flowers Extract czyli wyciąg z arniki górskiej (bogate źródło flawonoidów, ma działanie przeciwrodnikowe, poprawia przepływ krwi, uszczelnia naczynia włosowate).
Podsumowując - fajnie by było, gdyby nie było tego alkoholu - ja z tego względu nie stosuję tego serum na całą twarz; nie mam też pojęcia czym jest ten składnik trzeci od końca - ktoś może podpowiedzieć?


Z serum Anti-Age, już teraz mogę to napisać - polubiłam się mocno i szczerze. Bardzo odpowiada mi jego działanie na moją skórę. Stosuję je na całą twarz dwa razy dziennie (pod kremy, olejki, itd. - na czystą, oczyszczoną skórę). Efekty są widoczne praktycznie zaraz po zastosowaniu - mam na myśli głównie działanie napinające skórę. Po wmasowaniu serum w skórę wyraźnie czuć, że skóra staje się napięta, elastyczna, gładsza. Mało tego - ten efekt się dość długo utrzymuje. Nie wiem jak jego wpływ na spłycanie zmarszczek, ponieważ takowych nie posiadam, ale doceniam jego rozświetlające działanie - po dłuższym użytkowaniu zanotowałam, że moja skóra, która ma tendencję do wyglądania na szarą, półprzezroczystą, jest jakby jaśniejsza, koloryt jest wyrównany, skóra prezentuje się bardziej promiennie. Ten efekt przychodził wolniej, ale systematycznie - po prostu widzę, że moja skóra jest w lepszej formie.


Produkt ten, mimo, że należy do grupy mocno skoncentrowanych kosmetyków, w żaden sposób nie podrażnił mojej skóry - trochę się tego obawiałam, na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Co znajdziemy w składzie?
Na pierwszym miejscu woda, zaraz za nią Ginkgo Biloba czyli wyciąg z liści miłorzębu (silny antyoksydant, chroni przed promieniowaniem UVB, stymuluje syntezę kolagenu, hamuje stany zapalne skóry, poprawia mikrokrążenie, zawiera substancje blokujące receptory alfa-2), Ascorbic Acid czyli kwas askorbinowy/witamina C (przeciwutleniacz, ujednolica koloryt skóry, rozjaśnia plamy pigmentacyjne oraz stymuluje produkcję kolagenu), Butylene Glycol czyli glikol butylenowy (alkohol o właściwościach nawilżających podobnych do gliceryny; rozpuszczalnik innych substancji, zwiększa przenikanie przez skórę, obniża temperaturę zamarzania - co do tego składnika mam wątpliwości, raz opisywany jest jako szkodliwy, innym razem nie), dalej mamy Polysorbate 20 czyli emulgator (zapobiega rozwarstwianiu się faz, pełni rolę solubilizatora), Polysorbate 80 czyli kolejny emulgator i na końcu Imidazolidinyl Urea czyli konserwant (opisywany jako szkodliwy).
Słowem - nie jest źle, skład jest prosty, wątpliwości mam co do ostatnich trzech składników - emulgatory i konserwanty ogólnie opisywane są jako szkodliwe składniki kosmetyków, jednak biorę pod uwagę, że znajdują się one na ostatnich miejscach w składzie, a więc przypuszczalnie ich ilość nie jest jakaś zatrważająca, nie bez znaczenia jest też fakt, że serum to jest stabilne przez 36 miesięcy, na co z  pewnością wpływa obecność tych składników.

W tym mini-rozszyfrowaniu składów pomogło mi kilka stron internetowych:
źródło 1, źródło 2, źródło 3, źródło 4, źródło 5, źródło 6


Jakie minusy? Przede wszystkim cena - serum Anti-Age kosztuje 130 złotych, natomiast nanoserum 150 złotych. Czy warto wydań na nie aż takie pieniądze? Prawdę mówiąc sama nie wiem. Z obu jestem zadowolona, przy czym z serum Anti-Age bardziej, są to wydajne kosmetyki, rzeczywiście widać, że działają, ich składy też prezentują się całkiem dobrze. Z moim budżetem nie mogłabym sobie raczej na nie pozwolić, niemniej jednak to serum silnie rozświetlające będę mieć w pamięci i gdy nadejdzie taka pora, że będzie mnie na nie stać - z chęcią kupię je ponownie. Na razie cieszę się, że w buteleczce zostało mi go jeszcze sporo i będę wzdychać nieszczęśliwe, gdy już mi się skończy :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 lip 2012

Wyprzedaż - dokładka

Porządki skończone - dokładka :))))

Zapraszam,
Panna Joanna

Z cyklu "O wszystkim i o niczym" część kolejna

Zdjęcia gotowe do recenzji leżą i się kurzą, makijaż szczątkowy, więc też nie ma co się rozwodzić, zrobiłam sobie kropkowe mani i jak pokonam lenistwo to złapię za aparat i uwiecznię. Słowem - leń mnie złapał i nie chce puścić, ale staram się z tym walczyć ;) W tym celu przyszłam sobie tutaj trochę popisać, więc jak ktoś chciałby poczytać dzisiaj coś konkretnego, to ja jednak zapraszam do moich blogowych koleżanek, bo u mnie dzisiaj będzie tak trochę o przysłowiowej dupie Maryni.

Wczoraj zafarbowałam włosy, chciałam je trochę przyciemnić, bo po ostatnim farbowaniu "Złocistym jasnym brązem" z Perfect Mousse nie został już żaden ślad i zaczął mi wyłazić blond, co wprawiało mnie w lekką nerwicę. Dla odmiany sięgnęłam po farbę z Palette również w piance, która nazwana była "Ciemny blond" i co? I dupa zbita, ani ciemny blond nie wyszedł, ani nawet jasny brąz. Jestem chwilowo posiadaczką włosów w odcieniu gorzkiej czekolady, bądź jak to określił OPT - moje włosy są czarne. Zastanawiam się czy czasem ktoś tak for fun nie przekłada zawartości między farbami do włosów - tylko tak chyba da się wyjaśnić to co mam na głowie. Kolor co prawda zły nie jest, czuję się w nim względnie dobrze, no i jakby nie było - miałam ochotę na ciemne włosy, jednak jakby był tak o 2-3 tony jaśniejszy to bym się absolutnie nie pogniewała. W tym celu zakupiłam przeciwłupieżowy szampon z Head&Shoulders, bo podobno szampony przeciwłupieżowe stosunkowo szybko wypłukują farbę z włosów, zastanawiam się co jeszcze mogłabym dołożyć do tego szamponu, aby dodatkowo przyspieszyć proces rozjaśniania - jakieś pomysły?
Strzeliłam nawet szybką fotkę  - tak abyście się miały na baczności następnym razem, gdy sięgniecie po farbę "Ciemny blond".



Co tam oprócz tego...postawiłam sobie na dziś oszałamiający cel - porządek w szafach połączony z wyrzuceniem wszystkiego, czego nie noszę. Efekt? Dwa wypchane worki na śmieci. Przy niektórych ciuchach moja ręka drżała zanim wpakowała je do wora, ale odpychałam od siebie myśli typu "W przeciągu najbliższych dziesięciu lat z pewnością to założę!". A jaki mam teraz elegancki luz w szafie. Aż się prosi o jakieś zakupy :)
To samo zamierzam za chwilę zrobić z kosmetykami - zorientowałam się wczoraj, że i tak wciąż sięgam po te same cienie, po te same lakiery, więc szkoda, żeby się kurzyły i czekały jak te ciuchy na "ich czas". Dziś lub jutro zaktualizuję pewnie zakładkę "Wyprzedaż" - może którejś z Was wpadnie coś w oko.

Zebrałam się i zrobiłam zdjęcie kropkowego mani - nie zwracamy uwagi na suche skórki :) Białe kropki na nudnym tle widziałam już u którejś z Was, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie konkretnie - wydaje mi się, że u Obssesion?;>

 
Popisałam, ponarzekałam, mogę iść dalej sprzątać.
Podobno upały wracają, oł jeah, dawno żeśmy się nie pocili ;]

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 lip 2012

BeautyBlender - makijaż krok po kroku

Ostatnio mogłyście przeczytać recenzję BeautyBlendera, dziś przyszedł czas na przedstawienie schematu makijażu. Pokażę i opiszę w kilku słowach jak wygląda w moim przypadku makijaż twarzy krok po kroku przy użyciu różowego jaja. Moje zdanie na jego temat się nie zmieniło, więc jeśli jesteście ciekawe recenzji zapraszam TUTAJ.

Od razu na wstępie muszę Was przeprosić za to, że wyglądam trochę jak pół pupy zza krzaka, ale cierpię aktualnie na dolegliwość zwaną pokrótce "moje zatoki z niewiadomych względów się na mnie mszczą i mam ochotę odrąbać sobie głowę". To tak tyle ze zdrowotnych nowinek ;)

Jak wygląda "podstawowa instrukcja obsługi" gąbeczki już pewnie wiecie - jajo moczymy w wodzie, wyciskamy w dłoniach, a nadmiar wody odsączamy w papierowy ręcznik:

Jak wygląda dalszy ciąg tej historii? W skrócie - tak:

Dla osób, które nie lubią migających obrazków, poniżej spokojniejsza wersja wraz z opisem.

1. Przygotowuję twarz (nakładam sera, kremy, filtry, itp.), moczę gąbkę i przystępuję do ataku.
2. Na węższą stronę jaja, tzw. czubek, nabieram odrobinę korektora.
 3. Nakładam korektor pod oczy, na skrzydełka nosa; jeśli chcę uzyskać większa krycie, w trakcie stemplowania dobieram korektor na gąbkę.
4. Na dłoń wyciskam podkład, maczam w podkładzie szerszą, spodnią część jaja, tzw. dupkę.
5. Stempluję twarz, zaczynając od jej środka - nosa, środkowej części czoła, policzków; ze stemplowaniem przemieszczam się na zewnątrz twarz, ponieważ to w tzw. strefie T potrzebuję większego krycia.
Utrwalam podkład sypkim lub prasowanym pudrem.
6. Czas na modelowanie twarzy - zaczynam od nałożenia na boczną "ścianę" gąbki bronzera.
7. Stempluje gąbką po kościach policzkowych - tym razem zaczynam od zewnątrz i kieruję się do środka twarzy.
Dolną częścią jaja - tą samą, którą nakładałam podkład, rozcieram granice bronzera.
8. Na kolejny bok gąbki nabieram rozświetlacz.
9. Stempluję pod łukiem brwiowym oraz nad nałożonym bronzerem, delikatnie zahaczając również o te fragmenty skóry, które pokryte są bronzerem - w ten sposób granice tych dwóch kosmetyków dobrze się ze sobą stopią.
10. Gotowe! Makijaż twarzy skończony, BeautyBlender zdecydowanie potrzebuje kąpieli :)

Czasami dokładam jeszcze etap nakładania różu, ale to tylko w wersji full, ostatnio ogólnie mój makijaż ogranicza się do pudru sypkiego i odrobiny bronzera - na potrzeby tego małego instruktażu wykonałam wersję pośrednią. Jak widać różowe jajo z powodzeniem zastępuje kilka pędzli, których musiałabym użyć do tego makijażu.

Używacie BeautyBlendera w podobny sposób? A może macie jakieś własne, ciekawe triki? Dajcie znać w komentarzach, na pewno z nich skorzystam ;)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 lip 2012

Zapach wczesnej młodości - emulsja do opalania Mirasol

Tak, tak dokładnie - okazało się, że jestem już na tyle leciwa, że kosmetyk, który niedawno wpadł w moje ręce, przypomniał mi swoim zapachem...moje lata młodości ;)

Emulsję do opalania dostałam już spory kawałek czasu temu - chyba nawet przed wakacjami. Dotrzymywała mi towarzystwa podczas łapania pierwszych promieni słonecznych czy na ostatnim wyjeździe, kiedy miałam szczęście wypoczywać przy 30-stopniowych upałach. Pewnie wiele z Was zdziwi, że emulsja ma filtr SPF 10 i oznaczona jest przez producenta jako ochrona niska - przy mojej jasnej karnacji wydawać by się mogło, że to zbyt słaby filtr. Wyjaśnienie jest proste - oprócz jasnej karnacji, mam też niesamowitego farta, bo opalam się na brązowo (na ciele, twarz przeważnie potrzebuje chwili aby ochłonąć), omijają mnie nieprzyjemności związane ze słonecznymi oparzeniami itp. Jedyne co czasem mi dokucza to pojawiającą się raz na jakiś czas wysypka (zwłaszcza na dekolcie) - wtedy wiem, że widocznie przegięłam i staram się chować przed słońcem.

Na twarz stosuję oczywiście wyższe filtry - latem są to 30 lub 50, zimą schodzę do 20-25. Filtry na ciało mogłabym sobie prawdopodobnie darować, jednak ciężko mi zignorować pojawiające się wszędzie doniesienia o szkodliwości słońca. Emulsja z Mirasolu miała mi docelowo zapewnić bezpieczeństwo podczas opalania oraz niwelować ewentualne nieprzyjemne skutki przebywania na słońcu. Czy spełniła swoje zadanie?

Moim zdaniem - jak najbardziej. Bardzo odpowiada mi jej formuła - jest to lekkie mleczko, które naprawdę szybko wchłania w skórę i nie pozostawia po sobie lepkiego czy tłustego filmu. Czuć, że skóra jest czymś posmarowana, ale zdecydowanie jest to przyjemniejsze uczucie niż przy gęstych, bielących, niewchłaniających się filtrach. Aplikację powtarzałam średnio do 2-3 godziny, zaufałam temu, że formuła jest wodoodporna i po wyjściu z wody czasami odczekiwałam aż minie właśnie ten czas od ostatniej aplikacji. Co zauważyłam? Skóra była miękka, nawilżona, jakby lekko błyszcząca. Zdarzało mi się spędzać całe dnie na słońcu i nie odniosłam żadnych "obrażeń" typu spieczenie czy wysypka. Nawet skóra na ramionach, która czasem lubiła być początkowo zaczerwieniona, dość szybko ładnie zbrązowiała. Odnotowałam też coś co bardzo mnie cieszy (choć nie jestem do końca pewna czy to akurat zasługa tego mleczka) - z reguły opalenizna schodziła ze mnie w tempie ekspresowym, teraz mam wrażenie, że utrzymuje się zdecydowanie lepiej. Nie jestem co prawda opalona do jakiegoś niewyobrażalnie ciemnego koloru, jednak ten lekki, czekoladowy/oliwkowy odcień skóry, wciąż się na niej utrzymuje.Muszę też wspomnieć o zapachu bo ten, choć nie potrafię go opisać, zdecydowanie mnie urzekł. Pachnie w zasadzie typowo jak podobne do niego produkty, jednak wyczuwam w nim nutkę wakacji, które jako mała dziewczynka, spędzałam z rodzicami nad morzem :)
Opakowanie to butelka mieszcząca 200 ml produktu, zamykana na zatrzask. Dość poręczna, zamknięci zdaje się być solidne. Wydajność oceniam jako średnią - niemniej jednak stosowałam tę emulsję na całe ciało i to powtarzając aplikację co kilka godzin, więc nie ma siły aby starczyło na długo. Cena to około 12-13 złotych.

Podsumowując - z pewnością nie jest to kosmetyk dla osób z jasną karnacją, którym słońce robi krzywdę, ochrona na pewno będzie zbyt słaba. Polecić mogę go natomiast osobom, które opalają się bez problemów, z ciemniejszą karnacją i większą odpornością na poparzenia słoneczne. Mnie przypadł do gustu, nie wiem co prawda czy kupię go ponownie, ponieważ na chwilę obecną nie szykuje mi się żaden wyjazd (praktyki ;/), ale będę o nim pamiętać na przyszłość.

Firma Mirasol ma w swojej ofercie również emulsje do opalania z wyższymi filtrami (do 50 włącznie), więc osoby potrzebujące mocniejszej ochrony również znajdą coś dla siebie.

A Wam jak mijają wakacje? Używacie filtrów małych i dużych?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 lip 2012

Panna Joanna testuje - nowości The Body Shop, pachnące mniej i bardziej :)

Dwie pachnące nowości od The Body Shop testuję już od jakiegoś czasu i dziś przyszła pora na ich recenzję. Na tapetę pójdą olejek do ciała i włosów o zapachu kokosowym oraz mgiełka do ciała w wersji waniliowej. Na wybór zapachu nie miałam wpływu, co przyczyniło się do tego, że jeden z tych kosmetyków dostał się do mojego top 10, a drugi z kolei...wprost przeciwnie.

Zacznę od tego co przyjemniejsze czyli od olejku. Choć jego nazwa wskazuje na to, że powinien pachnąć kokosem, lecz doszukać się tu prawdziwie kokosowego zapachu jest ciężko. Nie jest jednak absolutnie wada tego kosmetyku, pachnie bowiem przepięknie - bardziej jak słodki kokosowy cukierek, dość wyraziście, ale nie nachalnie. Zapach utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, ale nie jest duszący czy męczący (a mnie często męczą takie słodkie zapachy). Za zapach ten produkt dostaje ode mnie wielkiego plusa, strasznie jestem ciekawa innych wersji zapachowych, zwłaszcza grejpfruta i cytryny, któryś z tych dwóch na pewno dołączy do mojego kokosowego ulubieńca. 

Olejek z założenia przeznaczony jest do pielęgnacji ciała i włosów. Ja z kolei upodobałam sobie go do...nawilżania twarzy. Stosuję go zawsze wieczorem na oczyszczoną skórę buzi, jak się wchłonie to czasem nakładam na niego krem (ale nie zawsze). Cudownie zmiękcza skórę, niweluje objawy przesuszenia skóry, które w okresie letnim dokuczają mi wyjątkowo mocno. Mam wrażenie, że skóra jest miękka, ukojona, nawilżona (ale nie tłusta!), a suche skórki w okolicach brwi czy nosa mniej dają o sobie znać. Nie zauważyłam efektu zapchania, czego się odrobinę obawiałam ze względu na dość tłustą formułę olejku, na szczęście nic takiego się nie stało. Olejek również nie pozostawia po sobie lepko - tłustej warstwy - wchłania się stosunkowo szybko i nie zostawia po sobie żadnego filmu.  

Stosowałam go również na ciało i włosy, ale najzwyczajniej jest mi go szkoda :) Jego działanie w tych strefach również było bez zarzutu, jednak wg mnie ten kosmetyk ma zbyt duży potencjał żeby marnować go na smarowanie np.nóg. Dlatego ograniczyłam się do używania go na twarz, szyję, czasem na dekolt oraz na końcówki włosów. W ostatnim przypadku sprawdza się również wzorowo - moje końcówki są mocno sfatygowane, suche i lubią żyć własnym życiem. Olejek delikatnie wtarty w końcówki włosów ujarzmia je, wygładza i przy tym nie obciąża, nie sprawia, że wyglądają na tłuste. 

Ogromnym plusem jest wydajność - przy moim codziennym stosowaniu go, wciąż jest go w butelce bardzo dużo, stawiam, że opakowanie starczy mi łącznie na jakieś 3 miesiące. Żeby zużyć go szybciej musiałabym chyba wylać na siebie pół opakowania na raz. 

Opakowanie to prosta, plastikowa butelka. Poręczna, zamykana na zatrzask, który mógłby być odrobinę mocniejszy - zawsze boję się, że gdy nie postawię butelki pionowo to coś tam trzaśnie i kosmetyk się rozleje. Niemniej jednak, póki co, nic takiego mi się nie przytrafiło i mam nadzieję, że tak zostanie. Na etykiecie znajdziemy wszelkie informacje na temat olejku. 
Otwór, przez który wydostajemy kosmetyk jest wygodny, bez problemu możemy wydostać ze środka odpowiednią ilość kosmetyku, w tym względzie nie można nic zarzucić funkcjonalności opakowania.
Pojemność butelki to 100 ml.

Cena olejku to 39 złotych. Wydawać by się mogło, że to dużo, jednak tak jak już wcześniej wspomniałam - kosmetyk jest naprawdę wydajny, wielofunkcyjny, pojechał ze mną na wakacyjny wyjazd i służył mi naprawdę świetnie - nie musiałam brać ze sobą kremu, balsamu. Ode mnie dostaje 5 gwiazdek na 5 i z całą stanowczością to nie moje ostatnie jego opakowanie.


Teraz z ochami i achami będzie trochę gorzej, ale od razu na wstępie zaznaczę, że mogę być nieobiektywna, ponieważ...nie lubię wanilii. Z waniliowych rzeczy to ja jedynie serek Danio, a i to najlepiej nie za często. Kiedy jednak dotarła do mnie waniliowa mgiełka do ciała, próbowałam się przełamać i zrobiłam małe psik psik.

No i niestety, zapach jest intensywny, prawdziwie waniliowy, słodki, a mgiełka rzeczywiście sprawia wrażenie odświeżającej, zdawałoby się idealnej na letnie upały, jest to pewnie świetna sprawa dla osób lubujących się w takich zapachach, jednak zdecydowanie nie jest to zapach dla mnie. Doceniam walory estetyczne samego opakowania - grube, ciężko szkło, o przyjemnym dla oka designie, naprawdę ładne, doceniam właściwości orzeźwiające samej mgiełki i z całą pewnością mogłabym ten produkt polecić osobom, które lubią takie zapachy. Mgiełka powędrowała do mojej cioci, która wanilię znosi lepiej niż ja i doszły mnie słuchy, że służy jej znakomicie :) Na skórze zapach utrzymuje się długo i przyjemnie się rozwija, butelka również wzbudziła pozytywne wrażenie.
Cena, jeśli się nie mylę, to coś w okolicach 40 złotych za 100 ml. Kusi mnie, żeby wypróbować inną wersję zapachową, ponieważ woń wanilii, po jednokrotnym psiknięciu na szyję, utrzymywała się naprawdę długo, więc latem jakaś np. kwiatowa wersja zapachowa takiej mgiełki, mogłaby być dobrą alternatywą dla perfum :)

------------------------------------

Zmykam kończyć prezent dla mojego OPT - dzisiaj stuknęły mu 22 lata :)) Odkąd jesteśmy razem, mamy taką swoją tradycję, że urodzinowe prezenty wykonujemy samodzielnie, aż się boję, co to będzie za kilka lat jak skończą mi się pomysły, z roku na rok jest coraz trudniej. Z tegorocznego pomysłu jestem zadowolona, mam nadzieję, że mojemu OPT spodoba się równie mocno. Trzymajcie za mnie kciuki wieczorem, bo prezent jest duży i ciężki, a ja mam tendencję do zrzucania takich rzeczy i łamania na nich kończyn :))

Pozdrawiam,
Panna Joanna


15 lip 2012

BeautyBlender - kod zniżkowy (sprostowanie)

Witam się po krótkiej przerwie :) Relację z wyjazdu zostawię sobie na jutro, dzisiaj na szybko mam dla Was małe sprostowanie - w poprzedniej notce KLIK! podałam pomyłkowo zły kod rabatowy na duopack  BeautyBlendera - zamiast "joannapanna" wpisałam "pannajoanna" (nie ma to jak pisać mechanicznie i niekoniecznie się nad tym zastanawiać ;)). W związku z tą pomyłką, Pani Roma zaproponowała przedłużenie ważności kodu zniżkowego. Tak więc do 17 lipca czyli do wtorku możecie na hasło joannapanna otrzymać 10% rabat na zakup różowej gąbeczki :) 

Za to małe zamieszanie serdecznie przepraszam, zwłaszcza, że wiem, że były osoby, które z tego kodu chciały skorzystać :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 lip 2012

BeautyBlender - różowe jajo na tapecie ;)

O różowym jajku z firmy BeautyBlender słyszeli już chyba wszyscy. Ta specjalnie wyprofilowana gąbeczka, mająca pomóc nam w wykonaniu makijażu, szybko zyskała spore grono zwolenników jak i pokaźną grupę nierozumiejącą fenomenu tego produktu. Gdzie uplasowałam się ja? Początkowo byłam przekonana, że nigdy nie wydałabym 80 złotych na gąbkę do makijażu, nawet gdybym dysponowała pieniędzmi umożliwiającymi mi taki zakup. Potem obudziła się we mnie ciekawość, potem spróbowałam tańszego zamiennika, a teraz mam okazję wypróbować upragnione koniec końców różowe jajo.



BeatyBlendera otrzymałam w ramach współpracy - zostałam beautyexpertem. Oprócz gąbeczki przywędrowała do mnie również mini butelka z płynem do czyszczenia jaja. Zrobiłam masę zdjęć, więc dzisiejszy post, jak również kolejny będą w sporej mierze oparte głównie na nich. Oczywiście kilka słów również wtrącę, bez obaw :))


Po otworzeniu przesyłki i pierwszych "namacalnych" testach, moją uwagę zwróciła, oprócz naprawdę neonowego koloru gąbki, jej miękkość. BB jest niesamowicie miękki, bardzo elastyczny, nawet gdy jest suchy. Te właściwości potęgują się gdy gąbkę zmoczymy - aplikowanie podkładu tak miłym w dotyku narzędziem to sama przyjemność.
Kształt gąbeczki pozwala nam na wykonanie nią praktycznie całego makijażu - szersza część posłuży nam do aplikacji podkładu, spiczasto zakończona strona znakomicie sprawdza się przy nakładania korektora pod oczy czy koło skrzydełek nosa. Bocznej strony BB ja używam do aplikacji różu/rozświetlacza/bronzera. Powierzchnia jest spora, więc wszystkie te kosmetyki bez obaw się tam zmieszczą :)

Jak już pewnie wiecie, gąbeczkę przed użyciem należy zmoczyć. Osobiście nie polecam do tego ciepłej wody, najlepiej sprawdzi się woda zimna. Moczymy gąbkę przez chwilę, "mnąc" ją w ręce, następnie odciskamy nadmiar wody i odsączamy jajo np. w papierowy ręcznik.


Jajo po zamoczeniu zwiększa swoją objętość, dość widocznie, staje się też bardziej elastyczne. Dzięki temu, że gąbka jest wilgotna oraz ze względu na specyficzną, porowatą strukturę jajka, podkład, który zaaplikujemy na twarz będzie niewidoczny, jednocześnie nie tracąc krycia. Wiem, że brzmi to trochę jak masło maślane, ale dość dokładnie opisuje efekt - niektóre z używanych przeze mnie ciężkich podkładów (jak np. Colourstay z Revlona) oprócz krycia zapewniały mi średnio przyjemny skutek oboczny jakim była maska. Ten sam podkład nałożony beautyblenderem wciąż kryje, jednak w jakiś magiczny sposób znika efekt maski. Również minerały, z którymi aplikacją miałam czasami problemy, świetnie współpracują z tą gąbką - wysypuję odrobinę podkładu na wieczko, "maczam" w nim gąbkę i wklepują w twarz. Podkład, mimo, że w proszku, świetnie stapia się ze skórą, nie osypuje się podczas nakładania.

Podkład płynny:


Podkład mineralny, sypki:


Korektor w proszku:



Róż:


Nie zauważyłam specjalnego wpływu aplikacji makijażu beautyblenderem na trwałość makijażu, jeśli coś ma się zetrzeć to i tak się zetrze, natomiast zdecydowanie lepiej trzymają się skóry róże, bronzer, rozświetlacz - przypuszczam, że to wynik tego, iż cały makijaż jest ze sobą lepiej stopiony.

Utrudnieniem w stosowaniu tej gąbeczki może być konieczność jej mycia po każdym użyciu - mnie początkowo bardzo to irytowało, jednak można się do tego przyzwyczaić, poza tym samo umycie gąbeczki kiedy podkład jeszcze nie zaschnął jest stosunkowo szybkie -  jak zostawimy sobie mycie "na drugi dzień" to tak lekko już nie jest, ale zależne jest to też od podkładu i specyfików do czyszczenia gąbki. Płyn BlenderClenaser, który otrzymałam w czyszczeniu gąbki sprawdza się wzorowo - świetnie się pienie i bez większego wysiłku możemy doczyścić gąbkę z największych nawet zanieczyszczeń. Ja do mycia po skończeniu butelki beautycleansera używałam zwykłego łagodnego szamponu (jak np. Babydream) i również nie miałam problemów z domyciem gąbki.

Uwagi dodatkowe:
Przy długich paznokciach zaleca się szczególną ostrożność :)) Ja załatwiłam tak swoją poprzednią gąbkę - to naprawdę delikatny twór, a podczas mycia jednak miętolimy dość energicznie tę gąbkę w rękach, więc trochę więcej ostrożności nie zawadzi.
Ciężko mi na razie określić wytrzymałość gąbki, producent pisze, że może ona wytrzymać do 6 miesięcy, jednak czytałam sporo opinii, że przy odpowiednim traktowaniu jaja, spokojnie posłuży nam nawet rok.

Pozostaje kwestia najbardziej sporna - cena. Gąbka kosztuje 79 złotych, co dla mnie, niezarabiającej studentki jest kwotą dużą, zbyt dużą. Dlatego jeśli zdecyduję się na zakup BeautyBlendera to nastąpi to dopiero wtedy, gdy mój budżet mi na to pozwoli. Jest spory progres, biorąc pod uwagę, że zaczynałam od podejścia, że osiem dych za gąbkę to nigdy w życiu :)))


Podsumowując - ja widzę sporą różnicę pomiędzy makijażem zrobionym palcami/pędzlami, a tą gąbką. Przy mojej suchej skórze nakładanie kosmetyków na wilgotno sprawdza się na prawdę dobrze, znika problem z suchymi skórkami, które tradycyjne metody makijażu mogą podkreślać. Ja jestem na tak i nie wykluczam zakupu tej gąbki w przyszłości, jednak tak jak pisałam - muszę poczekać, aż moje zarobki mi na to pozwolą.

Uwaga - w przeciągu trzech kolejnych dni, możecie uzyskać 10% rabat przy zakupie produktu beautyblender duopack, wystarczy podać kod "joannapanna". 
EDIT: przez pomyłkę podałam, że jako kod obowiązuje hasło "pannajoanna", a w rzeczywistości jest to "joannapanna". Bardzo przepraszam Was za tę pomyłkę, wiem, że któraś z Was chciała skorzystać z tego kodu zniżkowego, nic się nie martwcie - napisałam właśnie do Pani koordynującej współpracę i wiem, że jest możliwość przedłużenia ważności kodu rabatowego, więc jak tylko dowiem się do kiedy od razu umieszczę taką informację.

Produkt ten został mi przesłany do recenzji, ale nie wpływa to na moja opinię.

Pozdrawiam,

Panna Joanna

(Ten wpis został opublikowany automatycznie, na wszelkie komentarze, pytania odpowiem po 15 lipca)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...