WoleProstoHeader

29 cze 2012

Z serii "O wszystkim i o niczym" - ostatnio było o wszystkim, więc teraz czas na nic

Jestem, żyję, nie umarłam. Wiem, że od ostatniej notki (notabene - notka o serii Marrakech Dream wciąż bije rekordy popularności w moich statystykach, mniemam, że seria przypadła Wam do gustu ;)) minęło sporo czasu, ale każdy kto kiedyś mniej lub bardziej studiował, wie, że czerwiec to niestety nie czas puszczania czy tam łowienia wianków, grilla i imprez pod chmurką, ale przede wszystkim sesja, czyli okres kiedy kurczę się w sobie, strasznie marudzę, jęczę, że chcę już wakacje i zawsze dochodzę do wniosku, że Politechnika jest głupia. A zwłaszcza ta moja. Tak więc przez ostatnie dni zmagałam się z nauką do egzaminów i robieniem nudnych i niepotrzebnych mi do szczęścia projektów (zwłaszcza mam tu na myśli projekt z przedmiotu obieralnego - "Znowu Rysujemy Kibelki" - ani to ciekawe, ani przyjemne w wykonaniu, człowiek ślęczy przed komputerem i zamiast zrobić coś pożytecznego jak na przykład oglądanie seriali, to siedzi i rysuje rury odpływowe). Jakoś tak się dziwacznie złożyło, że wszystko co miałam do zdania, zdałam już za pierwszym podejściem (co się ze mną dzieje? czy już powinnam odwiedzić specjalistę??), w środę obroniłam projekt z kibelków (pani doktor inżynier otworzyła mój odpicowany do granic możliwości projekt i ze słowami "tragedia, katastrofa" wpisała mi na nim 3; bym wiedziała, że więcej nie dostanę to bym dzień wcześniej poszła spać o normalnej godzinie, a ja jak głupia opisywałam studzienki i rysowałam kółeczka w skali) i tym sposobem, nie dość, że mam już wakacje, to jeszcze po raz pierwszy w mojej studenckiej karierze nie będę miała kampanii wrześniowej. Normalnie nie wiem co ja ze sobą zrobię w tym wrześniu, chyba "Przyjaciół" zacznę od nowa męczyć, a co. Dzisiaj miało być jakieś podsumowanie maja, czerwca i ogólnie pierwszych dni lata, coś jak ulubieńcy, tylko w otoczeniu moich życiowych filozofii, ale niestety (czy raczej stety) - pogoda dała czadu i zamiast robić zdjęcia kosmetyków (mieszkam na pierwszym piętrze, zdjęcia robię na parapecie, rozkładam statyw, tło - ostatnio miałam wesołą widownię, grupka emerytów uprawiających nordic walking po osiedlu stała i patrzyła mi w okno, a ja doprawdy nie lubię jak ktoś mi patrzy na ręce gdy coś robię)  wybrałyśmy się z przyjaciółką na kąpielisko aby pozażywać kąpieli słonecznych oraz tych z udziałem czystej, o dziwo, wody. Średnia wieku była zaskakująco niska, widać wszyscy gimnazjaliści, licealiści, itd. prosto z zakończenia roku ruszyli tłumnie nad wodę. Nie żebym miała coś do ludzi młodszych ode mnie czy coś, ale poczułam się jakoś tak staro - leżałyśmy sobie statecznie na trawce, co jakiś czas zapuszczając się równie spokojnie w basen, tymczasem wokół nas chłopcy wrzucali dziewczyny do wody, było dużo pisku i pieszczotliwych określeń typu "ty ch*** złamany", no co to się z tą młodzieżą dzieje to ja nie wiem. Wracając do meritum - zdjęć nie porobiłam, porobię jutro, a tego posta piszę tak chyba dlatego, że mam ochotę sobie coś popisać, widocznie wena mnie rozsadza i trzeba dać jej ujście.
A jak tam Wasze wakacje - zaczęły się już, korzystacie z pięknej pogody?:) Korzystajcie póki możecie, bo jutro chcę umyć okna, a jak ja myję okna to zawsze pada, także z góry przepraszam wszystkich, którzy mają jakieś plenerowe plany na weekend.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 cze 2012

Panna Joanna testuje - Marrakech Dream

Seria Marrakech Dream z JOKO zwróciła moją uwagę od razu po zobaczeniu zdjęć promocyjnych - wiedziałam, że z bronzera najprawdopodobniej będzie miłość, a i błyszczyki wydawały mi się całkiem interesujące. Przeczucie mnie nie zawiodło, zarówno bronzer jak i błyszczyk szybko polubiłam i sięgam po nie niemal codziennie.


Bronzer zamknięty jest w ogromnym (20 g!) opakowaniu - plastikowym, dość solidnym, nie ma problemu z samoczynnie otwierającym się opakowaniem, więc bez obaw możemy wrzucić go do kosmetyczki czy torby. Na wieczku znajdziemy małe, nieprzesadzone logo, znaczek utrzymany jest w marakeszowej stylizacji. Właściwie nie ma się czego przyczepić.

To co mnie zachwyciło (no przeca musiało) to wytłoczenia na pudrze - są tak ładne, że przy pierwszym użyciu strasznie jęczałam bo się bałam, że gustowne wzorki szybko znikną. Na szczęście po kilku tygodniach codziennego stosowania wytarły się jedynie odrobinę na środku - puder jest bardzo wydajny.



Kolor i wykończenie bronzera również bardzo przypadły mi do gustu - puder jest całkowicie matowy, dość ciemny, dobrze napigmnetowany, do tego w porównaniu z innymi bronzerami, które posiadam ten wypada najmniej pomarańczowo. Posiadam wersję dla brunetek, czyli ciemniejszą, ale wydaje mi się, że wersja dla blondynek również nie ma w sobie mocnych pomarańczowych tonów.  Puder jest dość mocno zbity - dzięki temu nie pyli podczas aplikacji, jest raczej twardy. Mi taka konsystencja odpowiada - można łatwo stopniować efekt, ciężko sobie zrobić nim krzywdę.


Na zdjęciu powyżej widać jak kolor prezentuje się na skórze - u góry nie roztarty, na dole lekko zblendowany. Moim zdaniem odcień jest bardzo twarzowy, zdarza mi się nie tylko podkreślać nim policzki, ale również dużym, miękkim pędzlem muskam nim całą twarz - skóra wygląda wtedy jakby była delikatnie opalona, całkiem przyjemny efekt. Ze względu na dość naturalny kolor stosować go można również do konturowania - ja przeważnie tego nie robię bo jestem zbyt leniwa i podkreślam jedynie policzki, ale jeśli ktoś lubi konkretniej pobawić się w konturowanie to również nie będzie zawiedziony.
Puder długo się utrzymuje, wieczorem, po całym dniu noszenia wciąż widzę go na policzkach, ba, nawet w ostatnie upały, kiedy wszystko zdążyło już ze mnie spłynąć, na policzkach wciąż coś było widać :)
Spodobał mi się również jego zapach - cytrusowy, z lekką korzenną nutą. 
Kosmetyk ten zawiera w sobie całkiem przyjemne składniki. Na stronie producenta możemy przeczytać, że matowe pudry brązujące:
  • Zawierają bogaty w witaminę E olej arganowy, który ujędrnia skórę i ma właściwości regenerujące
  • Wzbogacone są nawilżającym olejem kokosowym i lanoliną, która wygładza oraz zmiękcza skórę
Podsumowując - mój obecny hit, cieszę się, że jest taki duży, dzięki temu jest szansa, że starczy mi na baaaardzo długo.



Nie mniejszy entuzjazm wzbudził we mnie błyszczyk z tej samej serii. Mam kolor J97 - soczysty, bezdrobinkowy róż. Bardzo spodobała mi się jego kremowa, dość gęsta konsystencja. Jest mocno napigmentowany, a więc i kryjący, na ustach tworzy lśniącą taflę. Cieszy mnie, że nie ma żadnych drobinek, nie zostawia żadnej poświaty, do tego kolor jest niebanalny i pięknie wygląda przy lekko opalonej skórze (tworzy więc świetny duet z pudrem brązującym :))). Jest odrobinę lepki, a nie na tyle żeby mi to przeszkadzało, nie roluje się na ustach, nie zbiera w załamaniach, ogólnie - nie migruje :) Trwałość jak na błyszczyk całkiem niezła - 2-3 godziny, jeśli nie jemy i nie pijemy, potem zaczyna schodzić, ale kolor na ustach nadal jest widoczny.


Opakowanie i aplikator są takie same jak w przypadku błyszczyków z serii Double Therapy, jedynie zapach jest nieco inny - również jakby lekko cytrusowo - korzenny. Oprócz tego nie ma uczucia mrowienia jak w przypadku DT. Wg mnie samo opakowanie jest jak najbardziej funkcjonalne - aplikator nabiera odpowiednią ilość produktu aby pomalować usta na raz, wygodnie się nim operuje.


Podsumowując - i kolor i konsystencja mi się podobają, trwałość także, sięgam po niego zarówno jak nie chce mi się malować oczu i chcę postawić akcent na usta, ale również gdy makijaż oka jest dość widoczny - w obu przypadkach wygląda świetnie. Mam jeszcze ochotę na jakiegoś nudziaka z tej serii, jeśli będą równie napigmentowane i bezdrobinkowe to na pewno się w jakiś zaopatrzę.

Wrzucam zdjęcie jednego z ostatnich makijaży - użyłam do niego obu wyżej opisanych kosmetyków :)


Ps. Wy też tak ciężko znosicie obecne upały? Ja dzisiaj musiałam odbyć wycieczkę na uczelnię i myślałam, że zejdę z tego świata. Zlana potem na dodatek. Ratuję się mgiełkami, pootwieranymi oknami, ale i tak guzik to daje...znacie jakiś sprawdzony sposób na wywołanie deszczu? Mogę nawet tańczyć :P

Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 cze 2012

Tuli Tuli :)

Z mydłami nigdy się jakoś specjalnie nie lubiłam, denerwował mnie ten charakterystyczny, mydlany "nalot" jaki zostawał na skórze i efekt był mniej więcej taki, że po umyciu się mydłem, miałam natychmiastową potrzebę umycia się raz jeszcze. Nawet pięknie pachnące, mydlarniane mydła jakoś mnie nie kręciły, o myciu twarzy mydłem, ze względu na moją suchą cerę, nawet nie pomyślałam. A potem przez blogi zaczęły się przedzierać mydła z Tuli czy Lawendowej Farmy, dużo osób je chwaliło, że sama natura, że świetne też do twarzy, no normalnie cud, miód i orzeszki. Pozostałam bezsilna wobec tego kuszenia i poczyniłam małe zamówienie w mydlarni Tuli.


W Tuli, obok pełnowymiarowych mydeł (kostka ok. 100 g), można kupić mini - mydełka (kostka około 40 g) i na taką formę się zdecydowałam. Chciałam wypróbować kilka mydeł, więc taka "próbkowa" gramatura jest wg mnie strzałem w dziesiątkę. Wybrałam 5 mydełek - oliwkę, owsiankę, marchewkę, z jedwabiem i z glinką multani mitti. Małe mydło kosztuje 4 złote, więc jak łatwo policzyć moje zamówienie wyniosło mnie 20 złotych. Jako gratis otrzymałam wersję mini mydła dla alergików - bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, nie przypuszczałam, że do tak skromnego zamówienia dostanę jakikolwiek prezent :)))


Przesyłka dotarła do mnie błyskawicznie - w poniedziałek wieczorem złożyłam zamówienie, w środę moja wpłata została zaksięgowana, a na następny dzień paczka była już u mnie.
Mydełka przyszły do mnie zafoliowane, na każdym z nich widnieje nazwa, skład, data przydatności. Na stronie mydlarni mydełka są bardzo dokładnie opisane - mamy wgląd w skład, informacje  o działaniu, wskazaniach i stosowaniu. Dzięki temu możemy łatwo wybrać to, co teoretycznie powinno odpowiadać naszym preferencjom. Jak było ze mną?
Wybrane przeze mnie mydła miały mi posłużyć do mycia twarzy, ciała, planowałam też eksperyment z użyciem ich do mycia włosów - do tego dołożyłam wymagania mojej suchej skóry i tak oto skompletowałam swój startowy zestaw. I okazało się, że strzeliłam w dziesiątkę (czy właściwie w piątkę :), mydełko dla alergików powędrowało dalej).

Ciężko będzie mi opisać działania każdego mydła z osobna, ponieważ używałam ich jednocześnie, spragnionych wiedzy odsyłam więc na stronę Tuli. Opowiedzieć bym chciała natomiast o swoich wrażeniach, o tym, które mydło stało się moim hitem, a bez którego mogę się obejść.

Przede wszystkim - dość szybko odrzuciłam pomysł używania tych mydełek do mycia ciała. Powód był prosty - było mi ich najzwyczajniej szkoda, stwierdziłam, że więcej dobrego zrobią mojej twarzy, a do ciała z powodzeniem mogę nadal używać żeli pod prysznic. Nie bez znaczenia był też fakt, że mydełka pachną dość przeciętnie - zwyczajnie, zapach jest typowo mydlany, bez fajerwerków (ale przecież nie o to w tym chodzi), a ja uwielbiam pachnące, odświeżające żele.

W myciu twarzy spisały się znakomicie. Używam ich zamiast żelu do mycia twarzy czy mleczek - mleczkiem zmywam jedynie makijaż oczu, ponieważ do tego mydełka się nie nadają, gdyż dość konkretnie szczypią w oczy. Większość z nich dobrze się pieni, do mycia używam po prostu rąk - maltretuję przez chwilę mydełko w mokrych dłoniach i następnie powstałą pianą myję twarz. Mydła świetnie oczyszczają skórę, bardzo dokładnie, dogłębnie, po umyciu skóra aż skrzypi! Jednocześnie nie pozostawiają tego irytującego nalotu, o którym wspomniałam wcześniej, nie ściągają skóry, nie wysuszają, nie podrażniają. Po dłuższym stosowaniu zauważyłam *znaczną* poprawę stanu mojej cery, widoczne to było zwłaszcza po czystych porach na nosie czy policzkach, mało tego - mam wrażenie, że moje kraterowate pory uległy zmniejszeniu i nie są już tak bardzo widoczne. Problem z wągrami (które pojawiały się najczęściej na nosie czy brodzie) też został zminimalizowany. Minął miesiąc odkąd porzuciłam wszelkie żele do twarzy i nawet przez myśl mi nie przeszło żeby do nich wrócić.

Moimi absolutnymi hitami zostały - owsianka i mydło z glinką multani mitti. Owsiankę stosuję w ramach peelingu - zatopione w mydle drobiny świetnie oczyszczają skórę, sprawiają, że jest bardzo gładka i przyjemna w dotyku. Mydło z glinką natomiast ma wg mnie najlepsze właściwości oczyszczające - oliwkowe czy z jedwabiem wydają mi się nieco delikatniejsze. Mydło z glinką posłużyło mi również do eksperymentu z myciem włosów - tu efekty również były zadowalające, choć metody tej nie kontynuowałam, dla mnie trochę za dużo z tym zachodu, włosy dość długo trzeba płukać, potem zastosować płukankę o lekko kwaśnym odczynie - prawdę mówiąc jestem na to nieco zbyt leniwa. Niemniej jednak rozważam aby raz na jakiś czas się poświęcić, ponieważ miałam wrażenie, że moje włosy i skóra głowy były bardzo dobrze oczyszczone, z reguły myję włosy codziennie, a wtedy nawet na drugi dzień włosy wyglądały nieźle.

Najmniej polubiłam się z mydłem marchewkowym, wynika to głównie z jego zapachu - w przeciwieństwie do pozostałych mydełek, to pachnie dość konkretnie, goździkami, lekko korzennie. Mnie ten zapach po jakimś czasie zaczął drażnić, ale podejrzewam, że fanki takich zapachów byłyby zadowolone.

Wydajność mydełek jest imponująca, po miesiącu regularnego stosowania nadal je mam, z każdego została mi mniej więcej połowa (największe zużycie ma oczywiście owsianka i glinka multani mitti, marchewki czy oliwkowego zostało 3/4). Biorąc pod uwagę cenę, wydaje mi się, że jest to opłacalna zabawa, duża kostka, która kosztuje 10 złotych posłuży nam na pewno kawałek czasu. Ważne jest odpowiednie suszenie mydełek - muszą mieć możliwość porządnego wyschnięcia, warto wybierać "przewiewne" mydelniczki.

Podsumowując - ja jestem jak najbardziej na tak, do żeli do mycia twarzy już nie wracam, zamierzam zamówić duże kostki owsianki i mydła z glinką, do tego może kolejne próbki :)


Znacie? Używacie? A może macie swoich ulubieńców i chciałybyście coś polecić?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 cze 2012

Emolient Linum - krem na 5 z plusem :)

Po moich ostatnich doświadczeniach z kremem do twarzy firmy Dermedic (seria Hydrain2) nie spodziewałam się specjalnie, że kolejny kosmetyk do twarzy, tym razem z innej linii - Emolient Linum, jakoś strasznie przypadnie mi do gustu. Obawiałam się przede wszystkim po raz kolejny parafiny w składzie, krótkotrwałego efektu nawilżenia. Ale na szczęście, jak to czasem bywa, rozczarowałam się bardzo pozytywnie - krem do twarzy z serii Emolientowej przypadł mi do gustu tak bardzo, że sięgam po niego codziennie.


Opis producenta:
"KOJĄCY KREM NAWILŻAJĄCY EMOLIENT LINUM dzięki zawartości oleju lnianego bogatego w nienasycone kwasy tłuszczowe Omega 3, Omega 6 i Omega 9 skutecznie łagodzi podrażnienia skóry, poprawia jej elastyczność oraz przyspiesza regenerację naskórka. Synergicznie działający Squalane i Sensiva S.C.50 zwiększają i przyspieszają przenikanie pozostałych składników aktywnych przez skórę, ograniczając utratę wody. Masło Shea długotrwale natłuszcza i nawilża skórę oraz tworzy barierę ochronną wzmacniając i odbudowując naturalny płaszcz hydrolipidowy. Krem nie wykazuje właściwości drażniących i uczulających. Dzięki lekkiej konsystencji Kojący krem nawilżający Emolient Linum szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze tłustego filmu."

Z całym powyższym opisem mogę się tylko zgodzić - krem nałożony na twarz rzeczywiście koi skórę, jest bardzo lekki, szybko się wchłania nie pozostawiając tłustego filmu. Jednocześnie niesamowicie nawilża i jest to nawilżenie nie tylko odczuwalne zaraz po zastosowaniu, ale też i sporo czasu później. Skóra jest miękka, elastyczna, gładka. Krem po długotrwałym używaniu nie zapchał mnie, nie spowodował żadnych podrażnień. Odkąd go stosuję rzadziej mam problem z suchymi skórkami, moja sucha skóra nie domaga się nawilżania kilka razy dziennie. Nic tylko się cieszyć :)

Od strony technicznej - krem zamknięty jest w miękkiej tubce, zamykanej na zatrzask, gramatura to 50 g. Wydajność oceniam na plus - używam go dwa razy dziennie już dość długo i wciąż w tubce pozostało sporo kosmetyku. Ze względu na opakowanie nie podejrzewam też abym miała jakiekolwiek problemy z wydostaniem ze środka resztek produktu. Krem jest w zasadzie bezzapachowy, mój nos co prawda wyczuwa w nim jakąś lekką, apteczną nutkę, ale jest ona naprawdę ledwie wyczuwalna.

Cena tego cuda to coś około 20 złotych, rekomendowana cena to 23,50 zł, jednak w licznych aptekach internetowych widziałam ten krem nawet za mniej niż 20 złotych, co jest ceną śmiesznie niską w porównaniu do jakości. Jeżeli więc szukacie dobrego nawilżacza, zmagacie się z suchymi skórkami, potrzebujecie łagodnego kremu, który nada się do Waszej wrażliwej, skłonnej do podrażnień skóry - ja polecam krem z serii Emolient Linum.

Niestety nie podam Wam chwilowo składu, ponieważ wyrzuciłam kartoniki, w które zapakowane były kosmetyki, a na samej tubce składu nie ma, *ale* jestem prawie pewna, że nie ma w nim parafiny, bo pamiętam, że to sprawdzałam. Jeżeli otrzymam informacje o składzie to edytuję posta i dopiszę :)

EDIT: skład dzięki uprzejmości Atqa Beauty ;)
AQUA, ISOCETYL STEARATE, PEG-100 STEARATE (and) GLYCERYL STEARATE, GLYCERIN, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), METHYLPROPANEDIOL, CETYL ALCOHOL, LINUM USITATISSIMUM SEED OIL, SQUALANE, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CYCLOPENTASILOXANE (and) DIMETHICONOL, ACRYLATES/ C10-30ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, TRIETHANOLAMINE, EDTA, DMDM HYDANTOIN (and) METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE (and) METHYLISOTHIAZOLINONE.


12 cze 2012

Wyrwij włos!

Jako, że przyszło już niemalże lato, coraz częściej odsłaniamy nogi, ciało na widok publiczny. W tym czasie na pewno większą uwagę przywiązujecie do depilacji - ja zimą o tym nie zapominam, jednak po wszelkie środki "włosobójcze" sięgam zdecydowanie rzadziej. Zimą przeważnie towarzyszy mi zwykła maszynka do golenia, jednak gdy robi się cieplej i zależy mi na dłuższym efekcie gładkich nóg - sięgam po inne rozwiązania.
Moje przygody z depilacją zaczynałam właśnie od maszynek, przez kremy, plastry aż po depilator, który po kilku użyciach (może dwóch) poszedł w odstawkę ze względu na mój najwyraźniej niski próg bólu (bez przesady - cierpieć to można u dentysty, gładkie nogi nie są tego warte :P).

Ostatnio miałam przyjemność wypróbowania kilku specyfików firmy Tanita i dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach. Na tapetę pójdą kremy do depilacji oraz plastry z woskiem.


Na pierwszy ogień kremy - te przypadły mi do gustu najbardziej, zarówno wersja do miejsc wrażliwych, jak i błyskawiczna spisały się na 5 i z pewnością moja przygoda z tymi kremami nie skończy się na powyższych opakowaniach. Ale po kolei :)

Obu kremów używałam do depilacji nóg. W tubce, w której znajdziemy 125 ml kremu - taka pojemność wystarczyła mi na trzykrotny zabieg. Wg mnie obie wersje nie różnią się od siebie jakoś znacząco. Jedynie czas trzymania na skórze jest inny, jak również skład jest nieco inny. Poniżej możecie zobaczyć opisy obu kremów.


 

Oba produkty mają taką samą instrukcję obsługi, z tym, że wersja błyskawiczna zakłada dwukrotnie niższy czas kontaktu ze skórą:


Pierwszy w użyciu był krem do miejsc wrażliwych. Wg producenta należy nałożyć go na skórę i zostawić na 6-10 minut. Ja wyciskam krem bezpośrednio z tubki na nogi, formuje sobie cztery paski z góry do dołu i następnie za pomocą szpatułki te paski rozsmarowuję. W ten sposób dość ekonomicznie da się pokryć całe nogi warstwą o odpowiedniej grubości. Krem trzymałam dłużej niż zaleca producent bo około 15 minut. Po upływie zalecanego czasu nie działo się nic co wskazywałoby na jakieś szkodliwe działania na moją skórę, więc stwierdziłam, że jak dołożę te 5 minut to krzywda mi się nie stanie. I rzeczywiście, nie odnotowałam żadnego podrażnienia, za to krem bardzo dobrze poradził sobie z włoskami - po zebraniu kremu szpatułką moją nogi były *bardzo* dokładnie pozbawione włosków, gładkie. Skóra nie była wysuszona, jednak ja po depilacji zawsze nakładam balsam bądź masło. W przypadku drugiego z kremów w zasadzie wszystko działo się analogicznie - krem trzymałam dłużej (jakieś 8 minut), żadnych podrażnień, wysuszenia, nogi były gładkie, nie musiałam nic poprawiać maszynką.

Efekt utrzymuje się około 3 dni, więc teoretycznie szału nie ma - podobny efekt możemy uzyskać za  pomocą maszynki i sam zabieg będzie trwać krócej, *ale* po kilkukrotnym zastosowaniu tych kremów zauważyłam, że włoski odrastają zdecydowanie słabsze, jaśniejsze. Nie ma też problemów z wrastaniem odrastających włosków (a przy maszynce niestety zdarza mi się to często). Wydaje mi się, że w miarę dłuższego używania tych kremów, częstotliwość konieczności powtarzania depilacji będzie spadać.
Dużym plusem jest też dla mnie to, że oba kremy nie maja takiej charakterystycznej woni kremu do depilacji, pachną owszem i nie jest to jakiś powalający zapach, jednak w porównaniu z innymi używanymi przeze mnie kremami te naprawdę mają ten zapach łagodny.

Koszt jednego opakowania to około 10 złotych. W zestawie otrzymujemy szpatułkę.
Podsumowując - jedne z lepszych spośród używanych przeze mnie kremów. Działaniu nie można nic zarzucić, krem robi to co ma robić - usuwa włoski i sprawia, że odrastające są słabsze. Ja na pewno sięgnę po nie ponownie.


Gorzej sprawa prezentuje się z plastrami, choć przypuszczam, że wynika to po trosze z mojej nieumiejętności obsługiwania się nimi i pewnie fakt, że moje włoski na nogach nie są zbyt delikatne też wpływa na to, że plastry sobie z moimi nogami nie poradziły.


Mam dwie wersje - plastry do depilacji ciała oraz plastry do depilacji twarzy. Obie wersje działają podobnie - mamy zapakowany po dwa plastry, które należy wyciągnąć z folii, rozgrzać w rękach, przykleić (z włosem) i oderwać.(pod włos). Duże plastry od razu wylądowały na moich nogach i mimo, że włoski były dość mocno odrośnięte, niestety po oderwania plastra większość z nich została niewzruszona na moich nogach. Wywnioskowałam, że moje owłosienie nanożne jest widoczni zbyt oporne i spróbowałam z włoskami na ręce. Tu już się przyczepić nie mogę - plastry co mogły wyrwać to wyrwały. Skóra po oderwania plastra jest przez moment czerwona, ale u mnie szybko to zaczerwienienie znikało. Ból też nie jest jakiś nie do przejścia - w porównaniu z depilatorem to wg mnie pikuś.

Wydajność mi ciężko ocenić, bo wiadomo, że inaczej sprawa będzie wyglądała przy depilacji nóg, inaczej przy depilacji rąk, a jeszcze inaczej przy depilacji bikini. Oderwany pasek można przykleić do kolejnego fragmentu skóry, więc wydaje mi się, że podwójna sztuka (w sensie dwa plasterki) teoretycznie powinny wystarczyć na dwie łydki. Cena pudełka, w którym znajduje się 12 plastrów (6x2) kosztuje około 12 złotych.

Podsumowując - jeśli macie delikatne włoski to plastry sobie poradzą. Jeżeli jednak przez dłuższy czas używałyście maszynki i Wasze włoski są mocne to efekty mogą być słabsze. Ewentualnie polecić mogę je do depilacji rąk - tu włoski są zazwyczaj delikatne, więc plastry nie będą miały problemu aby je skutecznie usunąć.


Nie wiedziałam do końca co mam począć z plastrami mini, czyli tym do depilacji twarzy, ponieważ mam to szczęście, że owłosienia na twarzy typu wąsiki i inne takie, nie posiadam. Plasterki posłużyły mi do usunięcia włosków znad brwi - pocięłam plastry na mniejsze, węższe fragmenty i tym samym skutecznie udało mi się pozbyć włosków znad brwi, których co prawda wiele nie było, ale zawsze mnie irytowały i wyrywanie ich pęsetą mnie męczyło ;)

Znacie produkty do depilacji z Tanity? Macie swoich faworytów jeśli chodzi o depilację?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 cze 2012

Lakierowo - nude i bling bling

Dzisiaj będzie szybko, bo stoi za mną i dyszy mi w kark 38 zagadnień z technik membranowych stosowanych w oczyszczaniu ścieków, a warto nadmienić, że uczę się już tego teoretycznie trzeci dzień i dalej umiem tylko jedno zdanie. Więc pokazuję Wam jedynie moje stuningowane pazury i znikam. Dlaczego stuningowane? Bo od kilku dni (trzech czy tam czterech) nosiłam lakier Iced Latte i przedwczoraj jakoś mnie napadło (oczywiście podczas "nauki"), że koniecznie muszę coś do tych paznokci dorobić. Szybkie (przez całe 2 odcinki The Vampire Diaries nad tym kminiłam) rozważania doprowadziły mnie do toppera Essence Hello Holo. I tak o to powstało delikatne, bardzo subtelne i bardzo mi się podobające mani.


 bling bling w słoneczku

W cieniu i z większej odległości, jak nie widać tego błysku, paznokcie wyglądają jak taki szaro - nude gradient. Strasznie mi się ta kombinacja spodobała, czuję, że zostanie ze mną do zdarcia :D

Pozdrawiam,
Panna Joanna
4 cze 2012

Lakierowo - Jumpiki

Czyli dwa z trzech moich ostatnich lakierowych nabytków. Szaraczka pokazywałam już lata świetlne temu, ale chyba pokażę raz jeszcze bo teraz mam trochę ładniejsze paznokcie ;) Dzisiaj natomiast pokazać bym Wam chciała swatche odcieni 123 i 179, czyli pastelowej brzoskwini i rażącej cytrynowej żółci.
Lakiery Jumpy bardzo lubię i już nie raz i nie dwa o nich pisałam, więc teraz przytoczę tylko najważniejsze informacje. Lakiery mają pojemność 5,5 ml czyli taką, jaką faktycznie da się zużyć, pędzelek nie jest ani zbyt wąski, ani zbyt szeroki, mnie się operuje nim bardzo wygodnie. Trwałość na moich paznokciach jest imponująca - po 4 - 5 dniach lekko ścierają się końcówki, odprysków jeszcze podczas noszenia tych lakierów nie odnotowałam.

123 to piękny, mocny żółtek. Ma w sobie złotawy shimmer, widoczny zarówno w buteleczce jak i na paznokciach - niestety na zdjęciach nie udało mi się go uchwycić. Do krycia potrzebuje sporo - ja mam na zdjęciach 4 warstwy. Dużo, ale na szczęście lakiery te schną przyzwoicie szybko, więc wybaczam te cztery warstwy, zwłaszcza, że kolor zdecydowanie wynagradza trud włożony w malowanie. Daje po oczach ;)




179 to pastelowa brzoskwinia. Prawdziwa brzoskwinia, nie koral ani nie pomarańcz, po prostu brzoskwinka. Jak tylko pomalowałam nim paznokcie to pomyślałam, że kolor jest taki bardzo Paulowaty :))) Jak tam Paula, podoba Ci się prawda?:D
Do krycia potrzeba trzech warstw, ale tu również wysychanie odbywa się bez ociągania. Polubiłam ten kolor, na pewno będę po niego często sięgać.




Szaraczka (167) mam teraz na paznokciach, więc jego swatchy też możecie się za chwilę spodziewać.

Pozdrawiam i życzę miłego tygodnia (nawiasem mówiąc - ja mam już mam długi weekend, oł jea),
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...