WoleProstoHeader

30 maj 2012

Nudna maruda czyli co nowego

Co nowego - bo będzie trochę o nowościach. Maruda - bo ja ostatnio ogólnie jestem marudna, a nudna - bo i lakier cudny, ale nudny. Takie ot, podsumowanie maja w formie nieszablonowej.
Żeby było po kolei - nowości. Ostatnio nazbierało się sporo nowości, część sama kupiłam, sporo dostałam. Miejsce w szafce, które powstało po wyprzedaży, nagle znowu zaczęło się jakoś kurczyć. No błędne koło, zaiste. Ale nie narzekam - nowości to to, co tygryski lubią najbardziej. Co nowego dołączyło do mojego stadka (stadziska) kosmetyków? Same zobaczcie:



Z najnowszej kolekcji JOKO Marrakech Dream trafił do mnie bronzer (ogroooomny), z pięknymi wytłoczeniami, o świetnym zapachu (cytrusowo - korzenny jakby) i całkiem przyjemnym kolorze. Wersja, którą mam jest przeznaczona dla brunetek, a więc jest to odcień dość ciemny, niemniej na twarzy prezentuje się bardzo naturalnie. Do tego jest wolny od wszelkiego rodzaju drobinek i innych błyskotek - no miodzio, psze Państwa. Do kompletu trafił się błyszczyk w wersji J97, czyli dość konkretny róż - pachnie podobnie jak bronzer i również jest pozbawiony drobinek, na ustach wygląda jak piękna tafla. Czuję, że się polubimy, ba, już się polubiliśmy. Swatche i recenzje niebawem.


Mydełka z mydlarni Tuli - używam ich od tygodnia, a już nie mogę sobie wyobrazić bez nich życia. Używam do twarzy (oprócz marchewkowego, ten ma za zadanie umyć me ciało), raz nawet użyłam jednego z nich do umycia włosów (z tym muszę jeszcze poeksperymentować). Nie ściągają skóry, nie zostawiają na skórze takiej "mydlastej" warstwy, genialnie oczyszczają twarz. A ja głupia przez te kilka lat używałam żeli do twarzy i innych cudów.


The Body Shop - dwie pachnące nowości, czyli olejek do ciała i włosów w wersji kokosowej (mniam) i odświeżająca mgiełka do ciała o zapachu waniliowym (jak ktoś lubi wanilię to będzie zadowolony). Olejkiem zdążyłam już wysmarować i ciało i włosy i nawet twarz. Pachnie bardzo smakowicie - jak kokosowy cukierek. Przyjemnie nawilża, ale nie pozostawia po sobie lepkiej, tłustej warstwy (chwali się). Bardzo spodobało mi się co zrobił z moją skórą twarzy - wmasowałam kilka kropel po umyciu twarzy mydłem z Tuli i moja buzia w dosłownie kilka sekund stała się tak przyjemna w dotyku, że mogłabym ją miziać bez końca. Na ciało mi go jednak trochę szkoda, na włosach sprawdził się nieźle - planuję go używać głównie do twarzy i na końcówki włosów. Mgiełką się też psiknęłam raz czy dwa. O ile zapach zaraz po psiknięciu średnio mi się widzi (czy raczej wącha), tak po kilku minutach jakoś tak się całkiem sensownie rozwija. Jednak tak jak wspomniałam - trzeba być wielbicielem wanilii ;)


Paletki Sleeka już pokazywałam jednak jako, że trafiły do mnie w maju wcisnę je tu raz jeszcze. Brights i Au Naturel - ta pierwsza to istne kolorowe szaleństwo, natomiast druga jest po prostu naturalna i piękna. Po obie sięgam codziennie, w zależności od nastroju.


Dorzucony do koszyka podczas zakupu paletek Sleeka. Wyczytałam gdzieś, że ta wersja elfowego rozświetlacza (Lilac Petal) jest w jakimś tam stopniu odpowiednikiem Benefitowego High Beam. HB nie miałam, nie na moją studencką kieszeń takie rozświetlanie, natomiast tenże elfik kosztował coś koło 10 złotych polskich, więc nic nie ryzykowałam. I nie żałuję, choć dość ciężko się go nakłada, to efekt jaki daje zdecydowanie to wynagradza. Swatche już mam, więc pokażę, ale najpierw jeszcze chcę cyknąć jak się prezentuje na twarzy.


Jumpiki :)))) Brakowało mi kilku kolorów (:P) ostatnio. Od lewej 179, 123 i 167. Szarość 167 już kiedyś miałam i używałam tak namiętnie, że się skończył. A, że to chyba najładniejsza szarość jakiej kiedykolwiek używałam to znowu po niego sięgnęłam. 179 to delikatna brzoskwinia, taka pastelowa, a jak wiemy pewnie wszyscy, pastele są ostatnio na topie. 123 to intensywny żółtek z delikatnym shimmerem. Jak żarówa, to żarówa.






Wszystko co wyżej otrzymałam niespodziewanie od firmy Miraculum - kiedyś dawno, dawno zostałam zapytana przez firmę Multicolor (JOKO, Vipera) o zgodę na przekazanie moich danych  firmie b, ponieważ od teraz mają funkcjonować pod jednym szyldem (albo wcześniej nie był to Multicolor, tylko jest od teraz, nie mogę znaleźć tego maila). W każdym razie - zgodziłam się i o tym zapomniałam. A tu nagle jakiś czas temu przybył kurier i wręczył mi karton z kosmetykami. Mamy tu plastry i kremy do depilacji z Tanity, samoopalacz i serum wyszczuplająco - modelujące z Miraculum oraz emulsję do opalania z Mirasol. Jak się wyplastruję, wykremuję i wysamoopalaczuję to mnie znajomi nie poznają :P


Ostatni nabytek, nabyty drogą kupna to lakier Essence (a tyle razy sobie obiecywałam, że lakierów Essence nigdy więcej!) z serii Nude Glam. I teraz właśnie nadchodzi czas na tą część marudząco - nudną. Lakier ma piękny kolor, cudownie wygląda na paznokciach, ale malowanie nim to taka trochę drogą przez mękę. Dwie warstwy teoretycznie wystarczą do pełnego krycia (tyle jest na zdjęciach), jednak lakier na jednym paznokciu smuży, na drugim już nie, na jednym się zbąbelkuje, na innym już nie. I bądź tu człowieku mądry...Ani go zjechać, ani go pochwalić...Może po prostu Wam go pokażę :)




Się rozpisałam. To wszystko dlatego, że musiałabym w końcu zacząć robić projekt z Iwkwoupu (tak...dokładnie tak nazywa się jeden z moich przedmiotów - "Instalacje wodno - kanalizacyjne w obiektach użyteczności publicznej" czyli inaczej ZRK - "Znowu rysujemy kibelki").
A, że do tego projektu mam taki pociąg jak wcale, oto efekty. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Golden Rose - najlepsze na koniec :)

Podzieliłam się już z Wami moją opinią na temat błyszczyka, szminek, lakieru i wysuszacza do paznokci. Dzisiaj zamieszczam już ostatnią recenzję - tym razem dwóch produktów, które z całego pudełka najbardziej przypadły mi do gustu i po które sięgam z dużą chęcią.


Róże uwielbiam - zarówno te koralowe jak i różowe, matowe i błyszczące. Ten, który znalazłam w pudełku od Golden Rose jest po prostu idealny - matowy, różowy (ciepły różowy) i niesamowicie napigmentowany. Wystarczy lekko musnąć po nim pędzel aby nabrać odpowiednią ilość kosmetyku. Minusem jest to, że z tej okazji róż nieco pyli, aczkolwiek nie jest to jakoś specjalnie uciążliwe.

Kolor, jak już wspomniałam, to ciepły róż 09 Soft Rose - im bardziej go rozetrzemy tym bardziej znikają te koralowe nuty. Jest całkowicie matowy, przez co na policzkach wygląda bardzo naturalnie, dając efekt subtelnego rumieńca. Jeśli nabierzemy zbyt dużo różu na pędzel możemy narobić sobie plam, dlatego polecam do niego miękki pędzel i strzepnięcie z niego nadmiaru różu.

Trwałości nie mogę nic zarzucić, ściera się dopiero po kilku godzinach (6-7), z twarzy schodzi równomiernie.

Od strony technicznej - róż zamknięty jest w solidnym, plastikowym opakowaniu, dodatkowo zapakowanym w kartonik. Na początku miałam problem, żeby w ogóle go otworzyć, jednak po kilku użyciach zatrzask się wyrobił. Gramatura różu to 7 g, jest ważny przez 24 miesiące od otwarcia.

po lewej - róż nałożony palcem, po prawej - lekko roztarty; na tym zdjęciu dobrze widać jak się zmienia kolor wraz z roztarciem


I kolejna gwiazda - tusz 3D Fantastic Lash Mascara. Tutaj będą tylko i wyłącznie peany i zachwyty, ponieważ tusz tak przypadł mi do gustu, że z miejsca stał się moim ulubieńcem i inne tusze poszły w odstawkę. A nie zapowiadało się...


Przede wszystkim - tusz ma dość twardą silikonową szczoteczkę. Ja takich szczoteczek bardzo nie lubię, jest jeden, jedyny tusz, w którym taka szczoteczka mi nie przeszkadza. Ale stwierdziłam, że cóż mi szkodzi, spróbuję i zobaczę co to za cudo. No i przepadłam.
Tusz początkowo miał dość wodnistą konsystencję, jednak nie wpływało to jakoś bardzo negatywnie na jego działanie - nie sklejał, nie robił grudek. Z czasem, jak nieco podsechł, jego działanie się poprawiło, ale nawet na początku konsystencja nie była jakoś specjalnie uciążliwa.
Szczoteczka jest wąska, dość długa, wygodnie się nią operuje. Tusz podczas malowania nie odbijał mi się na górnej powiece, nie rozmazywał. Jedyne co mi w nim nieco przeszkadza, to to, że szybko zasycha na rzęsach - chcąc nałożyć więcej niż jedną warstwę trzeba to zrobić od razu.

Rzęsy po jego użyciu są wydłużone, podkręcone oraz pogrubione - dokładnie w takiej kolejności. Jest więc to tusz dla mnie idealny bo dokładnie takiego efektu oczekuję po tuszu. Kolor to głęboka czerń, na rzęsach widać, że jest to czarny tusz (a nie np. wypłowiały, wpadający w szarość). W ciągu dnia nie osypuje się, jest nieziemsko trwały - moje oczy mają sporą tendencję do łzawienia (jak zawieje, jak jakiś pyłek koło mnie przeleci itd.) i większość tuszy, zwłaszcza w kącikach oczu, po prostu ze mnie spływała. Tutaj tego nie zauważyłam, tusz w momencie przystępowania do demakijażu, prezentuje się praktycznie tak samo jak zaraz po nałożeniu.

Dane techniczne - tusz zamknięty jest w estetycznym, czerwonym opakowaniu, które przybyło do mnie zapakowane w "coś" (takie opakowanie jak w amerykańskich tuszach :P), bardzo dobra idea, przy zakupie mamy pewność, że tuszu nikt nie otwierał.


Chciałam zrobić jeszcze zdjęcie tuszu na rzęsach, jednak dopadło mnie uczulenie i mam oczy królika (i to niewyspanego, nie do końca trzeźwego królika), więc póki co daruję Wam te widoki, ale jak tylko zacznę normalnie wyglądać, zaktualizuję wpis, bądź dodam kolejny :)

Podsumowując - co do samego pudełka uczucia mam mieszane, część kosmetyków polubiłam, część niekoniecznie. Opisane w tym poście róż i tusz trafiły na moją listę ulubieńców - z nimi na pewno się prędko nie rozstanę :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 maj 2012

Lakierowo - Golden Rose, Magnetic Nail Lacquer

Kolejny kosmetyk z pudełka od Golden Rose - magnetyczny lakier do paznokci. Początkowo podchodziłam do niego jak pies do jeża, bo o ile różne mniej lub bardziej wymyślne wzorki na paznokciach lubię, tak już metaliczny efekt to coś, czego unikam jak ognia.
Jednak spróbowałam, pomęczyłam się nieco z magnesem i dziś pokażę Wam efekty.


Lakier zapakowany jest w kartonik, w zestawie znajdziemy również magnes, który ma zadanie pomóc nam wyczarować na paznokciach wzorki. Pojemność lakieru to 11 ml, a więc całkiem sporo. Z "technicznych" rzeczy to w zasadzie wszystko co można powiedzieć - spodziewałam się jeszcze, że zakrętka zacznie pękać, ale do tej pory wszystko działa bez zarzutu.

Krycie lakieru jest bardzo przyzwoite - wystarczy jedna warstwa, aby dokładnie pokryć płytkę paznokcia, bez prześwitów. Lakier trochę smuży, ale jest chyba charakterystyczne dla lakierów o takim wykończeniu.
Magnes działa świetnie, w przeciwieństwie do magnesów zdjętych z lodówki (:)) rzeczywiście wystarczy przyłożyć go nad pomalowany paznokieć, a opiłki ładnie i wyraźnie układają się w poprzeczne paski. Minus jest taki, że magnes trzeba przyłożyć dość blisko paznokcia, więc kilka moich prób skończyło się rozbabranym lakierem. Na szczęście po kilku razach można dojść do wprawy i problem znika.
Lakier dość szybko wysycha i długo wytrzymuje na paznokciach - mi dopiero po 4-5 dniach zaczęły ścierać się końcówki.



Czy polecam? Osobom, które lubią metaliczne wykończenia lakierów i charakterystyczny manicure - tak. Ja mimo, że efekt mi się całkiem spodobał, raczej przygody tej nie będę kontynuowała - zdecydowanie wolę lakiery o innym wykończeniu :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

PS. Na fanpage'u Golden Rose odbywa się obecnie głosowanie na najlepszy blog/vlog recenzujący kosmetyki Golden Rose - jeśli podobają się Wam moje wpisy - głosujcie na joannapanna.blogspot.com :) KLIK!
26 maj 2012

Mineralnie - JOKO Puder sypki z szafirem

Mineralny puder sypki z szafirem z Joko dostałam już jakiś czas temu. Używałam go początkowo jedynie w warunkach domowych, ponieważ był dla mnie za ciemny, ale ostatnio złapałam trochę słońca i zaczął funkcjonować jako puder "wychodny' :)


Posiadam kolor J21, jest to drugi odcień z gamy. W opakowaniu wydaje się być dość jasny, beżowy, bez konkretnych żółtych czy różowych tonów - ładny,  neutralny kolor. O ile rozsmarowany na ręce nadal jest jasny, tak na mojej twarzy mam wrażenie, że podczas aplikacji delikatnie ciemnieje. Nie jest to bardzo widoczne, do klasycznego utleniania się na pomarańczkę temu daleko, jednak zadecydowało to o tym, że puder musiał poczekać aż moja skóra straci trochę na bladości. Na dłoni odcień prezentuje się następująco:


Od samego początku miałam problem z opakowaniem - dziurki w wieczku są spore i wysypuje się przez nie dużo pudru. Czasem jak odkręcałam puder niezbyt uważnie to efektem była mała eksplozja kosmetyku w moim kierunku. Tak więc przy ciemnym ubiorze radzę uważać. Oprócz tego mankamentu opakowanie jest solidne - spory słoik, zakręcany plastikowym wieczkiem, nic się samo nie odkręca. Wieczko się trochę rysuje, ale taki już chyba urok czarnych wieczek. Opakowanie mieści w sobie 11 gram produktu, a więc całkiem sporo.

Ale przechodząc do najważniejszego - działanie. Poprzeczka była zawieszona wysoko, ponieważ ostatnio rozkochałam się w podkładzie mineralnym Pixie i nie sądziłam, że coś mogłoby go przebić. I w sumie się nie pomyliłam, bo puder z Joko mojego ulubieńca nie zdetronizował, ale moją sympatię zdobył i to w dużej mierze.
Puder jest mocno zmielony, mam wrażenie, że jest dość suchy (przez co dość konkretnie pyli podczas nakładania, jeśli na pędzlu zostanie zbyt wiele produktu). Mimo to dobrze przyczepia się do skóry i *bardzo* łatwo się go rozprowadza. O ile w przypadku Pixie czasem trzeba się sporo namachać żeby dokładnie rozetrzeć podkład, tak tutaj podkład rozprowadza się praktycznie sam :D
Dobrze zakrywa to co ma zakrywać - przebarwienia, naczynka, drobne niespodzianki. Podoba mi się to co robi z moimi porami - w magiczny sposób stają się niemal niewidoczne. Ja przy nim nie używam już korektora, bo po prostu nie potrzebuję, jeśli ktoś ma większe problemy z cerą możliwe, że przyda się odrobina dodatkowego kamuflażu.

Wykończenie jest matowe, przy mojej suchej cerze efekt utrzymuje się praktycznie do zmycia - nic się nie waży, nie roluje, nie zbiera w zmarszczkach ani w porach. Osoby z tłustą cerą mogą nie być z niego aż tak zadowolone w tej kwestii. Z kolei w moim przypadku widać lekkie podkreślenie suchych skórek i to mnie w nim czasem nieco denerwuje, ale są dni kiedy to robi, a są takie, że nie ma się do czego przyczepić.

Co do działania bardziej długotrwałego -  moja cera nie zareagowała w żaden negatywny sposób przy dłuższym użytkowaniu - nie zauważyłam ani przesuszenia ani zapchania.

Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jak wygląda na twarzy - po lewej goła skóra, po prawej tylko z jedną warstwą pudru Joko:


Podsumowując - polubiliśmy się z tym pudrem i teraz sięgam po niego zamiennie z podkładem Pixie. Robi wszystko to, czego oczekuję od podkładu, twarz wygląda w nim bardzo świeżo i naturalnie. Ogromnym plusem jest jego cena - za 11 g pudru Joko zapłacimy niecałe 30 złotych, podczas gdy za 7 g Pixie w zależności od formuły zapłacimy od 69,00 do 89,00 złotych. Joko może być więc dobrą alternatywą dla osób, które chciałyby się pobawić z minerałami, a niekoniecznie chcą inwestować w nie spore sumy.

Co do mineralności tego podkładu (właściwie producent cały czas określa ten kosmetyk jako "puder" nie podkład, ale moim zdaniem zachowuje się jak typowy podkład mineralny) - zasięgnęłam języka osób, które znają się na tym lepiej niż ja i dowiedziałam się, że puder w istocie jest pudrem mineralnym, czyli nie jest to podpucha typu "mineralny puder z Essence czy czegoś tam za 15 złotych, z zawartością 0,0001% składników mineralnych". Dla zainteresowanych opis i skład z opakowania:


Znacie? Lubicie?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 maj 2012

Lakierowo - inspirowane zapachem

Kolejne paznokciowe ombre tym razem kolorystycznie zainspirowane buteleczką perfum Heat sygnowanych przez Beyonce. Jako baza występuje brzoskwiniowy kolor, cieniowanie mieszanką pomarańczy i czerwieni, na to złote drobinki. Idealny na takie upalne dni, jakie były ostatnio.



Pozdrawiam i życzę miłego weekendu,
Panna Joanna
24 maj 2012

Panna Joanna maluje - Melissa George


Kolejny makijaż - tym razem aktorki Melissy George. Aktorka w Cannes pojawiła się w dość mocnym, podkreślającym spojrzenie makijażu.


Głównym akcentem w tym makijażu są oczy - mocno obrysowane czernią, dolna powieka zaznaczona jest nieco mocniej, a kreski spotykają się w zewnętrznym kąciku wyciągnięte dość daleko na zewnątrz. Policzki aktorki podkreślone są delikatnym różem, a na ustach możemy zauważyć lśniącą pomadkę w odcieniu różowo-brzoskwiniowym.

Ja nieco inaczej musiałam poradzić sobie z kreskami, ponieważ mam inny kształt oka, do tego dochodzi jeszcze prawa powieka mocniej opadająca niż lewa itd. Niemniej jednak, starłam się aby sam zamysł tego makijażu został dość dobrze odwzorowany.






Nad kolejnym makijażem już się zastanawiam, mam kilka typów i nie mogę się zdecydować. Salma Hayek? Eva Longoria?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
23 maj 2012

Dobrowianka - Dobrze zrobić coś swojego WYNIKI!

Wczoraj otrzymałam Wasze zgłoszenia do konkursu Dobrowianki - Dobrze zrobić coś swojego. Przeczytałam je z naprawdę dużym zainteresowaniem i nie bez kłopotów wybrałam zwycięzcę.






Miło mi ogłosić, że nagrodę, czyli bon o wartości 200 złotych, zgarnia....

Dominika Rydz!

"Wszystko zaczęło się od przełomowego odkrycia: przekonałam się, że władam, na równi biegle, dwiema różnymi, choć uzupełniającymi się nawzajem, formami przekazu – mogę mówić, ale mogę też śpiewać. Urodziłam się z miłością do śpiewania i to uczucie do dziś we mnie wzrasta i dojrzewa. W 2008 roku, kiedy rozpoczęłam studia w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, pomyślałam, że warto byłoby podzielić się pasją z innymi. Postanowiłam oddać się pracy z utalentowanymi muzycznie dziećmi i młodzieżą, również, a może zwłaszcza z tymi, którzy pochodzą z małych miejscowości i najczęściej jedynie marzą o śpiewaniu wpatrując się w ekran telewizora lub okładki gazet. Od tamtej pory staram się być jak zawsze otwarta książka, którą każdy może przeglądać w poszukiwaniu czegoś dla siebie. W Pabianicach (k.Łodzi), skąd pochodzę, w jednej z placówek oświatowych, powołałam do życia Studio Wokalne Ars Fabrica, które jest młodszą córką Impresariatu Edukacyjno-Artystycznego o tej samej nazwie, który założyłam wspólnie z mamą. Moje studio wokalne otwarte jest dla wszystkich bez żadnych wyjątków. Kształcą się tutaj soliści jak i zespoły. Moją “perełką” jest sekstet żeński “Nie-takt” złożony z sześciu zafascynowanych śpiewem, zaprzyjaźnionych ze sobą młodych wokalistek. Zespół wykonuje przede wszystkim piosenki polskie w nowoczesnych aranżacjach i wielogłosowych harmoniach. Poza prowadzoną przeze mnie małą szkołą wokalną, wraz z moją mamą organizuję Warsztaty Artystyczne “Śpiewaj I Tańcz”. W najbliższe wakacje odbędzie się dziewiąta już edycja tego przedsięwzięcia. Przez dwa tygodnie, które spędzamy zawsze w innym, wyjątkowym miejscu, organizujemy zajęcia wokalne, taneczne i aktorskie, a także nagrywamy płytę w studio nagrań i przygotowujemy koncert z udziałem wszystkich warsztatowiczów. Oczywiście, nie zawsze jest tylko różowo. Bywa, że marzenia są bezwzględnie tłumione przez rzeczywistość. Na realizację niektórych planów brakuje funduszy, czasami chęci ze strony innych ludzi. Czasami po prostu - brakuje czasu. Czasami muszę być dla swoich uczniów nie tylko instruktorem czy powierniczką, ale także swego rodzaju mentorem, który podtrzyma w grupie ducha mobilizacji. Bywa niełatwo. Czym byłoby jednak dążenie do marzeń bez towarzyszącym tej drodze przeszkód? W swojej pracy staram się przede wszystkim nauczyć innych, że piosenka to nie tylko przypadkowy zlepek nutek tak jak życie nie jest jedynie stosem przypadkowych zdarzeń. Każda piosenka ma swoją historię, tekst, który jest jak rola, w którą wciela się wykonawca. Chcę uczyć przekazu, który porusza serca. Dbam o to, by pielęgnować w sobie i innych pokorę – na scenie i w życiu oraz wytrwałość, która nie pozwala się poddać.Uważam, że pasja podnosi jakość życia. Wymagam dużo od innych, choć chyba jeszcze więcej od siebie. Kocham to, co robię bo daje mi to siłę. Kiedy mam poczucie straty, bądź porażki, moja pasja i związana z nią praca przekierunkowuje moje myśli na inny tor, każe działać, być dla siebie i dla innych. Dzięki temu, że robię “coś swojego” stale się rozwijam i codziennie czuję się potrzebna. A kiedy widzę, że moje starania owocują I kiedy patrzę na uśmiechy innych–jestem po prostu szalenie szczęśliwa."

Mail z informacją już do Ciebie poleciał :)

A Was wszystkie zapraszam na fanpage Dobrowianki na facebooku - akcja wciąż trwa :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

GlossyBox na Dzień Matki



GlossyBox z okazji Dnia Matki zorganizował konkurs, w którym możecie zrobić mamie niespodziankę z okazji jej święta i wygrać dla niej i dla siebie metamorfozę w eleganckim SPA oraz profesjonalną sesją zdjęciową.

Link do konkursu - KLIK!

Zachęcam do udziału!:)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 maj 2012

Panna Joanna maluje - Diane Kruger

Wczoraj zapowiadałam makijaż inspirowany Diane Kruger - dzisiaj skorzystałam z chwili wolnego i zmalowałam. Makijaż Diane jest bardzo delikatny, w odcieniach złota, do tego rozświetlona cera i pudrowo - różowe usta. Swoją drogą - makijaże gwiazd z tegorocznego Cannes (i przypuszczam, że nie tylko) są wszystkie bardzo ładne i jednocześnie dość...nudne. Znalazłam może ze 3-4 ciekawsze propozycje, z czego jedną już zrealizowałam (Fan Bingbing). Jeśli macie jakieś pomysły czyj makijaż mogłabym odwzorować - dajcie znać :) Może w gąszczu gwiazd na czerwonym dywanie coś ciekawego rzuciło się Wam w oczy :)





Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 maj 2012

Panna Joanna się nudzi...

Ilość postów wyprodukowana przeze mnie w ten weekend zadziwia samą mnie, ale prawda jest taka, że jutro mam egzamin i nic na niego nie umiem, a więc nie mam jutro egzaminu i nie mam co robić i trochę mi się nudzi. Dodatkowo jakieś małe choróbsko się do mnie przypałętało, więc od wczoraj sobie systematycznie zdycham i generalnie nic bardziej zajmującego od robienia zdjęć, malowania paznokci, swatchowania mojej nowej pięknej paletki Sleeka - nie znalazłam.

Ombre zagościło nie tylko na mojej głowie, w przypływie weny strzeliłam sobie do kompletu paznokcie. Użyłam dwóch lakierów Colour Alike - numerów 1 i 3. Całość potraktowałam topem z Mary Kay.




Ostatnio na wielu blogach miałyście pewnie okazję już nie raz i nie dwa oglądać zdjęcia najnowszych paletek Sleeka. Ja się wahałam nad nimi tylko chwilę, ta kolorowa trafiła prosto w moje chwilowe wymagania (lato, kolory, blablabla), ciemniejszą sobie odpuściłam, bo niby kolory ładne i na pewno bym z niej korzystała, jednak nie odezwał się we mnie żaden wewnętrzny głos nakazujący mi tę paletkę kupić, ot kolejna fajna propozycja Sleeka. Nie bez znaczenia był fakt, że zarówno Brights, jak i Darks to palety całkowicie matowe - tym bardziej więc te kolory z Brights krzyczały do mnie domagając się znalezienia w mojej kolekcji. Jednak żeby paletce nie było smutno podróżować do mnie w samotności, do towarzystwa jej wzięłam paletkę Au Naturel, do której kupna przymierzałam się już od jakiegoś czasu.


Obie paletki przy bliższym poznaniu zachwyciły mnie mocno, Brights pięknymi, nasyconymi kolorami, jest taka papuzia :) Natomiast Au Naturel jest taka klasyczna, będzie świetnie nadawać się i do delikatnych makijaży jak i do wieczorowej elegancji. Co do pigmentacji, bo na ten temat toczy się dużo dyskusji - najjaśniejsze odcienie zarówno z Brights, jak i z Au naturel są teoretycznie dość słabo napigmentowane. Na swatchach na ręce wyglądają po prostu bardzo blado. Natomiast nałożone na bazę, na powiekę bardzo dużo zyskują.



Jak być może widać na zdjęciach, obie paletki zaraz po tym jak wpadły w moje ręce, zostały przeze mnie obmacane, jeszcze zanim zrobiłam im zdjęcia ;) Swatchy Au Naturel pokazywać Wam nie będę bo w sieci jest już ich cała masa, ale nie mogłam się powstrzymać przed zeswatchowaniem Brughts:


Jedyne co mogę zarzucić tej paletce to to, że dwa róże w niej występujące są niemal *identyczne*. Dla tych najjaśniejszych cieni z dolnego rzędu też znajdę jakieś zastosowanie, jak będę mieć chwilę to uwiecznię testy naoczne :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Panna Joanna maluje - Freida Pinto

Czyli kolejny inspirowany makijaż prosto z Cannes. Tym razem starałam się odwzorować makijaż Freidy Pinto. Nie było to łatwe, bo ten makijaż całkiem inaczej prezentuje się przy ciemnej cerze i brązowych oczach, a przy moich niebieskich oczach i ich jasnej oprawie efekt jest trochę przekłamany.
Opis pozwolę sobie skopiować z mojego konkursowego wątku :)

Kolejna odsłona - tym razem makijaż hinduskiej piękności Freidy Pinto

Freida na festiwalu w Cannes nosiła makijaż w odcieniach chłodnego złota, brązu (górna powieka) oraz liliowego fioletu (dolna powieka). Spojrzenie dodatkowo podkreślała czarna kreska, którą obwiedzione zostało całe oko oraz mocno wytuszowane rzęsy.


Chłodny odcień złota nałożyłam na całą ruchomą górną powiekę, następnie ciemniejszym brązem podkreśliłam załamanie powieki - na pierwszym zdjęciu widać dość wyraźnie, że Freida ma brązowy cień wyciągnięty wyżej w wewnętrznym kąciku. Na całą dolną powiekę nałożyłam liliowy błyszczący cień. Cienkim pędzelkiem narysowałam dość grubą kreskę nad linią górną rzęs i wyciągnęłam ją delikatnie poza powiekę. Czarną kredka podkreśliłam linię wodną i wytuszowałam dwukrotnie rzęsy. Usta pomalowałam pomadką w beżowym odcieniu z lekkim połyskiem. Twarz obficie potraktowałam bronzerem - nałożyłam go na kości policzkowe, skronie, wzdłuż linii włosów.



 A w kolejnej odsłonie...Diane Kruge, już teraz zapraszam. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...