WoleProstoHeader

31 mar 2012

Zgodnie z obietnicą - Peach Sake Pore BB Cream SPF20 PA+

Pod wczorajszym postem o ulubieńcach pojawiło się sporo komentarzy odnośnie kremu bb ze Skinfooda. Jako, że wcześniej również padały pytania odnośnie tego kosmetyku, dzisiaj się spięłam i mimo *kiepskiej* pogody porobiłam kilka zdjęć, w tym porównanie z kilkoma innymi podkładami oraz efekt na mojej zmasakrowanej ostatnio twarzy (nie mam pojęcia co się dzieje z moją cerą, śmiem twierdzić, że cierpi na przesilenie wiosenne, dawno już nie było z nią tak kiepsko). Zainteresowanych zapraszam do lektury :)


Pełna nazwa tegoż kremu to Peach Sake Pore BB Cream SPF20 PA+. Odcienie z tego co się orientuję są dwa (jeśli więcej to mnie poprawcie), ja posiadam ten jaśniejszy. Krem (nigdy nie wiem jak pisać - krem, podkład?) zamknięty jest w przyjemnej dla oka tubce w odcieniu pastelowo - brzoskwiniowym. Tubka zakończona jest wygodnym w stosowaniu dozownikiem (lubiana przeze mnie w kosmetykach do twarzowych pompeczka) i zamykana drewnianym (lub drewnopodobnym) korkiem. Pojemność opakowania to 30 ml.

Pisałam już o tym i wczoraj i przy wcześniejszych okazjach - kosmetyk ten mnie oczarował. Zarówno działaniu, efektowi, doznaniom podczas używania nie mogę zarzucić absolutnie nic. Pierwsze co rzuca się w oczy (czy raczej - w nos) to bardzo przyjemny, brzoskwiniowy zapach. Jest on tak świeży, że od samego wąchania człowiek się robi piękniejszy :) Dalej jest tylko lepiej - kolor, który początkowo wydawał mi się...jasno - brzoskwiniowy świetnie stapia się z cerą, wyrównując jej koloryt i nie odznaczając się na twarzy.

 
Od lewej: Revlon CS 110 Ivory, Pharmaceris Nawilżający Fluid Antyoksydacyjny Ivory 01, Etude House BB Magic Cream Refresh, Lioele BB beyond the solution, Skinfood Peach Sake Pore BB Cream SPF20 PA+ 01

W ciągu dnia nie ciemnieje na twarzy (a utleniania się podkładów nienawidzę nienawiścią prawdziwą), nie waży się, nie znika. Jego krycie określiłabym jako średnie, ja przeważnie nie stosuję już korektora na niedoskonałości (naczynka na skrzydełkach nosa, blizny na brodzie), jedynie pod oczy nakładam odrobinę rozświetlającego korektora. Pory wydają się być pod nim mniej widoczne, podkład w nie nie wchodzi. Jednocześnie mam wrażenie, że jest niesamowicie lekki, delikatny, skóra pod nim oddycha. Na pewno nie ma właściwości matujących, osoby z tłustą cerą będą musiały go przypudrować - ja czasami omijam ten krok, ponieważ na mojej suchej cerze wygląda dobrze również bez matującego pudru. Wydajność również zaliczam na plus - jedno wyciśnięcie pompki wystarcza na pokrycie całej twarzy.
Poniżej możecie zobaczyć jaki daje efekt na skórze - nie użyłam dodatkowo żadnego korektora ani pudru:

Po lewej oczywiście goła skóra, po prawej z cienką warstwą bb kremu. Mnie taki efekt zadowala w zupełności, skóra wygląda lepiej - koloryt jest wyrównany, drobne niedoskonałości zakryte, pory mniej widoczne.

Podsumowując - na obecną chwilę mój ulubiony podkład, zdeklasował konkurencję. Kolor, zapach, lekkość - to wszystko sprawia, że rano sięgam po niego z uśmiechem na twarzy :) Nawet jego cena jest bardzo przyjemna - ja odkupiłam go od Siulki (cmok!) za 18 złotych, na ebayu można go dostać za ok 23 złote. Czegóż chcieć więcej?


Pozdrawiam,
Panna Joanna
30 mar 2012

Ulubieńcy marca

Oj zaniedbałam bloga pod kątem ulubieńców, już nie pamiętam kiedy ostatni raz pisałam o ulubionych kosmetykach miesiąca. Jednak tym razem się poprawiam i z okazji końca marca chciałabym Wam pokazać po jakie mazidła sięgałam w tym miesiącu najczęściej.

Całość podzieliłam na takie mini kategorie - kosmetyki kolorowe do twarzy, do oczu, do ust, lakiery i pielęgnacja. Prosto i chyba dość przejrzyście :)


Pielęgnacja: tutaj królowały głównie kosmetyki nawilżające, ponieważ moja skóra po zimie jest w mocno średniej kondycji. Odgrzebałam kilka kosmetyków, które jakiś czas temu poszły w kąt, a teraz wróciły do łask. Mamy tu:
- żel z aloesem firmy FlosLek - bardzo lubię ten żel, używam go przeważnie rano, pod makijaż; mieszam go  z kwasem hialuronowym, często sięgam po niego w ciągu dnia; nie jest to może jakiś super hiper mocny nawilżacz, ale mimo wszystkie lubię jego działanie
- krem nawilżający Aqua Precis z Uriage - jeden z moich ulubionych kremów, jest lekki, szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż, nie zostawia tłustego filmu i co najważniejsze - świetnie nawilża
- krem Lierac - mini słoiczek z GlossyBoxa :) krem zużyłam do dna, starczył mi na cały miesiąc nieregularnego stosowania; bardzo przypadł mi do gustu, skóra po jego użyciu jest niesamowicie miękka, nawilżona, promienna; działanie z pewnością warte wypróbowania, ja raczej po niego ponownie nie sięgnę, jego cena niestety średnio odpowiada mojemu studenckiemu budżetowi, ale będę go mile wspominać :)
- krem pod oczy Hydrain2 z Dermedic - kondycja skóry wokół oczu jest chyba jeszcze gorsza niż ogólnie skóry na twarzy, więc staram się sumiennie ją nawilżać; ten krem lubię, nie jest to może odkrycie roku, niemniej jednak przyjemnie nawilża, nie podrażnia
- masło do ciała BeBeauty z serii spa, wersja Azja - z całej serii Biedronkowych maseł, to jest moim ulubionym :) bardzo lubię jego zapach, który dość długo utrzymuje się na skórze, nawilża całkiem przyzwoicie i kojarzy mi się z wakacjami, do których już mi tęskno
- olejek Nuxe - kolejny, który prosto z GlossyBoxa trafił do moich ulubieńców; jedyny kosmetyk, który potrafi w dosłownie 5 minut zrobić porządek z moimi skórkami wokół paznokci; wsmarowuję go też w paznokcie między kolejnymi malowaniami, ponieważ od jakiegoś czasu zauważyłam, że są one strasznie suche - olejek Nuxe'a świetnie sobie z tym problemem radzi; jestem zachwycona jego działaniem
- olejek z pestek dzikiej róży z e-naturalnie.pl - mój ulubiony kosmetyk do stosowania na noc na twarz; rano skóra jest miękka i nawilżona; nie zanotowałam żadnego zapychania, podrażnienia, z pewnością powstanie pełniejsza recenzja tego olejku (wraz z innymi mazidłami zamówionymi na tejże stronce)


W ulubieńcach kosmetyków do twarzy tym razem skromnie. Staram się nie katować twarzy grubymi warstwami kosmetyków, ogólnie stawiam ostatnio na dość delikatne makijaże. Moimi największym odkryciem tego miesiąca jest z pewnością bb cream z firmy Skinfood - chyba znalazłam swój podkładowy ideał :) Ma piękny, brzoskwiniowy zapach, jest jasny, świetnie stapia się z odcieniem mojej twarzy ładnie wyrównując koloryt, zakrywa wszelkie niewielkie niedoskonałości, umożliwiając mi przy tym NIEużywanie korektora. Oprócz tego mam wrażenie, że dość odczuwalnie nawilża co z pewnością jest jego kolejnym plusem. Nakładam go albo palcami albo gąbeczką, którą możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Ta niepozorna różowa gąbeczka to nic innego jak "podróbka" Beauty Blendera (choć wielu mówi, że to dwa nieporównywalne produkty; nie wiem - oryginalnego Beauty Blendera nie miałam okazji używać) , która sprawdza się u mnie dobrze, lubię nakładać nią podkład, widzę różnicę w podkładzie nałożonym palcami, a tą gąbką. Do prawdziwego jajka mnie nie ciągnie, to w zupełności mi wystarcza.
Wraz z pojawieniem się pierwszych wiosennych piegów, odstawiłam kryształkowy rozświetlacz Essence i przerzuciłam się na ten z Catrice z LE Enter Wonderland. Daje piękny glow na policzkach, nie ma w sobie tysiąca drobin, tylko zostawia na skórze bezdrobinkową taflę w odcieniu łososiowo - brzoskwiniowym. Na pewno jest to idealny rozświetlacz dla osób o ciepłym typie urody, ja do tej pory nie wiem czy jestem ciepła czy zimna, ale ten kosmetyk na moich policzkach kocham :)
Jednak czymże byłby makijaż bez odrobiny koloru na policzkach? Ostatnio intensywnie testuję próbki bronzera z Fred Farrugia. Efektem jaki można nim wyczarować jestem zachwycona. Można stopniować nasilenie koloru, nie tworzy plam, nie smuży, wystarczy wklepać palcami odrobinę produktu i voila! Zdumiewa mnie jego wydajność - tą malutką próbkę którą widać na zdjęciu, używam już ponad miesiąc i praktycznie nie widać w niej znaczącego ubytku.


Moimi oczami zawładnęły wyprzedaże z Essence. Za linery i cień w kremie zapłaciłam po 3,99 zł za sztukę. Oprócz niskiej ceny kosmetyki te mogą się poszczycić świetną jakością, z miejsca zawojowały moją kosmetyczkę. Cienia Stay all day (w odcieniu Steel the show) używam zarówno samodzielnie jak również jako bazę pod inne cienie, trzyma się powiek jak przyspawany, nie roluje się, nie zbiera w załamaniu. Moje oczy wyglądają w nim jakoś tak...stalowo :) Często łączę ten cień z którymś z linerów - i w duecie z fioletem i z zielenią wygląda cudnie. Linerom też nie mogę nic zarzucić, mają przyjemną konsystencję (pędzelek wchodzi w nie jak w masło), kreski maluje się łatwo i szybko. Trwałość jest więcej niż zadowalająca, nawet w kącikach oczu liner się nie rozmazuje, z czym często mam problem. Wszystkim, którzy mają dostęp do tych linerów, a jeszcze ich nie kupili - serdecznie polecam :)
W kwestii cieni - wciąż króluje u mnie Sleek, ostatnio najczęściej sięgam po paletkę PPQ. O tych cieniach wszyscy już chyba wszystko wiedzą, więc nie będę się rozpisywać - dla mnie Sleeki to jedne z najlepszych cieni.
Nie mogłabym nie wspomnieć o mojej najulubieńszej kredce do brwi z firmy Basic. Jedyna, która na moich brwiach nie wygląda rudo. Oprócz tego jest trwała, wygodna w użyciu, wydajna i śmiesznie tania (około 5 złotych).
Tuszowy ulubieniec wciąż jest taki sam - tusz Lash Love z Mary Kay to zdecydowanie najlepszy tusz, jakiego dane mi było używać. Nawet z moich lichych rzęs potrafi zrobić piękne firany, nie osypuje się w ciągu dnia i nie podrażnia oczu. Zużywam już trzecie opakowanie i ciągle zachwycam się efektem jaki daje.


W ulubieńców "ustowych" równie skromnie co w twarzowych. Spierzchnięte dość często usta ratuję balsamami do ust z Figs&Rouge, moja ulubioną wersją jest ta o zapachu różanym. Jedno z lepszych mazideł do ust - wygładza, zmiękcza, nadaje delikatnego blasku.
Koloru mym ustom nadawałam głównie błyszczykami Essence. W końcu odkryłam serię Stay with me - szkoda, że tak późno, bo błyszczyki są naprawdę fajne. Mam dwa kolory - 01 Me&my icecream oraz 04 Trendsetter. Tego pierwszego mogłabym używać cały czas - ma bardzo delikatny, lekko różowy, mleczny kolor. Drugi z kolei to bardziej nasycony róż, zaryzykowałabym stwierdzenie fuksja. Oba pięknie pachną, mają wygodne aplikatory, długo utrzymują się na ustach, jeśli się zjadają to równomiernie. Na stałe zamieszkały w mojej torebce.


W lakierowych ulubieńcach nastąpiła mała rewolucja - ulubioną do tej pory odżywkę Wibo odstawiłam na korzyść 8w1 z Eveline. Nie żałuję - ta druga okazała się sporo lepsza. Paznokcie są twarde, ale elastyczne, nie rozdwajają się, nie łamią. Do tego wygląda ładnie również występując na paznokciach solo (ja używam dwóch warstw jako bazy pod lakier). Wydajnością bije Wibo na głowę - tamta bardzo szybko gęstniała i co najmniej 1/3 opakowania trzeba było wyrzucić do kosza.
Ulubionym top coatem jest niezmiennie Gel look z Essence. Niesamowicie wydłuża trwałość lakieru - paznokcie potraktowane tym topem są w stanie wytrzymać bez uszczerbku nawet tydzień. Ważne aby nie malować im paznokci kiedy lakier zdążył tylko lekko wyschnąć - to wtedy schnie niemiłosiernie długo. Ja zazwyczaj używam go dopiero na drugi dzień po pomalowaniu paznokci lakierem.
Apropo lakierów - w tym miesiącu byłam NUDNA i najczęściej sięgałam po lakier Wibo z serii Trends Nude. W marcu odkryłam też lakiery MIYO i od razu wysoko uplasowały się w rankingu moich paznokciowych ulubieńców.

To by było na tyle, aż się z rozpędu rozpisałam :)

Pozdrawiam i życzę wszystkim miłego weekendu,
Panna Joanna
29 mar 2012

Nowości, nowości - Dermedic

Wiosna jest gorącym okresem w strefie kosmetycznej - wiele firm z tej okazji wypuszcza na rynek nowości, które pozwolą nam zregenerować naszą skórę po zimie czy też umożliwią nam przywitanie wiosny w radosnym, kolorowym makijażu.

Kolejna nowość jaka pojawia się na rynku to nowa linia kosmetyków firmy Dermedic Laboratorium - Emolient Linum. W skład linii wchodzą cztery kosmetyki - krem do twarzy, krem do rąk, lotion do ciała i olejek do kąpieli. Linia ta przeznaczona jest do pielęgnacji skóry suchej, bardzo suchej i atopowej. Dermokosmetyki EMOLIENT LINUM zostały stworzone w oparciu o kojące i odżywcze właściwości lnu, bogatego w nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT) Omega 3, Omega 6 i Omega 9, który działa przeciwzapalnie i przeciwświądowo, łagodzi objawy suchych egzem, hamuje rozwój patogennych bakterii. Seria EMOLIENT LINUM charakteryzuje się delikatną i nietłustą konsystencją.


Skuteczne działanie dermokosmetyków z serii EMOLIENT LINUM zapewnia kompleksowo dobrana formuła składników aktywnych, która pozwala chronić i długotrwale nawilżać suchą, bardzo suchą i atopową skórę. Przy projektowaniu nowej serii Dermedic Laboratorium wykorzystano przede wszystkim niezwykłe właściwości oleju lnianego, który powstał z wyselekcjonowanych gatunków lnu, spełniających surowe wymagania jakościowe. Olej lniany bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe Omega 3, Omega 6 i Omega 9 łagodzi mikrourazy naskórka, zmniejsza podrażnienia oraz nawilża skórę, w efekcie czego staje się ona gładka i elastyczna. Długotrwałe nawilżenie skóry jest możliwe dzięki zawartym w oleju lnianym składnikom, które redukują przeznaskórkową utratę wody. Ponadto, olej lniany działa przeciwzapalnie i przeciwświądowo, hamuje rozwój patogennych bakterii oraz wspomaga leczenie ran i owrzodzeń skóry, poprawiając wyraźnie jej stan. Dermokosmetyki z serii EMOLIENT LINUM nie zawierają dodatkowych substancji zapachowych, barwników i konserwantów, dzięki czemu nie powodują podrażnień.

Zaciekawione? Oto jak przedstawiają się poszczególne produkty:

KOJĄCY KREM NAWILŻAJĄCY EMOLIENT LINUM


Aktywny tryb życia, ekstremalne warunki pogodowe, klimatyzowane pomieszczenia oraz narastający stres w codziennym życiu negatywnie odbijają się na zdrowiu i wyglądzie skóry twarzy. Właśnie dlatego marka dermokosmetyków Dermedic Laboratorium wprowadza na rynek kojący krem nawilżający do suchej, bardzo suchej i atopowej skóry twarzy. Lekka konsystencja i wspaniałe walory odżywcze wynikające z zawartości oleju lnianego bogatego w nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT) Omega 3, Omega 6, Omega 9 zwiększają odporność mechaniczną naskórka oraz zapewniają właściwy poziom nawilżenia.

Jak działa kojący krem nawilżający EMOLIENT LINUM?
Nawilżający krem do twarzy z serii EMOLIENT LINUM dzięki zawartości oleju lnianego bogatego w nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT) Omega 3, Omega 6 i Omega 9 skutecznie łagodzi podrażnienia skóry, poprawia jej elastyczność oraz przyspiesza regenerację naskórka. Zawarty w kremie olej z lnu działa także przeciwświądowo i przeciwzapalnie, łagodzi objawy suchych egzem, a także hamuje rozwój patogennych bakterii na powierzchni skóry. Co więcej, krem nawilżający EMOLIENT LINUM zawiera synergicznie działający Squalane i Sensiva S.C.50, które zwiększają i przyspieszają przenikanie pozostałych składników aktywnych przez skórę, jednocześnie ograniczając utratę wody. Dodatkowo, Masło SHEA oraz gliceryna długotrwale natłuszczają i nawilżają skórę oraz tworzą barierę ochronną wzmacniając i odbudowując naturalny płaszcz hydrolipidowy. Dzięki lekkiej konsystencji kojący krem nawilżający EMOLIENT LINUM szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze tłustego filmu. Dermokosmetyk jest produktem hypoalergicznym i może być stosowany u dzieci powyżej 3 roku życia.

Rekomendowana cena detaliczna kremu nawilżającego EMOLIENT LINUM: 23,50 zł.

LOTION DO CIAŁA EMOLIENT LINUM


Lekka konsystencja, wspaniałe walory odżywcze przywracające jędrność skóry oraz kompleksowa ochrona - to najnowsza oferta marki Dermedic Laboratorium do pielęgnacji ciała. Lotion EMOLIENT LINUM wspomaga funkcje fizjologiczne skóry dzięki specjalnie dobranym składnikom, takim jak olej lniany, który stanowi naturalne bogactwo nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT) Omega 3, Omega 6 i Omega 9. Lotion do ciała EMOLIENT LINUM jest szczególnie polecany do codziennej pielęgnacji skóry suchej, bardzo suchej i atopowej.

Jakie działanie ma lotion do ciała EMOLIENT LINUM?
Lotion do ciała EMOLIENT LINUM został stworzony na bazie zaawansowanych technologicznie składników, dostarczających skórze niezbędnych substancji odżywczych. Lotion EMOLIENT LINUM zawiera przede wszystkim olej lniany bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT) Omega 3, Omega 6 i Omega 9, który łagodzi podrażnienia i mikrourazy naskórka. Ponad to, olej z lnu działa przeciwzapalnie i przeciwświądowo, łagodzi objawy suchych egzem oraz hamuje rozwój patogennych bakterii na powierzchni skóry. Nowy lotion do ciała EMOLIENT LINUM zawiera także ekstrakt z jęczmienia, który naturalnie wpływa na odbudowę płaszcza hydrolipidowego skóry oraz wspomaga odnowę komórkową przez co skóra odzyskuje zdrowy wygląd. Dodatkowo, masło SHEA zawarte w preparacie wspomaga magazynowanie wody w naskórku oraz eliminuje uczucie ściągnięcia skóry i dyskomfortu, czyniąc ją jednocześnie elastyczną i właściwie nawilżoną. Ponadto, lekka konsystencja sprawia, że nowy lotion
do ciała EMOLIENT LINUM szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustego filmu.
Dermokosmetyk jest produktem hypoalergicznym i może być stosowany u dzieci powyżej 3 roku życia.

Rekomendowana cena detaliczna lotionu do ciała EMOLIENT LINUM: 42 zł.

OLEJEK DO KĄPIELI EMOLIENT LINUM


Kąpiel stanowi podstawę pielęgnacji ciała. Jednak twarda, chlorowana woda oraz zwykłe środki myjące mogą nadmiernie wysuszać i podrażniać naszą skórę. Nowy olejek do kąpieli EMOLIENT LINUM marki Dermedic Laboratorium delikatnie oczyszcza skórę nie naruszając jej płaszcza hydrolipidowego. Dzięki zastosowaniu takich składników jak olej lniany bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT) Omega 3, Omega 6, Omega 9 oraz olej mineralny skóra jest odpowiednio odżywionai gładka w dotyku. Olejek do kąpieli EMOLIENT LINUM zalecany jest do pielęgnacji skóry suchej, bardzo suchej i atopowej.
Jak działa olejek do kąpieli EMOLIENT LINUM?
Olejek do kąpieli EMOLIENT LINUM dzięki unikalnej kompozycji składników działa na wielu płaszczyznach. Olej z lnu z zawartymi w nim nienasyconymi kwasami tłuszczowymi (NNKT) Omega 3, Omega 6, Omega 9 ma działanie łagodzące i zmiękczające, czyniąc skórę elastyczną i gładką. Olej lniany działa także przeciwzapalnie i przeciwświądowo, łagodzi objawy suchych egzem oraz hamuje rozwój patogennych bakterii. Natomiast olej mineralny zapobiega nadmiernej utracie wilgoci, gwarantując odpowiedni poziom nawilżenia skóry, a także przyspiesza wchłanianie składników aktywnych zawartych w dermokosmetyku. Dobrane w odpowiednich proporcjach składniki sprawiają,
że olejek do kąpieli EMOLIENT LINUM w połączeniu z wodą tworzy delikatną mleczną emulsję, która nie pozostawia na ciele tłustej powłoki. Dermokosmetyk jest produktem hypoalergicznym
i może być stosowany u dzieci powyżej 3 roku życia.

Rekomendowana cena detaliczna olejku do kąpieli EMOLIENT LINUM: 38,60 zł.

REGENERUJĄCY KREM DO RĄK EMOLIENT LINUM


W najnowszej ofercie marki dermokosmetyków Dermedic Laboratorium znajdują się produkty przeznaczone do pielęgnacji skóry suchej, bardzo suchej i atopowej. Skóra dłoni jest bardzo delikatna i wymaga odpowiedniej pielęgnacji. Właśnie dlatego powstał regenerujący krem do rąk z serii EMOLIENT LINUM. Innowacyjna formuła składników regenerująco-nawilżających sprawi, że dłonie odzyskają naturalne piękno i staną się odporne na szkodliwe działanie czynników zewnętrznych każdego dnia.

Innowacyjna formuła regenerującego kremu do rąk EMOLIENT LINUM
Aktywna formuła składników regenerująco-nawilżających zawartych w najnowszym kremie do rąk EMOLIENT LINUM chroni skórę przed działaniem niekorzystnych czynników zewnętrznych i zmniejsza skłonność do podrażnień. Zastosowany w kremie olej lniany bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT) Omega 3, Omega 6 i Omega 9 łagodzi mikrourazy naskórka oraz długotrwale nawilża wrażliwą skórę dłoni, kompleksowo ją odżywiając. Ponad to, olej z lnu działa przeciwzapalnie i przeciwświądowo, łagodzi objawy suchych egzem oraz hamuje rozwój patogennych bakterii na powierzchni skóry. Dodatkowo, regenerujący krem do rąk EMOLIENT LINUM zawiera połączenie lanoliny i alantoiny, które skutecznie łagodzą wszelkie podrażnienia, a zawarta w nim gliceryna intensywnie natłuszcza nawet bardzo suchą skórę. Dla pełnej skuteczności kremu zastosowano również witaminę E, która podwyższa aktywność enzymatyczną w skórze oraz pomaga w tworzeniu nowych komórek. Dzięki tak dobranym składnikom regenerujący krem do rąk EMOLIENT LINUM zalecany jest do codziennej pielęgnacji skóry suchej, bardzo suchej, atopowej i skłonnej do alergii. Co więcej, krem do rąk EMOLIENT LINUM doskonale się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, dzięki czemu może być stosowany wielokrotnie w ciągu dnia. Dermokosmetyk jest produktem hypoalergicznym i może być stosowany u dzieci powyżej 3-go roku życia.

Rekomendowana cena detaliczna regenerującego kremu do rąk EMOLIENT LINUM: 19,90 zł.

Wszystkie informacje oraz zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych firmy Dermedic Laboratories.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 mar 2012

Lady in RED

Cóż może być piękniejszego od czerwonej, nasyconej kolorem szminki? Odpowiedź prawidłowa - nic :)
Niedawno dostałam od Agaty takie właśnie czerwone cudo i dzisiaj korzystając z chwili wolnego machnęłam na szybko makijaż z akcentem na usta. Ponownie wykorzystałam też sztuczne rzęsy firmy Red Cherry i całość wyszła lekko pin - upowo :)






O szmince mogę napisać tylko jedno - jest genialna. Prawdziwie czerwona, kremowa, malowanie nią ust to czysta przyjemność. Ogromnym plusem jest również trwałość - miałam wręcz problemy aby pozbyć się jej z ust :)



Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 mar 2012

Todays look - słoneczny

Pogoda aż zachęca do jakiegoś słonecznego makijażu, więc dziś zrezygnowałam z nudnych szarości i postawiłam na coś bardziej wiosennego (czy nawet letniego :)). Przy okazji chciałam wypróbować kilka nowych kosmetyków, które w ostatnim czasie trafiły do mojej kosmetyczki i wciąż czekały na swój debiut. Na twarz powędrował więc krem bb z firmy Skinfood - Peach Sake Pore BB Cream SPF20 PA+ - i chyba mamy miłość od pierwszego użycia. Genialny zapach, bardzo świeży, efekt jaki daje mogłabym porównać właśnie do tego zapachu - twarz wygląda świeżo, promiennie. Koloryt jest wyrównany, drobne niedoskonałości zakryte, odcień twarzy nie odcina się od szyi. Czuję, że się bardzo polubimy. Pozostałe kosmetyki "twarzowe" - puder Stay Matte z Rimmela, rozświetlacz Catrice z LE Enter Wonderland (uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam, Beatko kochana bardzo Ci za niego dziękuję :)), Ziemia Egipska. 
Makijaż oczu był okazją do wypróbowania cieni Sephory, a konkretnie "próbnika" cieni, który dostałam od Dominiki z Wyznania Kosmetykolhiczki. Wykorzystałam trzy z czterech dostępnych na próbniku cieni - milestone N°17, golden Girl N°50 i swimming Pool N°37. O ile milestone mnie zachwycił pigmentacją i pięknym opalizującym, brązowym kolorem, tak golden Girl to porażka ze względu na całą masę wielkich, srebrnych drobin. To nawet nie tyle są drobinki, co po prostu spora ilość chamskiego brokatu. A szkoda, bo odcień (złoto) piękny. Swimming Pool okazał się całkiem przyjemny - ot, ładny niebieski, dość nasycony odcień. Cienie okazały się całkiem trwałe - użyłam ich wcześnie rano, a po 8 godzinach wciąż wyglądają dobrze, nie zrolowały się ani nie wyblakły. Ogólnie - poza odcieniem milestone nie jestem jakoś szczególnie powalona na kolana, ale ten jeden konkretny kolor z pewnością obejrzę z bliska przy najbliższej okazji.
Pozostałe kosmetyki użyte do makijażu oczu - baza Mary Kay, tusz Lash love z Mary Kay, kredka do brwi Basic.
Na ustach mam błyszczyk Essence Stay with me w odcieniu 01 me&my iceaream - to również nowość wśród moich kosmetyków, załapałam się na wyprzedaż Essence, więc za 3,99 zł żal było nie skorzystać. Z błyszczykiem już zdążyłam się polubić, do mojej kolekcji dołączył jeszcze odcień Trendsetter. Przy okazji - w gliwickim Katonie rozpoczęła się wyprzedaż Essence, ale w szafach praktycznie nic nie zostało oprócz nieziemskiego bałaganu. Mało tego - dzisiaj urzędowała w tejże drogerii Pani Wizażystka i w kącie wykonywała makijaże. Zlustrowała mnie i mój dzisiejszy makijaż z góry do dołu, po czym zaczęła się do mnie uśmiechać. Doprawdy nie wiem jak to interpretować. 




Oddalam się wykonać sprawozdanie i trochę się polenić. Miała być dzisiaj kolejna porcja wiadomości po zakończeniu 2 levelu 30 day shred, ale niestety jestem od 3 dni przymuszona do przerwy ponieważ najprawdopodobniej naciągnęłam sobie ścięgno w stopie i ciężko mi się chodzi, o skakaniu nie wspominając. Tylko ja mam takie zdolności, żeby sobie nadwyrężyć stopę :P

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 mar 2012

MIYO po raz drugi - Peacock!

Ostatnio pokazywałam Wam miętowy lakier MIYO, który swoim kolorem momentalnie podbił moje serce. Nie chciałam jednak aby miętusek był samotny wśród mojego pudła z lakierami i do towarzystwa wybrałam dla niego lakier o numerze 13 i nazwie "Peacock". Żółty, pastelowy lakier chodził za mną już od jakiegoś czasu, jednak wciąż nie mogłam się przełamać mając w pamięci jak dawno, dawno temu lakier o takowym kolorze prezentował się na paznokciach mojej koleżanki. Trauma na szczęście mi przeszła i tym samym na paznokciach zagościł dziś właśnie taki lakier z kolekcji MIYO. Niedawno przeczytałam na którymś z blogów raczej negatywną jego recenzję, jednak postanowiłam zaryzykować i nie żałuję. Nałożyłam jedną warstwę odżywki Eveline 8w1 i na to trzy warstwy lakieru "Peacock". Te trzy warstwy w zupełności wystarczyły do pełnego krycia, końcówki paznokci nie prześwitują spod lakieru, nie ma smug. Mało tego - całość błyskawicznie wyschła i po 20 minutach mogłam już dziobać po paznokciach i nic się nie działo. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym faktem, pochwalić muszę też trwałość - odcień "Grape" trzymał się na moich paznokciach przez trzy dni bez żadnego uszczerbku typu odpryski czy starte końcówki. Zmyłam go tylko dlatego, że miałam ochotę wypróbować kolejny kolor.




Drugie zdjęcie lepiej oddaje jego kolor, jednak w rzeczywistości jest on nieco bardziej nasycony. Na paznokciach nie mam żadnego top coata (a lakier i tak ładnie błyszczy).

Słowem - dla mnie bomba! To na pewno nie moje ostatnie kolory, w tym przedziale cenowym zdecydowanie wolę MIYO od chociażby Essence.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
22 mar 2012

O tym jak Panna Joanna Jasmin i MIYO odkryła :)

Za górami, za lasami, za osiedlami, w miejscu gdzie na żadnej z moich codziennych tras nie jest mi po drodze, stoi sobie wśród wielkich bloków mała drogeria. W drogerii tej znajduje się praktycznie wszystko co ja, jako konsument, mam ochotę w drogerii widzieć - Pani sprzedająca stoi sobie za ladą, nie dyszy człowiekowi w kark, jest ładnie pomalowana, zorientowana (wiedziała, że Essence zmienia asortyment i które cienie z MIYO są fajne), na miejscu uświadczymy szafy takich marek jak Essence, Bell, MIYO (i wiele innych, ale na te zwróciłam największą uwagę), w szafie Essence po oczach biją przeceny (wycofywane produkty po 3,99 zł). No raj na ziemi. Ta drogeria to...uwaga, uwaga...Jasmin. Dzisiaj zboczyłam nieco z kursu i zawędrowałam właśnie do niej. Przy wyjściu powiedziałam Pani ekspedientce, że na pewno tam wrócę - zostałam pod wieloma aspektami do tego zachęcona. Brawo, Naturo możesz się schować :P

Zakupów jakiś większych nie przewidywałam, ale coś tam razem ze mną z tej drogerii wyszło ;) Między innymi lakier, który już mam na paznokciach i w związku z tym mogę uraczyć Was dwoma skromnymi swatchami. Takiego koloru szukałam dość długo (tak wiem, że miętowych lakierów jest ostatnio zatrzęsienie), niby mięta, ale dość mocna, nie rozbielona, kremowa, w idealnych jak dla mnie proporcjach zieleń/niebieski. Malowanie bezproblemowe - dwie warstwy i po krzyku. Starczyłaby jedna grubsza, ale zdecydowanie wolę położyć dwie cienkie. O trwałości nic na razie nie mogę powiedzieć, ponieważ mam lakier na paznokciach od 2-3 godzin (szybciutko wysechł, jakieś 15 minut). Już go lubię. Lakier ma numer 28 i zwie się "Grape".



Zdjęcia dość dobrze oddają jego kolor, jest dość jaskrawy.

Przy okazji *muszę* pochwalić odżywkę do paznokci z Eveline - 8w1. Dość sceptycznie podchodziłam do tych ochów i achów na jej temat, ale teraz na własnych paznokciach się przekonałam, że miałyście rację, nigdy nie miałam aż tak twardych paznokci, nawet moja ukochana odżywka z Wibo została daleko w tyle.

A Wy - znacie drogerie Jasmin? Wszystkie są takie sympatyczne czy tylko mi, w drodze wyjątku, po tych wszystkich latach gdy zdana byłam na Naturę i Katona, tak się przyfarciło?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 mar 2012

Todays look - dziewczyna marynarza vol. 2

Swojego czasu pokazałam Wam makijaż, w którym postawiłam na delikatny czerwony akcent na powiekach - mowa oczywiście o "Dziewczynie marynarza". Ten look cieszył się sporą popularnością, zostawiłyście mi wtedy masę bardzo miłych komentarzy. Czerwień na dłuższy czas powędrowała do szuflady, ale dziś mając w rękach paletkę PPQ ze Sleeka, po raz kolejny nabrałam ochoty na jakiś krwisty akcent. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam i tak oto powstała kolejna kombinacja z czerwienią na oczach. Tym razem postawiłam na kreski, dolną powiekę jedynie delikatnie musnęłam granatowym cieniem.

Kosmetyków użyłam w zasadzie tych co zawsze, wszystkie cienie (czerwień, brzoskwinia, granat i cielak) to Sleek - paletki Monaco i PPQ. Na ustach błyszczyk Essence z LE Into the wild "Heart Chakra".



Taki makijaż świetnie podkreśla niebieską tęczówkę, więc wszystkim niebieskookim serdecznie polecam taką kombinację :) Ja się w czerwieni na powiekach czuję świetnie i na pewno częściej będę wykorzystywać ten kolor w makijażu.

Pozdrawiam (wiosennie!),
Panna Joanna
19 mar 2012

Nowości JOKO :)

JOKO zasypuje nas ostatnio nowościami, tym razem do asortymentu dołączają nowa kolekcja lakierów Find Your Color oraz trzy nowe mascary Pump Your Lashes. Ciekawe? Zerknijcie na szczegóły :)


Kolor oka podkreślony
Trzykolorowa maskara Pump Your Lashes


Moda na naturalny look sprawia, że kobiety coraz częściej sięgają po brązowe i granatowe maskary. Wykorzystywanie kolorystyki nude oraz moda na delikatny makijaż przyczyniły się do wzrostu popularności maskar w kolorach innych niż czarny. JOKO wprowadza maskarę Pump Your Lashes, która występuje w trzech wersjach kolorystycznych podkreślających kolor tęczówki oka.

Najnowsza pogrubiająco-wydłużająca maskara JOKO ma silikonową szczoteczkę o nieregularnym kształcie – z jednej strony zastosowano długie, a z drugiej krótkie włoski. Krótszymi włoskami można pomalować rzęsy oraz zrobić delikatną kreskę u nasady rzęs, która optycznie nadaje im objętości. Dłuższe włoski idealnie pokrywają rzęsy i je wydłużają.

Mocno czarne maskary nie przy każdym typie urody sprawdzą się do wykonania naturalnego makijażu. Pump Your Lashes występuje w trzech kolorach: black, brown i deep blue. Kolory są dobrane do kolorów oczu, które najczęściej mają Polki. Brązową maskarą można podkreślić niebieskie oczy, granatową zielone, a czarna dobrze się sprawdza przy brązowych. Dzięki nowym maskarom JOKO można pogrubić i wydłużyć rzęsy oraz subtelnie wydobyć kolor tęczówki oka.

Sugerowana cena: 19,90 zł



Jestem bardzo ciekawa tego tuszu, mascary JOKO bardzo lubię, miałam już kilka i zawsze byłam zadowolona :)

Kolory Maroka
10 nowych lakierów JOKO

Mimo, że między Europą a Marokiem jest tylko 14 kilometrów Cieśniny Gibraltarskiej wszystko, co tam spotykamy jest dla nas egzotyczne i zaskakujące. Przekraczając granice Królestwa Marokańskiego, trafiamy do niezwykłego świata wypełnionego pięknymi kolorami. Dziesięć nowych lakierów Find Your Color jest inspirowanych kolorytem tego magicznego miejsca.

Lakiery Find Your Color zawierają polimery winylowe, które chronią paznokcie oraz zapewniają długotrwały efekt. Dzięki nim lakier jest trwały i nie odpryskuje.

Wygoda – pędzelek typu ONE MOVE
Panoramiczny pędzelek typu OE MOVE umożliwia błyskawiczne pomalowanie całej płytki paznokcia za jednym pociągnięciem. Pędzelek jest elastyczny i dostosowuje się do kształtu paznokcia, dzięki czemu podczas malowania nie powstają żadne smugi. Czarny korek, który został zaprojektowany przez Włochów to nie tylko elegancki design, ale i funkcjonalne rozwiązanie umożliwiające sprawną aplikację lakieru.

Pojemność: 10 ml
Sugerowana cena: 13,00 zł


O lakierach JOKO już nie raz pisałam, uwielbiam pędzelki w tych lakierach, żadnymi innymi tak wygodnie nie maluje mi się paznokci :)

Coś trafiło na Waszą chciej - listę? Ja się uśmiecham do brązowego tuszu i lakierów Indigo, Gunpowder with mint oraz Shady desert :)))

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 mar 2012

Przyszła wiosna, czas na zmiany :)

Zima chwilowo poszła w siną dal i miejmy nadzieję, że już nie wróci. Diggerowa ostatnio nakazała mi zmianę mojego zimowego baneru. Mój OPT (osobisty personel techniczny, jakby jeszcze ktoś nie wiedział) podążając za moimi sugestiami (miało być ładnie i prosto) stworzył coś, co bardzo przypadło mi do gustu :) Jako, że jestem chwalipięta, oczywiście muszę się Wam pochwalić :D

Zostawiam więc Wam z nowym banerem i lecę szykować się na imprezę :)
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu,
Panna Joanna
15 mar 2012

Wszyscy shredują, shreduję i ja :)

Z Autocadem się nie uporałam, tzn. uporałam się ale tylko częściowo, na resztę nie mam siły, ochoty, weny ani ogólnie niczego innego. Przerwa więc z pewnością świetnie mi zrobi (tiaa...jasne - jak skończę pisać posta, to pewnie zalegnę na wyrku i zasnę aż miło) i przeznaczę ją na posta, którego obiecałam Wam w poprzedniej notce.


Jak pewnie większość z Was się domyśliła tematem owej notki będą...tamdamdadam....ćwiczenia. A konkretnie program Jillian Michaels "30 Day Shred". Wszystko zaczęło się rzecz jasna od Urban, która w TYM poście opisała swoje wrażenia z tego właśnie programu ćwiczeń. Pomyślałam sobie - tylko 30 minut dziennie? Przez 30 dni? I jeszcze do tego wszystkiego widać efekty? Wchodzę w to!
Przyznaję bez bicia - moja figura idealna nie jest, wręcz przeciwnie, ma sporo mankamentów, które wynikają głównie z braku ruchu. Ruch kończył się powoli - w liceum trenowałam siatkówkę i cotygodniowy kilkugodzinny trening miał zbawienne działanie na moje ciało (mimo, że po takiej dawce ruchu czasem aż ciężko było wejść do wanny), potem liceum się skończyło i przyszły studia i tu już byłam zdana na siebie. A, że należę raczej do leniwych osób jakoś specjalnie mi się do tego ruchu nie paliło. Oczywiście nie było też tak, że cały dzień leżałam do góry brzuchem, nic z tych rzeczy - po prostu poza spacerami, wbieganiem na 4 czy 5 piętro na uczelni żadnej dyscypliny sportowej zasadniczo nie uprawiałam. Potem dodatkowo pojawił się problem w postaci skręconego kręgosłupa, z którym nawiasem mówiąc mam problemy (natury technicznej ;]) i znów jakoś ten wysiłek fizyczny, który mógłby uchronić me ciało przed sflaczeniem, uciekł. Owo sflaczenie to chyba ta moja największa udręka, jakiś pokaźnych skoków na wadze nie zanotowałam, we wszystkie ciuchy się mieszczę, choć mam takie spodnie, że jak zapiąć  to tylko na wdechu ;) 30 Day Shred wydało mi się więc idealnym pomysłem na zadbanie o swoje ciało, w końcu co to jest 30 minut dziennie?


Obejrzałam sobie jak wygląda Level 1 - ćwiczenia wydawały się stosunkowo proste.


Wyciągnęłam kalendarz zanotowałam, w którym dniu startuję i....zaczęłam.


Cel był prosty - wytrwać i się nie poddać. Oprócz tego wprowadziłam też w życie dietę (co proste nie było, bo ja ogólnie odżywiam się dość zdrowo i w normalnych ilościach) - opierającą się głównie na zasadzie MŻ czyli popularne mniej żreć. Odstawiłam to co niezdrowe (przestałam pić kawę/herbatę, używać soli, cukru), zaczęłam większą uwagę przywiązywać do tego co jem - warzywa, owoce, gotowane a nie smażone itd. Oprócz tego wprowadziłam sobie kompletny nakaz picia jednej 1,5 litrowej butelki wody dziennie. Do tego było mi przywyknąć najciężej bo do tej pory nałogowo wręcz piłam słodką herbatę i woda była dla mnie zwyczajnie bez smaku (Asia odkrywca :P). Po kilku dniach wlewania w siebie wody, napiłam się herbaty i stwierdziłam, że mi nie smakuje! Nie byłam w stanie ugasić pragnienia słodką herbatą, wydawała mi się przede wszystkim za słodka (lol) i tak zaczął się mój romans z wodą mineralną, którą od tamtej pory spożywam z przyjemnością.

Na jakim jestem etapie? Dzisiaj skończyłam Level 1 - za mną 10 dni ćwiczeń i tej pseudo diety. Poprawę już widzę, drobną, ale zauważalną :) Przede wszystkim pozbyłam się wody zalegającej w organizmie co wnioskuję po tym, że brzuch mimo, że nie jest płaski (o mięśniach na razie nawet nie wspominając), to nie jest też wzdęty.
Dobrych nawyków żywieniowych się trzymam dzielnie, choć staram się nie popadać w paranoję licząc każdą kalorię i odmawiając sobie przyjemności raz na jakiś czas. Na ten przykład w sobotę z racji imprezy, z pewnością będę spożywać alkohol w wersji zielonego piwa (dzień świętego Patryka) i nie będę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. A co z ćwiczeniami? Już opowiadam, uzbrójcie się w cierpliwość, bo opowieść to będzie długa.

Przede wszystkim, mój główny argument mówiący o tym, że to tylko 30 minut dziennie, dość szybko mogłam odłożyć w kąt. Dlaczego? 30 minut trwają ćwiczenia, ale oprócz tego potrzebne jest co najmniej dodatkowe pół godziny żeby się po tych ćwiczeniach ogarnąć. Mam na myśli prysznic i dojście do siebie. W pierwszy dzień, samo wykonywanie ćwiczeń zajęło mi rzecz jasna 30 minut, kolejne 15 minut spędziłam na podłodze, leżąc na macie i zastanawiając się czy nie wezwać pogotowia, potem 15 minut w wannie i po około kolejnych 30 minutach moja twarz z koloru pięknej, dorodnej purpury stała się  na powrót normalna. Nie ma się co oszukiwać - dla osoby o słabej kondycji te ćwiczenia będą męczące (piszę to z własnego doświadczenia). Ja po 10 minutach była już cała spocona, moje mięśnie chciały mnie wykolegować, a na drugi dzień miałam takie zakwasy, że ledwo chodziłam. Najtrudniejszy okazał się dla mnie dzień drugi bo nie dość, że kondycja wciąż była marna to jeszcze do tego dochodziły te nieszczęsne zakwasy, które wcale nie ułatwiały sprawy. Ale wzięłam się w garść i przetrwałam. Z każdym dniem było coraz lepiej - nie męczyłam się tak szybko, nie musiałam robić sobie przerw, nie popijałam w trakcie wody jak wściekła, nie zerkałam "ile jeszcze? ile jeszcze? ILE JESZCZE?!". Pod koniec przestałam ćwiczyć z Anitą, a zaczęłam z Natalie (dla niewtajemniczonych - na filmiku Anita wykonuje łatwiejsze, zmodyfikowane wersje niektórych ćwiczeń, natomiast Natalie się nie oszczędza), byłam w stanie wytrwać od początku do końca bez żadnych przerw, owszem męczyłam się, ale dopiero pod koniec, rodzice przestali słyszeć dyszenie, sapanie przemieszane z przekleństwami dobiegające z mojego pokoju ;)
Dzisiaj wpisałam do kalendarza magiczną 10 i od jutra przechodzę na Level 2! Nieskromnie powiem, że jestem z siebie dumna :D

Dla niezorientowanych, ale zainteresowanych - kilka zasad, na których opiera się cały program. Jak sama nazwa wskazuje jest to program 30 - dniowy, obejmujący trzy poziomy trudności - levele. Każdy z nich trwa po 10 dni. Ćwiczenia obejmują trzy obiegi (Urbanku ja też nie wiem jak te cirquit przetłumaczyć :P) - strength, cardio i abs. Na początku oczywiście jest krótka rozgrzewka, następnie po kolei lecą - ćwiczenia siłowe, cardio (ćwiczenia przyspieszające nasze tętno), ćwiczenia na mięśnie brzucha i od nowa. I tak jakieś 3 razy jeśli się nie mylę. 3 minuty ćwiczeń siłowych, 2 minuty cardio i 1 przeznaczona na ćwiczenia abs. Warto słuchać co w międzyczasie opowiada autorka - Jillian. Mówi ona między innymi jakich błędów nie popełniać, zwraca uwagę na szczegóły. Do tego ma taką dość motywującą gadkę. Tłumaczy dlaczego ćwiczenia wyglądają tak, a nie inaczej - możemy się dowiedzieć między innymi o skuteczności ćwiczenia jednocześnie dużych mięśni z małymi mięśniami (typu ramiona i nogi np.). Ogólnie babeczka robi to, co powinien robić dobry trener i chwała jej za to, choć pewnie takiej nauczycielki w - fu bym się bała ;)


Podsumowując - dla mnie te ćwiczenia to idealne rozwiązanie, mogę ćwiczyć w domu, nic mnie to nie kosztuje, nie zabiera dużo czasu i co najważniejsze - działa. Mało tego, ja te ćwiczenia po prostu polubiłam, nie wyobrażam już sobie dnia bez tego wysiłku, zaczęło mi to sprawiać frajdę, jestem ciekawa co będzie dalej, nie nudzę się. Spodnie, o których wspominałam (zapinanie na wdechu), mogę już zapiąć całkiem normalnie. Co dla mnie ogromnie istotne - te ćwiczenia nie obciążają mi kręgosłupa.
Z uśmiechem na mordce wkraczam w poziom 2, który podobno jest hardcorowy i nie mogę się doczekać. Po jego ukończeniu z pewnością zdam relację.


Dzięki Urban - to w dużej mierze dzięki Tobie!:))))

Pozdrawiam i wracam do tego nieszczęsnego Autocada,
Panna Joanna

Todays look - z turkusowym akcentem

Słowo daję, że ta kreska w rzeczywistości miała naprawdę turkusowy odcień i nie mam pojęcia czemu na zdjęciach (przynajmniej na moim monitorze) wygląda tak zielono. Niemniej jednak zauważyłam, że ostatnio zaniedbałam bloga pod kątem "look'ów" - na jakiś czas ustąpiły one miejsca paznokciom, recenzjom i tym podobnym, tak więc skoro obfociłam to wstawiam, a Wy proszę udawajcie, że nie widzicie zielonego tylko turkusowy, oprócz tego nie widzicie worków pod oczami i rozczapirzonych brwi :) Jak jeszcze sobie przypomnę czego nie widzicie to dopiszę w trakcie.

Makijaż bardzo prosty, delikatny, wg mnie nawet taki trochę wiosenny. Na twarzy mam to co zawsze - podkład Pharmaceris (skubany jest za ciemny ostatnio o.O), puder prasowany Stay Matte (uwaga, uwaga - dobijam dna, kocham, kupię ponownie i zaraz trzasnę jego recenzję), rozświetlający flamaster z Mary Kay, podwójny róż Dermacol. Oczy to - baza JOKO, cienie Sleek, kreska również Sleek (turkus z Monaco nałożony z Duraline), tusz Las Love z Mary Kay, na brwiach jak zwykle kredka do brwi Basic (numer 01).
Na usta nałożyłam matowy błyszczyk z Basic (wersję różową), a na to błyszczyk z H&M.



Zmykam do projektu (swoją drogą cóż za bezsens - na specjalizacji technologia wody i ścieków jako przedmiot obieralny dali nam instalacje wodno - kanalizacyjne w obiektach użyteczności publicznej w skrócie Inwkwoup :P, czyli kupa roboty, a potrzebne mi to jak mojemu psu drugi ogon). Wieczorem jeśli uporam się z mordęgami w Autocadzie, zaproszę Was na kolejnego posta, którego małą zapowiedź możecie zobaczyć poniżej :)


Pozdrawiam,
Panna Joanna
10 mar 2012

Inspirowany look - Adele + sztuczne rzęsy, które zasługują na pochwałę :)

Macie czasem tak, że zobaczycie gdzieś jakiś makijaż i siedzi on Wam w głowie tak długo dopóki nie zrobicie go na sobie? Ja miałam tak z makijażem Adele, który już jakiś czas temu przewinął mi się przed oczami i od tamtej pory czekał sobie spokojnie na realizację. Potrzebne były mi do niego sztuczne rzęsy, których do tej pory szczerze nie znosiłam, ponieważ nie byłam w stanie ich w większości przypadków okiełznać. Traf chciał, że dostałam ostatnio przesyłkę z kosmetyki-mineralne.com i znalazłam w niej właśnie sztuczne rzęsy. Podeszłam do nich oczywiście bardzo nieufnie, ale spotkała mnie miła niespodzianka - pasek nie był ani za sztywny, ani za długi, klej przykleił rzęsy dokładnie tam gdzie chciałam (a nie wszędzie dookoła).


Rzęsy umocowane są na bezbarwnym, elastycznym pasku. Ich przyklejenie zajęło mi dosłownie 3 minuty i nie musiałam się przy tym jakoś specjalnie namęczyć. Po ich przymocowaniu nie drażniła mnie ich obecność na oku - może nie tyle były niewyczuwalne, co po prostu wygodne. Klej przykleił je dość mocno, więc podczas tuszowania nie odklejały się, ani nie migrowały po oku. Mimo to zdjęcie ich nie okazało się problematyczne - wystarczyło trochę mocniej pociągnąć. Efekt dają dość spektakularny (przynajmniej dla mnie), na wieczorne wyjścia będą idealne :) Jestem naprawdę zaskoczona, bo nie spodziewałam się, że kiedyś trafię na sztuczne rzęsy, których nie wyrzucę od razu do kosza.

Ale wracając do makijażu, bo to o nim mowa :) Oko w kolorach delikatnego złota i brązu, gruba czarna kreska, zewnętrzny kącik podkreślony w dość specyficzny sposób, sztuczne rzęsy, usta nude, policzki delikatnie podkreślone bronzerem i tadadam! Przyznam, że jakoś nadzwyczajnie dobrze bawiłam się podczas robienia tego makijażu, gorzej było ze zdjęciami bo większość powychodziła bardzo ciemna i musiałam je trochę porozjaśniać. Ale kolory są oddane całkiem dobrze (może poza moją twarzą, aż taka blada chyba jeszcze nie jestem :)).

Użyte kosmetyki:
Podkład Revlon Colorstay (110), puder prasowany Stay Matte, puder spiekany JOKO (J04), cienie Sleek, rzęsy Red Cherry, kredka do brwi Basic (01), cień w kremi Essence (Dance the swan lake), szminka Essence (In the nude), tusz Essence I<3Extreme



Pozdrawiam i życzę miłej reszty weekendu,
Panna Joanna
6 mar 2012

Zoom na usta - NouriShine Plus od Mary Kay

Pewnie już nie raz wspominałam o tym, że błyszczyków używam dość rzadko - nie lubię jak kleją mi się do nich włosy, jak zbierają się w każdej jednej bruździe  na ustach. Ale ostatnio zmieniłam nieco nastawienie, polubiłam podkreślanie ust, coraz częściej to właśnie je akcentuje w makijażu. Kluczem do sukcesu jest oczywiście odpowiedni błyszczyk. Szczególną uwagę zwracam na konsystencję (nie lubię zbyt lejących się błyszczyków), kolor, no i oczywiście trwałość - komu by się chciało co 15 minut poprawiać makijaż ust?

Ostatnio miałam okazję przetestować dwa nowe błyszczyki firmy Mary Kay i dzisiaj właśnie te kosmetyki chciałabym Wam pokazać.

Posiadam dwa odcienie - Sun Blossom i Silver Moon. Pierwszy to delikatny brzoskwiniowy kolor, natomiast drugi to jasna,  niemal przezroczysta baza z różową poświatą. Oba pod względem kolorów bardzo mi się spodobały - idealne kolory na dzień.

To co zwróciło moją uwagę w pierwszej kolejności to konsystencja - błyszczyki te są bardzo gęste, wydawało mi się, że będą mocno się kleić na ustach, ale na szczęście bardzo komfortowo się je nosi. Dzięki tej formule na ustach trzymają się naprawdę przyzwoicie długo, nie zbierają się w bruzdach, kącikach, jeśli już zaczynają się zjadać, to znikają równomiernie. Nie wysuszają ust, powiedziałabym nawet, że wprost przeciwnie - treściwa konsystencja je pielęgnuje.
Aplikator możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej - jest wygodny, nabiera się na niego odpowiednia ilość kosmetyku, można nim precyzyjnie nałożyć błyszczyk na usta, nie mogę mu nic zarzucić.



Obie wersje kolorystyczne pięknie lśnią - Sun Blossom nie ma w sobie żadnych drobinek, ale pozostawia na wargach taflę koloru, z kolei urok Silver Moon polega na poświacie, którą wyczarowuje na ustach. Ten drugi nakładam często na ciemne szminki, zwłaszcza te wpadające w róż czy fiolet - różowa poświata świetnie się prezentuje na takich kolorach, lekko je rozjaśniając.

Sun Blossom

Silver Moon

Silver Moon nałożony na ciemnoróżową szminkę

Podsumowując - bardzo przyjemne produkty, zdążyłam się z nimi polubić i często po nie sięgam. Pełną gamę dostępnych kolorów możecie zobaczyć tutaj.
Opakowanie ma pojemność 4,5 ml, jedyne co zniechęca to cena - 55 złotych, czyli jednak dość sporo.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 mar 2012

Od rana do nocy - czyli trwały makijaż z nową bazą JOKO

Baza pod cienie to dla mnie jeden z tych kosmetyków, które bez względu na wszystko *muszą* znaleźć się w mojej kosmetyczce. Główny powód to oczywiście chęć posiadania trwałego makijażu, który przetrwa w stanie nienaruszonym wiele godzin - w moim przypadku jest to utrudnione ze względu na opadającą powiekę, która skutecznie roluje nałożone na nią cienie. Baz przetestowałam już sporo, większość z nich sprawdziła się dobrze, jednak wciąż szukam ideału. Kiedy więc dostałam możliwość przetestowania nowej, ulepszonej bazy pod cienie z JOKO. bardzo się ucieszyłam. Czy przebiła inne używane przeze mnie bazy? I tak i nie, choć bez wątpienia mogę postawić ją na podium.



Na początek słowo od producenta:
"Nowa, odmieniona baza pod cienie JOKO ma nie tylko nowe, bardziej funkcjonalne opakowanie, ale i ulepszoną, bezparabenową formułę. Teraz konsystencja bazy jest kremowa, dzięki czemu łatwo można ją rozprowadzić po powiece, a słoiczek ma szeroką szyjkę, co umożliwia swobodną aplikację.
Baza JOKO została wzbogacona przez aktywne składniki odżywcze takie, jak kompleks witamin A, E i F, oraz naturalny olej z krokosza barwierskiego. Witamina A przyspiesza odnowę komórek naskórka i poprawia koloryt. Witamina E jest naturalnym antyoksydantem przeciwdziała starzeniu i wygładza skórę;, a witamina F natłuszcza i tworzy warstwę ochronną. Dzięki temu skóra jest chroniona przed promieniowaniem UV i szybciej się regeneruje.

Stosowanie bazy pod cienie JOKO gwarantuje, że makijaż jest bardziej trwały i utrzymuje się na powiekach przez wiele godzin. Baza sprawia, że cienie mają intensywniejszy, głębszy kolor i eliminuje efekt zbierania się nadmiaru pigmentów w załamaniach powiek."


Nie miałam okazji stosować bazy JOKO w poprzedniej formule, jednak sporo o niej słyszałam i czytałam. Baza podobno była twarda, miała tępą konsystencję i używanie jej do najprzyjemniejszych czynności nie należało. Ta baza, którą ja otrzymałam do wypróbowania do tego opisu nijak nie pasuje, więc zakładam, że formuła rzeczywiście zmieniła się na lepsze. Przede wszystkim baza jest masełkowata, aksamitna, na powiece wręcz sunie :) Co dla mnie jest dość istotne - nie warzy się na powiece, a pokrywa ją równomiernie niemal bezbarwną warstwą. Ma w sobie delikatne drobinki jednak nie zmienia wykończenia cieni (jak choćby Duraline, który nadaje cieniom bardziej metaliczny wygląd). Pierwsze na co zwróciłam uwagę to piękny zapach - nie wiem co czego mogłabym ten zapach porównać, ale pachnie naprawdę przyjemnie.
Baza świetnie spełnia swoje dwa podstawowe zadania - podbija kolor cieni i przedłuża trwałość makijażu. Wiadomo, że z pasteli nam papuzich kolorów nie stworzy, jednak zdecydowanie sprawia, że cienie mają bardziej intensywny odcień. Poniżej możecie zobaczyć zdjęcie, na którym ta różnica jest dość dobrze uchwycona:


Po prawej stronie cień nałożony jest na "gołą" skórę, po lewej na bazę JOKO (od prwaej - cień w kremie, cień sypki, cień prasowany). Moim zdaniem różnica jest znaczna - widać to w przypadku i jasnych i ciemnych cieni.

W kwestii trwałości również jestem bardzo zadowolona - często zdarza mi się zmywać makijaż po 12 godzinach noszenia i bez bazy wyglądałby naprawdę średnio. Baza JOKO naprawdę znacznie przedłuża trwałość makijażu - często poza lekkim wyblaknięciem koloru nie widać znacznych zmian po długich godzinach noszenia. Żeby nie było, na potwierdzenie moich słów, przeprowadziłam mały eksperyment - rano (wcześnie rano) na jednym oku zrobiłam makijaż na bazie JOKO, na drugie nie kładłam żadnej bazy. Wieczorem (po około 9 godzinach) zrobiłam zdjęcie, na którym widać różnicę:


Wydaje mi się, że na pierwszy rzut oka widać, na którym oku była użyta baza :) Tam gdzie jej nie było - cienie się zrolowały, wyblakły. Moją zmorą są opadające powieki - z ich powodu cienie w środkowej części górnej, ruchomej powieki czasem po prostu znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Jak widać na załączonym obrazku baza JOKO całkiem nieźle trzyma je w ryzach.

Kolejną niewątpliwą zaletą tej bazy jest jej wydajność - wystarczy odrobina by pokryć dokładnie powieki. Pojemność słoiczka to 5 g. Co do opakowania - niby ładne, eleganckie, ale ja jakoś nie mogę się przekonać do kosmetyków w słoiczkach. Co prawda bazy o takiej konsystencji raczej nie dałoby się zamknąć w tubce, więc takie opakowanie, w jakim znajduje się baza JOKO wydaje się być całkiem sensowne. Aczkolwiek ja pozostaję wielbicielką tubek, dlatego też ten kosmetyk w moim rankingu baz umieszczam na podium, ale bezwarunkowego pierwszego miejsca nie dostanie.

Podsumowując - bardzo dobra baza, spełnia swoje zadanie, jest wydajna i niedroga. Ja używam jej z przyjemnością i pewnie jeszcze kiedyś się na nią skuszę. 
Baza kosztuje około 25 złotych i można ją nabyć głównie w niesieciowych drogeriach. W Gliwicach kosmetyki firmy JOKO są dostępne w Katonie na ulicy Wyszyńskiego.

Znacie tą bazę? Lubicie?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...