WoleProstoHeader

29 lut 2012

Chocomania trwa?

Trwa! Czekoladowe produkty z The Body Shop goszczą w mojej łazience już miesiąc i mimo regularnego stosowania ani trochę mi się nie znudziły. Mimo, że zapachy tego typu (słodkie, dość charakterystyczne, po prostu trzeba je lubić) często męczą mój nos, po czekoladowy scrub i równie czekoladowy balsam sięgam bez oporów.


Co mnie urzekło w tej serii? Oczywiście zapach. Sama jestem tym zaskoczona, ponieważ z reguły czekoladowe/waniliowe/inne równie słodkie zapachy w kosmetykach pielęgnacyjnych staram się omijać z daleka - większość z nich ma okropny, chemiczny zapach, który obok choćby czekolady nigdy nie leżał. Do kosmetyków z serii Chocomania podeszłam więc z pewną dozą ostrożności, ale na szczęście okazało się, że zupełnie niepotrzebnie - moje nozdrza pokochały ten zapach - aromatycznej, prawdziwej czekolady - który kojarzy się z bardzo smakowitym deserem. Zapach jest, przynajmniej dla mnie, kompletnie niedrażniący, na skórze czy ubraniach utrzymuje się dość długo. Smarując się wieczorem balsamem rano wciąż mam pachnącą skórę, zapach przenika na piżamę czy pościel, ale nie unosi się w pokoju, dusząc innych mieszkańców. A jak z właściwościami pielęgnacyjnymi tych kosmetyków? Równie smakowicie.

Scrubu do ciała używam 2-3 razy w tygodniu. Nie jest to jakiś super mocny zdzierak, ale jak dla mnie zupełnie wystarczający. Dobrze złuszcza, nie podrażniając przy tym skóry - pozostawia skórę aksamitną, gładką i co ciekawe - nawilżoną. Na upartego można by nie stosować balsamu. Jest to dla mnie interesujące zjawisko, ponieważ używane przeze mnie do tej pory peelingi czy scruby, zajmowały się głównie zdzieraniem, o nawilżenie trzeba było zadbać dodatkowo. Ja jednak, mimo wszystko, sięgam po balsam, choćby dla samej radości używania ;)
Scrub ma dość zbitą konsystencję, zatopione są w nim drobiny, które mają za zadanie wypolerować naszą skórę. Porównałabym je do drobinek cukru, jednak są łagodniejsze, nie tak ostre. Baza, w której zatopione są drobiny wydaje się być lekko...tłustawa? Nie mam pojęcia jak to określić - w każdym razie, scrub nie jest szorstki. Kosmetyk zamknięty jest w odkręcanym "słoiku", dzięki czemu uda się go zużyć do samego końca. Mnie taka forma odpowiada, nie wyobrażam sobie kosmetyku o tej konsystencji wydobywać z butelki. Jedyny minus (obok ceny, ale to jak wiadomo rzecz względna) to upaprana wanna. Scrub mimo, że dość dobrze czepia się skóry, lubi jednak czasem się porozbryzgiwać na około i tym sposobem wanna przedstawia obraz małej apokalipsy. Jednak spłukanie wanny to żaden problem, aczkolwiek widok czasem niemal pocieszny ;) Wydajność oceniam jako umiarkowaną - nie skończy się po kilku użyciach, ale na wieczność też na pewno nie wystarczy.


Balsam do ciała polubiłam równie mocno jak scrub. Oczywiście tutaj też dużą rolę odgrywa zapach - w przypadku balsamów/maseł do ciała kieruję się nim w głównej mierze. Oprócz zapachu dostrzegam również całkiem niezłe właściwości nawilżające. Może nie są one jakieś spektakularne, jednak zapach zachęca do częstego, regularnego stosowania, z czym ja akurat mam problem. Tym razem opakowanie to butelka z wygodną pompką. Balsam ma lekką konsystencję, nie jest tłusty, szybko się wchłania i dobrze ślizga się po skórze. Skóra po użyciu jest miękka, nawilżona, no i oczywiście pachnąca :) Tutaj z wydajnością sprawa wygląda trochę inaczej - balsamu potrzeba niewiele, aby wysmarować całe ciało, więc podejrzewam, że starczy na dość długo.



Scrub ma pojemność 200 ml i kosztuje 59 złotych, balsam ma pojemność 250 ml i kosztuje 39 złotych.

A Wy dałyście się ponieść czekoladowemu szaleństwu?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
24 lut 2012

Pimp my nude

Już wczoraj podczas prezentacji mojego nowego ulubionego nudziaka, zapowiedziałam, że dzisiaj powrócę z nim w nieco innej odsłonie. Skąd w  ogóle pomysł na takie małe odpicowanie przewczorajszego mani? Jak zwykle z przypadku. Kiedy robiłam sobie przedwczoraj pedicure użyłam separatorów z Sephory, które znalazłam w paczce od Dominiki. Jako, że jestem dość niedelikatną osobą (uwaga, niszczę wszystko co stanie na mojej drodze) diamenciki, którymi ozdobione są (były :P) separatory po kilku minutach znęcania się przeze mnie nad moimi stopami, zaczęły migrować mi po całej kołdrze. Szczęście, że przy mojej wadzie wzroku je odnalazłam wśród pościeli, pozbierałam i tak zaczęłam myśleć co by tu z nimi począć. Zerknęłam na swoje paznokcie (tym razem te u rąk), zerknęłam na dżeciki i eureka! Co prawda przyznaję bez bicia, że kilka musiałam odskubać, bo aż tyle ich nie odpadło, ale cśiiii...Efekt? Same zobaczcie:




Niby proste, ale efekt bardzo mi się podoba :) Samo wykonanie zajęło mi jakieś 5 minut - paznokcia pomalowałam topem Gel Look z Essence, a następnie pęsetą docisnęłam do mokrego jeszcze paznokcia dżety. Jak skończyłam z wszystkimi paznokciami, całość przeleciałam jeszcze utwardzaczem i tadam :) Trochę się bałam, że jak całość wyschnie to mi to wszystko poodpada, ale trzymają się skubańce mocno, nawet jak je sobie skubie to nie da rady ich wyrwać.
Efekt z daleka przypomina ruffian manicure, który już kilka razy próbowałam zrobić, ale ani razu mi nie wyszło - chyba znalazłam rozwiązanie zastępcze.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

23 lut 2012

Panna Joanna się nudzi, więc pisze :)

Witam się o krótkiej przerwie - próbuję się od kilku dni na nowo wdrożyć w studenckie obowiązki, ale mimo, że w tym tygodniu zajęć zbyt wiele nie miałam to i tak mi się nie chce...Dzisiaj znalazłam chwilę, popstrykałam trochę zdjęć i tak sobie teraz siedzę i myślę o czym by tu napisać. Sama jeszcze do końca nie wiem o czym ten post będzie, więc nie zdziwcie się jeśli będziecie przewijać i przewijać i przewijać i końca nie będzie ;)
Miałam ostatnio jakąś nadwyżkę farta i udało mi się zgarnąć dwie cudne nagrody - szminkę MAC, którą wygrałam u Agata ma Nosa oraz pakę pełną kosmetycznych smakowitości u Dominiki z Wyznania Kosmetykoholiczki. Oczywiście muszę się Wam pochwalić, bo jakże by inaczej. Na pierwszy ogień szminka!





Póki co zrobiłam jedynie pobieżne testy naręczne i naustne, jednak jedno mogę powiedzieć na pewno - kolor ma piękny. Na pewno wykorzystam ją w jakimś kolejnym makijażu, więc spodziewajcie się zdjęć.
Agato, która masz Nosa - jeszcze raz Ci dziękuję :)

Zgłaszając się do rozdania Dominiki, moją uwagę pochłonęły w większej mierze kredki Flashy Liner, które znajdowały się w zestawie, więc kiedy dowiedziałam się, że maszyna losująca i tym razem wybrała mnie, już miałam przed oczami co najmniej 10 makijaży z użyciem tych kredek. Nie pomyliłam się - kredki są świetne! Miękkie, dobrze napigmentowane, wręcz same suną po skórze. No i te kolory...



W paczce oprócz kredek znalazłam też inne przesympatyczne kosmetyki, jak masło The Body Shop, separatorki z Sephory, żel i balsam z L'occitane, masa próbek oraz lakier Hello Holo z Essence, którego na zdjęciu nie widać. Dominiko - Tobie również jeszcze raz dziękuję :)
Swoją drogą dziewczyny świetnie trafiły z momentem - obie paczki dotarły do mnie w dniu urodzin, więc sprawiłyście mi super frajdę :)

Zakupów kosmetycznych staram się ostatnio wystrzegać (kolekcja rośnie i się nie chce zużywać), ale kiedy na jednym z blogów zobaczyłam lakier z Wibo w kolorze, którego szukałam, pragnęłam i pożądałam - musiałam iść do Rossmanna i zobaczyć go na własne oczy. Proszę Państwa, tak oto znalazłam nudziaka idealnego i chyba zrobię zapasy, na wypadek gdyby była to jakąś edycja limitowana, bądź gdyby kiedyś jakiś idiota zechciał tę serię wycofać. Ciekawe o jaki lakier chodzi? Tadadadam:



Ten lakier jest cudowny. Trzy warstwy wystarczają do pełnego krycia, tak aby nie prześwitywały końcówki paznokci. Lakier nie smuży, ma wygodny pędzelek, dość szybko schnie i trzyma się przyzwoicie długo (około 3-4 dni bez uszczerbków). Jak wiadomo cielak cielakowi nierówny - spora część lakierów w odcieniach nude wygląda na moich dłoniach źle, dając efekt ręki topielca. Przy tym kolorze tego nie zauważam, świetnie zgrał się z moją karnacją.Do tego wszystkiego jest tani jak barszcz - kosztuje jakieś 5-6 złotych. Czegóż chcieć więcej?

Przed chwilą właśnie trochę stuningowałam powyższy mani - jutro urządzam urodzinową imprezę, więc nowy manicure też jest bardziej imprezowy - jutro pokażę Wam zdjęcia tego nudziaka w nowej odsłonie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 lut 2012

Nowości JOKO ciąg dalszy - Mineralny puder sypki z szafirem

Kolejna nowość od JOKO - tym razem firma poszerza swój asortyment o Mineralny puder sypki z szafirem.

Zmiany, które JOKO Cosmetics wprowadza w pudrach sypkich dotyczą zarówno składu, jak i opakowania. Nowe pudry sypkie JOKO mają nowe, funkcjonalne opakowanie oraz mineralną formułę z dodatkiem sproszkowanego szafiru. Dzięki temu nie blokują porów, a zawartość szafiru sprawia, że mają właściwości nawilżające i wygładzają drobne zmarszczki.

Sypkie pudry mineralne JOKO bardzo dobrze sprawdzają się przy wykończeniu makijażu i sprawiają, że skóra wygląda naturalnie. Idealnie matują, nadają skórze zdrowy koloryt i na kilka godzin likwidują efekt świecenia.
Najważniejsza zmiana dotyczy zawartości pudrów sypkich JOKO, które teraz są całkowicie mineralne. Zostały oparte na naturalnych składnikach, takich jak: mika, sproszkowany szafir, dwutlenek tytanu i tlenki żelaza. Szafir ma właściwości nawilżające i wygładzające, a tlenek tytanu i tlenki żelaza, które są naturalnymi filtrami, chronią skórę przed negatywnymi skutkami promieniowania UV.
Mineralne pudry sypkie JOKO można stosować nawet do wrażliwych typów cery. Nie zawierają konserwantów, zapachów, silikonów i innych składników, które mogą podrażniać skórę.

Sugerowana cena: 28,00 zł




Zainteresowane? Ja bardzo zwłaszcza, że kolory wydają się być dość jasne.
Pozdrawiam,
Panna Joanna
19 lut 2012

Nowe paletki Mary Kay - czyli "why Mary Kay, why?"

Kilka dni temu pokazywałam Wam kredki firmy Mary Kay - bardzo je wtedy chwaliłam, nie bez powodu oczywiście - są to najlepsze kredki jakie mam w swoim zbiorze. Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować paletki również tej firmy, które niedawno weszły do sprzedaży. Tym razem tak kolorowo jak w przypadku kredek nie będzie - z paletkami się nie polubiłam, wręcz przeciwnie, ciężko było mi się doszukać w nich jakiś konkretnych pozytywów.

Paletki posiadam dwie - Berry Souffle oraz Mint Candy.

 Berry Souffle
 Mint Candy

W kwestii jakości obie prezentują się podobnie - cienie są dość twarde, ciężko je nabrać na pędzelek, pigmentacja jest po prostu kiepska. Wszystkie kolory są lekko perłowe, jaśniejsze mają tendencję do zlewnia się ze sobą w jasną plamę. Mimo to dość dobrze się je ze sobą blenduje, aczkolwiek podczas tej czynności kolory lubią mocno blaknąć. Najbardziej napigmentowane kolory to ciemnofioletowy z Berry Souffle i róż z Mint Candy. W obu paletkach znajdziemy perłową biel - ten odcień dobrze spisuje się do rozświetlenia wewnętrznego kącika. Na swatchach kolory prezentują się następująco:



Aby zrobić swatche, cienie musiałam nałożyć na bazę - bez niej się nie obędzie. Najlepiej wyglądają nałożone na mokro, wtedy kolory zyskują nieco na wyrazistości, ale wciąż nie jest to efekt zadowalający.
Mimo, że mam sporo zastrzeżeń co do ich jakości, nie mogę im zarzucić, że nie są trwałe - jak już uda się je nałożyć na powieki, to trzymają się naprawdę długo, nie rolują się w załamaniu, nie blakną.
Zestawienia kolorystyczne również uważam za udane - Berry Souffle to kolory idealne na dzień czy choćby do makijażu ślubnego (to było moje pierwsze skojarzenie jak zobaczyłam tę paletkę), natomiast Mint Candy to pastele, które świetnie się będą prezentować na naszych oczach wiosną.
Opakowanie również pozostawia wiele do życzenia - plastikowe, ciężko się je otwiera, nie jest tak eleganckie jak inne opakowania kosmetyków tej firmy, do których przywykłam.

Zmalowałam na szybko dwa makijaże tymi paletkami, aby pokazać jak prezentują się na oku (wykorzystałam wszystkie kolory z obu paletek):



Szkoda, że jakość jest jaka jest - makijaż tymi cieniami nie należy do najłatwiejszych, cienie są zbyt twarde, zbyt słabo napigmentowane, za dużo zachodu jak dla efektu widocznego powyżej.
To pierwszy bubel na jakiego trafiłam wśród kosmetyków Mary Kay - why Mary Kay, why?

A Wy miałyście nie - przyjemność używać tych paletek? A może komuś z Was ten kosmetyk przypadł do gustu?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lut 2012

Weekendowo - czyli o tym co kupić w Schleckerach zanim je zamkną i o GlossyBoxie słów kilka

Witam się w ten jakże przyjemny, prawie że wiosenny weekend. Korzystając z pogody, słońca i tego, że to mój ostatni weekend, podczas, którego mogę nic nie robić, zabrałam się za porządki w swoim zbiorze kosmetycznym. Powyciągałam wszystko z szuflad, powyrzucałam to, co do wyrzucenia się nadawało, zrobiłam selekcję wśród pielęgnacji i kolorówki, kilka rzeczy posłałam w świat i przy okazji natrzaskałam kilkadziesiąt zdjęć tego co w moim zborze pozostało. Planowałam dzisiaj popełnić posta, przedstawiającego właśnie stan posiadania, jednak dotarła do mnie pewna informacja, która trochę owe plany pozmieniała.
Jak pewnie zauważyłyście, przy niemal każdym makijażu na listę użytych kosmetyków wpisuję kredkę do brwi Basic. Jest to mój ulubiony kosmetyk do brwi, jeden z nielicznych, który na moich brwiach nie wygląda rudo. Do tego wystarczy dodać niską cenę, dobrą jakość i mamy kosmetyk brwiowy idealny. Kosmetyki firmy Basic dostępne są w sieci drogerii Schlecker. Tam zawsze zaopatruję się w te kredkę, tam też niedawno dorwałam matowe błyszczyki Basic, o których czytałam na blogu Basi, a które bardzo mi się wtedy spodobały.
Dlatego bardzo zasmuciła mnie informacja, że drogerie Schlecker zbankrutowały i tym samym zostanę pozbawiona dostępu do firmy Basic. O kredce już nie raz pisałam, więc nie będę się powtarzać - jest to kosmetyk, którego bardzo będzie mi brakować i dlatego koniecznie muszę zrobić zapasy.
Matowe błyszczyki również bardzo przypadły mi do gustu - mimo, że trzeba mieć naprawdę dobrze wypielęgnowane usta aby móc je nosić, efekt jest naprawdę świetny. Z tego co wiem dostępne są 4 kolory (KLIK) jednak w Polsce możemy uświadczyć jedynie trzy z czterech kolorów (chyba, że się mylę, ale tego czwartego nigdzie nie widziałam). Ja skusiłam się na jasny róż oraz brzoskwinię, podejrzewam, że są to numery 1 i 4 - niestety na samym błyszczyku tej informacji nie znalazłam, na obu mam napisany numer 1, mimo, że są to dwa różne kolory. Natomiast u wyżej wspomnianej Basi znalazłam nazwy tych błyszczyków - Rose wood oraz Salmon.
Na ustach prezentują się bardzo ciekawie - są całkowicie matowe, dlatego też podkreślają *każdą* suchą skórkę. Ja nakładam je tylko i wyłącznie na balsam do ust, wtedy wygląda to o niebo lepiej. To co mnie zaskoczyło to trwałość - błyszczyki trzymają się na ustach naprawdę długo - około 3-4 godzin, podczas których jadłam, piłam i dużo gadałam :) Poniżej zdjęcia, na których możecie zobaczyć efekt:


(na górze Salmon, na dole Rose wood)

To jedna z informacji, którą chciałam się z Wami podzielić, kolejna dotyczy znanych już pewnie wszystkim...pudełek. Od wielu miesięcy z zaciekawieniem śledzę wpisy na zagranicznych blogach, w których dziewczyny pokazują swoje boxy i byłam ciekawa, kiedy w końcu magiczne pudełka dotrą do Polski. Niedawno swój start miały KissBoxy - mnie niestety kojarzą się one głównie z problemami technicznymi na ich stronie internetowej, ostatnio głośno było również o kosmetykach Isadory, które znalazły się w pudełku i które miały być przeterminowane - dystrybutor sprawę niby wyjaśnił, ale jednak jakiś tam smrodek został. Z tych wszystkich powodów do KissBoxów mnie nie ciągnie ani trochę, natomiast bardzo zainteresował mnie fakt, że w Polsce startuje GlossyBox - pudełka te popularne są w wielu krajach, z tego co miałam okazję zobaczyć i przeczytać, ich zawartość prezentuje się nader interesująco. Zainteresowanych odsyłam na fanpage'a oraz stronę GlossyBoxa, która jeszcze nie miała swojej oficjalnej premiery, ale już wkrótce ma mieć - KLIK i KLIK.


A Wy czekacie na pudełka Glossy? 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 lut 2012

CHI Organics - czyli o pielęgnacji włosów słów kilka

Jako posiadaczka dość długich włosów, bardzo ucieszyłam kiedy przytrafiła mi się okazja do przetestowania kilku kosmetyków do pielęgnacji włosów. Bez żalu schowałam głęboko do szafki mój dotychczasowy szampon, odżywkę oraz maskę i zabrałam się za testowanie produktów firmy CHI, z serii Organics.

Szampon wykończyłam dość szybko - mam długie włosy, myję je codziennie, więc szampony zawsze kończą mi się w tempie ekspresowym. Odżywka skończyła mi się dopiero teraz - czyli po około 1,5 miesiąca regularnego stosowania, maskę natomiast wciąż mam i nie wiem czy ona się kiedykolwiek skończy.

Po przeczytaniu obietnic producenta, miałam wobec tych kosmetyków spore oczekiwania. Czy podołały? I tak i nie. Mam dość mieszane uczucia, ale o tym więcej poniżej.


Zacznę może od szamponu - tutaj sprawa jest dość jasna - szampon bardzo polubiłam. Pienił się całkiem nieźle, dobrze oczyszczał włosy i skalp, przy moich przetłuszczających się włosach zdarzało się, że mogłam umyć je co drugi dzień, a to naprawdę niezły wynik. Przy tym dobrym oczyszczeniu jednocześnie nie czuć było ani przesuszenia włosów, nie miałam również problemów z ich rozczesaniem, nie plątały się. Po dłuższym czasie, zauważyłam, że podczas mycia nie leci mi z głowy tyle włosów co zawsze. Poza zapachem (taki sam w całej serii) nie mogę mu nic zarzucić. Co do samego zapachu - mnie drażnił, zwłaszcza, że odżywka pachnie dokładnie tak samo, czyli dość chemicznie, jakby cytrynowo? Jednak zapach to rzecz względna, może komuś innemu by przypadł do gustu, na całe szczęście nie utrzymywał się na włosach zbyt długo.
Podoba mi się również jego opakowanie - wygodne, poręczne, solidne zamknięcie i możliwość precyzyjnego dozowania. Z tego co się orientuję szampon dostępny jest w różnych wersjach wymiarowych - 50 ml, 350 ml i 750 ml. Ja miałam wersję 350 ml, na stronie Ambasada Piękna można go nabyć za kwotę 31 złotych (w salonie fryzjerskim jego cena jest dwukrotnie wyższa). Dla mnie, na chwilę obecną, cena wydaje się i tak dość wysoka, może jak przestanę być biednym studentem to się kiedyś skuszę na kolejne opakowanie.


Odżywkę stosowałam z reguły co drugie mycie - są to jednak dość mocno skoncentrowane kosmetyki, więc nie chciałam zbytnio obciążać włosów. Do tej pory przyzwyczajona byłam do odżywek, których działania było czuć już podczas spłukiwania odżywki, włosy były lejące i błyszczące. Przypuszczam, że mogła to być kwestia składu i zawartych w nim np. silikonów. W przypadku tej odżywki sprawa wygląda trochę inaczej - mam wrażenie, że ona potrzebowała czasu, aby się rozkręcić. Po pierwszych użyciach efekty jej działania były średnio widoczne - włosy były może odrobinę bardziej miękkie, łatwiej się je rozczesywało. Dopiero po jakimś miesiącu stosowania widać było konkretne efekty - włosy wyglądały lepiej, były nieco grubsze, miałam wrażenie, że jest ich więcej. Nie były to może efekty spektakularne, jednak jakaś odczuwalna poprawa kondycji włosów. Przypuszczam, że gdybym stosowała tę serię dłużej, z odpowiednią regularnością, to wtedy efekt mógłby być jeszcze konkretniejszy.
Zapach podobnie jak u kolegi szamponu - średni, dla mnie zbyt sztuczny. Opakowanie - niemal identyczne, od szamponu różni go tylko napis. Odżywka ma dość gęstą, kremową konsystencję, łatwo było ją spłukać z włosów. Pojemność to również 350 ml, cena przypuszczalnie zbliżona do ceny szamponu. Jako, że odżywka jest dość wydajna, myślę, że nie jest to cena zbyt wygórowana.


Maskę ocenić mi bardzo ciężko, w stosunku do niej moje odczucia są najbardziej mieszane. Z reguły gdy miałam więcej czasu - np. w weekend i zostawiałam ją na 15-20 minut. Wydaje mi się, że jej działanie jest mocno zbliżona do działania odżywki, a po masce spodziewałam się jednak większego efektu. Niemniej jednak efekty były - włosy były miękkie, nawilżone, odżywione, bardziej błyszczące, nie mogę powiedzieć, że maska im nie służyła. Jej konsystencja również jest dość kremowa, wydaje mi się, że nieco bardziej treściwa, gęstsza niż w przypadki odżywki, ale również nie odnotowałam problemów ze spłukiwaniem.
Opakowanie tym  razem nieco inne  - miękka tuba i inne zamknięcie, jednak wciąż całość bardzo wygodna i komfortowa w użytkowaniu. Tubka ma pojemność 200 mol, niestety informacji o cenie nie znalazłam, jeśli uda mi się to zweryfikować - edytuję posta o te informacje.


Podsumowując - jestem bardzo zadowolona z tej serii, mam świadomość, że na poprawę kondycji włosów wpłynęło to, że stosowałam całą tę serię jednocześnie. Przy długotrwałym stosowaniu jestem pewna, że poprawa w wyglądzie włosów i ich kondycji byłaby jeszcze większa, ja póki co wracam pokornie do moich olejów, ale nie wykluczam, że kiedyś do tej serii wrócę - mnie i mojej czuprynie przypadła ona do gustu.

Więcej o kosmetykach firmy CHI możecie przeczytać na stronie Ambasady Piękna.

Znacie tą firmę? Lubicie? Ciekawa jestem Waszej opinii.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

15 lut 2012

Paznokciowo - odżywianie z JOKO, cz.1

Odżywki do paznokci to dla mnie mus - nie jestem w stanie pomalować paznokci lakierem jeśli uprzednio nie położę na paznokcie bezbarwnej odzywki/utwardzacza. Lakier położony na taką bazę dłużej się trzyma, paznokcie nie odbarwiają się, są odżywione i zdrowsze. Odkąd zaczęłam praktykować ten zwyczaj skończyły się moje problemy z paznokciami - nie łamią się, nie rozdwajają, jestem w stanie zapuścić je do interesującej mnie długości (choć ostatnio jestem leń i je raz na jakiś czas mocniej podpiłowuję żeby mieć spokój).

Do tej pory  moim numerem jeden wśród odżywek (i utwardzaczy jednocześnie) była Diamentowa Siła z Wibo. Żadna inna odżywka nie dała moim paznokciom tak odżyć jak ona. Kiedy więc dostałam do przetestowania dwie nowe odżywki JOKO - miały bardzo wysoko postawioną poprzeczkę. Czy podołały?






Na pierwszy ogień poszła wersja "Diamentowy pył - wzmocnienie paznokcia". Witaminowej odzywki na razie nie używałam z prostego względu - używając jednocześnie dwóch różnych odżywek nie wiedziałabym, która tak naprawdę jest odpowiedzialna za efekty. Diamentowy pył zużyłam do samego końca i jestem już gotowa aby skomentować jego działanie.
Pierwszym działaniem przy rozpoczęciu testów tej odżywki było ścięcie paznokci. Do zera. Dzięki temu mogłam zobaczyć czy na tej odżywce będę w stanie zapuścić paznokcie. Odżywki używałam przed każdym malowaniem paznokci, nakładając ją pod lakier. Paznokcie rosły sobie w najlepsze i rzeczywiście czuć było, że są odpowiednio utwardzone. Lakiery dobrze się na niej trzymają, nie zauważyłam, aby użycie odżywki pod lakier przyspieszyło jakoś proces odpryskiwania/ścierania się lakieru - wręcz przeciwnie, powiedziałabym raczej, że na takiej bazie lakiery trzymały się dłużej niż nałożone bezpośrednio na płytkę paznokcia.

Po około dwóch tygodniach paznokcie osiągnęły taką długość jaka mi odpowiadała i od tego czasu jedynie lekko je podpiłowywałam. Mimo tego, że niespecjalnie uważam na to co robię z rękoma (mam miedzy innymi manię stukania paznokciami np. w blat biurka) żaden paznokieć nie doznał uszczerbku - problemy typu łamliwość czy rozdwajanie się płytki szczęśliwie mnie omijały. Pod względem działania tej odzywki - nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie jej konsystencja - chodzi mi tu głównie o fakt, że po dłuższym stosowaniu nie zgęstniała tak, aby nie dało rady jej stosować, co zdarzała się przy odżywce Wibo notorycznie (po około 2/3 zużycia odzywka była praktycznie do wyrzucenia). Spokojnie zużyłam ją niemal do samego końca, odrobina została jedynie na dnie. Pod tym względem odżywka JOKO wygrywa.

Podsumowując - jestem z niej bardzo zadowolona i na pewno kupię kolejne opakowanie. Jej działanie jest bardzo zbliżone do mojej ulubionej Diamentowej Siły, jednak do przerzucenia się na odżywkę JOKO zachęca mnie większa wydajność tejże.

Od dzisiaj rozpoczynam testowanie kolejnej odżywki JOKO - tym razem przyjrzę się wersji "Multiwitamina - zdrowe paznokcie". Za jakiś czas zdam Wam relację :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
14 lut 2012

Makijażowo - cztery odsłony na Walentynki

Walentynek osobiście nie obchodzę, należę do tej grupy ludzi, którzy uczucia wolą okazywać cały rok, niemniej jednak cóż to szkodzi, aby z tej okazji zmalować jakiś makijaż? Albo lepiej - cztery makijaże?

Z tymi czterema to trochę sprawa oszukana, ponieważ makijaż oczu zmienia się jedynie dwa razy, za to występuje w towarzystwie dwóch różnych wariantów kolorystycznych na ustach.

Na każdym makijażu mam na twarzy to samo - podkład Revlon Colorstay (110 Ivory), puder prasowany Stay Matte z Rimmela, podwójny róż z Dermacolu, na brwiach kredka Basic, na powiekach baza JOKO, tusz Lash Love z Mart Kay.

Pierwsza propozycja to oko w odcieniach różu i fioletu, makijaż delikatny, raz w towarzystwie błyszczyka nude, a raz zestawiony z soczystą, ciemnoróżową szminką. Do makijażu oka użyłam cieni z palet Sleeka - białą perłę "Barry White" z PPQ, róż "Magenta Madness" i granat "Midnight Garden" z Monaco. Na ustach raz mam błyszczyk Essence z serii xxxl nudes "Pure beauty", a raz szminkę z Avonu "Fuchsia fever".



 I zbliżenie na oko:

Druga propozycja to brązowo - miedziany smok. Ostatnio jest to jedna z moich ulubionych wariacji kolorystycznych, świetnie podkreśla niebieską tęczówkę. Do tego jego wykonanie zajmuje mi mniej więcej minutę na jedno oko, więc jest to makijaż z serii expres. Użyłam znowu cieni Sleeka, tym razem w ruch poszła paletka Storm - ostatni cień w górnym rzędzie i pierwszy w dolnym oraz paletka Monaco - cień "Sunset". Na  ustach w wersji pierwszej znowu błyszczyk Essence, w drugiej wersji - czerwona szminka Avon "red 2000".


 

Tym razem zbliżenia na oczy nie zrobiłam, bo zapomniałam, mam nadzieję, że wybaczycie :)
Która z wersji jest Waszym faworytem? Ja się zdecydowanie najlepiej czułam w podkreślonych ustach - i w czerwieni i w różu.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Walentynkowy konkurs z The Body Shop - wyniki!

Bez zbędnego przedłużania i trzymania Was w niepewności - ogłaszam wyniki walentynkowego konkursu, w którym do zgarnięcia były kosmetyki z nowej, czekoladowej serii firmy The Body Shop. Pytanie konkursowe brzmiało następująco:

Z jakim zapachem kojarzą Ci się Walentynki i dlaczego?


Nagroda, na którą składa się scrub do ciała oraz balsam, wędruje do...

...Obsession. Serdecznie gratuluję i czekam na maila od Ciebie (adres mailowy znajdziesz w zakładce "Kontakt").


Zaraz do Was wrócę, ponieważ zmalowałam dzisiaj kilka propozycji na walentynkowy make - up i jestem w trakcie przycinania zdjęć, więc wypatrujcie dzisiaj kolejnego posta :)
 
Pozdrawiam,
Panna Joanna
13 lut 2012

Rzut kredką na oko - czyli Konturówki do oczu Mary Kay :)

Kredek do oczu wprost nie znoszę. Kreski maluję pędzelkiem do kresek przeznaczonym (a nie tym twardym, nieporęcznym ustrojstwem dołączonym do linerów w kałamarzu czy mikroskopijnie cienkimi pędzelkiem z oryginalnych opakowań). Moją najulubieńszą metodą jest jednak cień (jakikolwiek - sypki, prasowany) w połączeniu z płynem do pigmentów.

Ostatnio jednak zmieniłam zdanie co kredek. Nie do wszystkich bynajmniej, łaskawszym okiem spojrzałam jedynie na dwie konturówki do oczu firmy Mary Kay, a to dlatego, że łatwość narysowania kreski jak i mega trwałość po prostu wprawiły mnie w ogromne zdumienie.

Posiadam dwa kolory - Navy czyli głęboki granat oraz Steely czyli metaliczną, ciemną szarość.
Kredki są dość ostro zakończone, wąskie, dzięki czemu bez problemu możemy narysować najcieńszą nawet kreskę. Ja je co jakiś czas temperuję (używam do tego celu temperówki ukrytej w konturówce do ust z tej samej firmy), głównie wtedy, gdy chcę namalować kreskę taką mocniej zarysowaną, dokładniejszą jak ktoś woli taki delikatniejszy, bardziej rozmyty efekt - ostrzenie można sobie odpuścić.

Kredki są zamknięte w prostym opakowaniu - sam rysik jest wykręcany, a taka forma kredek do oczu ze wszystkich możliwych kredek, odpowiada mi najbardziej, głównie ze względu na funkcjonalność (no i brak konieczności częstego ostrzenia).

Kolory, które posiadam są bardzo uniwersalne - do moich niebieskich oczu pasują obie, myślę, że przy pozostałych tęczówkach będą wyglądać równie dobrze. Oba kolory są nasycone, wystarczy raz przejechać kredką po powiece, aby uzyskać satysfakcjonujący efekt. Jest to ogromnym plusem tych kredek - przyzwyczajona byłam do tego, że wszelakimi kredkami trzeba się czasem porządnie namachać.






Kolejna, bardzo ważna kwestia - trwałość. Nie ważne czy kredek używałam na samą powiekę, na bazę, na cień, na cień na bazie itd. - kreski zrobione kredką zawsze "migrowały" mi po powiece, moim głównym problemem były kąciki oczu - stamtąd kredka przeważnie albo znikała, albo niemiłosiernie się rozmazywała tworząc średnio estetyczny efekt. W przypadku tych kredek tego nie doświadczyłam. Po pierwszym użyciu jednej z kredek (była to chyba wersja Navy), po powrocie z uczelni, po 10 godzinach, spodziewałam się, że na oczach zastanę już obraz małej apokalipsy. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu kreski wyglądały dokładnie tak samo jako rano, chwilę po zrobieniu makijażu. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć, jak reaguje kredka po dość mocnym potarciu (po kilkunastu sekundach od aplikacji):


Aby domyć z dłoni swatcha musiałam sięgnąć po dwufazówkę - dopiero wtedy kredka zechciała opuścić moją skórę. Dla mnie trwałość tych kredek to  naprawdę ogromny plus - często cały dzień spędzam na uczelni i cenię sobie możliwość podkreślenia oka kreską, która grzecznie będzie tkwiła na swoim miejscu aż do demakijażu. Zrobiłam również test naoczny - niestety nie mam zdjęcia zaraz po zrobieniu makijażu, ale uwierzcie mi na słowo, że nie różnił się wiele od tego ze zdjęcia "po" - cienie może miały bardziej intensywny kolor i to wszystko. Zdjęcie przedstawia wygląd kreski zrobionej kredką Steely po 12 godzinach noszenia:


Podsumowując - dla mnie bomba! Jedyne kredki, z którymi się polubiłam - są trwałe, mają intensywne kolory, łatwo się nimi posługiwać. Na chwilę obecną jest to jeden z moich ulubionych "kreskorobów" :)
Konturówka występuje w 6 odcieniach (więcej kolorów możecie obejrzeć TUTAJ - dokładniej na 7 stronie katalogu) i kosztuje 49 złotych.

A Wy miałyście już styczność z konturówkami Mary Kay? Lubicie je?

Pozdrawiam,
Panna Joanna

Przypominajka

Przypominam, że jeszcze tylko dziś do północy możecie zgłosić się do walentynkowego konkursu i zgarnąć smakowitą, czekoladową nagrodę czyli kosmetyki z The Body Shop, z nowej serii Chocomania :) Kto się jeszcze nie zgłosił do dzieła! Wyniki już jutro.


Kliknij w powyższe zdjęcie, aby dowiedzieć się więcej :)
10 lut 2012

O uczelni przemyśleń kilka plus makijaż na dobry początek ferii

W końcu nadszedł upragniony przeze mnie piątek. Sesja tak mnie wymęczyła, że gdyby ktoś mnie zapytał jak się nazywam, musiałabym się zastanowić przez dłuższą chwilę i gdyby nie tydzień ferii, który zaczęłam właśnie dziś - chyba bym zwariowała. Sesja w tym semestrze nie obyła się bez niespodzianek - po kilku dniach ostrego zakuwania na jeden z egzaminów, nadszedł dzień 0 - na egzamin poszłam nauczona, napisałam wszystko, z auli wyszłam ze błogą radością wypisaną na twarzy i do dnia ogłoszenia wyników żyłam sobie spokojnie w przekonaniu, że egzamin ten mam zaliczony z palcem w wiadomo, którym otworze ciała. Na drugi dzień, gdy przyszły wyniki, zerknęłam na listę w zasadzie dla czystej formalności. Jakie było moje zdziwienie, kiedy przy swoim nazwisku zobaczyłam nic innego a 2! Na fali wzburzenia poleciałam poprosić o wgląd w swoją pracę, pani doktor kazała czekać mi na siebie pół godziny (zapewne licząc na to, że aż tyle czekać mi się chcieć nie będzie i pójdę w jasną cholerę). Ja jednak jestem dość uparta i kiedy po półgodzinie pani doktor wróciła z miną pt. "o matko jedyna, wy dalej tutaj siedzicie", razem z koleżanką weszłam do gabinetu, gdzie rozpoczęłam bój o swoją pracę. Okazało się, że pani doktor jednego zadania "nie doczytała" (odpowiedź była napisana poniżej obszaru przeznaczonego na zadanie ponieważ tam mi się nie zmieściła, jednak nie trudno było zauważyć dalszy ciąg tekstu, który następował pod tym, który był w dobrym miejscu). Jednego zaś nie sprawdziła w ogóle. Dlaczego? Ano dlatego, że odpowiedź napisałam na drugiej stronie, ponieważ pytanie zadane było na samym spodzie strony pierwszej. Tu pani doktor wykazała większe zdziwienie tłumacząc, że :"nie wiedziała o tym, że napisałam odpowiedź na drugiej stronie". Kartki są dwustronne z tego co mi zawsze było wiadomo i tym sposobem z gabinetu wyszłam z piękną, milutką trójeczką. To by nawet mogło być zabawne, opowiadane kiedyś tam po latach, gdyby nie to, że dwa dni później spotkało mnie mniej więcej to samo. Po kolokwium przekonana byłam, że napisałam na co najmniej 4, przychodzą wyniki - 2. Niestety, ta pani doktor zwinęła się do domu, ani jej widu ani słychu, zapytana drogą mailową, o to kiedy można ją zastać na uczelni, zaproponowała mi niedzielę o 9 rano. Więc w niedzielny poranek trzymajcie za mnie kciuki ;)
Dzisiaj z kolei spotkała mnie dla odmiany miła niespodzianka - pani doktor na kolokwium nie dość, że dała takie same pytania jak na wcześniejszym terminie, to jeszcze po dwudziestu minutach pisania powiedziała, że mamy minutę żeby się ze sobą skonsultować i zobaczyć czy mamy wszystko dobrze. Ruch jaki zapanował na auli jest nie do opisania - miałam wrażenie, że ludzie, kartki, długopisy i inne tym podobne, zaczęły wręcz fruwać w powietrzu.
Tak więc kończąc już powoli mój przydługi wywód, którego pewnie nikt nie przeczyta (:P), ale który musiałam z siebie wyrzucić w ramach odstresowania, zapowiadam tydzień błogiego lenistwa, podczas którego mam nadzieję uda mi się pojawiać tutaj codziennie. Dzisiaj mam dla Was jedynie dwie fotki dzisiejszego makijażu, zrobione w tempie ekspresowym przed wyjściem z domu. Ostatnio polubiłam się z mocniej zaznaczonymi ustami i choć nadal mam opory, to na co dzień coraz częściej sięgam po trochę bardziej niż dotychczas wyraziste szminki i inne malowidła.



Na twarzy mam podkład Pharmacerisa, puder Stay Matte z Rimmela, podkład mineralny z Mary Kay (użyty jako bronzer, oczywiście, dla odmiany, na zdjęciach nie widać, żebym miała coś na policzkach), rozświetlacz Essence z LE Crystalliced.
Oczy - baza pod cienie JOKO, kredka do brwi Basic, cienie ze Sleeka z paletki PPQ, tusz Lash Love z Mary Kay
Usta - szminka z Mary Kay (seria Redefining Elegance), błyszczyk H&M

Wybaczcie worki pod oczami - nie miałam za bardzo kiedy się wyspać.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
5 lut 2012

Naukowo - lakierowo - pasteLOVE

Pewnie już nie raz i nie dwa wspominałam o tym, że im więcej mam do nauki tym bardziej kreatywna się robię. Niestety, kreatywność ta rzadko sięga nauki, ale za to bardzo często właśnie w chwilach wzmożonej działalności umysłowej do głowy przychodzą mi pomysły w kwestii malowania paznokci. Nie inaczej było wczoraj - w chwilach pomiędzy nauką o zasuwach na rurociągu, a 10 stronami poświęconymi pompie, zachciało mi się pasteli w wydaniu różnokolorowym i najlepiej słodko - słodkim. Efekty? Na zdjęciach poniżej. Za to materiał o pompach przyswoiłam niespodziewania sprawnie, czego się nie spodziewałam - wygląda na to, że malowanie paznokci odświeża umysł :)





Użyte lakiery: fiolet - Rimmel I <3 lasting Finish 170 Lively Lilac, błękitny - Colour Alike Świeżo Malowane, miętowy - Essence LE You rock! 03 Kings of mints, biały - Avon (do frencza).
Na całość położyłam to coat Essence Gel - look.

Wracam do nauki, a Wam życzę miłej końcówki weekendu :)
I przypominam o konkursie walentynkowym, w którym  możecie wygrać smakowite kosmetyki The Body Shop - więcej informacji uzyskacie klikając w baner na pasku bocznym.

Pozdrawiam,
Panna Joanna

3 lut 2012

FlosLek - czyli akcja nawilżanie i walka z pierwszymi zmarszczkami

Jak już się tak rozpędziłam z tymi postami, to dzisiaj przychodzę z kolejną recenzją. tym razem na tapetę weźmiemy dwa kosmetyki firmy FlosLek - jednak nie testowałam ich sama, do pomocy zagoniłam moją mamę.


Pierwszy kosmetyk to krem do twarzy z serii Happy per aqua - jest to moim zdaniem jedna z najbardziej udanych serii FlosLeku, miałam już z niej naprawdę sporo kosmetyków i znalazłam wśród nich żadnego bubla. Krem jest przeznaczony do skóry normalnej, ma intensywnie nawilżać i dawać 24-godzinne ukojenie.
Jako, że ja jestem posiadaczką cery bardzo suchej, przeczuwałam, że krem może nie do końca się na niej sprawdzić, tak więc testerką została moja mama, której skóra nie jest aż tak wymagająca w kwestii nawilżenia jak moja.

Opis producenta:
"Delikatny, doskonały krem o lekkiej konsystencji przeznaczony do codziennej pielęgnacji skóry normalnej.
Wchłania się szybko i równomiernie, utrzymuje na powierzchni skóry cienki, matowy film, który wzmacnia jej naturalną barierę lipidową i chroni przed niekorzystnym wpływem środowiska zewnętrznego oraz ogranicza utratę wody własnej z naskórka. Łagodzi podrażnienia. Daje uczucie komfortu i ukojenia. Działa bodźcowo na procesy naprawcze skóry.
Rezultatem regularnego stosowania preparatu jest właściwe nawilżenie i wygładzenie naskórka oraz poprawa jego napięcia. Skóra po użyciu kremu jest gładka, jedwabista, świeża, przyjemna w dotyku, o ładnym, naturalnym kolorycie." [źródło]

Opinia mojej mamy:
Krem ma przyjemną, lekką i jakby puszystą konsystencją. Dzięki temu wchłania się naprawdę szybko - po około 10 minutach od aplikacji na skórze pozostaje jedynie lekki film - na szczęście nie jest tłusta powłoka, a jedynie delikatna otoczka. Krem stosowany rano świetnie sprawdza się pod makijaż - podkład dobrze się aplikuję na skórę nawilżoną tym kremem, wszystko ładnie się ze sobą stapia. Uczucie nawilżenie utrzymuje się dość długo - po całym dniu cera wciąż jest miękka, gładka i nawilżona. Krem aplikowałam na skórę również wieczorem - dzięki temu rano wciąż utrzymywał się dobry stan nawilżenia cery. Po dłuższym stosowaniu zauważyłam, że w bardziej przesuszonych partiach mojej skóry, przesuszenie zostało zniwelowane - zniknął też problem pojawiania się suchych skórek. Kondycja skory uległa lekkiej poprawie - poprawił się jej koloryt, skóra stała się przyjemniejsza w dotyku, miękka, bardziej świetlista.
Nie zanotowałam żadnych podrażnień - krem mnie nie uczulił, nie wywołał niechcianych niespodzianek na mojej twarzy. Zdecydowanie jest warty polecenia osobom o skórze normalnej, nie wymagającej bardziej intensywnego nawilżenia. Przy cerze mieszanej/w kierunku tłustej również może sprawdzić się całkiem dobrze, ze względu na to, że nie zostawia na skórze tłustego filmu. Ja jestem z niego bardzo zadowolona - kosmetyk ten jest po prostu dobry i z pewnością będę do niego wracać. Warto też zaznaczyć, że jego cena jest bardzo przystępna - krem kosztuje około 15 złotych (za opakowanie mieszczące 50 ml) i jest bardzo wydajny.

Skład:
INCI: Aqua, Propylene Glycol, Arachidyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Arachidyl Glucoside, Ethylhexyl Stearate, Butylene Glycol, Laminaria Hyperborea Extract, Glycerin, Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum, Caesalpinia Spinosa Gum, Dimethicone, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii Butter, Rosa  Canina Fruit Oil, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Panthenol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Cetearyl Alcohol, Enteromorpha Compressa Extract, Triethanolamine, Carbomer, Tocopheryl Acetate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Allantoin, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Parfum, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Disodium EDTA


Drugi z kosmetyków, które chciałabym Wam dzisiaj pokazać, testowałam osobiście - jest to Krem pod oczy przeciw pierwszym zmarszczkom.

Opis producenta:
"Krem o lekkiej konsystencji przeznaczony do skóry normalnej
Rozprowadza się z odpowiednim poślizgiem, wchłania się równomiernie, utrzymując na powierzchni skóry delikatny, film, który wzmacnia jej naturalną barierę lipidową i chroni przed niekorzystnym wpływem środowiska zewnętrznego oraz ogranicza utratę wody własnej z naskórka.
Krem, stosowany regularnie trwale nawilża i wygładza skórę wokół oczu oraz poprawia jej elastyczność (wg 75% testujących) i jędrność (wg 70% testujących). Skóra po użyciu kremu jest gładka, przyjemna w dotyku, odświeżona o ładnym, naturalnym kolorycie. Zmarszczki, "kurze łapki", „worki pod oczami" stają się mniej widoczne" [źródło]

Jego byłam bardzo ciekawa, ponieważ do tej pory do skóry wokół oczu stosowałam raczej kosmetyki typu żele łagodzące/przeciw opuchnięciom. Na kremy przeciwzmarszczkowe z racji młodego wieku nie zwracałam większej uwagi. Jednak sama nazwa kremu (przeciw pierwszym zmarszczkom) zachęciła mnie do jego wypróbowania - zwłaszcza, że coraz częściej, zwłaszcza na zdjęciach, dostrzegam w okolicy oczu kurze łapki i delikatne linie pod oczami. Nie jest to może jakiś daleko posunięty proces, jednak nikt nigdy wiecznie młody nie będzie :)
Starałam się stosować ten krem jak najbardziej regularnie i muszę przyznać, że nawet mi się to udaje - wyrobiłam w sobie zwyczaj nakładania tego kremu przed samym położeniem się do łóżka i do tej pory udało mi się o tym zapomnieć może jakieś dwa razy.
Co sądzę o tym kosmetyku? Krem zdecydowanie przypadł mi do gustu pod względem konsystencji - jest lekki, dość rzadki i łatwo go zaaplikować na skórę, w którą szybko się wchłania. Daje uczucie lekkiego chłodu (ale bardzo delikatne), nawilża skórę - jest zdecydowanie bardziej miękka, jedwabista. Można również dostrzec lekkie uczucie napięcia skóry. Nie podrażnił mi oczu, nie powodował łzawienia, mam wrażenie, że ogólnie można by go określić mianem dość delikatnego. Po stosowaniu go przez jakieś miesiące zauważam nieznaczną poprawę kondycji skóry wokół oczu. Nie bez powodu piszę *nieznaczną*, ponieważ stan mojej skóry przed rozpoczęciem używania tego kremu był całkiem niezły, więc sam krem nie miał zbyt dużego pola do popisu. Jednak jakaś poprawa jest widoczna, dlatego zamierzam kontynuować używanie tego kremu, choćby w celach zapobiegawczych.
Krem jest zamknięty  miękkiej, zakręcanej tubce, poręcznej, bez problemu można z niej wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku. Sama tubka jest ogromna - ma aż 30 ml, co powinno wystarczyć na wieczność. Ten krem również kosztuje około 15 złotych.

Skład:
INCI: Aqua, Propylene Glycol, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Cetearyl Isononanoate, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum, Caesalpinia Spinosa Gum, Hydrolyzed Cucurbita Pepo (Pumpkin) Seedcake, Euphrasia Officinalis (Eyebright) Herb Extract, Butyrospermum Parkii Butter, Enteromorpha Compressa Extract, Panthenol, Dimethicone, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Triethanolamine, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Allantoin, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid ,Disodium EDTA.


A Wy znacie te kosmetyki? Lubicie serię Happy per aqua?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...