WoleProstoHeader

18 lis 2012

DZS Po siódmie: Złuszczaj i nawilżaj ciało

Czyli Dekalogu zdrowej skóry ciąg dalszy. Punkt siódmy jest dość obszerny, kosmetyków jest sporo, więc dzisiejsze recenzje nie będą aż tak rozbudowane. Tutaj i tak w dużej mierze liczą się nasze własne preferencje, jedne z nas wolą mocne zdzieraki, inne słabsze, wybierając balsamy część z nas kieruje się zapachem, część konsystencją. Najprościej rzecz ujmując - ważne jest aby pozbywać się martwego naskórka i równie ważne jest aby nasza skóra otrzymywała odpowiednią, dopasowaną do naszych potrzeb, dawkę nawilżenia. Ekspert Flosleku pisze:

"Peeling połączony z masażem całego ciała powinniśmy wykonywać co najmniej raz w tygodniu.  Gdy pozbędziemy się zrogowaciałego naskórka i  pobudzimy  krążenie, nasza skóra lepiej przyswoi składniki aktywne zawarte w kosmetykach pielęgnacyjnych.
Usuwając stare, obumarłe komórki, pobudzamy skórę do szybszego tworzenia nowych komórek. Dzięki wykonywanemu podczas peelingu masażowi poprawia się ukrwienie skóry, a tym samym jej odżywienie - przez rozszerzone naczynia krwionośne dociera do skóry więcej tlenu i składników odżywczych. Gdy po peelingu nakładamy kremy i balsamy, składniki w nich zawarte mają szansę szybciej i skuteczniej wniknąć w skórę – podpowiada dr Henryka Dąbrowska."

Ja sobie troszkę poszerzyłam zakres tego punktu i oprócz złuszczania ciała wspomnę również o peelingowaniu twarzy. Od tego może zacznę, a za przykład posłuży mi peeling enzymatyczny do cery naczynkowej.
Ja się ogólnie z peelingami enzymatycznymi nie lubię, zdecydowanie wolę konkretne zdzieraki. Niemniej jednak ze względu na to, że jestem posiadaczką cery suchej i dość wrażliwej, nie mogę korzystać z mocnych, "normalnych" peelingów tak często jakbym chciała. Do peelingu z Flosleku byłam dość sceptycznie nastawiona, nie podejrzewałam go to, że wyczuwalnie pozbędzie się martwego naskórka, ale bardzo pozytywnie mnie w tym względzie zaskoczył. Nie będę Wam tu wypisywać tego co obiecuje producent, bo post wyszedłby na kilka kilometrów, złaknionych wiedzy odsyłam do zdjęcia powyższego :) Ja natomiast chętnie podzielę się z Wami informacją, że peeling naprawdę działa. Nakładam go raz-dwa razy w tygodniu na oczyszczoną skórę, pozostawiam na około 10 minut, a następnie spłukuję wykonując przy okazji mini masaż twarzy. Na skórze trzyma się dobrze, mimo dość rzadkiej konsystencji nie spływa. W początkowym czasie odczuwam lekkie mrowienie, nie jest to jakieś drażniące uczucie, po prostu czuć, że coś się dzieje. Nie czuć natomiast żadnego pieczenia, szczypania, ściągnięcia, po zmyciu nie doświadczyłam zaczerwienienia, podrażnienia. Skóra była wyraźnie gładsza, jaśniejsza, oczyszczona. Nie spodziewałam się takich efektów po peelingu, który nie ma w sobie zdzierających drobinek. Efekty nie są krótkotrwałe, częstotliwość z jaką wykonuję taki zabieg jest w zupełności wystarczająca do tego, aby nie męczyć się z suchymi, odstającymi skórkami i uczuciem, że "coś siedzi na skórze". Nie wiem jak ocenić ten produkt pod kątem naczynek - ten problem jest u mnie dość delikatny i ostatnimi czasy uspokojony. W każdym razie nie odnotowałam pogorszenia, a o polepszeniu też niestety nie mogę się wypowiedzieć, bo w międzyczasie stosowałam również inne środki, które mogły mieć na to polepszenie wpływ. Kosmetyk jest wydajny, stosuję go już kilka miesięcy, w tym czasie odstawiłam na bok inne peelingi i dopiero teraz dobijam dna. Myślę, że gdy już go wykończę to wrócę do niego ponownie. Polecam go przede wszystkim osobom o wrażliwej skórze, kiepsko reagującej na drobinowe peelingi, ale również i osobom z problemami naczynkowymi - w przypadku tego problemu zdecydowanie lepiej sięgnąć po delikatny kosmetyk, a ten do takich należy.
Do złuszczania ciała w ramach testów DZS używałam peelingu solnego z serii beECO. Ten kosmetyk bardzo dobrze wpasował się moje potrzeby, dlatego już dawno został zużyty do samego końca.
W przypadku skóry ciała nikt mnie na żadne delikatne traktowanie nie namówi. Tutaj odkąd pamiętam preferuję konkretną konsystencję, dość grube drobiny i najlepiej jeszcze, żeby po użyciu skóra nie była podrażniona, a była nawilżona. Wydaje się niemożliwe? Bzdura :) Peeling z beEKO świetnie sobie z tymi zadaniami poradził. Jest dość ostry, mocno złuszcza, ale sam proces peelingowania nie jest specjalnie bolesny. Drobiny soli rozpuszczają się pod wpływem wody, łatwo zmyć go ze skóry, a dzięki zawartości oliwy z oliwek skóra jest nawilżona i spokojnie można sobie odpuścić balsamowanie. Jego podstawowe zadanie również jest całkowicie spełnione - wszelkie zrogowacenia naskórka znikają, a skóra jest przyjemnie gładka, miękka i śliska. Oprócz tego używanie umila nam piękny zapach - cytrusowy, bardzo odświeżający. I wszystko byłoby pięknie, ładnie, gdyby nie jedna zasadnicza wada - wydajność. Słój o pojemności 420 g wystarczył mi przy stosowaniu z częstością raz na tydzień na jakieś...1,5 miesiąca jeśli dobrze pamiętam. A może nawet i na krócej, końcówka była zużywana bardzo oszczędnie. Przy jego cenie (około 40 złotych) to jednak zbyt krótko. Ja do niego nie wrócę, właśnie ze względu na niską wydajność, ale wspominam go naprawdę miło. 

Skoro już jesteśmy złuszczone z góry do dołu - czas na nawilżanie. Ja będę szczera i od razu powiem, że przy mojej suchej skórze balsamów używać muszę codziennie, najlepiej jeszcze ze dwa razy dziennie (ale komu by się chciało?), więc w przypadku tych kosmetyków kieruję się głównie zapachem i tym, jak szybko mazidło się wchłania. W związku z częstotliwością używania cieszą mnie też - niska cena, wysoka wydajność, niewielka pojemność (bo zapachy jednak lubią się nudzić). Z balsamami Flosleku przygoda okazała się średnio udana - dwa testowane produkty polubiłam, jeden jest po prostu przeciętny, a jeden kompletnie nie może mnie do siebie przekonać. Zacznę może od tego, który spodobał mi się najmniej, ponieważ na jego temat mam naprawdę niewiele do napisania.

Wszelkie zapachy owocowe bardzo lubię, zdecydowanie bardziej niż słodko - duszące słodzizny typu wanilia. Kiedy więc zobaczyłam powyższe masło do ciała i przeczytałam napis "Cherry berry" byłam raczej ucieszona. Dość krótko. Po po otwarciu słoiczka okazało się, że masło ma tak intensywny zapach, że po prostu...nie byłam w stanie go używać. Posmarowałam się nim może ze dwa - trzy razy, ale nie byłam w stanie wytrzymać z tym zapachem i we wszystkich przypadkach następowała chęć na prysznic. Żeby była jasność - masło nie śmierdzi, nic z tych rzeczy, zapach to kwestia bardzo indywidualna. Ono pachnie, jednakże zapach jest po prostu zbyt mocny, do tego naprawdę długo utrzymuje się na skórze. Pierwsze skojarzenie to wiśniowa jogobella, zapach jest dość sztuczny, z wyczuwalną nutką chemii. Wydawać by się mogło, że po nasmarowaniu ciała zapach przestanie być wyczuwalny dla nosa (wszak nos się przyzwyczaja do zapachu czy coś w ten deseń), ale niestety. Nie mogę więc ocenić jego walorów nawilżających, gdyż masło do tej pory stoi sobie w łazience niemal pełne, czasem sięgnie po nie ktoś z domowników i wtedy po całym domu roznosi się aromat jogobelli, a ja muszę otworzyć okno. Nie polecam, chyba, że ktoś jest fanem zapachów wiśniowych. W wersji mocno stężonej.

Dalej na szczęście było nieco lepiej. Balsam brązujący i balsam chłodzący dobrze wpisały się w porę roku. O ile balsam łagodzący po opalaniu obdarzyłam uwielbieniem, tak znowu balsam nadający skórze opaleniznę to takie fifty-fifty.
Balsam delikatnie brązujący miał być dla mnie alternatywną dla smażenia się na słońcu czy tradycyjnych samoopalaczy. Tych drugich naprawdę nie lubię, rzadko kiedy uzyskuję nimi zadowalający efekt, o samoopalaczowym smrodku nie wspomnę. Balsam z Flosleku nie tyle nadawał opalenizną, co ją podkreślał, jeżeli takowa istniała. U mnie opalenizna pojawiła się na krótko i dopiero wtedy odnotowałam działanie brązujące tego balsamu. Wolałabym, żeby efekt był nieco mocniejszy, no ale z drugiej strony próżno tu było szukać smug i tym podobnych. Na jego korzyść przemawiają zapach (bardzo przyjemny, nieco słodki, ale ani trochę nie jak ten wiśniowy) i lekka konsystencja, która sprawia, że balsam stosunkowo szybko się wchłania i czyni kosmetyk dość wydajnym. Nawilżenie jest raczej marne, jedyne co można wyczuć to taka śliskość na skórze, która najprawdopodobniej spowodowana jest parafiną na drugim miejscu w składzie. Ja go wymęczyłam prawie do końca, potem skończyła mi się opalenizna, którą mogłabym podkreślać. Drugi raz raczej nie kupię, nie jest to do końca to, czego szukam.

Nieco lepiej było w przypadku balsamu kojąco - chłodzącego, również z serii Sun Care. Niemniej jednak tu też mam kilka zastrzeń, ale po kolei.

Opakowanie i pojemność (200 ml) są takie same jak w przypadku balsamu brązującego. Konsystencja jest nieco bardziej gęsta, ale wciąż niespecjalnie treściwa. Ogromnym plusem tej emulsji jest zapach. Pachnie jak cukierki Ice, bardzo świeżo, bardzo chłodno, mega przyjemnie. Spełnia swoje podstawowe zadanie - naprawdę przynosi ulgę spieczonej skórze, chłodzi dość konkretnie, uspokaja zaczerwienioną skórę. Podczas upałów po powrocie do domu uwielbiałam wskoczyć pod zimny prysznic, a następnie wysmarować się tym balsamem - od razu czułam się jakby było kilka stopni mniej. Ze względu na to, że upałów tego lata było dość dużo, balsam został doszczętnie wykończony w dość krótkim czasie, ale wspomnienie o nim pozostało bardzo miłe. Oprócz tego, że przynosił ulgę, delikatnie nawilżał (ale znów - parafina). Wchłaniał się szybko, zwłaszcza w rozgrzaną skórę, wydajność przeciętna. Dla efektu chłodzenia i zapachu mogłabym go kupić ponownie.

Na koniec zostawiłam sobie tzw. wisienkę na torcie. Choć o wisienkach z racji masła Cherry Berry wolałabym już chyba nie myśleć. Niemniej jednak, balsam, który opiszę poniżej trafił do mojego top trzy kosmetyków Flosleku, top trzy pachnących kosmetyków i jeszcze pewnie kilka topów by się znalazło.
Tym razem mamy do czynienia z serią Natural Body, jest to Kaszmirowy balsam do ciała o zapachu opuncji i białej herbaty. Zapach jest po prostu genialny, mogłaby siedzieć nad tym balsamem i wąchać go godzinami. Bardzo świeży, bardzo charakterystyczny, jeden z przyjemniejszych balsamowych zapachów, z jakimi miałam styczność. Ze względu na ten właśnie zapach, balsam był w użyciu przynajmniej dwa razy dziennie, więc miałam okazję poczuć jego nawilżenie (w takich dawkach w sumie trudno żeby nie), które było raczej poprawne. Konsystencja jest dość lejąca, rzadka, balsam dzięki temu jest zaskakująco wydajny. Skóra po użyciu jest miękka, gładka, dość mokra, balsam nie wchłania się całkowicie, ale nie zostawia po sobie lepkiego filtru, tylko właśnie sprawia, że skóra jest taka "mokrawa". Szkoda, że poziom nawilżenia nie jest nieco większy, wtedy już w ogóle byłby cud, miód i orzeszki. Natomiast dla samego zapachu i przyjemności stosowania kupiłam kolejną tubkę już jakiś czas temu i już zdążyłam ją zużyć. Na razie robię sobie od niego przerwę, nie chcę żeby mi się znudził, poza tym zimą jednak szukam większego nawilżenia. Wiosną na pewno do niego wrócę. Cena to około 14 złotych.

Dobrnęłam do końca, nie spodziewałam się, że wyrobię się jeszcze dzisiaj :D Starałam się nie zagłębiać w szczegóły, bo post byłby zbyt długi, jednak jeśli macie jakiekolwiek pytania - pytajcie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

19 komentarzy:

  1. Ja ze zdzieraków bardzo lubię domowy peeling kawowy :) i zdziera i nawilża, cudo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też nie ma lepszego peelingu do ciała, zostawia cudowny zapach i nie ma tablicy Mendelejewa w składzie :)

      Usuń
    2. Ale wannę brudzi :P Ale też lubię, czasem nawet robię :) Chcę teraz spróbować coś ukręcić z soli i jakiś fajnych olejków :)

      Usuń
    3. a propos peelingu z kawy to napiszę Wam pewną anegdotkę; otóż córcia mojaj znajomej zobaczyła jak jej mama robi sobie peeling z kawy i zapytała " mamo, dlaczego smarujesz się kupą?" :D
      mam nadzieję , że nikogo nie zniesmaczyłam:) a co do peelingu z kawy to uważam że jest the best:)

      Usuń
  2. Z chęcią wypróbowałabym ten peeling enzymatyczny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę polecić :) Naprawdę przyzwoity kosmetyk :)

      Usuń
  3. Ciekawa jestem tego balsamu z białą herbatą, lubię świeże zapachy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On ma bardzo świeży zapach, taki delikatny i bardzo "odświeżający" :)

      Usuń
  4. koniecznie muszę spróbować tego peelingu do twarzy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja peelingi robię sobie sama, ostatnio jestem oczarowana działaniem korundu. A nawilżanie to u mnie cała epopeja, ponieważ mam skórę wrażliwą i bardzo suchą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejna osoba o korundzie pisze :D Też mnie coś ostatnio naszło, żeby sobie zrobić peeling taki "home made" :)

      Usuń
  6. Peeling enzymatyczny wydaje się ciekawy i chyba w niedługim czasie wzbogaci moje zbiory :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że posłuży Ci równie bardzo jak mnie ;)

      Usuń
  7. Ja mam balsam z maslem shea i uwielbiam go :D. I tez mam ten problem z sucha skora na nogach i rekach ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj z nogami to ja w ogóle mam manianę...zimą mam tak suchą skórę, że moja skóra przypomina skórę słonia ;/

      Usuń
  8. Jak zobaczyłam Cherry Berry to mi się od razu oczka zaświeciły, bo lubię nutę wiśniową w kosmetykach. Tylko po wczytaniu się jak zwykle przyszło rozczarowanie, no szkoda. Za to opuncjowego balsamu na pewno spróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwetto - jak się lubi wiśnię to może zapach jest przyjemny, ja raczej akurat tej konkretnej nuty nie lubię...więc wolę nie ryzykować z jakimkolwiek polecaniem :P Ale opuncjowy jak najbardziej polecam :D

      Usuń
  9. Nie lubię peelingów enzymatycznych, ale moja mama ma cerę naczynkową i tylko takich może używać, także chyba jej sprezentuję:)

    OdpowiedzUsuń

Proszę o nie zostawianie komentarzy typu "Zapraszam do mnie", próśb o dodanie do obserwowanych oraz podobnych służących autopromocji blogów czy stron personalnych.
Dziękuję bardzo :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...