WoleProstoHeader

30 lis 2011

Z zimowego niezbędnika :)

W związku z tym, że listopad dobiegł końca i do zimy zaczyna być coraz bliżej, rozpoczynam serię zimowych postów, w których prezentować będę recenzje kosmetyków używanych przeze mnie zimą ale również makijaże, które najchętniej noszę właśnie w tą śnieżną (mniej lub bardziej) porę roku, pojawią się również zimowe paznokcie, ogólnie zmieniamy klimat na nieco bardziej mroźny ;)

Dzisiaj opisać bym chciała dwa produkty, które zimą muszą znaleźć się w mojej kosmetyczce. O czym mowa?

Po pierwsze - krem do rąk!



To dla mus, nie tylko zimą. Jednak w związku z niskimi temperaturami, skóra na dłoniach wymaga zimą szczególnej troski. Warto zaopatrzyć się w krem, który przeznaczony jest do pielęgnacji rąk zimą - takie są bardziej treściwe, tłuste.
Krem, który widzicie na zdjęciu wyżej to propozycja FlosLeku z serii Winter Care. Zaczęłam go używać już jakiś czas temu i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że na zimę będzie idealny. 

Przede wszystkim bardzo podoba mi się konsystencja tego kremu - krem jest dość tłusty, gęsty, po prostu bardzo treściwy. Wchłanianie może nie jest natychmiastowe, jednak przy przy tej konsystencji i tak jest nieźle, krem zostawia lekką, tłustawą powłokę na skórze, która po jakimś czasie się całkowicie wchłania.

Od raz po posmarowaniu rąk kremu, czuć różnicę w nawilżeniu i natłuszczeniu skóry, zwłaszcza jeśli ręce były suche, spierzchnięte. Moje pierwsze skojarzenie było takie, że krem działa jak opatrunek. Skóra jest nawilżona, natłuszczona, bardziej miękka, znika szorstkość i uczucie spierzchnięcia. Efekt utrzymuje się przyzwoicie długo, zauważyłam ogólną poprawę kondycji skóry rąk. Zawsze przed wyjściem z domu smaruję ręce kremem i po powrocie nie czuję aby skóra była sucha, "przemarznięta".

Wyczytałam, że krem zawiera substancje takie jak: witamina E, prowitamina B5, alantoina czy keratyna. Poniżej możecie zobaczyć pełny skład:

INGREDIENTS (INCI): Aqua, Mineral Oil, Vaselinum Album Glycerin, Sorbitan Oleate,  Ceresin, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Parfum, Magnesium Sulfate,  Tocopheryl Acetate, Imidazolidinyl Urea, Cetyl Alcohol, Cholesterol, Allantoin, Methylparaben, Propylparaben

Krem zamknięty jest w miękkiej tubce o pojemności 100 ml. Przy jego wydajności, myślę, że spokojnie wystarczy mi do końca zimy. Cenę również uważam za całkiem atrakcyjną - za krem zapłacimy zaledwie ok. 10 złotych.

Drugim produktem, bez którego zimą nie ruszam się z domu jest ochronna pomadka do ust. Używałam już całej masy tego typu pomadek od Nivei, przez oriflamowskie "miodki", carmexy i inne wazeliny. Zdecydowanie bardziej lubię klasyczne pomadki niż takie w słoiczku, choćby przez wzgląd na wygodę aplikacji. Tej zimy odkryłam pomadkę, która w rankingu moich zimowych pomadek wybiła się bardzo wysoko.




To kolejny produkt z serii Winter Care (ogółem - całą serię uważam za bardzo udaną). Czym wg mnie różni się od innych stosowanych przeze mnie pomadek?

Przede wszystkim konsystencją. Pomadka przyjemnie ślizga się po ustach, nie jest "tępa". Zostawia na ustach wyczuwalny film, ale usta nie kleją się. Efekt utrzymuję się umiarkowanie długo, ja używam jej średnio co 2-3 godziny, gdy przebywam na dworze. Nawilżenie ust jest odczuwalne, nie są spierzchnięte, suche. Ja zimą często borykam się z problemem zwyczajnie pękającej skóry na ustach (nie jest to nic przyjemnego) i już niestety miałam "przyjemność" doświadczyć tego w tym sezonie. Na szczęście ta pomadka złagodziła sytuację, pomogła w wygojeniu i póki co skutecznie zapobiega nawrotom tej wątpliwej przyjemności.

Pomadka ma dość intensywny zapach, jednak mi on nie przeszkadza, powiedziałabym nawet, że go lubię. Po aplikacji na usta zapach się ulatnia, więc w tej kwestii problemów też nie ma. Co do wydajności nie mogę się wypowiedzieć bo po prostu nie widzę jeszcze czy pomadka znika czy nie ;)

Bardzo też podoba mi się efekt, jaki się osiąga po nałożeniu na tą pomadkę szminki. Usta pięknie błyszczą, wyglądają na gładkie, nawilżone. No i większość "suchych" szminek zwyczajnie lepiej się rozprowadza na takich śliskich ustach.

Pomadka zawiera witaminę E i oraz filtr UVB. Pełny skład:

INGREDIENTS (INCI): Stearyl Heptanoate, Stearyl Caprylate,  Vaselinum Album, Paraffinum Liquidum, Mineral Oil, Copernicia Cerifera Wax,  Ceresin, Glyceryl Stearate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cetyl Alcohol, Beeswax, Tocopheryl Acetate, Cholesterol, Parfum, Chlorhexidine Digluconate, Ethylparaben, Retinyl Palmitate, Hexyl Cinnamal, Linalool, Geraniol, Cinnamyl Alcoho

Opakowanie mieści 3,5 g produktu, kosztuje ok. 6 złotych.


A Wy macie już skompletowane zimowe kosmetyczki?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
29 lis 2011

Lakierowo - eksperymenty Panny Joanny - "Cinderella"

Potrzeba matką wynalazków, a moją potrzebą był bajkowy lakier do paznokci. Może w momencie, w którym zastanawiałam się nad tym, którym lakierem pomalować paznokcie, określenie "bajkowy" nie było ani trochę sprecyzowane, ale na pewno wiedziałam, że żaden lakier z mojej kolekcji w obecnej chwili nie spełniał owego wymogu. I tu właśnie pojawia się miejsce na wspomniany wyżej wynalazek.

Pomalowałam paznokcie jasnym, szarym lakierem (Virtual, Street Fasion, City Gray). I zawiało mi nudą. W tym momencie moje spojrzenie zatrzymało się na pudełku, w którym trzymam słoiczki z sypańcami (miki, pigmenty, zwykłe sypkie cienie). Wygrzebałam z samego dna cień "Hope" ze Sweetscents. Wysypałam odrobinę na spodek, uzbroiłam się w małą gąbkę, pincetę. Pomalowałam paznokcie bezbarwnym lakierem, następnie nałożyłam pyłek na paznokcie strzepując go nad nimi z gąbki. Oczywiście miałam w świecącym pyłku całe palce, ale grunt, że "przylepił" się on jedynie do niewyschniętego lakieru. Jak całość lekko podeschła (zajęło to dosłownie 3 minuty), nałożyłam top coat. Efekt końcowy przerósł moje oczekiwania, nie spodziewałam się, że tak fajnie będzie to wyglądać :) Zdjęcia niestety nie oddają uroku tego pyłku, w rzeczywistości o wiele ładniej i intensywniej miga. Już mam wizję co najmniej kolejnych dziesięciu mani z użyciem moich sypańców, prosty sposób, a pozwala osiągnąć naprawdę ciekawe efekty. Zobaczcie same:





Zdjęcia były robione w różnym świetle i przy różnych ustawieniach aparatu, stąd różnice w kolorze.
Nazwa posta wynika z pierwszego skojarzenia po spojrzeniu na pomalowane paznokcie. Jakby istniał taki lakier to musiałby się nazywać "Cinderella".

Jak się Wam podoba?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna

27 lis 2011

Panna Joanna maluje - z kreską w roli głównej

Od dawna już podczas makijażu omijam czarne linery - albo robię cienką kolorową kreskę albo ciemną ale mocno roztartą, przydymioną. Ostatnio coś mi odbiło i zrobiłam lekki makijaż, a na sam koniec władowałam w niego grubą, czarną kreskę. Co do efektu jakoś szczególnie przekonana nie byłam, mam wrażenie, że taki typ makijażu oka niekoniecznie pasuje mi i moim opadającym powiekom.
Nie powiem - żałuję, ponieważ u innych taki makijaż bardzo mi się podoba, a ja biedna muszę się obejść smakiem ;) Niemniej jednak skoro już zrobiłam zdjęcia to pokażę.
Na twarzy mam podkład The Body Shop Extra Virgin Minerals Loose Powder Foundation, policzki to Mgła Pudrowa z Paese, brwi - kredka Basic, rozświetlacz (którego nie widać) to Catrice LE Urban Baroque, usta - szminka Golden Rose, oczy - baza pod cienie z Mary Kay, cienie z paletek Sleek (Oh So Special i Monaco), tusz Lash Love od Mary Kay. Tytułowa kreska to czarny cień z paletki OSS na płynie do pigmentów KOBO.

W związku z tym, że makijaż z serii tych nie do końca fascynujących, postarałam się żeby przynajmniej zdjęcia były jako takie ;)))




A Wy lubicie grube kreski? Nosicie takie na co dzień?

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 lis 2011

TAG: Subiektywny Ranking Przystojniaków


Przywędrował do mnie straszny tag. Straszny i ciekawy jednocześnie, takiego taga chyba jeszcze nie było. Niestety, ale ktoś wpadł na to, że urodową blogosferę tworzą kobiety (w znacznej, przeważającej ilości, przynajmniej ja znam tylko jeden jedyny blog o takiej tematyce prowadzony przez mężczyznę) i postanowił zapytać o typy w kwestii panów. Dowcipne, nie powiem.

Ale skoro już zostałam otagowana (i to przez jedne z moich najulubieńszych blogerek) to przecież nie mogę tego zignorować :) Głowę sobie dam uciąć, że moja odpowiedź na tego taga będzie świetnym tematem do nabijania dla mojego OPT, ale cóż zrobić...liczę, że ten post umknie mu w tłumie :D

Zasady:
1. Napisz kto Cię otagował.
2. Wymień dziesięciu mężczyzn, których uważasz za najbardziej atrakcyjnych, a swój wybór krótko uzasadnij.
3. Zataguj dziesięć osób i powiadom je o nominacji.

Zostałam otagowana przez HexxanęBrunetkę i Piękność Dnia :) Bardzo Wam dziewczyny dziękuję za nominację :)

Dziesięciu typów nie znajdę, nie ma szans :P A na siłę szukać nie będę, więc zaraz sama zobaczę jak bardzo skurczyła mi się lista. Zacznę może od końca:


4. Jensen Ackles - znam go co prawda jedynie z roli w serialu "Supernatural", ale jak widać wystarczy :) Mimo, że jest blondynem, a ci nie są w moim typie, muszę go umieścić na liście.


3. Jake Gyllenhaal - ma oczy jak szczeniak i bardzo sympatyczny uśmiech :) i tyle :D


2. Gerard Butler - tego Pana zawsze "wypomina" mi OPT :) "PS. I love you", "300", "Law abiding citizen" - łobuzerski uśmiech i po raz kolejny - taki szczenięcy wzrok :D



1. Myślałam, że jak umieszczę własnego, prywatnego przystojniaka w zestawieniu, to będę oryginalna ;) Niestety ubiegły mnie Aga i Urbi, ale mimo wszystko muszę być sprawiedliwa i na miejscu 1 umieścić mój OPT :) Za wszystko :)


Punkt ostatni - tu znowu się wyłamię i 10 blogerek nie znajdę bo tag rozchodzi się bardzo szybko. Taguję:
Anwen KLIK!
Paulę KLIK!
Adę KLIK! 
Dezemkę KLIK!
i wszystkie blogerki, które maja ochotę wziąć udział w tagu :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna



24 lis 2011

Lakierowo - pękacz part 2.

Dawno już nie wstawiałam żadnych lakierowych swatchy czy wzorków, a spowodowane to było tym, że musiałam obciąć paznokcie do zera i na nowo rozpocząć proces zapuszczania (niestety tak się dzieje, jak się cierpi na wrodzone sieroctwo i nie patrzy się co się robi..okazuje się, że można wtedy przywalić mocno np. w szafkę i cudnie połamać sobie paznokcie). Teraz moje paznokcie wyglądają już jako tako, więc znowu mogę je jakoś konkretnie malować i z tej okazji porobiłam kilka zdjęć dzisiejszego manicure.

Do pękaczy zdołałam się w końcu ostatecznie przekonać, jednak aby efekt mi się podobał, muszę mieć odpowiednią bazę pod owego pękacza. Szczególnie upodobałam sobie dwa kolory - złoto i srebro. Mani z wersją złotą już tu kiedyś był więc dzisiaj dla odmiany wersja srebrna. Efekt skojarzył mi się jakoś tak zimowo, głównie dlatego, że bazą był brokatowy, mocno skrzący lakier firmy Delia. Pękacz tym razem to nie Pierre Arthes, a Eveline. Pęka całkiem ładnie, w "ciapki", a nie paski, dość drobno przy cienkiej warstwie, natomiast przy grubszej ciapki są zdecydowanie większe. Mnie się podoba, można nim trochę pokombinować :)





Poczekam jeszcze trochę aż paznokcie odrosną mi do takiej długości, przy której ostatnio musiałam je unicestwić i zabieram się za świąteczne, paznokciowe maziaje. Mam już nawet kilka pomysłów, ale potrzebuję więcej miejsca na paznokciach :)))

Pozdrawiam,
Panna Joanna


23 lis 2011

Panna Joanna testuje - Extra Virgin Minerals

Witam serdecznie i od razu się z rozpędu pochwalę - mam już weekend :D A skoro weekend - to i czas na nowe posty. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić jeden z moich ulubionych ostatnio podkładów.

Z minerałami jeszcze do niedawna nie miałam w ogóle styczności, teraz choć już trochę ich używam i tak nie mogę stwierdzić, że jestem w tej dziedzinie ekspertką. Podkład, który za chwilę Wam przybliżę, jest moim drugim sypkim podkładem czysto mineralnym. Przy pierwszym byłam bardzo zadowolona z efektu, lecz cieszyłam się nim krótko ponieważ kolor był dla mnie zdecydowanie za ciemny i używać go mogłam jedynie przez krótki okres, kiedy miałam na twarzy śladowe ilości opalenizny. W drugim przypadku kolor na szczęście okazał się spełnieniem marzeń dla takiego bladziocha jak ja. Czy tylko kolor był strzałem w dziesiątkę? Na szczęście nie :)


Extra Virgin Minerals Loose Powder Foundation jest nowością w ofercie firmy The Body Shop. Oprócz sypkiej formy podkładu, w ofercie znalazły się również Extra Virgin Minerals Compact Foundation (podkład w kompakcie) oraz Extra Virgin Minerals Liquid Foundation (klasyczna, płynna formuła). Miałam okazję przetestować dwie możliwości - podkład sypki oraz podkład płynny. Jako, że podkład płynny wzbudził we mnie mieszane uczucia, postanowiłam najpierw napisać o tym niepozornym proszku zamkniętym w małym okrągłym pudełku, które zdobył moje serce już po pierwszej aplikacji. 


Przede wszystkim kolor - chwała temu, kto wymyślił, że gama kolorystyczna tej serii ma wyglądać tak, a nie inaczej. Posiadam odcień 105 rose ivory. Kolor jest po prostu idealny! Jasny (naprawdę *jasny*), beżowy, ciepły, bez wyraźnych różowych tonów. Dla mnie -ideał.

Po drugie - konsystencja. Ta również mnie nie zawiodła. Proszek jest przyjemnie aksamitny, nie pyli aż tak bardzo jak niektóre kosmetyki w sypkiej formie. Bardzo przyjemnie rozprowadza się go na skórze. Nałożony na twarz pięknie stapia się ze skórą. W przypadku sypkich pudrów, jako osoba ze skórą suchą, zawsze mam jakieś obawy, że proszek nie będzie trzymał się skóry. I rzeczywiście zdarzały się takie kosmetyki, które za żadne skarby świata nie chciały przylgnąć do skóry. Tutaj tego problemu nie ma- podkład nie jest suchy, pylący, powiedziałabym wręcz, że jest...lekko wilgotny? Wiecie co mam na myśli?:)


Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie też krycie. W życiu bym nie pomyślała, że proszek może dać tak wyraźne krycie. Ja na twarz nakładam jedną, cienką warstwę podkładu i jest to ilość wystarczająca do tego aby skóra miała wyrównany koloryt, zneutralizowane zaczerwienienia i ukryte drobne niedoskonałości. Skóra wydaje się też sporo gładsza, jest zmatowiona (ale nie jest to płaski mat), po zastosowaniu tego podkładu nie mam już potrzeby dodatkowego matowienia skóry. Aby przekonać się o jakim stopniu krycia mówię, poniżej możecie zobaczyć zdjęcie rozsmarowanej na dłoni tej ilości podkładu, którą z kolei widzicie na zdjęciu powyżej:


Oprócz krycia, podkład może pochwalić się też świetną trwałością. W poniedziałki i wtorki wychodzę z domu ok. godziny 7:30, a wracam wieczorem i podkład wciąż jest na swoim miejscu. Oczywiście efekt nie jest tak spektakularny jak zaraz po wykonaniu makijażu, ale podkład jeśli już schodzi, to schodzi równo (lub wcale), nie zbiera się w zmarszczkach, nie włazi w pory, nie roluje się. 

Jeśli chodzi o nakładanie, sprawa wygląda jak z każdymi innymi mineralnymi podkładami - wysypujemy odrobinę na zakrętkę, nabieramy na pędzel, strzepujemy nadmiar, a następnie okrężnymi ruchami pędzla nakładamy na twarz. Podkład jest bardzo wydajny, niewielka ilość wystarczy do pokrycia twarzy cienką warstwą. Jeśli potrzebujemy większego krycia - można je stopniować poprzez dodanie kolejnej warstwy (ważne aby były to cienkie warstwy, po nałożeniu jednej, ale grubej, możemy osiągnąć efekt maski). Warto pamiętać o odpowiednim nawilżeniu cery, ja podkład nakładam zawsze po uprzednim posmarowaniu skóry kremem nawilżającym. Podkład nie wysuszył mi cery, nie uczulił/podrażnił. Znalazłam jeszcze jednego plusa - podkład posiada filtr SPF 25.

Na składach się co prawda nie znam, ale zasięgnęłam języka i dowiedziałam się, że podkład rzeczywiście jest w 100% mineralny. Skład jest krótki i zwięzły:
Ingredients: Mica,Titanum Dioxide, Kaolin, Illite. [+/- Cl 77492, Cl 77491, Cl 77499, Cl 77891]. 

Podsumowując - świetny podkład, bardzo jasny kolor, super krycie, naturalny efekt. Dodam jeszcze, że wydaje mi się, że jest to podkład, który sprawdzi się raczej na suchych bądź mieszanych cerach. Intuicja podpowiada mi (a może gdzieś przeczytałam o tym?:)), że dla cery tłustej może okazać niewystarczająco matujący? Coś w ten deseń w każdym razie.

A Wy miałyście już styczność z tym podkładem? Polubiłyście go tak jak ja czy może wręcz przeciwnie?

Przy okazji mam ogromną prośbę - moja koleżanka-wizażanka bierze udział w konkursie BIARu i bardzo chciałaby wygrać :D Jeśli więc macie ochotę i wolną sekundkę - zerknijcie i kliknijcie :) KLIK!

Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 lis 2011

Tag - kosmetyczne must have :)

Tag przywędrował do mnie prosto od autorki taga - Lajfstyle :) Jako, że temat taga jest miłą odmianą po kilku średnio-kosmetycznych-tagach, tak więc z ochotą biorę się do odpowiedzi.

Zasady są proste:

  • Wymieniamy 5 ulubionych produktów, których używamy codziennie. Jeśli macie ochotę może być to kolorówka, lub pielęgnacja. Wszystko zależy od Was i Waszych upodobań. 
  • Następnie zapraszamy inne bloggerki do wzięcia udziału w zabawie. :)
 (obrazek pochodzi z bloga http://lajfstyle.blogspot.com/)

Moje kosmetyczne must - have ciężko mi było ograniczyć do 5 produktów. Na co dzień używam ich o wiele więcej :) Jednak po ciężkiej selekcji wybrałam piątkę, bez której rzeczywiście nie mogłabym się obejść (zwłaszcza ostatnio - weźcie pod uwagę, że moje top 5 zmienia się choćby wraz z porami roku ;)). Oto wyniki selekcji:
Miejsce pierwsze w mojej kosmetyczce bezapelacyjnie zajmuje nawilżający krem. Ostatnio ten, który widzicie na zdjęciu jest moim ulubionym - rzeczywiście nawilża, szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż oraz posiada filtr. Niedługo pojawi się jego pełna recenzja.
Jako kompletny bladzioch, na co dzień nie zapominam o wymodelowaniu i ożywieniu twarzy odrobiną koloru. W tej roli świetnie się ostatnio sprawdza duet z Dermacolu - w jednym opakowaniu mam zarówno bronzer, którym mogę lekko wymodelować twarz oraz róż, którym tworzę zimowe rumieńce :)
Jako wielbicielka podkreślonego oka, musiałam oczywiście w swojej topowej piątce zawrzeć również cienie do powiek. Ostatnio najczęściej sięgam po paletkę Sleeka Oh So Special - idealny miks kolorów zarówno na jesień jak i zimę. Ale - jeśli już cienie to koniecznie z...

...bazą pod cienie. Kosmetyk, bez którego nie wyobrażam sobie życia. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem kiedyś mogłam robić makijaż oczu i nie używać bazy pod cienie. Najczęściej sięgam po bazę Hean, jednak ostatnio znalazłam bazę, która jest od tej odrobinę lepsza. Niemniej jednak, baza Hean pod codzienny makijaż nadaje się idealnie.

Kolejny kosmetyk, który zajmuje czołowe miejsce w mojej kosmetyczce (jak również i w makijażu) to tusz do rzęs. Moim ulubieńcem w tej kwestii jest nieprzerwanie Lash Love od Mary Kay. Obecnie używam wersji śliwkowej (nawet trochę widać na zdjęciu kolor tuszu) i mogę śmiało powiedzieć, że to mój najlepszy tusz ze wszystkich jakich do tej pory używałam. Zarówno jakość jak i kolor podbiły moje serce :)

Szkoda, że to tylko 5 ulubieńców, jednak zasady to zasady i trzeba się ich trzymać. Tak więc aby znowu się nie wyłamać, nominuje następujące blogerki:
- Eweskę http://pedzlem-malowane.blogspot.com/
- Candy http://candykillerr.blogspot.com/
- Basię http://basia8212.blogspot.com/
- Orlicę http://kosmetyki-orlicy.blogspot.com/
- Paulę http://za-wysoko.blogspot.com/
- Sroczkę http://cosrocewokowpadnie.blogspot.com/

Udaję się teraz poinformować nominowane blogerki o nominacji, a Was wszystkich i tak zapraszam do odpowiedzi na tego taga :) 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lis 2011

Panna Joanna testuje - pędzle Donegal

Jak pewnie wiecie pędzlową maniaczką nie jestem, moja kolekcja składa się z podstawowych, niezbędnych pędzli, przy użyciu których jestem w stanie wykonać swój makijaż. Ostatnio do grona moich pędzelków dołączyło kilka sztuk pędzli z naturalnego włosia z firmy Donegal. Używam ich już jakiś czas, prałam je już po kilka razy więc dzisiaj chciałabym je Wam przybliżyć.

Od razu zdradzę, że jest tu jeden kompletny bubel, jeden nie taki znowu duży bubel, dwa całkiem przyjemne pędzle, z którymi się dość mocno polubiłam oraz jeden pędzel, którego używam niezgodnie z przeznaczeniem, ale w wynalezionej dla niego przeze mnie roli, sprawdza się znakomicie. Który jest który?

Zacznę może od największego nieporozumienia w tej piątce. Jest nim....
...pędzel przeznaczony do nakładania pudru. Nie byłby zły, bo jego włosie jest naprawdę miękkie i bardzo przyjemne, kształt i wielkość też niczego sobie, ALE sypie się tak przeokropnie, że nie jestem w stanie go używać. Początkowo byłam przekonana, że ten pędzel będzie jednym z lepszych z powyższego zestawu. Jest spory, ale nie na tyle duży by jakoś utrudniać używanie, ma naprawdę miłe w dotyku, mięciutkie włosie, dość gęsto zbite. Kształt wydał mi się ciekawy i nietypowy - pędzel jest zakończy lekko w szpic (na zdjęciach niestety aż tak bardzo tego nie widać). Pomacałam pędzel, podumałam, z uśmiechem na ustach zabrałam się za "przypudrowanie noska" i czar prysł. Po kilku machnięciach pędzlem, na mojej twarzy zostało kilka z tych miękkich i jakże przyjemnych włosów. Po wypraniu pędzla było jeszcze gorzej (a dodam, że myłam go tak jak zawsze inne pędzle, którym po kąpieli nic się działo). Mimo, że bardzo bym chciała - nie jestem w sranie używać tego pędzla, przeszkadza mi straszliwie wypadające włosie, które potem migruje po całej twarzy. Słowem - bubel.



Po takim, a nie innym doświadczeniu z pędzlem do nakładana pudru, byłam przekonana, że pędzel do różu również będzie stanowił istną tragedię, ponieważ zarówno pod względem włosia jak i kształtu był łudząco podobny do swojego poprzednika. Główna różnica polegała na tym, że pędzel do różu był po prostu jakby rozmiar mniejszy. Nabrałam na pędzel odrobinę różu, przejechałam po policzku w oczekiwaniu na wypadające włoski i....nic. Pomyślałam, że może pędzel do pudru jest po prost jakiś wadliwy, skoro jego mniejszy odpowiednik nie ma takiego problemu. Przez kilka kolejnych aplikacji (również po umyciu pędzla) problem nadal się nie pojawiał, więc używanie go było czystą przyjemnością - zarówno ze względu na kształt, jak i rodzaj włosia świetnie radził sobie z nakładaniem różu. Po jakimś czasie, niestety, zaczęły sypać się z niego włoski, co prawda w stopniu nieporównywalnie mniejszym niż w przypadku pędzla do pudru, ale jednak. Na całe szczęście wciąż są to pojedyncze sztuki, typu 2-3 włoski podczas prania, czasem podczas aplikacji też z niego coś wylezie. Mimo wszystko wybaczam mu, bo bardzo go polubiłam, świetnie służy mi do podkreślania policzków :)

Natomiast najbardziej zadowolona jestem z pędzli do nakładania cieni. Mimo, że nie podejrzewałam, że zapałam do nich aż taką sympatią, szybko się do nich przekonałam.

Większy pędzel z tego duetu jest naprawdę całkiem spory - nadaje się do nakładania cieni na całą powiekę. Ma sztywne, zbite włosie. To co mi się w nim najbardziej podoba to fakt, że jest dość płaski (a nie rozczapirzony). Cienie łatwo się nim nabiera (nie trzeba "ryć" po cieniu), równie łatwo aplikuje się je na powieki. Początkowo chciałam go używać do nakładania korektora, jednak po chwili namysłu stwierdziłam, że brakuje mi w kolekcji takiego trochę większego pędzla, którym przy jednym machnięciu nałożę cień na całą ruchomą powiekę. Dodatkowo, przez to, że jest płaski, można nim wykonywać manewry wymagające nieco więcej dokładności.
Prałam ten pędzel już kilka/kilkanaście razy i do tej pory nie wypadł z niego ani jeden włosek. Po myciu nie napusza się, nie traci kształtu ani tej swojej "sztywności". Obecnie jest jednym z moich ulubionych pędzli do nakładania cieni (biorąc pod uwagę pędzle, które nie są typowymi mięciutkimi puchaczami).

Mniejszy pędzelek cechuje dokładnie to samo, co pędzel większy, z tym, że ten z kolei jest sporo mniejszy. Również jest bardzo płaski, dość sztywny. Nadaje się do bardziej precyzyjnego podkreślania powieki - ja używam go do rozświetlania wewnętrznego kącika, do podkreślania załamania powieki, albo na powiekę dolną ( tej roli sprawdza się znakomicie ze względu na swe gabaryty). Po czyszczeniu również nic się z nim nie dzieje, nie gubi włosia. Ja go uwielbiam głównie za to, że w końcu znalazłam pędzel, którym mogę podkreślić dolną powiekę niekoniecznie grubym obrysem :)

Ostatni z pędzli to pędzel do malowania ust. Ja usta maluję rzadko, a jeśli już to używam po prostu aplikatora z błyszczyka bądź bezpośrednio szminki. Dlatego pędzel do ust niekoniecznie był mi potrzebny do szczęścia. Jednak absolutnie nie zmarnował się w mojej kosmetyczce, powiedziałabym nawet, że wprost przeciwnie :) Otóż zupełnie przypadkiem znalazłam swoje ulubione narzędzie do malowania kresek! Pędzelek, którym do tej pory robiłam kreski powoli dokańcza swój żywot, więc tym bardziej cieszy mnie znalezienie godnego następcy. Od razu zaznaczam, że pędzelek nie jest super - hiper cienki. Ale grubość wykonanych nim kresek można spokojnie stopniować - od bardzo delikatnych, przy samej linii rzęs, do grubych, wyrazistych. Włosie również jest dość sztywne, zbite, po praniu nie wygina się we wszystkie kierunki świata. Dość ciężko doprać z niego ciemne linery, ale w końcu wszystko ładnie schodzi. Wygodnie leży w ręce, więc kreskę rysuje się pewnie, wygodnie. Ogólnie rzecz biorąc - polecam :)

Na koniec kilka informacji dotyczących wszystkich pędzli. Wszystkie wykonane są z naturalnego włosia - w przypadku pędzli do pudru i różu jest to włosie kozła, u pozostałych trzech włosie łasicy. Mają długie, czarne  rączki. Na rączkach widnieje napis Donegal. Wszystkie dobrze leżą w dłoni.
Ceny prezentują się następująco:
- pędzel do nakładania pudru - ok. 20 zł
- pędzel do nakładania różu - ok. 17 zł
- pędzel do nakładania cieni - większy ok. 20 zł, mniejszy ok. 15 zł

Ja ze swojej strony odradzam pędzle przeznaczone do nakładania pudru/różu (choć ten drugi w porównaniu do pierwszego i tak jest niezły), natomiast jeśli szukacie sztywnych pędzli do nakładania cieni to z tych powinnyście być zadowolone.


Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 lis 2011

Redefining Elegance, part 2.

Pod ostatnim postem kilka osób poprosiło mnie o zdjęcia różu Mary Kay na policzkach. Pomyślałam, że skoro mam dzisiaj chwilę wolnego (niestety z naciskiem na słowo *chwilę*...) to porobię zdjęcia różu, o który pytałyście oraz przy okazji uwiecznię jak na ustach prezentuje się Kremowa Szminka do Ust pochodząca z tej samej kolekcji co róż, czyli Redefining Elegance.

Najpierw kilka słów o samej szmince :)
W kolekcji znalazły się trzy kolory - Regal Red, Polished Pink, Luscious Plum. Ja posiadam wersję ostatnią czyli kolor śliwkowy. Jest to jeden z tych odcieni, w których chyba nie odważyłabym się wyjść na co dzień, natomiast całkiem nieźle się w nim czuję. Nie jestem przyzwyczajona do tak ciemnych barw na ustach, stąd moje obawy, natomiast osoby lubujące się w takich kolorach, będą tą szminką zachwycone.

Szminka ma rzeczywiście kremową konsystencję, aplikacja jest bardzo prosta i przyjemna. Nałożona na usta, nie zbiera się w "rowkach" ani też nie wałkuje po dłuższym czasie. Nie zauważyłam aby wysuszała usta, aczkolwiek nie używam jej na zasadzie "codziennie, przez kilka godzin", więc ciężko mi ocenić jak zachowa się przy długotrwałym użytkowaniu. Trwałość zaliczam na plus, wytrzymuje na ustach ok. 4 godzin (w moim  przypadku, gdy normalnie jem i piję), więc jest to dla mnie wynik zadowalający.
Szminka ma dość małą średnicę i ścięty koniec, więc łatwo nią manewrować np. w kącikach ust.

Kolor jest bardzo intensywny, wystarczy cieniutka warstwa, aby usta były dokładnie pokryte mocnym kolorem. Na co dzień nie najlepiej się czuję w takim mocnym makijażu ust, więc znalazłam swój sposób na oswojenie tej szminki - szminkę delikatnie przykładam do ust i lekko wklepuję. Potem tylko bezbarwną pomadką/błyszczykiem przejeżdżam po ustach i otrzymuję widoczny, wyrazisty efekt, ale nie przesadzony.
Jeśli chodzi o opakowania - cała seria ma je bardzo gustowne, w kolorze złota,  proste i klasyczne. Mnie się bardzo podobają - są niezwykle eleganckie. Tak jest też w przypadku tej szminki - malując usta mam wrażenie, że używam kosmetyku luksusowego.

Poniżej przedstawiam zdjęcia makijażu ze szminką w roli głównej :) Pisząc głównej mam na myśli, że to jeden z niewielu użytych przeze mnie kosmetyków - pod oczami mam jedynie korektor, brwi to kredka Basic, na rzęsach śliwkowy tusz Lash Love, policzki to róż z Palety Kolorów do Oczu i Policzków, no i oczywiście na ustach szminka Luscious Plum.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
15 lis 2011

Nowości Mary Kay - Redefining Elegance, part 1.

Lubicie nowości? Ja uwielbiam :) Zwłaszcza jeśli są to nowości sprawdzonej, lubianej przeze mnie firmy. Dlatego tym większa była moja radość gdy zobaczyłam nowości znanej mi i lubianej firmy Mary Kay. Od miesiąca w sprzedaży znajduje się nowa kolekcja Redefining Elegance, w skład której wchodzą kosmetyki, które - moim zdaniem - idealnie wpasowują się w świąteczne "trendy". Katalog z nowościami możecie zobaczyć pod tym linkiem - KLIK!, a ja tymczasem zaprezentuję jedną z nowości, które dane mi było wypróbować.

To, co widzicie na powyższym zdjęciu, to Paleta Kolorów do Oczu i Policzków. Posiadam wersję kolorystyczną "Stunning", czyli zestaw nieco ciemniejszy. Kolorystyka bardzo trafiona, gdyż takie kolory uwielbiam.

Jak widać na załączonym obrazku, w paletce znajdziemy trzy cienie do powiek - brązowy, śliwkowy i miodowo - musztardowy oraz róż do policzków w odcieniu malinowym. Wszystkie kolory (zarówno cienie jak i róż) są poprzeplatane złotymi plamkami, które na powiekach czy policzkach dają ładny, dyskretny blask. Kolory są niesamowicie uniwersalne - spokojnie zrobimy przy ich użyciu zarówno makijaż dzienny, delikatny, jak i mocniejszy, nadający się na wieczór. Należy pamiętać jednak, że są to kolory dość spokojne, stonowane, więc papuziego czy bijącego po oczach makijażu nimi nie wyczarujemy.  Na moje oko wszystkie kolory należą do kolorów ciepłych - początkowo się nieco obawiałam tej kolorystyki, ponieważ zdecydowanie lepiej czuję się w chłodnych odcieniach, jednak moje obawy były zupełnie zbędne. .

Cienie mają aksamitną konsystencję, nie osypują się, nie kruszą, są dość twarde, ale bez problemu można nabrać je na pędzel. Na bazie wytrzymują cały dzień, po kilku godzinach (ok 6-7) zaczynają nieco blaknąć. Intensywność koloru można stopniować - jeśli mocno rozetrzemy cienie kolor będzie delikatny, stworzy nam taką ładną mgiełkę, natomiast jeśli cienie naniesiemy na powieki wklepując je, kolor będzie bardziej intensywny. Łatwo je blendować, łączyć ze sobą, kolory są bardzo zgrane, więc paletka właściwie umożliwia zrobienie całego makijażu oka (w kwestii cieni oczywiście). Pigmentacja jest całkiem przyzwoita, kolory sporo zyskują na bazie, aczkolwiek bez niej również dają radę :)

Jeśli chodzi o róż - od razu wiedziałam, że szybko podbije moje serce. To już mój kolejny róż tej firmy do kolekcji i śmiało mogę powiedzieć, że to jedne z najlepszych róży jakich do tej pory używałam. Kolor tego akurat jest dość mocny, wystarczy nabrać na pędzel odrobinę aby podkreślić policzki. Nie należy może do typu "można nim sobie zrobić krzywdę", ale obchodzić się z nim należy, mimo wszystko, dosyć ostrożnie. Na policzkach trzyma się praktycznie do demakijażu, po kilku godzinach jest oczywiście nieco mniej intensywny, ale wciąż widoczny.


Na zdjęciach zarówno cienie i jak róż są nałożone na "gołą" skórę - na sucho, bez żadnej bazy, przy jednokrotnym przeciągnięciu po ręce palcem z nabranym cieniem/różem.

Podsumowując - kolekcję uważam za bardzo udaną, postaram się w tym i przyszłym tygodniu wrzucić recenzje pozostałych nowości z tej serii. Paleta kolorów zajęła miejsce w moim mini - kompakcie z MK i obecnie codziennie używam jej (nie da się ukryć, że najczęściej różu) do makijażu.

A co Wy sądzicie o tej kolekcji? Wam też kojarzy się ze świętami?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 lis 2011

Z kategorii "Niezbędnik studenta"

Notka drugi dzień z rzędu? Wygląda na to, że mam prawdziwy weekend :) Z tej okazji to co lubię najbardziej czyli zamieszanie z przemieszaniem.

Zacznę może od prezentacji produktu, który w ostatnim czasie jest moim absolutnym niezbędnikiem. Miło jest mieć w swojej kosmetyczce coś, co sprawia, że po nieprzespanej nocy wyglądamy mniej więcej jak człowiek ;) Tu mała anegdotka - ostatnio miałam średnio przyjemny maraton, który polegał na tym, że kilka dni z rzędu spałam po 2-3 godziny, ponieważ robiłam projekt. Towarzyszyła mi w tym przyjaciółka, która również zmagała się z projektem. W ostatni dzień zmagań pojechałyśmy owe projekty oddać (pocałowałyśmy klamkę, ale to niiiic). W drodze powrotnej przyjaciółka patrzy na mnie i mówi "Jak wyglądam tak strasznie jak Ty, to po powrocie do domu idę od razu spać". Wieczorem wybierałyśmy się na imprezę, a wiadomo, że Halloween było już jakiś czas temu, więc pokazywać się w wydaniu zombi raczej nie wypada ;) Cóż ja bym zrobiła bez mojego małego pomocnika? Wiecie już o czym mówię? Nie? To zerknijcie na zdjęcie poniżej:


Już coś świta? Dalej nic? To może kolejna podpowiedź:

Tak, tak, ten efekt mógł być spowodowany jedynie użyciem słynnej "pasty" z Dermacolu. Pamiętacie, jak pisałam o tym, że niesamowicie ucieszyłam się kiedy na wakacjach znalazłam go w małej, niepozornej drogerii? Okazuje się, że moja radość nie była przedwczesna, ponieważ jest to *jedyny* specyfik, który jest w stanie w stopniu zadowalającym przykryć moje sińce pod oczami spowodowane np. nocnymi, naukowymi maratonami. Do tego jest bardzo jasny, co bardzo cieszy moje blade lico :) W kategorii korektor jest to moje zdecydowane KWC. Maleńka (naprawdę MALEŃKA ilość) jest w stanie zakryć wszystko. Nie muszę chyba dodawać, że udało mi się dotrzeć na imprezę w ludzkiej postaci? ;)

Kolejny kosmetyk, który ostatnio często mi pomaga to Rozświetlający Flamaster do Twarzy z Mary Kay. Służy mi właśnie jako rozświetlacz - nakładam go na środek czoła, szczyty kości policzkowych, środek nosa. Efekt jest subtelny, ale zauważalny - cera wydaje się być bardziej promienna, świetlista, mniej szara czy zmęczona. Bardzo się polubiłam z tym kosmetykiem z prostego powodu - znaczna większość znanych mi rozświetlaczy ma w sobie drobinki, które może nie tyle mi przeszkadzają, co po prostu czasem wolę naturalniejszy efekt, jaki może dać właśnie bezdrobinkowy rozświetlacz. Kolejną jego zaletą jest to, że najzwyczajniej w świecie nie widać go na twarzy (tzn. widać efekt, ale nie widać, że jest on osiągnięty przy użyciu kosmetyku). Jest bardzo wydajny - używam go już koło trzech miesięcy, a on ciągle jest :) Ciężko było uchwycić różnicę na zdjęciu twarzy, dlatego mam jedynie małego swatcha na ręce:

Czy jest coś jeszcze co mogłabym zaliczyć do mojego studenckiego niezbędnika? Z pewnością wiele kosmetyków, dlatego raz na jakiś czas będę dzielić się z Wami pomysłami :) Na zakończenie mam mały, kolory akcent, który niezbędny co prawda nie jest, ale za to jest bardzo pozytywny i nieziemsko poprawia humor :) Mowa o....Circus Confetti w wersji *hard*:


Niestety chwilowo taki widok to dla mnie wspomnienie, ponieważ - kulturalnie mówiąc - przywaliłam jednym z paznokci w szafkę i z tej okazji musiałam skrócić wszystkie paznokcie na zero...Na szczęście mam swoją "Diamentową siłę" więc liczę na szybką regenerację :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 lis 2011

Walka z cieniami pod oczami - czyli Panna Joanna testuje Cernor XO Cream

W ramach konsekwentnego realizowania moich tabelkowych planów - dzisiaj kolejna recenzja :) Tym razem kosmetyk, który wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Jednocześnie go uwielbiam i nie lubię. Jak to możliwe? Wystarczy połączyć świetne działanie z niekoniecznie świetnymi "skutkami ubocznymi". Ale o tym niżej :)






Krem pod oczy to jeden z podstawowych kosmetyków w mojej kosmetyczce z dwóch powodów - odkąd pamiętam, mam pod oczami dość ciemne cienie, które w połączeniu ze spuchniętymi oczami, dają dość upiorny efekt. Zaskakujące, że odkąd studiuje, mój problem coraz to bardziej się nasila. Tak więc - pielęgnacja skóry wokół oczu, typu żele, kremy, zimna łyżka to dla mnie mus.

Bardzo się więc ucieszyłam, kiedy rozpoczęłam testy kremu pod oczy z firmy Auriga - Cernor XO cream. Opis produktu wydał mi się  bardzo interesujący, pokładałam w nim wiele nadziei. Efekty stosowania owego kremu, miały być widoczne po okołu dwóch miesiącach, więc sobie również zostawiłam tyle czasu na testy. Na początek przytoczę obietnice producenta, które tak bardzo rozbudziły moje oczekiwania wobec tego produktu:
"Krem Cernor XO jest nowoczesnym preparatem opartym na unikalnej technologii zastosowania oksydowanej witaminy K zamkniętej w mikrosferach fosfolipidowych. Dzięki temu wnika głęboko, osiągając maksymalne stężenie w miejscu działania. Poprawia mikrokrążenie, zwiększa przepływ limfy zmniejszając w ten sposób cienie i obrzęki.
Krem Cernor XO zawiera również substancje napinające skórę wokół oczu, dające efekt wygładzenia zmarszczek. Dzięki odbiciu światła optycznie maskuje cienie. "

Pierwsze użycie tego kremu od razu spowodowało, że oprócz opisu zaczęłam szukać również składu tego kosmetyku. Dlaczego? Od razu po rozsmarowaniu kremu wokół oczu wyczułam dość charakterystyczny zapach, który wskazywałby na jakąś alkoholowość składu. Okazało się, że mój nos miał rację:

Skład: Aqua, Alcohol, C12-C15 Alkyl benzoate, Caprylic capric triglycerides, Parafinum liquidum,Cyclomethicone, Glycerine, Lecithin, Sodium PCA, Mica, Phospholipids, Barium sulfate, Phytonadione oxide, Titanium dioxide, Polysorbate 20, Acrylate copolymer, Phenoxyethanol, Acrylate C10-C30 alkyl acrylate crosspolymer, Triethanolamine, Carbomer, Disodium EDTA, Propyl paraben, Methyl paraben, BHT, BHA


Jednak oprócz zapachu, nie wyczułam żadnych innych czynników dyskwalifikujących jak chociażby pieczenie oczu czy podrażnienie, więc postanowiłam przymknąć oko na ten mały mankament.


I bardzo dobrze zrobiłam, ponieważ krem naprawdę działa. Efekty oczywiście nie są widoczne od razu, u mnie zauważalne zmiany można było dostrzec po miesiącu *regularnego* stosowania. Cienie pod oczami znacząco się zmniejszyły, na tyle, że teraz nie muszę przykrywać ich grubą warstwą korektora. Od razu po użyciu można wokół oczu dostrzec również taką jakby otoczkę, która w jakiś magiczny sposób sprawia, że skóra wydaje się jaśniejsza i odbija światło. Tak więc jeśli chodzi o jedno z głównych i najważniejszych zastosowań tego kremu - niwelacji cienie pod oczami - działanie zaliczam na plus.


Co do redukowania obrzęku - tu można by dyskutować. Bywały dni, że sam krem Cernor Xo wystarczał i opuchlizna nie była zbyt widoczna ani uciążliwa. Natomiast w przypadku zarwanej nocy czy kilkugodzinnego ślęczenia przed komputerem, musiałam ratować się żelem ze świetlikiem. Jak, że są to sytuacje wyjątkowe, można uznać, że nie jest to duża wada tego produktu, jednak liczyłam na bardziej kompleksowe działanie.


Ciężko mi określić jak działa na zmarszczki, ponieważ sama takowych nie posiadam. Natomiast mogę z całą pewnością napisać, że krem dość mocno wysusza skórę wokół oczu (czyżby to ten alkohol w składzie?). Wysuszenie skóry wydaje mi się, że dość mocno wyklucza się z działaniem przeciwzmarszczkowym. Więc w tym przypadku radziłabym być ostrożnym. W moim przypadku uczucie wysuszenia było dość mocno odczuwalne i jest to dla mnie niestety duża wada.


Krem jest bardzo wydajny, dość szybko się wchłania, jego konsystencja jest całkiem przyjemna. Podczas aplikacji mi osobiście przeszkadza zapach alkoholu, który na szczęście stosunkowo szybko się ulatnia. W tubce znajdziemy 10 ml kremu - mi taka ilość spokojnie wystarczyła na dłuuugie testy i jeszcze sporo mi go zostało.


Podsumowując - jeden z lepszych kosmetyków pod oczy z jakim miałam do czynienia. Jego działanie jest naprawdę imponujące i gdyby nie to, że jako jeden z niewielu naprawdę zlikwidował w sporym stopniu moje ciemne obwódki pod oczami, to pewnie bym po niego więcej nie sięgnęła. Wysuszania skóry jest nieprzyjemnym "skutkiem ubocznym", ale coś za coś. Zawsze można w łatwy sposób przeciwdziałać owemu wysuszaniu, a o tak dobrze działający krem raczej ciężko. Ja będę do niego wracać, ale planuję robić sobie przerwy w jego używaniu.

Cena - około 60 złotych.

A Wy macie jakieś sprawdzone sposoby na opuchliznę i cienie pod oczami? Możecie coś polecić?
Pozdrawiam,
Panna Joanna
4 lis 2011

Weekendowy misz masz - Panna Joanna zapowiada i poleca :)

Najpierw ogłoszenia parafialne - trochę się ich zebrało, więc od nich zacznę :)
Po pierwsze primo - dostałam już kilka wiadomości czy żyję, więc odpowiadam - tak, żyję, ale ledwo...Obecny tydzień był strasznie męczący, mam do oddania ciężki projekt, który nie dość, że sam w sobie jest dość trudny i pracochłonny, to na dodatek jest bardzo zbity w czasie - myślę, że spokojnie mógłby zająć cały semestr, a nie ledwie 4 tygodnie. W każdym razie ostatnie dni spędziłam głównie projektując sieć wodociągowo - kanalizacyjną i na same słowa rury/wodociągi/rurociągi/wodomierze i inne takie, reaguję wysypką. Mam nadzieję, że przyszły tydzień będzie choć odrobinę luźniejszy (prawdę mówiąc - nie zapowiada się) i tym samym będę miała więcej czasu na blogowanie, malowanie, recenzowanie itd. :)
Po drugie - mam nadzieję, że tego czasu będzie sporo, gdyż zebrało mi się całkiem sporo kosmetyków, które czekają na recenzje. Ostatnimi czasy do mojej kosmetyczki wpadło kilka produktów, które chciałabym Wam bardzo polecić, ale niestety również i takich, które okazały się dużo poniżej moich oczekiwań. Liczę, że uda mi się to jakoś sprawnie ogarnąć i tym samym, na jakiś czas, będę mogła zająć się tylko i wyłącznie "swoimi" tematami, które z różnych powodów, leżakują w "szufladzie" (czyli mojej głowie po prostu). Stąd moje przedwczesne noworoczne postanowienie:
Będę twardo trzymać się mojej magicznej tabelki stworzonej w Excelu, regularnie ją uzupełniać. 

W międzyczasie zrealizuję w końcu dwie serie postów, które dość długo chodzą mi po głowie - "7 grzechów głównych w makijażu" oraz "Dlaczego warto...?"(dlaczego warto podkreślać brwi/dlaczego warto używać różu itd. - z naciskiem na zdjęcia, które będą obrazować różnicę). Obie serie mam już gotowe w głowie, pozostaje mi tylko porobić zdjęcia i mogę startować :) Z tym, że tutaj chciałabym np. cały jeden tydzień poświęcić na jedną serię (codziennie jeden makijażowy grzech ;)), więc muszę wykroić na to sporo czasu.

Po trzecie - mam już gotowy "reportaż" z pewnego nietypowego miejsca :) Te z Was, które mają mnie w znajomych na "prywatnym" (nieblogowym) Facebooku już miały okazję zobaczyć wczoraj dwa zdjęcia. Zdjęć mam dużo więcej, sprawa jest ciekawa, więc postaram się zainteresować również i Was :)


Pogadałam, popisałam więc przechodzę do zasadniczej części posta.

Jakiś czas temu zaczęłam testy dwóch produktów, dość podobnych, ale o nieco innym przeznaczeniu. Oba polubiłam tak bardzo, że zmieniły miejsce zamieszkania z pielęgnacyjnej szuflady na komodę koło łózka, tak abym codziennie pamiętała o ich użyciu. O czym mowa?

O kremach Dermactolu - jeden przeznaczony jest do pielęgnacji stóp, drugi - rąk. Oba produkty posiadają na opakowaniach informację, że są mocno skoncentrowane, testowane dermatologicznie, nie są testowane na zwierzętach. Producent opisuje je jako kosmoceutyki oparte o naturalne składniki odżywcze.

Krem do rąk zawiera następujące składniki: masło shea, oliwa z oliwek, drobnoustrojowy olej pszenny, aloes. Ma bardzo delikatny, ledwie wyczuwalny zapach i przyjemną, jak się okazało, konsystencję. Ma za zadanie nawilżać, natłuszczać, uelastyczniać, zapobiegać utracie wilgoci, działać przeciwstarzeniowo.
Krem do stóp zawiera składniki aktywne, takie jak: masło shea, oliwa z oliwek, drobnoustrojowy olej pszenny, pantenol. Jego działanie jest nieco rozszerzone bo oprócz nawilżenia, natłuszczenia, ma również działać zmiękczająco na zrogowaciała skórę stóp. Za to ma u mnie dużego plusa, bo rzeczywiście działa. 

Jak wypadają oba produkty w moich oczach?
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to to, że kremy są bardzo gęste, bardzo treściwe, mimo to dość szybko się wchłaniają i przyjemnie rozsmarowują na skórze. Po tak "zbitej" konsystencji spodziewałam się raczej tłustej warstwy, która będzie się wchłaniać całe wieki. Przyjemne zaskoczenie.

Opakowania są do siebie bardzo podobne, często wręcz mi się mylą, muszę najpierw przeczytać, który jest do czego zanim zacznę się smarować. Każda tubka zawiera 75 ml produktu co jest ilością ogromną, jeśli weźmiemy od uwagę świetną wydajność obu kremów. Wystarczy naprawdę niewielka ilość, aby dokładnie wysmarować ręce/stopy :) Kremy dość ciężko wycisnąć z tubki, na początku sprawiało mi to sporo trudności, jednak po jakimś czasie kremy zaczęły wychodzić nieco łatwiej.

Rzecz najważniejsza czyli działanie. Tu mogę wymienić jedynie same plusy - krem do rąk jest jednym z moich ulubionych, głównie ze względu na treściwą konsystencję, która nie przeszkadza w szybkim wchłanianiu się kremu. Po użyciu skóra dłoni jest wyraźnie bardziej miękka, nawilżona, znika dyskomfort towarzyszący przesuszonym dłoniom. Efekt utrzymuje się dość długo. Pisząc "dość" mam na myśli, że stosowanie go dwa razy dziennie (w moim przypadku rano i wieczorem) jest zupełnie wystarczające. W torbie oczywiście noszę tubkę kremu do rąk, na wypadek gdybym poczuła potrzebę posmarowania dłoni (choćby ze względu na to, że zaczyna się robić coraz zimniej, a to jak wiadomo, średnio wpływa na kondycję skóry dłoni). Jednak jeśli chodzi o "domową" pielęgnację, ten krem w zupełności mi wystarcza.

O ile krem do rąk jest po prostu jednym z wielu fajnych kremów do rąk (w zasadzie każdy krem do rąk, jeśli używamy go wystarczająco często, spełnia swoje zadanie), tak krem do stóp zmiótł konkurencję mocno w tył. Dlaczego? Moim problemem zawsze była szorstka, zrogowaciała skóra na stopach, zwłaszcza na piętach. Smarowanie kremami nie dawało żadnych rezultatów, tarka pomagała na chwilę. Odkąd używam tego kremu, problem stał się o wiele mniejszy. Zrogowacenia zmniejszyły się do tego stopnia, że mogłam odstawić tarkę w kąt i wciąż cieszyć się gładkimi stopami. Kremu używa również moja mama, która ma dokładnie ten sam problem co ja, tylko, że w jeszcze większym nasileniu i ona również widzi dużą poprawę.

Oba kremy kosztują 19 złotych - w przypadku kremu do rąk cena jest może nieco wysoka, natomiast krem do stóp jest zdecydowanie warty swojej ceny. 
Niestety, ale oba kremy mają jeszcze jedną wadę - termin ich przydatności to jedynie pół roku. Dla mnie - zdecydowanie zbyt krótko, głównie dlatego, że raczej ciężko będzie zużyć cały krem w tak krótkim czasie. Może w przypadku kremu do stóp się uda, natomiast krem do rąk, mimo codziennego używania od prawie trzech miesięcy, wciąż ma bardzo niewielki ubytek.

Podsumowując - polecam? Oba kosmetyki są bardzo dobre. Kremu do rąk będę używać tak długo, jak pozwoli na to termin jego przydatności, ale nie wiem czy kupiłabym go ponownie. Natomiast krem do stóp z pewnością ponownie zagości w mojej kosmetyczce i to jest mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o oba te kremy.

Pozdrawiam,
Panna Joanna
2 lis 2011

TBS zgarnij nagrodę - wyniki :)

Bez zbędnych wstępów - wyniki! W minioną niedzielę konkurs, w którym do wygrania były dwa podkłady mineralne firmy The Body Shop, został zamknięty i dzisiaj przybywam ogłosić zwycięzcę :)

...aannaaluna!
 
Serdecznie gratuluję i czekam na maila z danymi :)
 
Bardzo ciekawą lekturą były Wasze odpowiedzi na pytanie o minerały. Okazuje się, że większość z Was je lubi i ceni za naturalne składniki, duży wybór kolorów, za naturalny efekt. Przyznam, że osobiście uwielbiam je dokładnie za to samo :)
 
Pozdrawiam,
Panna Joanna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...