WoleProstoHeader

29 paź 2011

Monaco - po raz pierwszy :)

Zgodnie z obietnicą - makijaż wykonany w całości paletką Sleeka Monaco. Niestety tym razem bez stepa, ponieważ makijaż robiłam na szybko, gdyż spieszyłam się na spotkanie z blogerką - wizażanką. Przed wyjściem machnęłam na szybko 10 zdjęć, co oczywiście z racji okropnego światła było nie lada wyzwaniem (nie rozumiem tego tak nawiasem mówiąc...przecież jesienią też do Ziemi dociera światło słoneczne, więc osochodzi?).

Przy okazji spotkania z Gosią, miałam okazję przyjrzeć się z bliska paletce PPQ i moje serce krwawi, bo paletka jest naprawdę ładna. Na szczęście kilka cieni jest wtórnych, nawet w mojej Monaco znalazłam - jeśli mnie pamięć nie myli - 3 podobne, jeśli nie identyczne kolory. Tak więc żal jest nieco mniejszy :) Wstąpiłam przy okazji do Natury i mogę z całą pewnością oświadczyć, że jestem całkowicie wyleczona z Essence. Stałam pod szafa dosłownie kilka minut i absolutnie nic nie wpadło mi w oko. Mimo, że były nowości, szafa była stosunkowo pełna, miałabym duży problem gdybym miała kupić cokolwiek. Z nadchodzących limitek również jakoś nic mnie nie kręci specjalnie. Podumałam również przez chwilę koło szafy Catrice. Efekt? Kilka razy ziewnęłam i wyszłam ze sklepu.

Wracając do tematu - makijaż. Na zdjęciu paletki zaznaczyłam jakich użyłam kolorów. Co do jakości cieni nie będę się rozpisywać - cienie Sleeka uwielbiam, świetnie się je cieniuje, łączy ze sobą, mają intensywną  pigmentację, na bazie nic ich nie ruszy. Niektóre kolory mogą się osypywać podczas aplikacji, ale nie jest to problem na tyle duży bym się do nich zniechęciła :)




Pozdrawiam,
Panna Joanna
28 paź 2011

Rozdanie charytatywne dla Natalki!

Witam serdecznie,
W końcu, po długich przygotowaniach, udało się się nam ruszyć z rozdaniem nietypowym. Nietypowym, bo charytatywnym. Organizatorką przedsięwzięcia jest wspaniała blogerka Asia (Ferrou). Wraz z kilkoma innymi blogerkami, Kasią z http://tylkokasiaa.blogspot.com/, Agą z http://agowepetitki.blogspot.com/, Basią z http://basia8212.blogspot.com/ pomogłyśmy Ferr w organizacji rozdania i poszukiwaniu sponsorów.


Aby wziąć udział w rozdaniu należy udać się pod tego linka -> KLIK!



W końcu po ponad miesiącu przygotowań możemy ruszyć z całą akcją. Razem z innymi organizatorami - ogłaszam:
rozpoczęcie charytatywnego rozdania dla NATALKI. 
Głównym celem jest zebranie kwoty potrzebnej na operację.

Zanim przejdę do prezentacji nagród, zasad rozdania itp. chciałabym przedstawić Wam Natalkę.

Natalka urodziła się 23.04.2010r. z rozszczepem wargi, podniebienia i wyrostka zębodołowego. Miała problemy z jedzeniem, wydawaniem jakichkolwiek dźwięków i z oddychaniem aż do pierwszej operacji. Natalka miała wtedy 7,5 miesięcy, jak została zoperowana. Operacja polegała na zszyciu wargi i podniebienia. Konieczny jest jeszcze jeden zabieg, który nadchodzi wielkimi krokami. Planowany termin operacji to luty 2012.





Operacja ta ma polegać na wycięciu kawałka kości z bioderka, co bardzo utrudni Natalce poruszanie się aż do momentu całkowitego zagojenia się, wszczepienie tej kości w miejsce brakującej części dziąsełka i czekanie aż przeszczep się przyjmie. Jest to bardzo skomplikowany zabieg, gdyż jest ryzyko, że przeszczep się nie przyjmie, a także dziecko narzeka na ból w dwóch miejscach. Po operacji dziecko przez 6 tygodni przyjmuje pokarmy w płynie lub bardzo miękkie, nie zmuszające do gryzienia.



Koszt takiej operacji to 11 tyś złotych. Teoretycznie to nie jest aż tak dużo, w porównaniu z innymi kwotami które są zbierane dla chorych dzieci, jednak rodzice Natalki niestety nie są w stanie zorganizować takiej kwoty.


Natalka należy do Fundacji "Rozszczepowe Marzenia", dzięki czemu zebranie pieniędzy na operację jest łatwiejsze.




Bardzo prosimy o wpłaty na konto: 
Fundacja "Rozszczepowe Marzenia"
ul.. Kozia 9/16; 00-070 Warszawa
Bank PKO S.A. IX O / Warszawa
nr konta: 57 1020 1097 0000 7302 0117 8920
w tytule proszę wpisać: Natalia Sidorowska





Fundatorami wspaniałych nagród, które możecie zobaczyć poniżej są następujące firmy: 
Alledrogeria.pl, Bielenda, Delia Cosmetics, Maestro, Organique, Paese, Pixie Cosmetics oraz Synesis

Serdecznie dziękujemy wszystkim sponsorom za ufundowanie znakomitych kosmetyków. 

Co możecie wygrać?
10 zestawów, pełnych kosmetyków! Zobaczcie same, co znajdziecie w poszczególnych zestawach:


 

 

 

 

 





O dokładnych zasadach rozdania możecie przeczytać na blogu Ferrou, natomiast najważniejszą i najistotniejszą informację przekazuję Wam dodatkowo również tutaj:
Zadanie konkursowe polega na wpłacie na konto fundacji minimum 5zł

Fundacja "Rozszczepowe Marzenia"
ul.. Kozia 9/16; 00-070 Warszawa
Bank PKO S.A. IX O / Warszawa
nr konta: 57 1020 1097 0000 7302 0117 8920
w tytule proszę wpisać: Natalia Sidorowska
 
Wielkość wpłaty nie ma znaczenia - w rozdaniu może wziąć udział każda osoba, która zasili konto fundacji opiekującej się Natalką, kwotę nie mniejszą niż 5 złotych. 

PAMIĘTAJCIE:
Do rozdania zgłaszacie się pod TYM postem, na blogu głównej organizatorki. 
Warto, bo pomagacie potrzebującej, chorej dziewczynce, a przy okazji możecie wygrać jedną ze wspaniałych nagród. Jeśli macie taką możliwość - umieszczajcie baner informujący o rozdaniu (KLIK!) wraz z odnośnikiem do posta, w którym przeprowadzany jest konkurs, na swoich blogach, na facebooku. Z mojej strony - WIELKIE brawa dla Ferrou, która jest cudowną osobą, nieobojętną na krzywdę innych i która zorganizowała to rozdanie! 

Pozdrawiam,
Panna Joanna
27 paź 2011

Październikowe zdobycze :)

Październik był hojnym miesiącem, przybyło mi sporo kosmetyków, moje szuflady, w których przechowuję owe kosmetyczne dobra, powoli zaczynają się nie domykać. Czyżby nadszedł czas na jakiś absolutny odwyk? A może po prostu poszerzę przechowalnię kosmetyków o kolejną szufladę? Przecież notatki mogą leżeć na ziemi czy gdziekolwiek :)

Poniżej przedstawiam Wam zdjęcia z październikowymi zdobyczami -część z nich to zakupy, część to kosmetyki dostane do testów, a jeszcze inne pochodzą z rozdania. Będzie o czym pisać w najbliższych tygodniach.


Kilka zdjęć z bliska i maa prezentacja produktów:

Nowości od The Body Shop czyli dwa podkłady z serii Extra Virgin Minerals oraz olejek do dłoni Hemp Hand Oil. Testuję wszystko już od jakiegoś czasu i już teraz mogę zdradzić, że na chwilę obecną wszystkie podkłady poszły w odstawkę na rzecz podkładu sypkiego, a olejek świetnie radzi sobie z moimi suchymi dłońmi i skórkami, które z okazji nadchodzącej zimy zapewne, zafundowały mi mały bunt.

Powyżej możecie zobaczyć kilka produktów z firmy Donegal. Zmywacz wybielający paznokcie póki co nie wzbudził we mnie wielkiego woooow (chyba już na zawsze zostanę wierna zmywaczowi z Nailty), ale nie jest zły i na dodatek ma całkiem znośny zapach. Jak na zmywacz oczywiście.
Sztuczne rzęsy, których nie miałam jeszcze okazji przetestować, zapewne zostawię na jakąś imprezę. Będzie to moje najpierwsiejsze doświadczenie ze sztucznymi rzęsami, więc ciekawa jestem efektu. Jak znam swoje szczęście i wrodzoną zdolność do samouszkodzania siebie (i przy okazji wszystkiego dokoła) to najpewniej skończę z klejem w oku, skleją mi się powieki, a rzęsy odpadną po pierwszym mrugnięciu. Z pewnością zrelacjonuję, szkoda, że nie mam kamery to bym Wam zrobiła pokaz na żywo, byście się pośmiały ;)
Kolejna rzecz to pędzle z naturalnego włosia. Jeden do pudru (używałam, niezły; prałam, nie rozleciał się, wypadły dwa włoski), jeden do różu (również używałam, ale podczas prania nic nie wypadło), dwa pędzle do nakładania cieni (hmmm...trochę twardsze niż te, do których byłam przyzwyczajona do tej pory, ale sprawdzają się) oraz pędzel do ust, który wykorzystuję zgoła inaczej - jako, że usta maluję dość rzadko, szkoda byłoby mi go marnować, więc robię nim kreski i tu jest sprawa cud miód. Zbliżenie na pędzle:


Co ja tu jeszcze mam? Nawiasem mówiąc - namęczyłam się przy robieniu tych zdjęć, bo mimo, ze dzisiaj słonko waliło mi prosto w okno, to zdjęcia wychodziły dość ciemne. A ja ciemnych zdjęć nie lubię, więc nieźle się nagimnastykowałam chcąc złapać światło i  jednocześnie nie zasłaniać go :)

Ach lakiery...Każdy kto czyta mojego bloga (czy ogląda, żeby to zauważyć wystarczy spojrzeć) wie, że ja bez pomalowanych paznokci to jak bez ręki. Zauważyłam ostatnio, że w zasadzie nie mam nigdy nie pomalowanych paznokci dłużej niż jakąś godzinę - zmywam poprzedni lakier, robię czary mary, aby odżywić skórki i płytkę paznokciową i maluję znowu. Powyższe lakiery to "Ruby Pumps", który już Wam tutaj pokazywałam, Isadora nr 704, Sesnique - seria Oriental Dream "Festival of light" oraz Virtual - seria Street Fashion "City gray" ( to już kolejny lakier z tej serii do kolekcji, bardzo je polubiłam).


Tym razem trochę pielęgnacji - jako, że zimą skóra skazana jest na wiele czynników niekorzystnie na nią wpływających (mróz, ostry wiatr), już teraz warto uzupełnić kosmetyczkę o kosmetyki pielęgnacyjne przeznaczone na zimę. Mamy tu krem z filtrem, bio - ochronny krem zimowy z bio - olejem ze słodkich migdałów (już się maznęłam kilka razy, póki co wrażenie bardzo na plus), krem do rąk (o dziwo pozostałe mazidła do rąk mam już na wykończeniu, więc chyba zabiorę się za niego zanim nadejdą ciężkie mrozy) oraz mój hit - miodek w tubce! Miodku z firmy Oriflame używam już od bardzo dawna, ale to grzebanie paluchem w słoiczku było dość irytujące. A tu ktoś wpadł na prosty, ale jak genialny pomysł, żeby wpakować go do tubki. Jestem wdzięczna, bardzo ułatwi mi to życie ;) A sam miodek? Bardzo miodkowaty, zarówno smak, zapach czy konsystencja jak prawdziwego miodu, uwielbiam!

Ciąg dalszy pielęgnacji. Od lewej - luksusowa, antyalergiczna oliwka do ciała z Synesis (już widać ubytek, gdyż część oliwki przeznaczyłam do mieszanki olejowej, której używam do mycia twarzy), dwa nowe kremy z Uriage (nawilżający z filtrem - świetnie się spisuje póki co oraz matujący - szukam dla niego optymalnego zastosowania, ale pod podkładem, zwłaszcza sypkim, mineralnym działa dobrze), dwa kosmetyki z firmy Botani (serum oraz peeling do twarzy) - tu spodziewajcie się och - achów, ponieważ oba kosmetyki są genialne! Peeling pachnie tak, że mam ochotę go zjeść (mój dotychczasowy ulubieniec morelowy poszedł do kąta), a serum dla mojej suchej skóry jest wybawieniem (autentycznie z dnia na dzień moja cera wygląda na coraz to mniej szarą). Pełne relacje oczywiście po dłuższym okresie testowania :)

Na tym zdjęciu z kolei możecie zobaczyć co wygrałam w rozdaniu u Candy Killer. Dwie cudne mozaiki, róż z Isadory (u mnie się sprawdza raczej jako rozświetlenie policzków niż ich widoczne podkreślenie) oraz tusz do rzęs, którego nie mogę stosować samodzielnie bo efekt jest niezadowalający, natomiast jak maznę nim pomalowane wcześniej rzęsy to sprawa wygląda dużo lepiej. W paczce od Candy znalazłam jeszcze dwa lakiery, które możecie zobaczyć na zdjęciu z lakierami.

Ostatnia parta to nowości od Mary Kay. Cienie/róż, szminka, liner, lakier, baza pod lakier to kosmetyki z nowej kolekcji Redefining Elegance. Róż mnie powalił, piękny, malinowy kolor, trzyma się bajecznie, podobnie jak wcześniej testowany przeze mnie róż tej firmy - należy do mojej czołówki jeśli chodzi o róże do policzków. Cieni używałam do tej pory tylko dwa - trzy razy, więc ciężko mi je jeszcze ocenić, ale podoba mi się efekt, jaki można nimi uzyskać. Szminka ma nietypowy jak dla mnie kolor - fuksja wpadająca w fiolet. Mimo, że nie czuję się dobrze w takich ciemnych kolorach na ustach, tak ten wygląda całkiem sympatycznie. Wklepuję szminkę w usta i wtedy efekt jest delikatniejszy ale wciąż wyraźny. W paczce znalazłam również mój ukochany tusz Lash Love tym razem w wersji...śliwkowej. Jako, że fiolety uwielbiam, w połączeniu z tuszem, który stoi najwyżej w mojej tuszowej hierarchii, musiało się to skończyć bezgraniczną miłością. Strasznie żałuję, że to edycja limitowana. Liner również w kolorze fioletowym, więc kolorystycznie wszystkie kosmetyki świetnie się ze sobą zgrały. Lakier i baza czekają na wypróbowanie - lakier również ma kolor ciemnego fioletu, mnie wygląda jak taki...bakłażan? Oprócz tego wszystkiego w paczce znalazłam również bazę pod cienie. Sama baza zamknięta jest w poręcznej, miękkiej tubce, za co już ma u mnie plusa (wspominałam, że nie lubię się babrać ze słoiczkami?). Działaniem również jestem zaskoczona, ale o tym napiszę bardziej rozlegle w najbliższej przyszłości.

Czy to już wszystko? Achh nie...zapomniałabym o mojej świeżuteńkiej paletce ze Sleeka!

Na początku nie byłam przekonana ani do wersji Monaco ani do wersji Curacao. I tak jak do tej pory Curacao mnie nie kręci, tak przez tą paletkę przepadłam. Moja koleżanka zamawiała dla siebie zarówno Monaco jak i Curacao i zaproponowała abym przyłączyła się do zamówienia, gdyż okazja jest niemała z racji przeceny obu tych paletek na 22 złote. Mój kochany OPT postanowił mi owe Monaco zafundować i tym sposobem moja Sleekowa kolekcja powiększyła się o kolejna paletkę. Pierwsze wrażenie? Genialne kolory. Nie znalazłam ani jednego cienia, który by do mnie nie pasował. Na dodatek cień Bamboo (górny rząd, pierwszy z lewej) jest łudząco podobny do cienia Bow z paletki Oh So Special, w którym to cieniu dobiłam dna i wykorzystałam go do ostatniego okruszka. Me serce się raduje, a Wy możecie oczekiwać kolejnych sleekowych tutoriali :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
26 paź 2011

Makijażowo - lakierowo - na poprawę humoru :)

Zauważyłam, że ostatnio coś często narzekam. Na pogodę, na studia. Chyba zdecydowanie za często. Postanowiłam więc wziąć się w garść i odstawiłam pakiet nieszczęśliwej miny wraz z ciemnymi barwami do szafy. Efektem moich starań, mających na celu poprawienie spaczonego humoru jest kolejny kropkowy mani oraz fioletowy smok, brązy na razie poszły w kąt. Przyszła też dzisiaj do mnie kolejna paletka Sleeka, tym razem Monaco. Fascynacja Sleekiem trwa, Monaco podbija moje serce, a kolory, mimo, że nie tak jaskrawe jak np. w paletkach Curacao czy Acid, wciąż nastrajają pozytywnie.Wyjątkowo wesoło mi się zrobiło jak uchyliłam wieczko paletki :)

Na moją poprawę nastroju niewątpliwe wpłynął też fakt, że już sobie weekenduje, a mnie weekendy zawsze wprawiają w dobry humor :)

Co to ja jeszcze chciałam? Jakiś tydzień temu zaczęłam myć twarz metodą OCM. Póki co jestem bardzo zaskoczona działaniem owej metody, wrażenia jak do tej pory wyjątkowo pozytywne. Zobaczymy jakie efekty będą na dłuższą metę, na pewno je zrelacjonuję :)

Koniec gadania, czas na konkrety. Na pierwszy ogień makijaż! Tym razem sięgnęłam po fiolet, który uwielbiam w każdej postaci. Cień, który widzicie na całej górnej powiece oraz na kawałku dolnej to mica z Coastal Scents "Orchid Shimmer". Na granicę cienia nałożyłam cień "The Mail" z paletki Oh So Special, a pod brwi cień Bow. Nawiasem mówiąc w cieniu Bow dobiłam dna, więc cieszę się, że w paletce Monaco jest bardzo podobny odcień. Na koniec dołożyłam kreskę srebrnym linerem z My Secret i lekko przejechałam po niej cieniem Gateau. Rzęsy to tusz Whim Wham z Isadory. Na twarzy mam Dermacol jako korektor pod oczy oraz mineralny podkład sypki z The Body Shop. Do tego róż z Mary Kay.


Kolej na paznokcie. Na początku pomalowałam je lakierem z Colour Alike z serii Q o numerze 150, pogapiłam się na paznokcie, stwierdziłam, że wygląda jak morze czy jakiś ocean i po namyśle dołożyłam złote kropki. Tak ot, żeby było tematycznie, jak woda to i piasek.


Moja mania na kropki na paznokciach jest chyba nieuleczalna. To jeden z najczęściej wybieranych przeze mnie wzorków (nie oszukujmy się - inne są dla mnie zbyt skomplikowane :D).

Pozdrawiam,
Panna Joanna
25 paź 2011

Panna Joanna testuje - Xémose czyli znalazłam ukojenie dla mojej suchej skóry :)

Ostatnio mam szczęście do kosmetyków pielęgnacyjnych. Nie tak dawno znalazłam swój kremowy hit, przypadkiem odkryłam mój ulubiony nawilżacz do ust w dużo lepszej wersji niż ta znana mi dotychczas, a dzisiaj chcę Wam trochę opowiedzieć o kremie - balsamie, który na liście moich pielęgnacyjnych hitów również znajduje się bardzo wysoko. O czym mowa?


Xémose krem do skóry bardzo suchej - bo o nim mowa, w pełni zdobył moje uznanie. Zużyłam już grubo ponad połowę i z pewnością będę go używać nadal. Do dna :)



Preparat przeznaczony do codziennej pielęgnacji skóry suchej i atopowej. Połączenie wody termalnej Uriage i opatentowanej formuły kompleksu Cerasterol-2F® zapewnia intensywne nawilżenie, regenerację skóry i łagodzenie podrażnień. Lekka konsystencja sprawia, że krem szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy"

Krem początkowo stosowałam na noc na twarz, szyję i dekolt. Teraz na twarz używam dużo treściwszych kremów, głównie dlatego, że sezon grzewczy średnio służy mojej skórze. Jednak w dalszym ciągu krem ten stanowi podstawę mojej codziennej pielęgnacji.

Zacznę od konsystencji, która bardzo przypadła mi do gustu. Krem jest lekki, jakby śmietankowy (?), bardzo przyjemnie się go nakłada. Dobrze ślizga się po skórze, dość szybko się wchłania. Po wchłonięciu rzeczywiście nie zostawia tłustej warstwy, czuć, że skóra jest nawilżona, "posmarowana", ale nie jest nieprzyjemnie lepka. Nic z tych rzeczy, Czasem stosuję go rano pod makijaż, kiedy nie mam czasu aby odczekać aż inny krem się wchłonie.

Działanie zaliczam na wielki plus. Moja skóra jest bardzo problematyczna, jeśli chodzi o odpowiednie nawilżenie. Mało który balsam jest w stanie zapewnić mi komfort długotrwałego nawilżenia. Ten krem akurat w tej kwestii radzi sobie znakomicie. Wieczorem smaruję nim szyję, dekolt, ramiona i rano nadal odczuwam, że moja skóra jest nawilżona. Krem wpłynął również na ogólną poprawę kondycji mojej skóry - jest bardziej napięta, elastyczna, miękka. Oczywiście do ciała używam jeszcze innych specyfików, wypracowanie sobie takiego kompletu, który w pełni zadowala moją skórę, było dość czasochłonne, jednak obecnie jestem niemal w 100% zadowolona ze swojej pielęgnacji ciała, widzę wyraźne rezultaty. Opisywany przeze mnie krem z pewnością dopomógł mi w osiągnięciu owych rezultatów.

Rzecz nieco mniej istotna - opakowanie. Krem zamknięty jest w butli o pojemności 400 ml i zakończony jest wygodną pompką. Design opakowania jest  prosty, podobnie jak większości kosmetyków firmy Uriage. Mnie się podoba, nie jest przekombinowane. Jeśli chodzi o wydajność tego produktu - używam go bardzo często, a do dna nadal daleko. Krem dzięki swojej konsystencji jest wyjątkowo wydajny, potrzeba go niewiele, aby posmarować dużą powierzchnię skóry.

Jedynym minusem, którego się dopatrzyłam jest niestety cena. Za kosmetyk zapłacić musimy około 70 złotych. Niby w porównaniu z jego pojemnością, wydajnością, nie jest to może cena jakaś bardzo kosmiczna, jednak mój studencki portfel mógłby ją dość mocno odczuć.

Skład: Woda Termalna Uriage, Cerasterol-2F (ceramidy z kwasami omega-3, omega-6 + fitosterole), 10% masło Shea, skwalany roślinne, bez zapachu, bez parabenów, bez konserwantów

(opis produktu oraz skład pochodzą ze strony http://www.labo-uriage.pl/


Muszę przyznać, że kosmetyki firmy Uriage ywraźnie mi służą - obecnie testuję dwa kremy do twarzy i póki co rezultaty są bardzo przyjemne :)


A Wy znacie ten kosmetyk? Macie już swoje pielęgnacyjny hity czy nadal poszukujecie?
Pozdrawiam już prawie weekendowo,
Panna Joanna
23 paź 2011

Oh So Special part 2 - step by step :)

Witam się w ten powoli coraz ciemniejszy, niedzielny wieczór. Dzisiaj mam dla Was stepa z użyciem paletki Oh So Special. Trochę monotematycznie ostatnio u mnie w kwestii makijażu, ale jest to spowodowane tym, że odkąd kupiłam tę paletkę, nie używam praktycznie w ogóle innych cieni. Tymczasem zmierza ku mnie kolejna paletka Sleeka (ktoś zgadnie jaka?:)), więc mam nadzieję, że trochę urozmaicę swoje jesienne makijaże (zimowych kolorów właściwie się również dopatrzyłam w owej paletce).

Jednak na chwilę obecną mogę się jedynie podzielić stepem do dość prostego makijażu, który ze względu na kolorystykę idealnie wpasowuje się w jesienne klimaty. Dla mnie jest to makijaż zdecydowanie dzienny, ostatnio używam głównie takich kolorów, myślę, że pora to zmienić, bo szczerze mówiąc brązy zaczynają  mi się powoli przejadać.

Startujemy!:)


 
 
 

 

Twarz delikatnie modelujemy bronzerem nakładając go pod kości policzkowe, na linii żuchwy oraz przy linii włosów. Na policzki nakładamy matowy, jasny róż. Usta malujemy mleczno – różowym błyszczykiem. 

Efekt jest następujący:

Mam w głowie kilka pomysłów na makijaż Halloweenowy, jednak nie wiem jak się wyrobię z czasem - niestety na uczelni czeka mnie męczący tydzień, dobrze, że w miarę krótki. Nie mam pojęcia co to będzie za jakieś pół roku, skoro ja już po niecałym pierwszym miesiącu nowego semestru mam serdecznie dosyć ;] Trzymajcie za mnie kciuki żebym nie zwariowała, bo póki co na to się właśnie zapowiada. 
Mam dla Was mały bonu - nawet mój piesio już poczuł nadchodzącą zimę:


Pozdrawiam znad projektów sieci i instalacji wodno - kanalizacyjnych,
Panna Joanna
21 paź 2011

Lakierowo - Circus Confetti po raz drugi :)

Pamiętacie mój zachwyt nad lakierem Circus Confetti z Essence? Nie przeminął :) Mimo, że używam go niezbyt często (zmywanie metodą foliową nie jest przypuszczalnie najzdrowsze dla paznokci), to jest to jeden z moich ulubionych lakierów. Czy raczej - topów, bo samodzielnie to ten lakier się do stosowania nie nadaje (niby można, ale po co?:)). Kiedy więc dostałam od Candy piękny, zielony lakier z Isadory, już wiedziałam co na nim będzie pięknie się prezentowało. Pomalowałam więc paznokcie zielenią, nałożyłam Circus Confetti i...uznałam, że jeszcze czegoś mi tu brakuje. Wena przyszła dosyć szybko i po dorobieniu małego szczegółu, manicure był gotowy. Efekt momentalnie skojarzył mi się ze świętami, wiem, że zostało jeszcze mnóstwo czasu, ale od razu przyszły mi pomysły na kolejne dziesięć kombinacji świątecznych na paznokciach :) Tak wiec dzisiaj prezentuję pierwszy, przypadkowo świąteczny mani w tym sezonie, zapewniam, że im bliżej świąt, tym więcej takich propozycji będzie się pojawiać :)

Jako lakier bazowy występuje lakier z Isadory (seria Wonder Nail), numer 704), na nim wspominany wcześniej Circus Confetti, a na sam koniec...kropki w odcieniu czerwieni (Bell, Fashion Colour, nr 309) oraz jasnej zieleni (Essence, LE I love Berlin, nr 02 I'm a Berliner). Mnie się całość bardzo podoba, noszę od kilku dni i nawet nie chce mi się zmywać :)))


Pozdrawiam,
Panna Joanna
20 paź 2011

Blond or not?

Dzisiejszy post będzie nietypowy bo włosowy :) Będzie to poniekąd moja włosowa historia :)

Jako dziecko miałam włosy w kolorze chłodnego, ciemnego brązu. Kiedyś oczywiście ten kolor strasznie mi się nie podobał, więc gdy tylko uzyskałam pozwolenie rodzicielskie na zafarbowanie włosów, nie wahałam się ani chwili. Tym sposobem, na początku liceum moja czupryna miała kolor ciemnej, głębokiej czekolady, wpadającej lekko w czerń. Po jakimś czasie i kilku eksperymentach z farbą później, moje włosy były już całkowicie czarne. Jako, że czerń jest dość trudna jeśli chodzi o zejście z koloru, byłam głęboko nieszczęśliwa gdy ciemne włosy mi się znudziły i nijak nie mogłam tego czarnego wyprać. Tak wyglądałam mniej więcej przez większą część liceum:

Wybaczcie kiepską jakość zdjęć, ale o dziwo nie znalazłam na komputerze żadnego zdjęcia, na którym byłabym tylko ja, więc musiałam wyciąć się z ogółu.

W każdym razie - w pewnym momencie zaprzestałam farbowania włosów i w wakacje włosy sporo mi się rozjaśniły. Jako, że ich kolor był na tyle jasny, że pozwalał mi na próbę zafarbowania włosów na jakikolwiek odcień niebędący czernią, nastała faza rudości. Kilkakrotne farbowania, raz rzadsze, raz częstsze, doprowadziły do tego, że potem już każda jedna farba dawała na moich włosach wyraźny rudawy refleks. W erze rudych włosów Panna Joanna prezentowała się następująco:

Jednak rudy jak to rudy - uwielbia się szybko spierać, a ja nie chcąc zniszczyć sobie już doszczętnie włosów, nie chciałam farbować ich raz na miesiąc. W pewnym momencie moje włosy były w na tyle kiepskiej kondycji, że farby do włosów poszły w odstawkę i po jakimś czasie na mojej głowie, zupełnie przypadkiem powstała... najmodniejsza wówczas fryzura czyli ombre hair ;) Efekt spodobał mi się na tyle, że ani nie ścinałam włosów, ani  ich nie przyciemniałam, tylko pozostawiłam je wolne. I muszę przyznać, że akurat ta fryzura była jedną z moich najbardziej ulubionych - włosy wyglądały fajnie zarówno rozpuszczone jak i spięte, refleksy na końcach włosów sprawiały, że włosy nie wyglądały "płasko", kolor nie był jednolity więc nie było efektu tzw. hełmu. Szkoda, że samodzielnie raczej trudno uzyskać taki efekt (jak pisałam - mi się to udało przypadkiem, raczej jako efekt uboczny ;)), a do fryzjerów mam istną awersję.

Tymczasem...z moimi włosami dzieją się rzeczy niezwykłe, ponieważ odkąd przestałam je farbować jaśnieją i jaśnieją i jaśnieją...Moi znajomi obecnie podzielili się na dwa obozy - jedni uważają, że moje włosy są ewidentnie blond, jeden mało zabawny kolega (;>) zaczął nawet mówić na mnie Blondi, z kolei inni twierdzą, że jest to po prostu jasny brąz. Ja sama nie wiem - zabijcie mnie, ale nie jestem w stanie określić koloru swoich włosów ^^. I teraz zagadka do Was, drodzy czytelnicy - jakiego koloru są włosy Panny Joanny?:D


Sama właściwie nie wiem jaki kolor chciałabym mieć na głowie...Ostatnio mam dwie naprzemiennie występujące fazy - raz planuję przyciemnić włosy, a raz mam ochotę je rozjaśnić. W te albo we wte. Blond albo not :) A co Wy o tym sądzicie? Który z pokazanych wyżej kolorów pasuje mi najbardziej? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, mam nadzieję, że nie zanudziłam Was moją włosową historią :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...