WoleProstoHeader

22 lip 2011

Wakacjeee!!!

Dzisiejsza notka będzie czysto informacyjna :) W niedzielę w końcu wyjeżdżam, wracam w czwartek i w sobotę znów wyjeżdżam więc niestety-na jakiś czas opuszczam bloga. Przypuszczam, że nie będę miała dostępu do internetu (trochę nad tym ubolewam ;)) dlatego na wszelki wypadek uprzedzam-moja nieobecność tutaj nie będzie związana z porzuceniem blogowania (tak długiej przerwy jeszcze nie miałam, chlip) tylko z wakacyjnymi podróżami :)

Wracam około połowy sierpnia, wtedy mam też zamiar zasypać Was recenzjami, makijażami, pewnie wakacyjnymi zdjęciami.
Żegnam się więc i zabieram się za pakowanie :)


Zdjęcie z wakacji z roku 200...7? Jak widać wtedy jeszcze nie miałam żadnych zastrzeżeń do smażenia się na słonku czego efektem była...opalenizna-kto by pomyślał :) Teraz starsze panie w warzywniakach proponują mi zakup marchewki na "kolorek", jak ten czas leci :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
21 lip 2011

Alterra-czyli jak Panna Joanna Apaczem została...

Rzadko zdarza się, że jakiś kosmetyk wywołuje u mnie chęć mordu, pozwania producenta, atak paniki i tym podobne różnorodności. Zazwyczaj jak coś mi nie pasuje to po prostu dlatego, że nie robi tego czego oczekiwałam po danym produkcie i tyle. Jednak przedwczoraj niespodziewanie (niestety) znalazłam produkt, który bez wątpienia trafiłby na moją listę "Najgorszy kosmetyk wszech czasów" gdybym takową listę prowadziła. Co się stało? Już wyjaśniam.

Bardzo lubię wszelakie mokre chusteczki-te do demakijażu, dla niemowląt (do zwykłego odświeżenia się w moim przypadku)  czy zwykłe, w które można wytrzeć np. brudne ręce. Nie mam jakiś swoich ulubieńców w tej kwestii, wszystkie dotychczas używane przeze mnie chusteczki sprawowały się co najmniej poprawnie i lepiej.

Ostatnio na dwóch czy trzech nawet blogach rzuciły mi się w oczy recenzje chusteczek nawilżanych z Alterry. Nie doszukałam się złego słowa na ich temat, opinie były bardzo pozytywne, chusteczki ponoć są bardzo mokre, bardzo dobrze zmywają makijaż, mają dobry wpływ na cerę itp. itd. Jako, ze Alterrę bardzo lubię, używam szamponów i odżywek do włosów z tej firmy i służą mi one naprawdę genialnie, w chwili gdy kupowałam artykuły kosmetyczne i nie tylko na wyjazd, niewiele myśląc wrzuciłam do koszyka właśnie te chusteczki. Mało tego-przekonana byłam, że będę nimi zachwycona, w końcu są aloesowe, a ja aloes uwielbiam.


I pewnie polubiłabym je gdyby...nie poparzyły mi twarzy. Tak, dokładnie tak jak piszę-poparzyły mi twarz. Ale po kolei.

Dwa dni temu chciałam po powrocie do domu zmyć makijaż, sięgnęłam więc po chusteczki z Alterry aby dokonać czynności demakijażowych. Makijaż zmyłam, udało mi się to zrobić w tempie ekspresowym, ponieważ chusteczki rzeczywiście były bardzo mokre,  świetnie poradziły sobie z podkładem, tuszem i kreską zrobiona na płynie z KOBO (zawsze mam problem żeby domyć te kreski, dla niewtajemniczonych-płyn KOBO to mniej więcej to samo co Duraline z Inglota, kreska zrobiona z mieszanki tego płynu i cienia jest praktycznie nie do zdarcia), nie musiałam trzeć ani twarzy ani oczu. No cud, miód, malina. Zadowolona z jakże przegenialnego zakupu, wskoczyłam pod prysznic. I równie szybko spod niego wyskoczyłam ponieważ czułam, że moja twarz..PŁONIE. Rzuciłam się do lustra i dosłownie widziałam jak moja skóra robi się purpurowa, skóra się ściąga i zaczyna nabierać niezdrowego błysku (jak taki..przypalony kurczak?:P). Wsadziłam twarz pod chłodną wodę ale niestety nie pomogło mi to w żadnym stopniu. Skóra niesamowicie piekła, gołym okiem mogłam zauważyć na czole prostą linię w miejscu gdzie kończył się zasięg chusteczki. Po chwili na skórze zaczęły pojawiać się czerwone placki. Nie do końca wiedziałam co mam zrobić, byłam dość mocno zszokowana faktem, że chusteczki są w stanie poparzyć twarz. Znajome z wizażu (jesteście niezawodne :)) poleciły mi postępować jak przy "zwykłym" poparzeniu-maślanka, D-panthenol, zimne okłady.  Po jakimś czasie sytuacja wyglądała na w miarę opanowaną, mogłam dotknąć skóry,  przestało z niej bić gorąco. Kolor zaczął ze mnie schodzić dopiero na drugi dzień wieczorem, dziś już wyglądam względnie normalnie, aczkolwiek nadal czuję, że skóra jest w jakimś tam stopniu uszkodzona-nie mogę się wytrzeć ręcznikiem, chcąc gdzieś wyjść potrzebuję grubej warstwy podkładu kryjącego aby udało mi się częściowo zniwelować zaczerwienioną skórę. Mam nadzieję, że mimo wszystko zostanie mi oszczędzony końcowy etap takich sytuacji jakim jest schodzenie skóry...już raz przeżyłam taką katorgę jak kiedyś zasnęłam na słońcu i skóra zeszła mi z calutkiej twarzy, nie wyłączając powiek. Póki co mimo chmur i deszczu intensywnie się filtruję jak wychodzę z domu, żeby nie dobić tej skóry. Liczę, ze do mojego wyjazdu problem całkowicie zniknie, ponieważ średnio mi się uśmiecha okładanie się maślanką podczas wyjazdu.

Jak już trochę ochłonęłam zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu informacji o składnikach, podobnych przypadkach. O dziwo znalazłam jedną interesującą recenzję, z tym, że nie były to chusteczki a maseczka firmy Alterra. TUTAJ możecie przeczytać o co chodzi. Skutek zastosowania kosmetyku mniej więcej taki jak w moim przypadku, z tym, że moja skóra wyglądała tak jak u autorki recenzji, dopiero jak ą trochę uspokoiłam. Przeczytałam tam, że w jej przypadku zawinić mogło zastosowanie dwóch intensywnie działających kosmetyków jeden po drugim. Ja na twarzy miałam jedynie podkład Pharmacerisa, który zawsze bezproblemowo schodził z mojej twarzy przy użyciu chusteczek i sądząc po tym, że jest on polecany do cer problematycznych, jest to kosmetyk apteczny, nie przypuszczam, żeby znajdował się w nim składnik, który tak intensywnie wszedłby w interakcję ze zwykłymi, mokrymi chusteczkami. Prześwietliłam więc składniki tych chusteczek-tu również nie znalazłam nic co powszechnie uznawane jest za szkodliwe i wywołujące niepożądane skutki. Mało tego-Alterra produkuje kosmetyki organiczne, bez parabenów, konserwantów i szkodliwych substancji. Jak widać nie wszystko złoto co się świeci, najwidoczniej moja skóra nie toleruje jakiegoś składnika..mimo całej jego naturalności i ekologiczności itp.
Będąc dzisiaj u dermatologa zapytałam lekarkę czy ma jakiś pomysł na to, co mogło wywołać u mnie taką reakcję. Niestety nie wzięłam ze sobą chusteczek i nie mogłam pokazać jej dokładnego składu, aczkolwiek pani doktor zasugerowała, że może to być wina olejków zapachowych, eterycznych.

Ja się osobiście do firmy mocno zraziłam, chusteczki wylądowały w koszu, mimo, że produkty do włosów mi służyły, czuję, ze będę omijać je szerokim łukiem. Smród niestety pozostał, a ja jestem niezwykle pamiętliwa. Mam tylko nadzieję, że skóra ze mnie nie zejdzie i nie pojawią się jakieś dodatkowe komplikacje (tfu tfu).
Was lojalnie ostrzegam-zdaję sobie sprawę, że zasada "co pasuje mnie, niekoniecznie musi pasować komuś innemu" działać też w drugą stronę, czego dowodem są pozytywne recenzje tych chusteczek, jednak naprawdę radzę podchodzić do nich bardzo ostrożnie. Tak na wszelki wypadek.

Wklejam jeszcze opis produktu i skład, może Wy dopatrzycie się tam czegoś-jeśli tak, dajcie znać :) Od razu napiszę, żeby nie było wątpliwości-wiem, ze wiele osób nie toleruje aloesu, ale ja akurat bardzo go lubię i nie mam na niego uczulenia, używam wielu produktów z aloesem i ze wszystkich jak dotąd byłam zadowolona (pomijając te chusteczki oczywiście).

 

Pozdrawiam,
wciąż czerwona Panna Joanna
20 lip 2011

Mary Kay-nowa współpraca

Kto lubi dostawać paczki? Ja uwielbiam :) Zwłaszcza jak nie wiem co znajdę w środku. Tak było również dzisiaj kiedy kurier dostarczył mi przesyłkę od firmy Mary Kay. Dwa dni temu otrzymałam maila z propozycją współpracy, a dzisiaj paczka już była w moich rękach. Miałam swoje "typy" odnośnie tego co paczka będzie zawierać, jednak to co zobaczyłam po otworzeniu paczki, lekko mówiąc-ścięło mnie z nóg :)
W tym miejscu przesyłam serdeczne podziękowania Pani Aleksandrze za wspaniałą zawartość przesyłki.

Kosmetyki, które otrzymałam do przetestowania i zrecenzowania na blogu były również pięknie zapakowane-w czarną, ozdobną torebkę.
Zawartość paczki była równie ciesząca oko co samo opakowanie, motyw z torebki pojawił się również na teczce zawierającej katalog oraz pendive'a z materiałami prasowymi. Estetyka tego wszystkiego bardzo przypadła mi do gustu.


Co znalazłam w paczce? Już pokazuję :)

Katalog z kosmetykami formy Mary Kay oraz maleńki pendrive zapakowane były w teczkę. Pendrive z początku wzbudził we mnie niemałe zdumienie, ponieważ chwilę zajęło mi dojście do tego cóż to właściwie jest. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że naprawdę jest bardzo mały i na dodatek końcówka wygląda zupełnie inaczej niż zwykłe usb. Trochę techniki i człowiek się gubi ;)


W paczce znalazły się oczywiście również kosmetyki! Dwa moje "typy" rzeczywiście były trafione-mini kompakt Mary Kay oraz Summer Cottage Weekender zawierający wkłady, którymi można wypełnić kompakt.

Tak wygląda uzupełniony już kompakt:


Kolorystyka jak najbardziej moja, z czego niezmiernie się cieszę ponieważ druga wersja kolorystyczna podoba mi się troszkę mniej niż ta :) W moim zestawie znalazły się cienie mineralne: "Sweet Cream", "Espresso", "Rose Mist" oraz mineralny róż do policzków w odcieniu "Sunny Spice". Swatche pojawią się wraz z recenzją :)

Na tym właściwie kończyły się moje oczekiwania, a okazało się, że paczka jest znacznie bardziej obfita. Do testów otrzymałam również Mineralny Podkład Pudrowy Mary Kay oraz Pędzel do Podkładu Mineralnego Mary Kay:



Mam nadzieję, że podkład nie okaże się dla mnie za ciemny...na szczęście już w tą niedzielę wybywam na wakacje więc pewnie chcąc nie chcąc trochę się opalę :)

Kolejnym kosmetykiem, który dostałam jest nowość w ofercie firmy Mary Kay-Tusz do rzęs Lash Love. Wg producenta mascara ma podkreślać i pogrubiać rzęsy bez powodowania efektu ciężkości. Sama szczoteczka trafia w mój gust-elastyczna, dobrze wyprofilowana, jeśli efekt będzie dawać taki jak na zdjęciach promocyjnych to z pewnością się z nią polubię :)


Na tym się niespodzianki nie skończyły. W torebce znalazłam również Rozświetlający Flamaster do Twarzy Mary Kay. Do testów otrzymałam odcień 1 czyli róż, który idealnie nadaje się w moim przypadku do zatuszowania cieni pod oczami. Już zdążyłam go pobieżnie go wypróbować i liczę na to, że pierwsze wrażenie, bardzo pozytywne, utrzyma się do końca.


W tym momencie naprawdę sądziłam, że to już koniec, ale w torebce stało sobie jeszcze jedno pudełeczko. Jak się okazało po rozpakowaniu był to Beztłuszczowy płyn do demakijażu oczu. Butelka sporo, bo aż 110 ml, wg zapewnień producenta preparat jest bezzapachowy i beztłuszczowy, nie podrażnia i nie naciąga delikatnej skóry wokół oczu, nadaje się również do demakijażu makijażu wodoodpornego. Jest to płyn dwufazowy, co zresztą widać na zdjęciu:


Recenzje wszystkich produktów zaczną się pojawiać około połowy sierpnia. Mam nadzieję, że zdążę również w najbliższym czasie nadrobić zaległości w recenzjach-z tego też względu w zakładce "Recenzje kosmetyków" na dole strony znalazł się spis planowanych recenzji, liczę, że pomoże mi się to zorganizować.
Kolejna sprawa-jutro albo nawet jeszcze dziś pojawi się recenzja nawilżanych chusteczek oczyszczających z Alterry. Zdradzę, że mam zamiar zrównać te chusteczki z ziemią, więc oczekujcie :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
18 lip 2011

The Body Shop-wyniki rozdania!

Wczoraj minął termin zgłaszania chęci udziału w losowaniu nowego masła DUO z The Body Shop. Dzisiaj zebrałam się w sobie, wzięłam kartkę i długopis i zaczęłam spisywać losy przy okazji sprawdzając poprawność zgłoszenia.


Zgłoszeń było całe mnóstwo-120. Wszystko spisałam na kartki, następnie w ruch poszły nożyczki i oto co powstało...:
...profesjonalna maszyna losująca!:)

Przyznam szczerze, że po spisaniu zgłoszeń papier, nie miałam już siły wklepywać tego wszystkiego w komputer więc kartki zostały przez mnie pocięte (uwzględniłam podwójne losy-dla osób, które napisały na swoim blogu o rozdaniu) i takim oto sposobem wyłoniłam zwycięzcę :)

Następuje zamieszanie i wstrząśnięcie losów...
..sięgamy po jeden los...
..wyjmujemy karteczkę, na której znajduje się nick szczęśliwego zwycięzcy...
...którym zostaje...

...Mejaczek!!

Gratuluję i idę pisać do Ciebie maila :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
17 lip 2011

Panna Joanna maluje-konkursowy dla Eweski :)

Eweska, autorka bloga "Pędzlem malowane" zorganizowała konkurs makijażowy, o którym możecie poczytać TUTAJ. Jako, że temat konkursu bardzo mi się spodobał (a i nagrody są warte uwagi ;)) postanowiłam wziąć w nim udział.

Tematem konkursu jest makijaż wieczorowy, inspirowany latem. Jak wygląda moja interpretacja? Dużo fioletu i różu-kolory kojarzące mi się z zachodem słońca nad wodą (stąd też niebieskie nuty). Na dolnej powiece złoto kojarzące się z piaszczystą plażą i ciemny granat odzwierciedlający kolor burzowych chmur. W zewnętrznym kąciku fantazyjna potrójna kreska-czerń, która dodaje całości trochę pazura otacza złoto letniego prażącego słońca.

 
 
 

Na koniec mała prezentacja nagrody (zdjęcie zaczerpnięte z bloga Eweski ;)):


Pozdrawiam po raz kolejny już dzisiaj,
Panna Joanna

JOKO Double Therapy

Jakiś czas temu pisałam Wam o kolejnej nowości wprowadzonej do oferty firmy JOKO-błyszczykach Double Therapy. Błyszczyki wzbudziły moje niemałe zainteresowanie, bardzo spodobała mi się kolorystyka, składniki zawarte w błyszczykach (aloes, który uwielbiam) również przyczyniły się do owego zainteresowania. Kilka dni temu do mych drzwi zapukał kurier i wręczył mi paczkę, w której znalazłam...właśnie te błyszczyki we wszystkich dostępnych wersjach kolorystycznych. Pogapiłam się chwilę na zawartość przesyłki i zabrałam się za robienie zdjęć i swatchy. Zdążyłam już przetestować wszystkie kolory i dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią. Zdaję sobie sprawę z tego, ze to dosyć szybko, ale błyszczyki to wg mnie kosmetyk, przy którym nie potrzebuję długich tygodni aby wyrobić sobie zdanie na jego temat. A, że jestem zachwycona-czym prędzej spieszę Wam przedstawić owe cuda :)


Kolory jak już wcześniej pisałam-bardzo mi się spodobały. Jest tu delikatny beż ze złotymi drobinkami, delikatny lekko mleczny róż, ciepły róż w kolorze płatków róży (piękny :)), czerwień,  ciemniejszy intensywny róż z drobinkami oraz bordo.

Jedyne co mi przeszkadza to sama numeracja-błyszczyki mają numery od  J86 do J91. Ja jestem zwolenniczką nazw z bardzo prostego powodu-o wiele łatwiej jest zapamiętać nazwę kosmetyku niż jego numer.

Same kolory na ustach prezentują się naprawdę świetnie-dają dosyć konkretny kolor, ale jednocześnie są lekko transparentne dzięki czemu wyglądają bardzo naturalnie. Wszystkie wersje kolorystyczne mają drobinki-w zależności od koloru są one mniej lub bardziej widoczne, jednak w żadnym z nich efekt nie jest przesadzony.

Jeśli chodzi o działanie "powiększające"-po nałożeniu błyszczyka na usta wyraźnie czuć mrowienie, chłód. Usta rzeczywiście wydają się być większe. Może nie jest to bardzo duża różnica, ale jednak mimo wszystko zauważalna. Uczucie mrowienia po chwili ustępuje ale mimo tego, usta nadal wyglądają na lekko "spuchnięte". Oczywiście słowa"spuchnięte" używam dużo na wyrost jednak chodzi o to abyście były w stanie sobie wyobrazić działanie tych błyszczyków.

Konsystencja-jak dla mnie idealna. Nie za gęsta, nie za rzadka. Po nałożeniu na usta błyszczyk się nie klei, nie zlepia nam warg, nie ciągną się żadne nieestetyczne "nitki". Nie wchodzi w nierówności na wargach. Drobinki, które w niektórych wariantach w opakowaniu wyglądają na spore na szczęście nie są odczuwalne po nałożeniu błyszczyka na usta.-nic nie drapie :)

Trwałość-mam wrażenie, że ciemniejsze kolory utrzymują się trochę dłużej, jednak jestem zadowolona z trwałości wszystkich. Nie jest to oczywiście oszałamiający szmat czasu, trwałość zależy też w dużym stopniu od tego czy coś jemy/pijemy, czy mamy skłonności do oblizywania warg itd. W przypadku tych błyszczyków w różnych warunkach (raz piłam, raz nie, raz jadłam raz nie, raz oblizywałam usta raz nie ;)) trwałość to około 2-4 godzin.

Działanie pielęgnacyjne-tutaj również się nie zawiodłam. Moje usta mają duże skłonności do przesuszania się, szminki mają na nie bardzo średni wpływ, z błyszczykami różnie bywało. W przypadku tych błyszczyków czuję, że usta są nawilżone, odżywione. Po zmyciu błyszczyka (czy też jego "samodzielnym zejściu" ;)) nie pojawia się niekomfortowe uczucie wysuszonych warg. Ogromny plus za to.

Zapach-ten również przypadł mi do gustu. Dość mocny podczas otwierania opakowania i malowania ust, ale potem zanika. Taki trochę słodko-kwaśny. z bardzo delikatną mentolową nutą (ale naprawdę bardzo bardzo delikatną).

Opakowanie-proste, ładne i estetyczne. Da się mocno dokręcić więc nie ma obaw, że błyszczyk nam się otworzy np. w torebce. Aplikator jest bardzo wygodny-precyzyjny, dość długi.

Cena-sugerowana cena-17,90 zł.

Jak prezentują się poszczególne kolory? Zobaczcie same!

 (lewo-światło dzienne, prawo-lampa)


Swatch na ręce jest jeśli chodzi o kolejność zgodny ze zdjęciem powyżej-tym w świetle dziennym :)

A tak kolory prezentują się na ustach:
Zdjęcie "gołych ust"dla porównania z efektem jaki dają błyszczyki Double Therapy:


(swatche na ustach kolejnością zgadzają się ze swatchem na ręce-tam od lewej do prawej tu od góry do dołu :))

Ja jestem szczerze zachwycona tymi błyszczykami, moi ulubieńcy to J89, J88, J87. Moim zdaniem zasługują na uwagę, ode mnie dostają 10/10.

Przypominam, ze dzisiaj do północy macie szansę zgłosić się do rozdania i wziąć udział w losowaniu masła DUO z The Body Shop-szczegóły-na pasku bocznym ;)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
16 lip 2011

Panna Joanna maluje-metamorfoza :)

Witam :)
Już wiele razy pokazywałam Wam moje malowidła-jednak do tej pory były to tylko i wyłącznie makijaże wykonane na mnie. W zasadzie po prostu nie miałam okazji malować nikogo innego. Jednak jakiś czas temu moja ciocia, która wie, że "bawię się" w makijażowanie poprosiła mnie abym pomalowała ją na wesele. Na wszelki wypadek tydzień temu umówiłyśmy się na makijaż próbny, żeby zorientować się czy w ogóle będę potrafiła ją pomalować i zobaczyć cóż nam z tego wyjdzie. Wtedy ciocia była zadowolona i dzisiaj, już na wesele, powtórzyłam owy makijaż. Zabrałam ze sobą aparat żeby zestawić ze sobą zdjęcia przed/po i właśnie to zdjęcie chciałabym Wam pokazać :)


Ciocia ma bardzo delikatną skórę, naczynkową, z rozszerzonymi porami. Na co dzień maluje się bardzo delikatnie, więc makijaż miał być stonowany tak aby dobrze się w nim czuła.

Na twarzy-baza Satin Make Up Base z Dermacolu, podkład Pharmaceris (odcień Ivory), puder fixujący Dermacol, róż Paese "Pąs cesarzowej",  puder rozświetlający Catrice z LE Urban Baroque. Oczy-baza Stay on z Hean, cienie-minerały (sporo ich mieszałam ze sobą) oraz cień Vertigo z Inglota nr 81, kredka do brwi Basic, baza pod tusz Delia Onyx, tusz Maybelline One by One. Na ustach niestety na zdjęciu nie ma jeszcze nic, ale przed wyjściem wylądował na nich błyszczyk JOKO. (Nawiasem mówiąc otrzymałam przesyłkę od JOKO właśnie z ich nowymi błyszczykami i jutro mam pokażę Wam zawartość paczki ;)).

Mam nadzieję, że efekt końcowy spodoba się również Wam. Przyznaję, że miałam stresa, bo to mój debiut w roli wizażystki :) Jak myślicie-wybrnęłam?:)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
12 lip 2011

Panna Joanna testuje-Hean "High Definition Eyeshadow"

Tak jak obiecałam dzisiaj pojawiam się z recenzją kolejnego kosmetyku firmy Hean-tym razem są to poczwórne cienie "High Definition".

Na wstępie zaznaczę, ze cieni używałam tak intensywnie, że w chwili obecnej w dwóch z czterech kolorów zaczyna już być widoczne dno :) Nie świadczy to bynajmniej o tym, że cienie są nietrwałe, po prostu przypadły mi do gustu do tego stopnia, że używałam ich praktycznie codziennie.


Do testów otrzymałam wersję kolorystyczna "Coffee Twist" i przyznaję, że jest to paletka, która pod względem kolorów bardzo mi odpowiada. Dlaczego? Kolory w niej zawarte są idealne do makijażu dziennego, delikatnego, trzy z czterech cieni (1,2,4) są matowe. Równie bezproblemowo można tymi cieniami wyczarować mocniejszy, wieczorowy makijaż, klasyczne brązowe smokey eye.

Opakowanie-jak w przypadku różu. Plastikowe, zamykane na solidny zatrzask. Do opakowania dołączona jest pacynka, która oczywiście jest kompletnie bezużyteczna. Na spodzie opakowania umieszczony jest opis, który cień do czego służy, jednak ja nie do końca się z nim zgadzam i cieni używałam całkowicie po swojemu.

Konsystencja cieni-tu jestem bardzo mile zaskoczona. Cienie są pudrowe, aksamitne, dosyć miałkie. Łatwo nabierają się na pędzelek, łatwo się je umieszcza na powiekach i jeszcze łatwiej blenduje. Najbardziej oporny jest cień numer 4-jest najtwardszy ze wszystkich i najbardziej suchy. Natomiast kolor numer 3 jest z kolei najbardziej sypiący, pylący, jednocześnie właśnie ten odcień ma najlepszą pigmentację i jest moim ulubieńcem jeśli chodzi o tę paletkę.

Wykończenie-tak jak pisałam wyżej, trzy z czterech kolorów to maty-1,2,4. Numer 1 to idealny cielisty cień, świetnie sprawdza się pod brew, do rozjaśnienia i ujednolicenia wewnętrznego kącika, ja używam go również tak jak zawsze używałam matu nr 505 z My Secret-nanoszę cień na górną granicę cieni i ułatwiam sobie w ten sposób rozcieranie.
Numer 2 to matowy odcień...kawy zbożowej?? Kawy z dużą ilością mleka? Cappuccino? Ciemniejszy beż, który dobrze wygląda nałożony na całą ruchomą powiekę i wycieniowany którymś z ciemniejszych odcieni. Również bardzo często go używam, podoba mi się jaki efekt daje na powiece, przyciemnia ją, akcentuje ale nie jest mocny, nie rzuca się w oczy.
Numer 4 to niestety najsłabsze ogniwo z tego zestawu. Jest twardy, suchy, ciężko go nabrać na pędzelek, daje słaby kolor mimo, że sam w sonie jest najciemniejszym z paletki. Używam rzadko, czasem podkreślam nim brwi bądź akcentuję dolną powiekę.
Numer 3 to jedyny, niematowy odcień. Ma delikatne drobinki i dosyć mocno się mieni. Jest niesamowicie napigmentowany. Wystarczy odrobina aby ładnie pokryć nim powiekę, świetnie się go rozciera, daje bardzo intensywny kolor. Używam do smoka, do przyciemnienia zewnętrznego kącika. Uwielbiam.

Jeśli chodzi o trwałość-kolejne przyjemne zaskoczenie. Cienie na bazie trzymały się calutki dzień, testowałam je w upale, w deszczu, na wietrze i jedynie z konfrontacji z deszczem poległy (ale wtedy ogólnie poległ cały mój makijaż ;)).
Uważam, że cienie są zdecydowanie warte zakupu, udało mi się znaleźć w Gliwicach małą drogerię, gdzie te kosmetyki są dostępne i z pewnością skuszę się na kolejne warianty kolorystyczne.

Cienie kosztują około 15 złotych (w drogerii gdzie je znalażłam jakieś 14 złotych z groszami).
Ode mnie dostają 9/10

Swatche:

(lewo-światło dzienne, prawo-lampa błyskowa)

Na blogu Hean znalazłam zdjęcie innych wariantów kolorystycznych-osobiście planuję zakup paletek o numerach 401 i 407 :)


Przy okazji przypominam o moim rozdaniu z The Body Shop-możecie zgłaszać się do tej niedzieli do północy :) Kto jeszcze się nie zgłosił, a ma na to ochotę-na bocznym pasku znajduje się odnośnik :)

Pozdrawiam,
Panna Joanna
11 lip 2011

Panna Joanna testuje-Hean "Colour Celebration Baked Blush"

Jakiś czas temu dostałam paczkę od firmy Hean, a w niej trzy kosmetyki-wypiekany róż, bazę pod cienie, oraz poczwórne cienie do powiek. Wszystkie te kosmetyki zostały już przeze mnie gruntownie przetestowane i dzisiaj zaczynam krótką serię recenzji na temat produktów firmy Hean.
Od czego zacznę? Od wypiekanego różu :)

Czego możemy dowiedzieć się od producenta?
"Najwyższej jakości kosmetyk wypiekany z dużą ilością migoczących iskierek. Pięknie rozświetla i modeluje owal twarzy. Trwały i wydajny w użyciu.
Delikatna, pudrowa konsystencja sprawia, że róż łatwo się rozprowadza i nie pozostawia smug. 
Róż może być również stosowany jako cień rozświetlający na powieki - na sucho lub na mokro."



Do testów otrzymałam kolor 271. Jest to bardzo jasny, bardzo delikatny odcień różowego. Ma w sobie sporo drobinek, którą skrzą się na srebrno. Pierwsza rzecz-opakowanie. Tutaj szału nie ma-zwykłe plastikowe, zatrzaskiwane. Sam zatrzask jest solidny do tego stopnia, że przy pierwszych kilku użyciach miałam problem z otworzeniem różu.
Konsystencję ciężko mi określić, ponieważ róż miał różną intensywność pylenia przy używaniu różnych pędzli. Mnie się go najwygodniej używało przy użyciu dosyć twardego i zbitego pędzla, głównie dlatego, ze kolor jest na tyle delikatny, że chcąc uzyskać widoczny efekt warto nałożyć go nieco więcej.
Kolor mnie osobiście zachwycił. Jest jednak na tyle jasny, że osoby z ciemną karnacją z pewnością nie będą z niego zadowolone. Ja karnację mam bardzo jasną i u mnie ten róż widać. Natomiast na ciemniejszej skórze efekt może być odrobinę tandetny. Efekt jaki uzyskujemy tym różem mimo wszystko jest raczej delikatny, można go używać jako rozświetlacza (ja używałam go m.in. również właśnie tak). Zdarzało mi się również nakładać ten róż na inny, o mocniejszym kolorze i wtedy całość była bardziej błyszcząca i bardziej cukierkowa. Drobinki zawarte w różu na skórze są widoczne, efekt jest jak najbardziej błyszczący, wiec osobom preferujących matowe wykończenie na policzkach raczej bym odradzała zakup tego różu (no chyba, ze ktoś używałby go jako rozświetlacza :)).
Jeśli chodzi o trwałość-mnie zadowala. Nie jest to oczywiście cały dzień, ale kilka godzin (5-6) spokojnie wytrzymuje. 
Ciężko było mi uchwycić na zdjęciach efekt jaki daje na policzkach więc musiałam ograniczyć się do swatcha na ręce:

 (zdjęcie w świetle dziennym)
(zdjęcie z lampą)

Róż występuję w w trzech odcieniach, które możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Sama zastanawiam się nad zakupem jeszcze jednego koloru-272. 

Róż kosztuje 10,99 zł. Moim zdaniem za taką jakość nie jest to wygórowana cena. Ode mnie róż dostaje 7/10 :)

Pozdrawiam i już teraz zapraszam na jutrzejszą recenzją cieni Hean,
Panna Joanna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...